czwartek, 27 września 2012

Wieczór i Poranek Świra czyli w poszukiwaniu zaginionej głowy

Myślę, że dzisiaj nie powinnam zabierać się za żadne odpowiedzialne zadania, gdyż zgubiłam głowę.
Wczoraj ok 22.30 siadłan na chwilę na kanapie z myślą, że zaraz wstanę, zrobię sobie coś do jedzenia, upichcę jakiś szybki obiad dla Małego na następny dzień, rozładuje pralkę, załaduję zmywarke,wezmę prysznic, a potem siąde wygodnie w łóżku z podręcznikiem do francuskiego. Obudziłam się o 4 rano w posyzji półsiedzącej. Miałam jakies przebyłyski, że pasowałoby umyć tłusty łeb, ale zaraz znowu zasnęłam. Obudził mnie syn o 6.30. Wiedziałam juz, że nie ma szans bym zdązyła do pracy na 8. Zaczynam o 9, ale dzisiaj chciałam wyjść godzinę wczesniej by pojechac z Małym na próbne zajęcia dla maluchów w klubokawiarni niedaleko teściów. Zaczynaja się o 18.15, wychodząc z pracy o 17 nie mam szans dojechać po niego na czas. Whatever. Stwierdziłam, że będę na 9 i w pąatek odrobię. Szef sie zgodzi chyba.Wyszykowaliśmy się, odstawiłam Piotra do teściowej gdzie przychodzi niania, zostawiałm auto obok niej na parkingu i autobusem pojechałam do pracy. Pracuje w takim miejscu, że szybciej dojadę z powrotem właśnie autobusem, samochodem musiałabym zawracac na rondzie co zwykle zajmuje minimum pół godziny, a autobusem nie, no i mają własny pas przez jakiś czas.
Miałam jeszcze trochę czasu, więc wysiadłam przystanek wcześniej by kupic sobie coś na śniadanie. Bo tak na marginesie to byłam na czczo, na śniadanie w domu brakło czasu, gdzyż Piotr jak co rano od 3 miesięcy walczył przy ubieraniu wyjąc jak zarzynane prosię, wrzeszcząc "nie te spodenki, tamte", a po podaniu wybranej przez niego pary zmieniając zdanie, że jednak te pierwsze etc, bo za grube, za małe, za sztywne, za miękkie etc. Taki sympatyczny objaw buntu dwulatka. w każdym razie kupiłam śniadanie, a że akurat przyjechał autobus to wsiadłam do niego. Mogłam przejść przez most ten jeden przystanek i byłabym na miejscu za 10 minut, ale akurat jechał, więc wsiadłam. Wszystkie autobusy stamtąd jadą przez most bo nie ma innej możliwości, przystanek jest krótki, więc zaryzykowałam i postanowiłam nie kasować biletu. Nie zdziwło mnie jakoś dlaczego autobus jest żółty zamiast niebieskiego. Ku mojemu zdumieniu nie zatrzymał się za mostem gdyż.... był to autobus miejsko-podmiejski do Wieliczki, przyśpieszony, który nie zatrzymywał się na dwóch kolejnych przystankach. Wow! Utknęłam w korku, trwało to jakiś czas, no i sytuację wykorzystał kanar. Jestem 100 PLN w plecy. Nawet miły był i przystojny.Wysiadłam, przebiłam się przez trylion świateł na druga stronę ronda i wsiadłam do autobusu jadącego z powrotem. Tym razem skasowałam bilet, siadłam i zaczęłam sprawdzać w komórce pocztę firmową. Po chwili podniosłam wzrok i ze zdziwieniem skonstatowałam, że nie bardzo kojarzę gdzie jestem. Wszystkie autobusy stamtąd jadą tą samą trasą za wyjątkiem jednego, który skręca w praco i akurat do niego wsiadłam. Nie popatrzyłam w pośpiechu na numer. Znowu wysiadanei, bieg na drugą stronę ulicy, autobus w drugą strone uciekł mi sprzed nosa, więc marsz szybkim krokiem z powrotem 20 minut.

