piątek, 28 grudnia 2012

świątecznie i poświątecznie



Fajne były te Święta. Długie. Postanowiłam sobie, że postaram się przygotować co się do soboty tak by przedświąteczny weekend nie był zabiegany i pracowity. Udało się. Zakupy zrobiliśmy w piątek, dokupiliśmy jedynie pieczywo i owoce. Do piątku dom był wysprzątany, pranie i prasowanie na bieżąco. Pozostało gotowanie. Wigilia w tym roku była u teściów razem ze szwagrem, szwagierką, półtorarocznym Antosiem i moją mamą. Ja miałam przygotować rybę po grecku i kaszkę z suszonymi owocami. A to mój Bob Budowniczy przy naszej choince.

I nasz pseudo-stroik.

SOBOTA

Ja z Piotrusiem pojechałam na Kreatywkę, a Maciek do teściowej pomóc jej ogarnąć dom, gdyż teść tradycyjnie się wypiła i pojechał do brata na wieś. Ale to dłuższy temat… Piotrek na zajęciach zrobił mnie w konia. Uzgodniliśmy, że po zajęciach pójdziemy karmić kaczki. Piotruś wszedł na salę odważnie i z uśmiechem na ustach, czym mnie zaskoczył, a po 2 minutach oznajmił, że już się pobawił z dziećmi i wracamy. Szczerze? Byłam wściekła, ale nie dałam poznać po sobie, tylko oznajmiłam mu, że poczekamy aż się skończą zajęcia i może albo bawić się z dziećmi, albo siedzieć na Sali i się im przyglądać albo nudzić się w szatni, po czym zanurzyłam się w neta udając, że nie zwracam na niego uwagi. Po jakimś czasie Piotrek zdecydował, że wejdzie, podążyłam za nim cała szczęśliwa a ten spryciarz powtórzył swój numer. 2 minuty zabawy i odwrót. Już nie wiedziałam czy się śmiać, płakać czy wściekać. Nakarmiliśmy te kaczki w parku i wróciliśmy do domu zahaczając o Lidla, bo szwagierka prosiła mnie o zakup ciastoliny dla Antka. Piotrek zdrzemnął się kilka minut w samochodzie i był taki nieprzytomny, że na ganku prosił mnie bym nie podgrzewała mu zupki tylko chciał od razu iść spać na górę. Ok, ja w tym czasie spakowałam prezenty. Popołudnie i wieczór w domu.

NIEDZIELA

niedziela, 23 grudnia 2012

WESOŁYCH I SZCZĘŚLIWEGO!

WSZYSTKIM MOIM DROGIM CZYTACZOM ŻYCZĘ SPEŁNIENIA NAJSKRYTSZYCH MARZEŃ I SPĘDZENIA ŚWIĄT W TAKI SPOSÓB I W TAKIM GRONIE BY BYŁY CHWILAMI SZCZĘŚCIA I RELAKSU.

NESSIE

wtorek, 18 grudnia 2012

perfekcyjna (?) dziwaczka



Opowiem Wam o moich dziwactwach :-) Gospodyni domowa ze mnie marna. Nie cierpię gotować, nie mam drygu do robótek ręcznych, jestem za to lekko zafiksowana na punkcie czystości. Nie, nie zrozumcie mnie źle. Daleko mi do Perfekcyjnej Pani Domu. Nie przeprowadzam testu białej rękawiczki na każdym blacie jaki znajdę, nie mam posegregowanych kolorami i równiutko ułożonych ręczników w garderobie ani artystycznie poukładanych bibelotów. Właściwie to można nazwać mnie leniwą bałaganiarą i na tym polega mój paradoks.  Jesteśmy z mężem swoimi totalnymi przeciwieństwami. Mój mąż ma zawsze wszystko elegancko poukładane w swoich szafkach, a już w szczególności dotyczy to akcesoriów do majsterkowania. Gwoździki różnych długości i grubości w oddzielnych puszkach, oddzielne pudełka na różne „przydasie”, wszystko w bardzo przemyślany sposób poukładane tak, że jest porządek i każdy skrawek przestrzeni jest mądrze wykorzystany. Taki harcerz. Kiedy zajrzał kiedyś do szuflady w mojej szafce nocnej przeraził się. Ja mam wszystko wymieszane bez ładu i składu. Owszem, utrzymuję idealny porządek w dokumentach, ale to wszystko. Nierówne i niezgrabne stosiki ubrań w szafkach. Rękawiczki i czapki zgromadzone wprawdzie na jednej półce, ale jakoś tak bezwładnie. Książki wymieszane wysokościami grzbietów. Świeczki i inne ozdóbki poukładane bez większego pomyślunku. Widzę, jak Maciek czasem gryzie się w język, bo kłoci się to z jego pojęciem estetyki. Raz na jakiś czas mam zrywy i porządkuję wszystko hurtem, ale szybko sytuacja wraca do normy.
Za to nie znoszę, nie cierpię wręcz brudnej podłogi, brudnych blatów, okruchów na podłodze, brudnych łazienek, sterty brudnych garów w zlewie i niewyprasowanych ubrań. Nie potrafię odpoczywać w takich pomieszczeniach, zaś Maćkowi nie przeszkadza to kompletnie. Gdy po powrocie do domu zastaję brudne naczynia w zlewie pierwsze co robię to myję je lub pakuję do zmywarki. Nie potrafię iść spać nie uprzątnowszy blatu kuchennego. Lepiąca się kuchenna podłoga doprowadza mnie do białej gorączki.  Nie chodzi o to, że szoruję wszystko bardzo dokładnie. Przeciwnie, robię to w zasadzie po łebkach, dokładniejsze szorowanie odfajkowuję raz na kilka tygodni, ale po tych łebkach musi być uprzątnięte na bieżąco. Wkurza mnie zabawa z synem na dywanie pokrytym okruszkami. Widok kurzu na podłodze czy pajęczyny w rogu sufitu sprawia, że nie spocznę zanim ich nie usunę. Nazywam to „ogarnięciem sytuacji”. Mam wewnętrzny imperatyw by „sytuacja” była na bieżąco „ogarnięta”.  Nie pozwalam domownikom wchodzić w butach dalej niż na próg ganku i codziennie tam zamiatam. Nie cierpię roznoszenia brudu na butach po domu. Gości się nie czepiam, ale to sytuacja wyjątkowa.  Kiedy mieszkaliśmy w małym mieszkaniu codziennie zamiatałam i mopowałam korytarz. Teraz jest to niemożliwe. Dom jest za duży, a ja mam za mało czasu gdy Młody śpi, więc trochę odpuściłam, ale codziennie zamiatam i mopuję kuchnię. Przez parę miesięcy po wprowadzeniu się do domu nie mieliśmy jeszcze wyflizowanie piwnicy, do której często schodzimy, bo mieści się tam spiżarnia, pralnia i połowa naszej biblioteczki oraz większość ubrań  (brak mebli). Na podłodze była kurząca się wylewka, więc wprowadziłam zasadę dwóch par kapci. Schodząc do piwnicy na ostatnim schodku zmienialiśmy kapcie na inne, piwniczne.
Generalnie źle znoszę brud i tymczasowość i tym samym remonty. Tak już mam.
Drugie moje dziwactwo, które łączy się z tym pierwszym to niechęć to załatwiania spraw na ostatnią chwilę. Zwykle z dużym wyprzedzeniem planuję różne sprawy i przygotowuję co się da wcześniej by zostawić sobie margines bezpieczeństwa na sytuacja nieprzewidziane lub by po prostu nie psuć sobie oczekiwania na coś przyjemnego. Na przykład jakieś porządki przez Bożym Narodzeniem oraz zakupy prezentów odfajkowuje w listopadzie. Tym sposobem na grudzień zostają mi same przyjemności typu ubieranie choinki, ozdoby świąteczne no i przygotowanie czegoś na Wigilię. Moja praca wymaga szybkiego reagowania, częstego modyfikowania zamówień i wiele rzeczy dzieje się na ostatnią chwilę, ale moje zamiłowanie do planowania paradoksalnie pozwala mi dobrze sobie radzić na moim stanowisku, ponieważ mam zawsze duży margines bezpieczeństwa. Kiedy dostaję dokumenty dotyczące przesyłki morskiej, za które spokojnie mogłabym zabrać się nawet za trzy tygodnie, bo tyle trwa transport, ja wprowadzam je do systemu i przygotowuję wszystko do odprawy natychmiast, bo wiem, że za te trzy tygodnie najprawdopodobniej wydarzy się coś bardzo pilnego i mogę nie mieć czasu by się tym zająć.
Mam również fisia na punkcie porządków wiosennych. Nienawidzę zimy i wiosny wypatruję od połowy lutego. Cieszę się jak głupia z każdego nowego listka, z każdego promyka słońca. Od połowy lutego przebieram nogami i czuję każdą komórką mojego ciała, że muszę, po prostu muszę zmyć z siebie i otoczenia zimę. Brud zimy. Mam wrażenie, że cały świat jest brudny, zakurzony i czeka na  pierwszy wiosenny deszcz. Najchętniej spłukałabym wężem cały dom, wszystkie zakamarki. W połowie lutego zabieram się za wielkie wiosenne porządki, ponieważ z dniem 1 marca mój organizm woła, że jest już wiosna i czuję, że chcę, muszę, no muszę być na nią odpowiednio wcześnie przygotowana. Tym sposobem 1 marca zwykle mam cały dom wysprzątany, wypucowany, za wyjątkiem okien, które siła rzeczy czekają aż zrobi się cieplej. Wiosenne mycie okien jest dla mnie czynnością kultową. Wręcz katharsis. Dom z umytymi oknami jest taki świąteczny i radosny. Mąż uważa mnie za wariatkę pod tym względem, ale nauczył się już, że lepiej zejść mi z drogi gdy działam w przedwiosennym szale więc schodzi, od 2 lat przejmując na ten czas Młodego. Ewakuują się z domu na spacer i do dziadków, a ja szaleję. Nie, nie chcę pomocy. Te jedne jedyne w roku porządki chcę wykonać sama.
Aha, jeszcze jedno dziwactwo. Przed dłuższymi wyjazdami dokładnie sprzątam dom, ponieważ męczą mnie powroty do brudnych pomieszczeń. Od razu zabrałabym się za sprzątanie. Mam też w zwyczaju niezwłocznie zabierać się za rozpakowywanie walizek, segregowanie ubrań na czyste i brudne, włączanie prania i układanie rzeczy na swoich miejscach. Życie na walizkach nie jest dla mnie, zdecydowanie.
A Wy macie jakieś dziwactwa? ;-)