;-)))))))))))))))))))))))))))))

Chyba jestem dzisiaj niebezpieczna dla otoczenia

wtorek, 25 września 2012

o przemocy i ucieczce od złego



Ten blog to moja miejsce do pisania o wszystkim. 

Miałam w głowie posta o buncie dwulatka. Wczoraj jednak przeczytałam wywiad z Katarzyną Figurą na temat przemocy domowej. Rano w samochodzie trafiłam na ten kawałek. Bardzo dla mnie szczególny. Jest kilka utworów, które zawsze, zawsze przywołują konkretne emocje. Często tekst ma niewiele wspólnego z daną sytuacją, chodzi o jakiś akord, nastrój. 

Ta muzyka jest o moim buncie i niezgodzie na tym jak wyglądało moje dzieciństwo i młodość, o mojej walce o normalne życie i szczęście.



Starsailor - Alcoholic



Nie dosłownie. W moim domu nie było alkoholizmu. Dzieciństwo nie kojarzy mi się jednak z bezpieczeństwem. Moje dzieciństwo i młodość to była wieczna „cisza przed burzą”, niepewność i lęk. Niewidoczne dla otoczenia. Dlatego rozumiem Kasię Figurę i poniekąd wiem, co przeżywa.

Mój ojciec to czarujący, zawoalowany psychol. Nienawidzę go i nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Zerwałam z nim kontakty wiele lat temu. Jakiś czas temu widziałam go na ulicy. Wpadłam w panikę. Zniknęłam mu z oczu, znikanie w krętych uliczkach mam opanowane do perfekcji.

Nigdy mnie nie uderzył. Nigdy mnie nie wykorzystał. Ale wiele razy marzyłam by to zrobił.  Jako 8-letnie dziecko myślałam, że chciałabym by mnie zgwałcił….. Zostałyby ślady, może ktoś by mi pomógł. Przemocy psychicznej nie widać na pierwszy rzut oka. Wykańcza stopniowo, małymi krokami. Były okresy dobre, gdy  miałam nadzieję, że tata coś zrozumiał,  gdy fajnie spędzaliśmy czas. I okresy okropne.

Moja mama rozwiodła się z nim gdy miałam nieco ponad rok i to był jedyny krok jaki de facto uczyniła. Była słaba. Nie widziała lub nie chciała widzieć co się dzieje. Że trzęsą mi się ręce. Że jestem smutna, że nie mam przyjaciół, że rzadko się uśmiecham. Nie miałam dzieciństwa. Nie czułam się dzieckiem. Uważałam, że muszę chronić mamę by tata jej nie zamęczył psychicznie, więc udawałam, że wszystko jest OK. Udawałam, że cieszę się na widok taty, że chcę go widywać, bo za każdym razem gdy się buntowałam stwierdzał, że to pewnie matka nastawia mnie przeciwko niemu i że porozmawiamy o tym w sądzie. Grałam więc swoją rolę. Miał klucze do naszego mieszkania i przychodził kiedy chciał. Chora decyzja sądu przy okazji rozwodu, w sprawie której mama nic potem nie zrobiła. Chodziłam do szkoły na popołudnie i każdego dnia miałam nadzieję, że nie przyjdzie rano. Mieszkaliśmy na parterze. Za każdym razem gdy słyszałam kroki na klatce i brzęk kluczy drętwiałam. Gdy otwierał drzwi stawałam „uśmiechnięta” w przedpokoju. Gdybym nie wyszła mu na spotkanie byłaby awantura, że nie cieszę się na jego widok.

Bałam się panicznie.
Ciężko to opisać i zrozumieć.  To nie było jedno zdarzenia, ale milion drobnych.

Mówi się, że słowa potrafią zniszczyć. Moje dzieciństwo zniszczyło jedno zdanie wypowiedziane przez ojca do mamy gdy miałam może 5-6 lat. „Zostało Ci jeszcze może 5 lat”.