czwartek, 13 grudnia 2012

kaskader gaduła

Osiwieję albo zejdę na zawał, przysięgam. Mam syna kaskadera. Takie obrazki są u nas na porządku dziennym.






Nie udało mi się jeszcze uchwycić samodzielnego stania na rękach przy ścianie. Piotrek namiętnie wykonuje koci grzbiet tyłem do ściany, a następnie wspina się po niej stopami do momentu aż stanie na rękach równolegle do niej. I tak sobie stoi. Czekam aż zacznie chodzić na rękach bez pomocy taty. To dziecko jest ewidentnie niewyżyte akrobatycznie. Czasem jeździmy do kulkowni, gdzie Piotr od razu pędzi do części dla statrszych dzieci i wspina się na najwyższe poziomy jak małpka chwytajac się siatki gdy platformy są za wysoko. Uwielbia  Jest niski, mały, lekki i zwinny. Ma również pod tym względem ogromną wiarę w siebie. Nie poddaje się, próbuje do skutku. Myślę, że równoważy sobie w ten sposób również swoją introwertyczność w kontaktach z ludźmi i wrażliwość. Na pewno wybierzemy się z nim na ścianke wspinaczkową gdy jeszcze trochę podrośnie i jeśłi mu się to spodoba zapiszemy go na zajecia dla dzieci. Zapowiada się na jednego z tych gosci, którzy chodzą tam po suficie ;-) Być może odnajdzie w tym swoją pasję.
Mi rzecz jasna serca podchodzi do gardła gdy widzę niektóre z tych akrobacji :-/ On jeszcze nigdy nie zrobił sobie krzywdy, potrafi bezpiecznie upadać i nie przejmuje się ewentualnymi siniakami. Ja nie jestem w stanie mieć go na oku 24h na dobę. To jest niemożliwe. Nie wyłożę też domu poduszkami....

Piotrek rozgadał się na całego. Buzia mu się nie zamyka.

sobota, 8 grudnia 2012

Mikołajkowo i imieninowo

Uwielbiam celebrować przyjemne okazje. Urodziny, imieniny, Mikołajki. Uważam, że z takich drobiazgów składa się życie. Odkąd weszłam do rodziny męża jestem osamotniona. Teściowie nie obchodzą urodzin ani imienin, nie celebrują specjalnie Bożego Narodzenia odkąd synowi wyrośli. Maciek opowiadał, że  w podstawówce znajdował prezenty pod choinką, ale w liceum już nie. Nie ma tutaj żadnego specjalnego powodu za wyjątkiem jednego - po prostu im się nie chce. Dla mnie jest to strasznie smutne. Do niedawna nie ubierali nawet choinki, jedynie wieszali jakąś gałąź na ścianie, a dom mają duży. Wigilia u nich to po prostu trochę bardziej uroczysta kolacja. ja  Odkąd urodził się Piotruś walczę o to, by zachować choć trochę magii dla niego. Ubieram teściom choinkę, skoro im się nie chce. Parę lat temu wyszłam z inicjatywą by pod choinkę sprezentować sobie po książce. Nie spotkało się to z entuzjazmem, ale po fakcie wszyscy byli zadowoleni, bo przynajmniej po Wigilii posiedzieliśmy chwilkę razem. Wcześniej towarzystwo rozchodziło się po prostu do swoich pokoi. Gdybym nie drążyła tematu to dzieci nie miałyby prawdziwych urodzin, gdyż teściowa wychodzi z założenia, że po co skoro i tak tego nie będą pamiętać. Nie będą, bo Piotruś i Antoś są za mali, ale w tym jednym konkretnym momencie będą szczęśliwi i myślę, że o to w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Ja nie odpuszczę, moje dziecko będzie miało Mikołaja, nastrojowe Święta, wspólne malowanie pisanek i kolorowe urodziny.

środa, 5 grudnia 2012

Liebster Blog

Po raz drugi zostałam nominowane w zabawie Liebster Blog. Dziękuję mamie Zołzie (www.mamazolza.blox.pl)

* Gotowanie czy zamawianie?
Zdecydowanie zamawianie. Nienawidzę gotować. Rzadko praktykowane jednakowoż ze względów finansowych.

* Lato czy zima?
Ani jedno ani drugie. Nie lubię gorąca ani zimna. Wiosna lub jesień. 

* Autem czy rowerem?
Rower to dla mnie pojazd rekreacyjny. Nie chciałabym dojeżdżac do pracy rowerem (bo cżłowiek spocony, bo jakieś zakupy po drodze)
 
* Czytanie czy pisanie?
Czytanie
 
* Skandynawia czy Afryka?
Skandynawia
 
* Spodnie czy spódnica?
Spodnie
 
* Odkurzanie czy zmywanie?
Zmywać na szczęście już nie muszę, bo mamy zmywarkę. Jakbym miała wybierać wybrałabym prasowanie.

* Weekend z dziećmi czy bez dzieci?
Najlepiej pół na pół.
 
* Książka czy film?
Książka. 

* Statek czy samolot?
Uwielbiam samoloty.
 