Moja mama pali papierosy od 17 roku życia. Miała też podejrzenie raka piersi. Bardzo wcześnie dowiedziałam się, że papierosy powodują raka pluci że na to się umiera. Żyłam w strachu, że ją stracę. Przypadkiem dowiedziałam się też o problemach z piersią. Gdy usłyszałam te słowa i połączyłam je z faktami zaczęłam się panicznie bać, że mama umrze, a ja zostanę z ojcem. Że będę spędzała z nim 24 h na dobę. Nie byłam w stanie nawet sobie tego wyobrazić. Ja tak czekałam, aż pójdzie do domu, aż wyjdzie i będę miała chwilę oddechu. Gdyby mamy zabrakło nie miałabym ucieczki. To jedno zdanie miałam stale w głowie. Byłam przekonana, że mama jest ciężko chora i nic mi nie mówi, żeby mnie nie martwić. Kilka razy ją pytałam czy jest chora, zaprzeczała, ale żyjąc w ciągłym lęku nie potrafiłam jej uwierzyć. Uznałam, że mówi tak, bym się nie martwiła. Pamiętam jak błagałam ją by przestała palić. Za każdym razem gdy kaszlała bałam się, że to rak. Gdy słyszałam karetkę ściskało mnie w gardle. Gdy spóźniała się z pracy bałam się, że nigdy już nie wróci. Do dziś uważam palaczy za cholernych egoistów. W głowie układałam scenariusze życia gdy jej zabraknie. Jako 10-letnie dziecko byłam przekonana, że moje życie niebawem się zmieni, że będę musiała walczyć z ojcem – postanowiłam, że w sądzie powiem całą prawdę i poproszę by m nie musiała z nim mieszkać. Kiedyś zapytałam wujka, czy mogłabym z nimi zamieszkać gdyby mamie cos się stało. Wujek opowiedział o tym mamie a ona… nic nie zrobiła.

Uwielbiałam się uczyć, bo wtedy nie myślałam o swoim życiu. Dawało mi to satysfakcję. Była to jedna z niewielu dziedzin gdzie miałam kontrolę. Byłam postrzegana jako kujonka, a ja po prostu tak bardzo chciałam czuć się w czymś dobra.
Nikt nie podejrzewał, ze ta spokojna świetnie ucząca się dziewczynka uważa, ze musi nieść swój krzyż. Usłyszałam to w kościele i uznałam, że pasuje do mojej sytuacji. Chore.

Teraz jako matka nie potrafię pojąc jak moja mogła nie widzieć tego co się dzieje. Wykrzyczałam jej to w twarz wiele lat później gdy odcinałam się od tego bagna i poinformowałam ją, że od tej pory sama musi z nim się mierzyć, że nie będę więcej jej kryła, chroniła, bo to nie ja go wybrałam na rodzica i swoje już przeszłam.
Teraz to temat tabu między nami. Relacje mamy poprawne, ale żal w sercu został. Żal, że mnie nie ratowała.  Że nie widziała. Że była za słaba. Wiem, że ojciec ją dalej nachodzi. Nie obchodzi mnie już to. To jej sprawa. Nie moja.

W dzieciństwie i młodości brakowało mi poczucia bezpieczeństwa. Nie szanowano moich granic. Dlatego teraz jestem przewrażliwiona na tym punkcie. Zazdrośnie ich strzegę. Źle znoszę stany tymczasowości. Bardzo potrzebuję stabilności.  Wiem, że nie pozwolę nigdy by mój syn nie czuł się bezpiecznie, staram się szanować jego granice, bo sama tego nie miałam.

Nie wolno, nie wolno robić z dzieci dorosłych!!!!!!!!

Wierzę, że czasem na swojej drodze spotykamy Anioły. Wierzę, bo ja spotkałam. Mój Anioł to mój największy przyjaciel. Życie w wiecznym lęku, poczuciu niepewności i zagrożenia przez lata stopniowo doprowadziło do załamania nerwowego tuż po maturze i depresji. Tylko dwie osoby to zauważyły, mama nie. On nie zważając na ból, który mu wtedy zadawałam na siłę wyciągnął mnie z bagna. A nie byłam wtedy łatwa we współżyciu. Skontaktował ze świetną psycholog, przez która trafiłam do psychiatry. To był początek długiej drogi do jakiej takiej normalności. Ten człowiek uratował mi życie i nigdy mu tego nie zapomnę, kocham go jak brata. Teraz dzielą nas teraz setki kilometrów. Zrobiłabym dla niego wszystko i piszę to z pełną świadomością tych słów, gdyż wiem, że on nigdy nie oczekiwałby ode mnie rzeczy, której nie mogłabym mu dać. To wspaniały człowiek. Gdyby w tym momencie zadzwonił, że potrzebuje bym była obok natychmiast wsiadłabym w najbliższy samolot.