* Jabłka czy cytrusy?
Cytrusy

Więcej blogów nie nominuję, bo już raz nominowałam i szczerze mówiąc nie mam weny wymyślać nowych pytań ;-)


kocham moje miasto

Podobno prawdziwa miłość to nie romantyczne zaślepienie, tylko uczucie gdy kocha się tak po prostu, nie za coś i nie pomimo wad, o których dobrze się wie. Ja tak właśnie kocham Kraków, moje miasto. Czuję się 100% Krakuską, choć nie urodziłam się tutaj. Przeprowadziliśmy się gdy miałam 9 miesięcy. Bardzo wyraźnie widzę wady tego miasta. Zżymam się na brak dobrego gospodarza, trudną sytuację na rynku pracy, smog, korki, brak porządnej hali targowo-wystawienniczej, do niedawna plac budowy na środku rynku etc. Nie zmienia to faktu, że kocham to miasto. Mieszkałam już zarówno na blokowisku na peryferiach, w kamienicy 40 minut pieszo od rynku i w domu pod Krakowem. Kiedy jestem na rynku czuję się w centrum wszechświata. jako studentka uwielbiałam uczyć się na ławeczce tam albo na Plantach, albo po prostu siedzieć, patrzeć i wchłaniać niesamowity klimat. Podoba mi się, że centrum nie jest duże. Ciężko się zgubić. Jest kameralnie i przytulnie. Lubię przyjeżdżać z Piotrkiem do Smoka tak jak ja przyjeżdżałam jako dziecko i cieszyć się, że to mnie, właśnie mnie wita zionąc ogniem. Karmić łabędzie na Wiśle. Chrupać obwarzanki. Wypić piwo w jednej z niezliczonych piwniczek. Wejść na Kopiec Krakusa i podziwiać panoramę.  Może to głupie, ale zawsze gdy wracam do Krakowa czuję wzruszenie. Taka patriotka lokalna ze mnie :-)

czwartek, 29 listopada 2012

2.5 ROKU



Dzisiaj o 18.45 mój synek kończy 2.5 roku. Życzę Ci synku byś nigdy nie zwątpił w siebie ani w nas, Twoich rodziców. Życzę Ci byś zasypiał i budził się z uśmiechem na buzi. Życzę Ci byś oswoił swojego Wilka i byś nie stracił swojej wrażliwości i ciekawości. Kocham Cię bardzo bardzo mocno.

 Setka myśli ciśnie mi się do głowy gdy próbuje opisać jakim człowiekiem jest Piotruś, więc tak lekko chaotyczne:
- jest wielkim indywidualistą. Wszystko musi zrobić po swojemu. Niechętnie dostosowuje się do norm w grupie. Na zajęciach z dziećmi uczestniczy tylko w tych zabawach, które go naprawdę interesują, pozostałe zaś spędza siedząc na ławeczce lub bawiąc się po swojemu. Nie znosi być zmuszany do czegokolwiek ani krępowany fizycznie (np. przy płukaniu uszu). Oj czeka nas przeprawa z adaptacją do przedszkola, już to widzę

piątek, 23 listopada 2012

obraza

Jak już pisałam w środę rano zmarł mój wujek. Smutno mi, ale obiektywnie rzecz biorąc nie miałam z nim dużego kontaktu. To mąż siostry mojej mamy. Owszem, kiedy bywałam u rodziny na wsi zawsze zamienilismy parę słów, ale to tyle. Był trochę dziwnym człowiekiem, lekko zdziwaczałym, głównie przesiadywał w pokoju przed TV. Moja mama jedzie oczywiście na pogrzeb, w końcu to jej szwagier i  my też zamierzaliśmy, grzecznościowo. Sprawa się jednak pokomplikowała. Pogrzeb jest w rodzinnej wsi ok 4 h drogi samochode z Krakowa w jedną stronę. Od początku zakładaliśmy, że nie bierzemy ze sobą Piotrka. Dlaczego? Piotruś wychodzi dopiero z choroby, która ciągnęła się za nim tak naprawdę od początku listopada. Jest jeszcze osłabiony. To jest daleka droga, a tam w planach jest jakas gigant stypa na 80 osób (o tym później). Przede wszystkim jednak Piotrek panicznie boi się kościołów i tłumów. Do kościoła nie wejdzie na 100%. W takich sytuacjach istnieje dla niego tylko mama. Wisi na mnie po prostu jeśli tylko jestem w pobliżu, tatę ignoruje. Miałabym wiec w perspektywie chodzenie z nim naokoło kościoła albo po cmentarzu przez około 2 godziny w zimnie i deszczu, noszenie go, zabawianie, uspokajanie, a potem siedzenie z nim gdzieś w najdalszym kącie domu bo on na pewno z takiego tłumu obcych ludzi by uciekał. Nie mam z kim go na miejscu zostawić na czas pogrzebu, bo cała rodzina się na niego wybiera. Miodzio. Sęk w tym, że ja nie czuję się jeszcze na siłach by tak intensywnie się nim zajmować. Mam szwy na brzuchu, boli mnie, wolno chodzę, nie mogę dźwigać, ciężko mi się wyprostować. Pogrzeb jest w sobotę, no i niestety okazało się, że nie mamy z kim Piotrka zostawić. Moja mama jedzie, teściowa ma zabiegi w szpitalu i mogłaby się Małym zajać dopiero od 15 (a my musielibyśmy wyjechać wcześnie rano), nasza niania nie może, szwagierka pracuje, a szwagier ma pod opieką półtorarocznego Antka, z którym ledwo daje sobie radę. Nie poproszę o pomoc jakiejś koleżanki, z którą Piotruś nigdy nie zostawał sam na sam, bo to nie chodzi o zaopiekowanie się dzieckiem przez 2 h tylko cały bity dzień, prawdopodobnie łącznie z położeniem spać. Brałam pod uwagę zostawienie Piotrka z Mackiem i pojechanie z mamą, ale nie dam rady prowadzić auta tak długo (brzuch), moja mama nie ma prawa jazdy, autobus odpada (brzuch). Stanęło więc na tym, że jedzie Maciek z mamą, a ja zostaję z Piotrusiem. Zadzwoniłam do rodziny wytłumaczyć im co i jak i......OBRAZA NA MAKSA. No jakże to????? Obraziła się nawet moja kuzynka, z którą mam dobry kontakt, kóra bardzo lubi Piotrusia i generalnie miałam ją za bratnią duszę.

Zła jestem. Wydaje mi się, ze zachowujemy się fair. Jedzie Maciek jako reprezentacja rodziny, choć on z tym wujkiem to może parę słów zamienił w czasie naszych tam wizyt. Wydawało mi się, że dorośli ludzie zrozumieją sytuację. Nic z tych rzeczy. Niedobrze mi się robi na myśl o pokazówce, która tam jest organizowana. Ciotka z wujkiem od wielu lat żyli nie zauważając się kompletnie, z jego rodziną nie rozmawiałam od bardzo dawna, a teraz robi mega stypę wo domu, żeby się pokazać. Założe się, że na pogrzebie będzie płakała krokodylimi łzami.

Aha, ciotka na moja mamę też się obraziła. Że w środę o 8 rano nie rzuciła wszystkiego, nie wsiadła w autobus i nie przyjechała pomagać jej organizować pogrzebu. Why? Na miejscu w sąsiednim domu ma do pomocy brata, a drugi brat w środę przyjechał z Krakowa, że nie wspomnę o rodzeństwie wujka, po co tam jeszcze moja mama ja się pytam.

Dlaczego nawet pogrzeb musi pozostawiać niesmak.....

czwartek, 22 listopada 2012

urlop macierzyński/tacierzyński na Dalekim Wschodzie

W poniedziałek moją firmę odwiedził koreańczyk, pracownik dostawcy, z którym współpracujemy. Kevin dla ludzi zachodu ;-) Jesteśmy ich dystrybutorem już od wielu lat i zdążyłam dość dobrze poznać zwyczaje panujące w tej firmie i zaprzyjaźnić się z pracownikami. To jest firma, która wychowuje sobie ludzi. Trzeba naprawde się postarać, żeby zostać zwolnionym. Przyjmują obiecujących absolwentów tuż po studiach i stopniowo pchają ich coraz wyżej. Miło. Jednak wymagają też wiele. W styczniu w Anaheim w Kalifornii odbywają się bardzo ważne w branży targi.
Oprócz typowych rozmów biznesowych ucięłam sobie z Kevinem pogawędkę. Chłopak jest mocno podekscytowany i zdenerwowany, ponieważ w styczniu ma się mu urodzić pierwsze dziecko. Córka. Żona ma termin na 11 stycznia. Rozmawialiśmy sobie luźno na tematy okołodzieciowe i w pewnym momencie rzuciłam jako pewnik "no to w tym roku nie jedziesz na targi prawda?". Kevin westchnął i odpowiedział, że musi, a ponadto od razu po targach czeka go ok. 2-tygodniowa "wycieczka", ponieważ musi odwiedzić i skontrolować wszystkich dystrybutorów w Ameryce Południowej, która jest jego drugim rynkiem. Zdębiałam. Czujecie to? Targi zaczynaja się 23 stycznia, ale przed targami są jeszcze prezentacje, ponadto trzeba przygotowac stoisko, więc gość musi wylecieć 19-go. Pól biedy jeśłi żona urodzi wcześniej, ale pierwsze dzieci lubia się spóźniać. Kilka dni po narodzinach dziecka bedzie musiał zostawić rodzinę na prawie miesiąc, być może nawet córka urodzi się juz po jego wylocie. Żonie na szczęscie pomagać będzie teściowa. Według jego relacji nie ma w Korei żadnych regulacji prawnych typu opieka nad żoną po porodzie, urlop tacierzyński etc.
Smutne to. Jakiś czas temu rozmawiałam równiez z dziewczyną z Taiwanu, która stwierdziła, że w Polsce mamy raj, bo u nich urlop macierzyński trwa 6 tygodni, tyle co połóg, i nie ma czegos takiego jak urlop wychowawczy. Kobiety albo oddają takie 6-tygodniowe dzieci do żłobka, albo niani, która jest bardzo droga, albo, co jest najczęstszym przypadkiem, przerywają pracę pozostajac na utrzymaniu parrnera łącznie ze składkami na ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne.
Nie mamy wcale tak źle w Polsce.

środa, 21 listopada 2012

wtorek, 20 listopada 2012

KARMIENIE MM



Jeśli chcesz lub musisz karmić dziecko mm tutaj znajdziesz garść uwag z mojego doświadczenia. Piszę z perspektywy matki dziecka wychowanego na mm od urodzenia, więc część z nich dotyczy karmienia maleńkich dzieci jedzących na żądanie. Nie wszystkie wypracowane przeze mnie patenty będą odpowiadały wszystkim, gdyż wiele zależy od trybu życia konkretnej rodziny.
Link do tego posta znajdziecie po prawej stronie w zakładce PRZYDATNE.
Karmienie mm wcale nie jest trudne ani uciążliwe.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Jutro  a raczej dzisiaj rano mam zabieg usuniecia endometriozy, ktora narosla mi na bliznie po cc i boli. Trzymajcie kciuki.

niedziela, 18 listopada 2012

o barłogu i miłości do motoryzacji

Ostatnimi czasy nasz dom wygląda jak istne pobojowisko. Jakby przeszedł tajfun dosłownie. A to za sprawą Piotra, który w swoim zamiłowaniu do budowania poszedł o krok dalej i oprócz budowania z klocków zaczął tworzyć w domu fortece z krzeseł, kołder, poduszek i wszystkiego, co mu się nawinie. Jest oprzy tym bardzo zdeterminowany i jak lew broni swoi budowli i swoich wizji. Od 2 tygodni na przykład gdy jest w domu postanowił na drzemkę poobiednią kłaść się na podłodze w swpomi pokoju na stercie kołder i kocy, kóre znosi z całego mieszkania.




Nasze łóżko zaś w weekendowe poranki wygląda tak (pod tą stertą gdzieś leży mój mąż, uparcie udawał, że śp podczas gdy Piotr naprawiał łóżko wiertarką ;-)


Piotr generalnie ma trzy główne pasje. Samochody, budowanie i majsterkowanie/naprawianie.Ostatnio doszło gotowanie, ale nie jestem pewna na ile to trwałe hobby. Piotrowi Budowniczemu i Piotrowi Mechanikowi poświęcę jeden z najbliższych wpisów, a dzisiaj napiszę o SAMOCHODACH.

sobota, 17 listopada 2012

Liebster Blog

Dziękuję koleżance z blogosfery (www.mamyporady.pl) za nominowanie mnie do zabawy Liebster Blog. Zabawa ma na celu wzajemne poznanie się blogerów z tych mniejszych blogów. Polega ona na odpowiedzi na 11 pytań, następnie wymyśleniu własnych 11 pytań i nominowaniu kolejnych 11 blogów.





Oto moje odpowiedzi na pytania:

1. Co jest dla Ciebie najważniejsze w życiu?
Szczęście mojego syna i męża.
2. Co lubisz najbardziej robić?
Czytać, rozwiązywać zadania i łamigłówki logiczne, chodzić na długie spacery z muzyką na uszach.
3. Czy masz jakieś tęsknoty?
Trochę tęsknię za dawnymi studenckimi czasami, nocnymi Polaków rozmowami do rana, ogniskami, wędrówkami górskimi, nocowaniem w schroniskach.
4. Co jest Twoim największym marzeniem?
Żeby mój syn za dwadzieścia lat powiedział, że miał szczęśliwe i spokojne dzieciństwo.
5. Gdzie spędziłaś(-eś) ostatnie wakacje?
W Zakopanym. Typowa ceprostrada, bo praktycznie sama z dwuletnim dzieckiem, więc wolałam być bliżej cywilizacji i w razie czego móc szybko wrócić do Krakowa.
6. Gdzie chciałabyś/chciałbyś mieszkać?
Kocham Kraków pomimo wszystkich jego wad i dobrze mi się tu mieszka. Ciągnie mnie do Irlandii, Szkocji i Norwegii. Na pewno nie potrafiłabym mieszkać na południu Europy lub w krajach latynoamerykańskich - drażni mnie mentalność mieszkańców tych krajów.
7. Czy żałujesz swoich życiowych wyborów?
Osobistych nie. Zawodowych do pewnego stopnia tak.
8. Twoja ulubiona pora roku
Wczesna wiosna. Marzec/kwiecień. Uwielbiam wypatrywać pierwszych oznak zwycięstwa wiosny nad zimą i cieszyć się z topniejącego śniegu.
9. Czy jest coś za czym bardzo tęsknisz?
To, co opisałam w punkcie 3.
10. Lubisz swoją pracę?
Pracę jako taką tak, ale to, w co przeradza się firma, w której aktualnie pracuję nie.
11. Czy zrobiłaś(-eś) ostatnio coś szalonego?Co?
Chyba minęły czasy gdy wyskakiwałam z okna 2 piętra schroniska na zielonej szkole by oglądać wschód słońca. ostatnio wydałam całą kasę przeznaczoną na prezenty świąteczne dla syna i szwagranka na czerwony płaszczyk dla siebie.

A oto moje pytania:
1. Czy jesteś wzrokowcem czy słuchowcem?
2. Wolisz koty czy psy?
3. Książka, która wywarła na Ciebie wpływ.
4. Czy masz prawdziwą pasję?
5. Gdybyś miała jeden dzien tylko dla siebie jak byś go spędziła?
6. Czy uprawiasz/uprawiałaś intensywniej jakiś sport?
7. Co zawsze nosisz ze sobą (oprócz kluczy, dokumentów etc.)?
8. Jakie wnętrza lubisz - nowoczesne czy staroświeckie?
9. Jak wolisz spędzać Boże Narodzenie - w domu, u rodziny, na wyjeździe?
10. Gdybyś mogła zatrudnić pomoc domową to co najchętniej byś na nią scedowała: gotowanie czy sprzątanie?
11. Jakie smaki preferujesz - kwaśne/słodkie, łagodne/pikantne?

Nominuję (jeśli nie przepadacie za łańcuszkami to z góry przepraszam), nie wiem czy mogą to być tylko blogi z blogspota, na wszelki wypadek tylko takie

http://evelio-ciezarowka.blogspot.com/
http://mamuskamartuska.blogspot.com/
http://jutro-bedzie-niebo.blogspot.com/
http://cojanekzrobil.blogspot.com/
http://www.nataszacorkaadmina.blogspot.com/
http://dzidziusiowo.blogspot.com/
http://euromusia.blogspot.com/
http://zonazadhd.blogspot.com/
http://icyignacy.blogspot.com/


http://zaradna-mama.blogspot.com/
http://mamakathleen.blogspot.com/
http://mtoto-wangu.blogspot.com/
http://www.pierwsze-kroki.blogspot.com/