Wiem, że jestem trochę jak DDA. Staram się wyciągnąć z mojej przyszłości paradoksalnie tyle dobrego ile się da. Wiem, że jestem wyczulona na wiele spraw bardziej niż inni.  Wiem, że potrafię wyczuć gdy ktoś tak ja chowa się z problemami. Myślę, że kilku osobom choć odrobinę w życiu pomogłam.

A sama wciąż walczę ze swoimi lękami dla męża, syna i przede wszystkim dla samej siebie.
Czasem płaczę.
A gdy jest mi bardzo źle słucham tej właśnie piosenki. Ona daje mi siłę.

środa, 19 września 2012

dla takich chwil sie zyje

Specjalnie nie prosilam mamy by dala Piotrusiowi telefon gdy do niej dzwonilam. Nie chcialam by przypominal sobie za bardzo, ze teskni.
Dzisiaj moje dziecko lat 2 i 3 miesiace samo poprosilo babcie by do mnie zatelefonowala
" jestes w placy?"
" tak synku. Jutro wroce"
"to cesc jutlo. Kocham cie mamo"

Szkoda ze w piatek znowu zobaczy mnie tylko rano. Musze jechac z Koreanczykami do Auschwitz a potem kolacja do pozna.

wtorek, 18 września 2012

Sluzbowo w Kolonii

Do czwartku jestem w Kolonii. Korzystajac z okazji obeszlam z szefem cala starowke, wyjechalismy na wieze katedry i obejrzelismy wystawe malarstwa impresjonistow. Niestety Kolonia mnie nie zachwycila. Jest szarobura, przybrudzona, malo drzew, malo roslin. Ogolnie brak kolorow przynajmniej w ciagu dnia.
Zajrzalam do Lidla i za 8 eur nabylam dla Piotrz i synka kolezanki fajne plaszczyki przeciwdeszczowe na polarku na wyrost.
Strasznie tesknie za Piorusiem. Ciagle widze te brazowe oczka wpatrujace sie we mnie gdy czytalam mu wczoraj bajki na dobranoc i te slowa "kochana mama".

niedziela, 16 września 2012

w samych superlatywach

Obawiałam się jak Piotr zniesienie dzisiejszy dzień - ośmioro dzieci widzianych o raz pierwszy w życiu na swoim terytorium. Teraz mogę napisać - mam wspaniałego, cudownego, świetnego i w ogóle naj syna, który (wyspany ;-) świetnie odnalazł się w sytuacji, super bawił całe popołudnie, troskliwie opiekował młodszymi, sam z siebie proponował swoje ulubione kultowe zabawki płaczącym delikwentom w ramach pocieszania, przytulał i głaskał, szalał ze starszymi, i ewidentnie dał się omotać uroczej ciemnookiej 3-letniej Agnieszce ;-) Ja zresztą też jestem zakochana w przyszłej synowej ;-)
Dzisiaj z optymizmem patrzę w przedszkolną przyszłość.