wtorek, 13 listopada 2012

Juuppii! Koniec "uszatego" koszmaru

Byłam dzisiaj z Piotrusiem u laryngologa i wreszcie usłyszałam upragnione - "uszy są czyste". Nawet nie wiecie jak się cieszę! Piotrek cierpiał na zwężenie kanalików i co za tym idzie nadprodukcję woskowiny. Mimo drastycznego przestrzegania higieny i codziennego psikania Vaxolem musieliśmy co ok. 2 miesiące odwiedzać laryngologa celem oczyszczenia uszu. Pół biedy jeśli wystarczyło odsysanie, gorzej było z płukaniem. Te wizyty to był koszmar. Starałam się jeździć z Maćkiem, ale nie zawsze udawało się to zgrać. Z Maćkiem, ponieważ sama nie byłam w stanie unieruchomić dziecka. Jeśli męża nie było z nami pani doktor wołała do pomocy jedną lub nawet dwie panie z recepcji. Ja unieruchamiałam nogi Piotrka, jedna pani jego ręce, a druga głowę. Musiał być całkowicie nieruchomo. Darł się zawsze jakby go ze skóry obdzierano, choć to podobno nie boli samo w sobie. Po prostu jest nieprzyjemne. Do tego Piotr nienawidzi, wprost nienawidzi być krępowany. Reagował histerią już na sam widok budynku, w którym przyjmuje laryngolog. Specjalnie umawiałam się z paniami w rejestracji, że będę z nim spacerowac w pobliżu, a one do mnie dzwoniły gdy poprzedni wizyta zbliżała się do końca tak byśmy od razu wchodzili do gabinetu bez czekania w poczekalni, gdyż przez cały ten czas Piotr po prostu wył. Koszmar na kółkach, napawdę. Czekałam aż wyrośnie z tej przypadłości i nareszce tak się stało. Jż nie musimy chodzić na to czyszczenie. Kanaliki ursosły, poszerzyły swoją średnicę i uszy radzą sobie już same. Jestem bardzo, bardzo szczęśliwa i Piotrek też :-))))))))))))))




poniedziałek, 12 listopada 2012

niemowlaki w piorach

Pisane z komorki wiec bez polskich czcionek. Przegladam net i spotykam je wszedzie. Niemowlaki w kublach z piorami. Niemowlaki w koszach z trocinami. Albo wloczka. W wielkich czapkach z pomponami. Niemowlaki siedzace w wydrazonych dyniach na Halloween. Niemowlaki przebrane za tygrysy, zaby, kotki, pieski i co duza zapragnie. Czy naprawde fundujac malemu dziecku "profesjonalna" sesje zdjeciowa trzeba robic z niego pajaca?????? Jakos zawsze mnie to mierzilo. Starsze dziecko bawiace sie w przebieranie, cieszace sie z tego, swiadome ze to zabawa - OK. Czemu nie. Ale takie niemowlaczki kojarza mi sie z tymi malymi pieskami w kubraczkach noszonymi w torebce jako dodatek do stroju.

piątek, 9 listopada 2012

kontrola z UC

Mamy w firmie kontrolę z Urzędu Celnego. Dzisiaj przyszło dwóch wyjatkowo antypatycznych i chamskich gości i siedzą nam na karku od wtorku. ja mam we wtorek dzień urlopu zwiazane z lekarzem Piotrka. nie powiem jak to wygląda w oczach szefostwa, do tego w kolejny wtorek mam zabieg i też jeden dzień (mam nadzieję, że tylko jeden) mnie nie będzie. Akurat wtedy mamy gości z Korei. W każdym razie już teraz nie wiem jak się nazywam, a jak kiedy mi doszło przygotowywanie milionów stron dokumentacji to jestem załamana. Plus zaległosci, które powstaną w te dni gdy mnie nie będzie.Koniec roku to zawsze gorący okres. Nie mogli przyjść latem????
Swoją droga nie rozumiem. Dlaczego urzędnicy z urzędu skarbowego, od którego nie ma ucieczki są sympatyczni i można się z nimi dogadać gdy przychodzą na kontrolę, a celnicy to jakieś państwo w państwie. Zwłaszcza, że można odprawiać się poza granicami kraju, co coraz częściej czynimy. Tworząc problemy zmuszają przedsiębiorców do uciekania z odprawami poza granice Polski, tym samym jest to mniej pracy dla celników i polskich agencji celnych. Nielogiczne.
Mszczą się. To wiem na pewno.W kwietniu zakwestionowali nam taryfikację przy jednej odprawie domagając się zapłaty wyższego cła. Odwołaliśmy się i częściowo wyszło na nasze. Kolejną odprawę z tej firmy zrobiłam we Frankfurcie bo to było zamówienie przetargowe, pilne, i nie mogliśmy ryzykować przetrzymania przez ponad tydzień tak jak poprzednio. To teraz się na nas uwzięli.

sobota, 3 listopada 2012

o Piotrze Wspaniałym, Mężu Upartym i załamce chorobowo-pracowej

Przede wszystkim chciałabym Ci Synku podziękować za te wspólne chorowanie. Nie wiem czy to bunt dwulatka powoli odpuszcza i dziecko mi mądrzeje, czy Piotrek po prostu zlitował się nad chorymi rodzicami, w każdym bądź razie przez ten tydzień był dzieckiem idealnym. Mimo kataru i kaszlu cały czas w świetnym humorze, pogodny, uśmiechnięty i taki do zacałowania. Powiem szczerze jak się zorientowałam we wtorek, że nie ma się co oszukiwać i nie obroniliśmy się przed tym wrednym krakowskim wirusem to lekko się podłamałam. To dopiero druga choroba w życiu Piotra i tak naprawdę nie mam wprawy w opiekowaniu się chorym dzieckiem, pamiętałam natomiast walki jaki toczyłam podając synowi siłą lekarstwa podczas przeziębienia rok temu, pamiętałam jaki był wtedy marudny (on też nie ma wprawy w chorowaniu, na szczęście) i kiedy dodałam do tego aktualny bunt dwulatka i to, że sami też jesteśmy chorzy na maksa to robiło mi się słabo. Tymczasem okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam.

czwartek, 1 listopada 2012

wirtualny przyjaciel

Nie jestem zwolenniczką otaczania dzieci masą gadżetów ani wczesnego zapoznawania ich z tzw. oprogramowaniem edukacyjnym. Owszem, nie przeczę, jest wiele wartościowych programików, które uczą i krzywdy nie zrobią, tylko, z tego samego można dziecko nauczyć w sposób tradycyjny, posiłujac się klasycznymi planszówkami, kartonowymi pomocami naukowymi etc. zamiast przyzwyczajać dziecko od małego do siedzenie przed komputerem. Na to jeszcze przyjdzie czas w szkole i nie ma co męczyć oczu. Niemniej jednak mam w komórce kilka prostych programików dla dzieci, które odpalam w sytuacjach awaryjnych typu długie czekanie w poczekalni. Między innymi mamy takiego oto misia.

Miś śmieje się gdy dotyka mu się brzuszka, tańczy, gra na instrumentach i powtarza to co dziecko mówi. Do tej pory Piotrek na misia reagował zaciekawieniem, ale bez nadmiernej fascynacji. Od środy to jego najlepszy kumpel. Piotr przyszedł do nas rano i zarządził pobudkę. My z mężem zakatarzeni, połamani rozpaczliwie chwytaliśmy się czego się dało by uszczknąć dla siebie choć parę minut więcej snu. Włączyłam misia. Piotrek rozpoczął z nim żywiony dialog. Zaczął mu opowiadać co mu się śniło, że ma "dwie nogi i paluski do chodzenia", potem zaczął przynosić z pokoju swoje autka i mu pokazywać. Boki można było zrywać ze śmiechu :-) Od tej pory co chwilę mnie prosi bym włączyła misia i z nim rozmawia. Całkiem poważnie. Domaga się by miś z nim tańczył. W praktyce wygląda to tak, że Piotruś tańczy,a ja z nim trzymając komórkę i co chwila naciskając opcję tańczenia. Dzisiaj czytał mu książeczki, a przed pójściem spać domagał się pożegnania z misiem. Normalnie miłość. Prześmiesznie to wygląda :-)

środa, 31 października 2012

pomór ;-)

Polegliśmy wszyscy troje. W Krakowie szaleje jakiś wirus, który zwala z nóg w ciągu dnia. katar, kaszel, gorączka i takie tam. Kisimy się w dmu, ja mam zwolnienie do końca tygodnia. Najgorzej ma się Maciek, potem ja, a Piotrek mim kaszlu i zaglutowania oraz lekkiej gorączki tryska energią. Normalnie ktoś mi dziecko podmienił. sam się dopomina o lekarstwa i jak napełnię mu strzykawkę to sobie sam aplikuje. Dramat jest tylko podczas odciagania kataru (niestety nie udało mi się jak do tej pory nauczyć Piotrka smarkania).
Trzymajcie się zdrowo.

poniedziałek, 29 października 2012

opony, ciocia, Hannibal Lecter i choróbsko


Trochę mnie tu nie było, więc nadrabiam zaległości. Zgodnie z tytułem posta najpierw będzie o oponach. Wymiana opon na zimowe, nic łatwiejszego zdaje się, robią to  na co drugiej ulicy przecież. Ha! My jak zwykle musimy się zakręcić.

środa, 24 października 2012

Adam Małysz



Mój syn to taki Adam Małysz. Wysportowany, odważny fizycznie, pełen wiary w swoje siły jeśli chodzi o wyzwania ruchowe, a jednocześnie nieśmiały introwertyk. Takie wnioski po weekendzie z psycholog. Bardzo się cieszę, że zdecydowaliśmy się na tę konsultację. Pani psycholog obserwowała Piotra w sobotę na zajęciach z Kreatywki oraz przez parę godzin w niedzielę w domu, a potem podzieliła się z nami swoimi refleksjami.

poniedziałek, 22 października 2012

Jak Piotr geodeta zostal

Moj maz jest geodeta, moj tesc jest geodeta, moja tesciowa jest geodeta i moj syn tez jest geodeta! Kojarzycie takie niski slupki z metalowym trzpieniem lekko wystajace z ziemi w okolicach drog, chodnikow i innych charakterystycznych miejsc? Piotrek podsluchal jak tata nazywa je osnowa. Dzisiaj wieczorem wracalismy z basenu. Mlody stanal na slupku i pouczyl mnie
"pac mama. To jest osnowa"
Padlam ;-)
Teraz tylko wybic mu to z glowy bo geodezja to ciezki kawalek chleba
Przepraszam za brak polskich czcionek, pisze z komorki

czwartek, 18 października 2012

dobre wiadomości

Dzisiaj mój kolega z pracy wychodzi ze szpitala. Spędził w nim ponad miesiąc. Gość 42 lata, silny, wysportowany, ojciec trójki dzieci. Dojeżdża do Krakowa codziennie z Bielska. Lubi (lubił )grać w piłkę i raz w tygodniu w piątkowe wieczory chodził na treningi. Na ostatnim treningu poczuł, że coś mu strzyknęło w karku i zaczął się źle czuć. Potem pojawiło się drętwienie kończyn, zaburzenia wzroku. Lekarz rodzinny nie wiedział co mu jest. W nocy obudził się i stwierdził, że jest praktycznie sparaliżowany. Ledwo ruszał oczami. Okazało się, że miał tętniaka, który pękł pod wpływem wysiłku fizycznego. 3 tygodnie leżał plackiem czekając aż tętniak się wchłonie. Paraliż stopniowo ustąpił. Już chodzi i mówi normalnie, nie wiadomo ile czasu spędzi na L4. Jak mu się ułoży życie, bo on ma wynagrodzenie prowizyjne, a nie ma jak pracować, jego żona zarabia jakieś grosze jako nauczycielka. Nie sądzę by codzienne dojazdy po kilka godzin były wskazane w jego stanie. Najważniejsze jednak, ze ŻYJE!

wtorek, 16 października 2012

Houston mamy problem



Martwię się o Piotra. Mój zbuntowany dwulatek ostatnio przechodzi samego siebie. Sama już nie wiem czy to normalne i typowe w tym wieku, czy dzieje się coś niepokojącego. Po ostatniej niedzieli doszliśmy z mężem do wniosku, że musi temu przyjrzeć się ktoś kompetentny z zewnątrz i umówiliśmy się z psychologiem dziecięcym. Jesteśmy po pierwszej rozmowie, na razie bez Piotrusia. Pani psycholog ma nam towarzyszyć w sobotę na zajęciach z Kreatywki i poobserwować Piotrka w relacjach z innymi dziećmi oraz spędzić z nami kawałek niedzieli. Mam nadzieję, że pomoże się nam odnaleźć.

niedziela, 14 października 2012

idzie luty podkój buty

Mam takią fobię - boję się zimna i zimy. Nienawidzę zimy. Zawsze strasznie marznę, bolą mnie palce chocbym nie wiem jak super buty i rękawice ubrała. Takie krążenie. Zima to dla mnie straszny czas. Ból, kulenie się, zaparowane okulary. Najchętniej bym ją przespała. Jest dla mnie też okropnym ograniczeniem wolności. Człowiek ciagle tak samo wygląda, wiecznie w kożuchu, zimowych buciorach (eleganckie kozaczki u mnie odpadają, by w miarę przetrwać musze mieć trapery na grubaśnej podeszwie, z wielkim nosem i mocno ocieplone). To taki czas gdy nie obchodzi mnie jak wygladam, byleby było ciepło. Zazdroszczę kobietom, które tak nie marzną i zimą chodzą w eleganckich płaszczykach i czapkach. Ja muszę mieć kożuch, wielką czapę, mega szalik i wielkie narciarskie rękawice.

Mam jakies głupie irracjonalne lęki, że przyjdze zima, a nam będzie zimno, nie będziemy mieć co ubrać, gdzie się schornić. Głupie, wiem. Może w poprzednim życiu zamarzłam żywcem ;-)Odzież zimową dla Piotrka mam skompletowaną od dawna. Ten weekend przeznaczyłam na generalne przygotowania. Powyciagałam wszystkie zimowe ciuchy, czaki, rekawiczki, ściagnęłam z górnej półki w garderobie karton z zimowymi butami i wymieniłam go na karton butów letnich, wyczyściłam i zaimpregnowałam wszystkie buty i kurtki. Jesteśmy zwarci i gotowi.

Przed domem zrobiło się smutno, bo Uniwersytet Rolniczy na zimę zawsze spuszcza wodę ze stawów rybnych, które mamy po drugiej stronie ulicy. Od kwietnia do października widok jest sielski. Jak na wakacjach. A od wczoraj po prostu pole, taki księżycowy krajonbraz. Nie lubię tego.

Miałam pisać o tym jak martwię się buntem dwulatka Piotra, który przybiera niepokojące rozmiary, o tym, że nie wiem już czy to jest normalne i typowe czy mamy jakiś poważniejszy problem, ale dzisiaj nie mam już siły. Czuję się fatalnie z tym, że czasem nie radzę sobie z własnym dzieckiem. Boję się, że popełniliśmy gdzieś jakiś błąd i że Piotrek jest nieszczęśliwy. Dzisiejszy dzień to był koszmar dla nas wszystkich. Czuję sie złą, beznadziejną matką.....

Piotr smutny i naburmuszony..... Może jutro będzie lepszy dzień.




czwartek, 11 października 2012

cicha woda i dialogi potworowe



Piotr to typowa cicha woda. Nie rozwija się równomiernie, tylko wybitnie skokowo. Przy całej swojej żywiołowości i zwinności fizycznej ma naturę obserwatora. Patrzy, analizuje, magazynuje i przetwarza informacje w swojej malej główce (co dla nas wygląda przekomiczne by marszczy przy tym brwi, patrzy „spode łba” i komentuje „hmmmm”), a potem znienacka zaskakuje nas jakąś nową umiejętnością.  Z tego co czytam i obserwuję większość umiejętności opanowuje później niż rówieśnicy. Kiedyś mnie to niepokoiło, teraz już wiem, że taki ma styl. Długo długo nic, a potem nagle okazuje się, że potrafi coś robić bardzo dobrze, mniej więcej na tym samym poziomie co rówieśnicy, którzy wcześniej od niego zaczęli przejawiać zainteresowanie daną formą aktywności, po czym szybko doprowadza to do perfekcji.  Czai się i kryje jednym słowem, a życie z nim to jedna wielka niespodzianka ;-)

niedziela, 7 października 2012

nasza logistyka codzienna i przygotowania do przedszkola


Piotr za rok idzie do przedszkola. Od pewnego czasu zastanawiam się i kombinuję co zrobić, by przygotować go na tę zmianę życiową.

Jesteśmy w tej chwili w trudnej sytuacji finansowej i jakiś czas to jeszcze pewnie potrwa. Z tego względu jestem niezmiernie wdzięczna mojej mamie, że zaofiarowała się opiekować wnukiem przez trzy dni w tygodniu. Dzięki temu nie musimy zatrudniać opiekunki na cały etat, lecz jedynie na czwartek i piątek. Nasz tydzień jest dość skomplikowany logistycznie.

czwartek, 4 października 2012

Nessie propagatorką przemocy wobec dzieci



Jakiś czas temu byłam osobą bezkompromisową o jasno sprecyzowanych poglądach na pewne sprawy i wydającą kategoryczne sądy.  Dzisiaj z perspektywy czasu uważam to za jedną ze swoich większych wad, z którą staram się walczyć, z różnym skutkiem, przyznaję, lecz zdaję sobie sprawę, że jest to temat nad którym muszę pracować.