sobota, 15 września 2012

warto było

Mieliśmy wiele chwil zwątpienia.
Bałam się, że porywamy się z motyką na słońce. Budować dom i to jeszcze w tak trudnym miejscu. Na skarpie. Obok tunelu powietrznego do lądowania samolotów.
I też wiele nas to kosztowało, nie chodzi tylko o finanse, a może nawet przede wszystkim nie o nie.
Ogromne nerwy, stres, pośpiech.
Działka kupiona trochę va bank, na 98% wiedzieliśmy, że w planie zagospodarowania przestrzennego, który miał wkrótce zostać ogłoszony figurować będzie jako działka budowlana. Sprzedawca obawiał się, że zakwalifikowana zostanie jako tereny zielone, więc obniżył znacznie cenę. 100% pewności jednak nie mieliśmy. Po zakupie radość, że się udało, projekt, wniosek o pozwolenie na budowę i zonk - plan został uchylony. Trzeba od nowa wnioskować o WZ. Projekt przedłużył się o rok.
Do dzisiaj nie wiem jak mój mąż dał radę pracować na 2 etatach i jednocześnie doglądając budowy i wiele rzeczy robiąc własnymi rękam.
Budowa zaczęła się w marcu 2009 roku. We wrześniu 2009 r. zaszłam w ciążę i od tego momentu siłą rzeczy nie byłam w stanie zbyt wiele pomóc aż do maja 2011.
Kradzież na budowie. Od jesieni 2010, odkąd wstawione zostały okna i dom został zadaszony mąż na zmianę z teściem praktycznie codziennie nocowali na budowie. Na łóżku zbitym z palet + dmuchany materach. Na gołej wylewce, bez ogrzewania, wody, nawet w najgorsze mrozy. Całe szczęście, że mieszkaliśmy wted w miarę niedaleko. Maciek wracał wieczorem, jadł kolację, kąpał się, ja przygotowywałam mu śniadanie i drugie śniadanie na wynos i co drugi dzien ok 23 wsiadał w auto i jechał tam spać, a potem prosto do pracy. Ja zstawalam z Piotrusiem. Czasem go zastępowalam.
W lutym 2011 życie nabrało rozpędu. Okazało się, że musimy wcześniej niż przewidywała umowa wyprowadzić się z wynajmowanego mieszkania. W planach mieliśmy przeprowadzkę najwcześniej wiosną 2012, a raczej nawet na jesień. Okazało się, że wynieść musimy się do końca września 2011 i do tego czasu dom musi zostać prowizorycznie wewnątrz skończony by można się tam wprowadzić z dzieckiem. Udało się, Piotruś pierwszą noc w nowym domu spędził 4 października 2011, dokładnie  w urodziny taty.
Tylko my wiemy ile pracy nas kosztowało by zdążyć, by nie musieć się rozdzielać (bo w domu z instalacjami etc już ktoś musi mieszkać, więc oznaczałoby to, że ja z małym musiałabym mieszkać u mamy, a Maciek by do nas dojeżdżał)
Pamiętam jak w 20 stopniowym mrozie po ciemku z  latarką czołówką kilofem kopał rów w zamarzniętej ziemi bo tzreba było wkopać jakiś kabel by nie pękł.Kilka miesiecy kaszlał po własnoręcznym wyszlifowaniu wszystkich ścian.
Z kasą bardzo krucho, więc ile sie dalło robiliśmy sami. Maciek już fizycznie nie był w stanie zdążyć ze wszystkim, więc całe malowanie wzięłam na siebie. Wszystkie sciany począwszy od gruntowania, przez 2-3 warstwy + bejcowanie drewnianego sufitu. Zajęło mi to dokładnie 25 dni od wczesnego rana do 17-18, by zdążyć wrócić na kąpiel Małego. Praktycznie wszystkie soboty od maja 2010 i calutki urlop. Nigdy w życou nie byłam tak wykończona. Powót do pracy na cąły etat, małe dziecko, a w weekend ciężka fizyczna harówka. Malowanie wcale nie jest takim relaksem jak się wydaje. To jest fajne jak człwiek ma pomalowavc jeden pokój, ale gdy przyjdzie do malowania wszystkich sufitów kilkoma warstwami inaczej się na to patrzy. Chyba nigdy też poza urodzeniem dziecka nie byłam tak z siebie dumna. Naszym mamom jestem wdzięczna  nieskończenie za zajmowanie się Piotrkiem w tym czasie. Bez nich nie dalibyśmy rady czasowo. Pamiętam jak mi pękało serce gdy w sobotę po całym tygodniu pracy zamiast spędzić czas z Piotrusiem jechałam o świecie na budowę, ale nie było innego wyjścia.
Nerwy straszne. 3 tygodnie przed planowaną wyprowadzką, gdy praktycznie wszystko było już przewiezione, a w wynajmowanym mieszkaniu zostało absolutne minimum do przetrwania i rzeczy Małego pod schodami ział wielki krater bo dopiero zaczęła się budowa garażu, nie było kotłowni, ciepłej wody, barierek przy schodach asni kontaktów. My byśmy się wprowadzili, ale chodziło o bezpieczeństwo dziecka. Nie było mowy by mieszkał w takich warunkach.Wszystko na wariackich papierach a miało być spokojnie, mieliśmy mieszkać sobie w mieszkaniu i powolutku wykańczać dom.
Kotlownia ruszyla 2 dni przed przyjazdem Piotrusia.
Ogromnie podziwiam mojego meża za pracę, którą włożył w ten dom. To jest projekt jego życia, poza Piotrem rzecz jasna.
Wiem, że z powodu zmęczenia i własnego stresu nie okazałam mu tyle wsparcia ile potrzebował.w tym czasie.... sama byłam przytłoczona jego ciągła nieobecnością, tym że byłam z małym dzieckiem sama i znużona.