Życie nauczyło mnie, że świat nie jest czarno-biały. Świat jest w odcieniach szarości. Trzeba mieć swoje ideały, swój kręgosłup moralny, lecz również trochę wyobraźni. Tyle o sobie wiemy na ile nas sprawdzono, wiem to bardzo dobrze. Nikt z nas tak naprawdę nie jest w stanie ze 100% pewnością przewidzieć jak zachowa się w trudnej sytuacji. Patrząc na innych ludzi nie wiemy do końca, co spowodowało, że zachowują się w taki a nie inny sposób. Dawniej uważałam, że nie ma to znaczenia, ważny jest efekt końcowy. Dziś nie jestem już tak kategoryczna. Uważam, że czasem trzeba wziąć poprawkę na inne aspekty danej sytuacji, na jakieś czynniki zewnętrzne czy wewnętrzne, czasem trzeba po prostu wybaczyć, przymknąć oko, a przede wszystkim zastanowić się czy aby na pewno sami byśmy danego błędu nie popełnili. Jesteśmy wszyscy tylko ludźmi, nie robotami. Więcej we mnie dziś wyrozumiałości dla ludzkich słabości, choć do ideału mi bardzo daleko i bywa, że kogoś skrzywdzę jakimś nieopatrznym komentarzem lub niesprawiedliwie ocenię.

Moim zdaniem bezkompromisowe zero-jedynkowe myślenie świadczy o niedojrzałości, naiwności, braku wyobraźni, ciasnocie umysłowej, a czasem braku empatii. Nie cierpię fanatyzmu w żadnej postaci.
Czemu o tym piszę? Otóż od dłuższego czasu na blogach i portalach społecznościowych prowadzona jest kampania „kocham nie biję” lub „klaps to przemoc”. Dla jasności jest to kampania, którą całym sercem popieram.  Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że uderzenie człowieka to przemoc. Akcja ze wszech miar słuszna, choć mam niejasne wrażenie, że przedstawiciele środowisk, do których powinna ona przede wszystkim trafić blogów dotyczących wychowania dzieci zwyczajnie nie czytają, ale może się mylę. Mam wrażenie jednak, że ferwor walki o słuszną sprawę lekko zaślepia jej uczestników. 

wtorek, 2 października 2012

moje macierzyństwo bez lukru



Nie jestem niepoprawną optymistką, ani pesymistką. Mówię i piszę o tym, co mnie cieszy i wzrusza, a także o tym co mnie boli i złości. Jestem realistką i nie cierpię lukrowania., zwłaszcza lukrowanego macierzyństwa. Nie jestem matką rozczulającą się nad słodziutkim malusim bobaskiem, tycimi nóziami, nie jestem matką z nieskończonymi pokładami cierpliwości, ani taką, która wychodząc  do kina z koleżanką dzwoni co chwilę do domu by sprawdzić co robi jej maleńkie bobo.  Nie lubię gotować i często nie chce mi się wymyślać zdrowych atrakcyjnych potraw dla syna, więc bywa, że na obiad jemy cheesburgera i frytki w McDonaldzie podczas spaceru. Wiem, że w porównaniu ze znajomymi jestem dość konsekwentna i wymagająca.
Mimo, że narodziny Piotrusia były spełnieniem moich marzeń nie wspominam jego okresu niemowlęctwa a z jakimś szczególnym rozrzewnieniem.  Dużo lepiej czuję się w roli mamy zbuntowanego dwulatka niż dziecka do 1.5 roku. Złożyło się na to kilka czynników.

czwartek, 27 września 2012

Wieczór i Poranek Świra czyli w poszukiwaniu zaginionej głowy

Myślę, że dzisiaj nie powinnam zabierać się za żadne odpowiedzialne zadania, gdyż zgubiłam głowę.
Wczoraj ok 22.30 siadłan na chwilę na kanapie z myślą, że zaraz wstanę, zrobię sobie coś do jedzenia, upichcę jakiś szybki obiad dla Małego na następny dzień, rozładuje pralkę, załaduję zmywarke,wezmę prysznic, a potem siąde wygodnie w łóżku z podręcznikiem do francuskiego. Obudziłam się o 4 rano w posyzji półsiedzącej. Miałam jakies przebyłyski, że pasowałoby umyć tłusty łeb, ale zaraz znowu zasnęłam. Obudził mnie syn o 6.30. Wiedziałam juz, że nie ma szans bym zdązyła do pracy na 8. Zaczynam o 9, ale dzisiaj chciałam wyjść godzinę wczesniej by pojechac z Małym na próbne zajęcia dla maluchów w klubokawiarni niedaleko teściów. Zaczynaja się o 18.15, wychodząc z pracy o 17 nie mam szans dojechać po niego na czas. Whatever. Stwierdziłam, że będę na 9 i w pąatek odrobię. Szef sie zgodzi chyba.Wyszykowaliśmy się, odstawiłam Piotra do teściowej gdzie przychodzi niania, zostawiałm auto obok niej na parkingu i autobusem pojechałam do pracy. Pracuje w takim miejscu, że szybciej dojadę z powrotem właśnie autobusem, samochodem musiałabym zawracac na rondzie co zwykle zajmuje minimum pół godziny, a autobusem nie, no i mają własny pas przez jakiś czas.
Miałam jeszcze trochę czasu, więc wysiadłam przystanek wcześniej by kupic sobie coś na śniadanie. Bo tak na marginesie to byłam na czczo, na śniadanie w domu brakło czasu, gdzyż Piotr jak co rano od 3 miesięcy walczył przy ubieraniu wyjąc jak zarzynane prosię, wrzeszcząc "nie te spodenki, tamte", a po podaniu wybranej przez niego pary zmieniając zdanie, że jednak te pierwsze etc, bo za grube, za małe, za sztywne, za miękkie etc. Taki sympatyczny objaw buntu dwulatka. w każdym razie kupiłam śniadanie, a że akurat przyjechał autobus to wsiadłam do niego. Mogłam przejść przez most ten jeden przystanek i byłabym na miejscu za 10 minut, ale akurat jechał, więc wsiadłam. Wszystkie autobusy stamtąd jadą przez most bo nie ma innej możliwości, przystanek jest krótki, więc zaryzykowałam i postanowiłam nie kasować biletu. Nie zdziwło mnie jakoś dlaczego autobus jest żółty zamiast niebieskiego. Ku mojemu zdumieniu nie zatrzymał się za mostem gdyż.... był to autobus miejsko-podmiejski do Wieliczki, przyśpieszony, który nie zatrzymywał się na dwóch kolejnych przystankach. Wow! Utknęłam w korku, trwało to jakiś czas, no i sytuację wykorzystał kanar. Jestem 100 PLN w plecy. Nawet miły był i przystojny.Wysiadłam, przebiłam się przez trylion świateł na druga stronę ronda i wsiadłam do autobusu jadącego z powrotem. Tym razem skasowałam bilet, siadłam i zaczęłam sprawdzać w komórce pocztę firmową. Po chwili podniosłam wzrok i ze zdziwieniem skonstatowałam, że nie bardzo kojarzę gdzie jestem. Wszystkie autobusy stamtąd jadą tą samą trasą za wyjątkiem jednego, który skręca w praco i akurat do niego wsiadłam. Nie popatrzyłam w pośpiechu na numer. Znowu wysiadanei, bieg na drugą stronę ulicy, autobus w drugą strone uciekł mi sprzed nosa, więc marsz szybkim krokiem z powrotem 20 minut.

;-)))))))))))))))))))))))))))))

Chyba jestem dzisiaj niebezpieczna dla otoczenia

wtorek, 25 września 2012

o przemocy i ucieczce od złego



Ten blog to moja miejsce do pisania o wszystkim. 

Miałam w głowie posta o buncie dwulatka. Wczoraj jednak przeczytałam wywiad z Katarzyną Figurą na temat przemocy domowej. Rano w samochodzie trafiłam na ten kawałek. Bardzo dla mnie szczególny. Jest kilka utworów, które zawsze, zawsze przywołują konkretne emocje. Często tekst ma niewiele wspólnego z daną sytuacją, chodzi o jakiś akord, nastrój. 

Ta muzyka jest o moim buncie i niezgodzie na tym jak wyglądało moje dzieciństwo i młodość, o mojej walce o normalne życie i szczęście.



Starsailor - Alcoholic



Nie dosłownie. W moim domu nie było alkoholizmu. Dzieciństwo nie kojarzy mi się jednak z bezpieczeństwem. Moje dzieciństwo i młodość to była wieczna „cisza przed burzą”, niepewność i lęk. Niewidoczne dla otoczenia. Dlatego rozumiem Kasię Figurę i poniekąd wiem, co przeżywa.

Mój ojciec to czarujący, zawoalowany psychol. Nienawidzę go i nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Zerwałam z nim kontakty wiele lat temu. Jakiś czas temu widziałam go na ulicy. Wpadłam w panikę. Zniknęłam mu z oczu, znikanie w krętych uliczkach mam opanowane do perfekcji.

Nigdy mnie nie uderzył. Nigdy mnie nie wykorzystał. Ale wiele razy marzyłam by to zrobił.  Jako 8-letnie dziecko myślałam, że chciałabym by mnie zgwałcił….. Zostałyby ślady, może ktoś by mi pomógł. Przemocy psychicznej nie widać na pierwszy rzut oka. Wykańcza stopniowo, małymi krokami. Były okresy dobre, gdy  miałam nadzieję, że tata coś zrozumiał,  gdy fajnie spędzaliśmy czas. I okresy okropne.

Moja mama rozwiodła się z nim gdy miałam nieco ponad rok i to był jedyny krok jaki de facto uczyniła. Była słaba. Nie widziała lub nie chciała widzieć co się dzieje. Że trzęsą mi się ręce. Że jestem smutna, że nie mam przyjaciół, że rzadko się uśmiecham. Nie miałam dzieciństwa. Nie czułam się dzieckiem. Uważałam, że muszę chronić mamę by tata jej nie zamęczył psychicznie, więc udawałam, że wszystko jest OK. Udawałam, że cieszę się na widok taty, że chcę go widywać, bo za każdym razem gdy się buntowałam stwierdzał, że to pewnie matka nastawia mnie przeciwko niemu i że porozmawiamy o tym w sądzie. Grałam więc swoją rolę. Miał klucze do naszego mieszkania i przychodził kiedy chciał. Chora decyzja sądu przy okazji rozwodu, w sprawie której mama nic potem nie zrobiła. Chodziłam do szkoły na popołudnie i każdego dnia miałam nadzieję, że nie przyjdzie rano. Mieszkaliśmy na parterze. Za każdym razem gdy słyszałam kroki na klatce i brzęk kluczy drętwiałam. Gdy otwierał drzwi stawałam „uśmiechnięta” w przedpokoju. Gdybym nie wyszła mu na spotkanie byłaby awantura, że nie cieszę się na jego widok.

Bałam się panicznie.
Ciężko to opisać i zrozumieć.  To nie było jedno zdarzenia, ale milion drobnych.

Mówi się, że słowa potrafią zniszczyć. Moje dzieciństwo zniszczyło jedno zdanie wypowiedziane przez ojca do mamy gdy miałam może 5-6 lat. „Zostało Ci jeszcze może 5 lat”.

Moja mama pali papierosy od 17 roku życia. Miała też podejrzenie raka piersi. Bardzo wcześnie dowiedziałam się, że papierosy powodują raka pluci że na to się umiera. Żyłam w strachu, że ją stracę. Przypadkiem dowiedziałam się też o problemach z piersią. Gdy usłyszałam te słowa i połączyłam je z faktami zaczęłam się panicznie bać, że mama umrze, a ja zostanę z ojcem. Że będę spędzała z nim 24 h na dobę. Nie byłam w stanie nawet sobie tego wyobrazić. Ja tak czekałam, aż pójdzie do domu, aż wyjdzie i będę miała chwilę oddechu. Gdyby mamy zabrakło nie miałabym ucieczki. To jedno zdanie miałam stale w głowie. Byłam przekonana, że mama jest ciężko chora i nic mi nie mówi, żeby mnie nie martwić. Kilka razy ją pytałam czy jest chora, zaprzeczała, ale żyjąc w ciągłym lęku nie potrafiłam jej uwierzyć. Uznałam, że mówi tak, bym się nie martwiła. Pamiętam jak błagałam ją by przestała palić. Za każdym razem gdy kaszlała bałam się, że to rak. Gdy słyszałam karetkę ściskało mnie w gardle. Gdy spóźniała się z pracy bałam się, że nigdy już nie wróci. Do dziś uważam palaczy za cholernych egoistów. W głowie układałam scenariusze życia gdy jej zabraknie. Jako 10-letnie dziecko byłam przekonana, że moje życie niebawem się zmieni, że będę musiała walczyć z ojcem – postanowiłam, że w sądzie powiem całą prawdę i poproszę by m nie musiała z nim mieszkać. Kiedyś zapytałam wujka, czy mogłabym z nimi zamieszkać gdyby mamie cos się stało. Wujek opowiedział o tym mamie a ona… nic nie zrobiła.

Uwielbiałam się uczyć, bo wtedy nie myślałam o swoim życiu. Dawało mi to satysfakcję. Była to jedna z niewielu dziedzin gdzie miałam kontrolę. Byłam postrzegana jako kujonka, a ja po prostu tak bardzo chciałam czuć się w czymś dobra.
Nikt nie podejrzewał, ze ta spokojna świetnie ucząca się dziewczynka uważa, ze musi nieść swój krzyż. Usłyszałam to w kościele i uznałam, że pasuje do mojej sytuacji. Chore.

Teraz jako matka nie potrafię pojąc jak moja mogła nie widzieć tego co się dzieje. Wykrzyczałam jej to w twarz wiele lat później gdy odcinałam się od tego bagna i poinformowałam ją, że od tej pory sama musi z nim się mierzyć, że nie będę więcej jej kryła, chroniła, bo to nie ja go wybrałam na rodzica i swoje już przeszłam.
Teraz to temat tabu między nami. Relacje mamy poprawne, ale żal w sercu został. Żal, że mnie nie ratowała.  Że nie widziała. Że była za słaba. Wiem, że ojciec ją dalej nachodzi. Nie obchodzi mnie już to. To jej sprawa. Nie moja.

W dzieciństwie i młodości brakowało mi poczucia bezpieczeństwa. Nie szanowano moich granic. Dlatego teraz jestem przewrażliwiona na tym punkcie. Zazdrośnie ich strzegę. Źle znoszę stany tymczasowości. Bardzo potrzebuję stabilności.  Wiem, że nie pozwolę nigdy by mój syn nie czuł się bezpiecznie, staram się szanować jego granice, bo sama tego nie miałam.

Nie wolno, nie wolno robić z dzieci dorosłych!!!!!!!!

Wierzę, że czasem na swojej drodze spotykamy Anioły. Wierzę, bo ja spotkałam. Mój Anioł to mój największy przyjaciel. Życie w wiecznym lęku, poczuciu niepewności i zagrożenia przez lata stopniowo doprowadziło do załamania nerwowego tuż po maturze i depresji. Tylko dwie osoby to zauważyły, mama nie. On nie zważając na ból, który mu wtedy zadawałam na siłę wyciągnął mnie z bagna. A nie byłam wtedy łatwa we współżyciu. Skontaktował ze świetną psycholog, przez która trafiłam do psychiatry. To był początek długiej drogi do jakiej takiej normalności. Ten człowiek uratował mi życie i nigdy mu tego nie zapomnę, kocham go jak brata. Teraz dzielą nas teraz setki kilometrów. Zrobiłabym dla niego wszystko i piszę to z pełną świadomością tych słów, gdyż wiem, że on nigdy nie oczekiwałby ode mnie rzeczy, której nie mogłabym mu dać. To wspaniały człowiek. Gdyby w tym momencie zadzwonił, że potrzebuje bym była obok natychmiast wsiadłabym w najbliższy samolot.

Wiem, że jestem trochę jak DDA. Staram się wyciągnąć z mojej przyszłości paradoksalnie tyle dobrego ile się da. Wiem, że jestem wyczulona na wiele spraw bardziej niż inni.  Wiem, że potrafię wyczuć gdy ktoś tak ja chowa się z problemami. Myślę, że kilku osobom choć odrobinę w życiu pomogłam.

A sama wciąż walczę ze swoimi lękami dla męża, syna i przede wszystkim dla samej siebie.
Czasem płaczę.
A gdy jest mi bardzo źle słucham tej właśnie piosenki. Ona daje mi siłę.