Wiele razy miałam dosc. Chciałam sprzedać to wszystko, dać sobie spokoj. Wiele kłótni między nami.
Ale dzisiaj chociaż jesteśmy zupełnie wykoczeni finansowo, chociaż jeszcze wiele przed nami (przede wszystkim barierki na tarasie i balkonie, bo póki co nie korzystamy ze względu na Piotrka, klamki są wyciągnięte), chociaż jedynymi tak naprawde umeblowanymi pomieszczeniami są kuchnia i pokój Piotrka, chociaż wiele wyrzeczeń nas czeka, chociaż rezygnujemy z zakupu lamp bo ważniejsze jest wybrukowanie podjazdu, chociaż jeszcze przez minimum rok gdy pada trzeba zalożyc kalosze by w ogóle wyjść z domu i zejść do garazu, a w garażu przebieramy normalne buty
to
wiem, że warto było za każdym razem gdy patrząc z okna sypialni widzę to.







wtorek, 11 września 2012

o jeziorze i inwazji much



Weekend minął nam pod znakiem spania i jeziora. I much.
W sobotę wieczorem tata zasnął nad podręcznikiem do uprawnień w salonie ok. 20.00 Ja byłam w trakcie przygotowywania zapiekanki rybnej na następny dzień.  Nadeszła pora wieczornych rytuałów, więc stwierdziłam, że skończę jak Piotrek zaśnie i wtedy obudzę męża. Efekt był taki, że zasnęłam razem z synem i obudziłam się o 6 rano.  Nie byłam jednak w stanie zwlec się przed 7. Piotrek coś tam bawił się sam. Szok – spałam 10 godzin, gdy zwykle musi mi wystarczyć 4-5h. Maciek całą noc spał w salonie przy zapalonym świetle.  Schodzę rano, a tam rozwałka. Po kolacji nieposprzątane, warzywa częściowo pokrojone i nad tym wszystkim tumany muszek, które sobie na luzie żerowały całą noc wlatując przez uchylone okna do rzęście oświetlonej kuchni. Do wyrzucenia. Trudno.
Miałam wieczorem zadzwonić do Grażynki czyli szwagierki i umówić się na niedzielę, nie zadzwoniłam, ona też zasnęła z Antkiem. Szybki telefon – jadą do Kryspinowa, więc i my też. Gwoli wyjaśnienia Kryspinów to wieś koło Krakowa z jeziorem i plaża, oddalona jakieś 10 minut samochodem od naszego domu, ale latem w ogóle tam nie jeździliśmy bo w sezonie to jest jeden wielki smród z przenośnych grillów, hałas quadów, umcyk umcyk umcyk z samochodowych radioodbiorników i tłum ludzi. Tam jest fajn ie wiosną i jesienią. Spakowaliśmy się i pojechaliśmy. Było dość chłodno, ja byłam rozkojarzona i szybko wyszło na jaw, że spakowałam nas zupełnie bez głowy. W całej swojej naiwności założyłam, że Piotrek będzie sobie brodził przy brzegu w kaloszach i gumowych gaciach. Figę z makiem. Jak tylko dotarliśmy na miejsce wyszło piękne słońce, a Piotr pognał do wody na bosaka mocząc dokumentnie spodnie, więc został w pieluszce. Ja sobie spacerowałam w adidasach bo przyznam się – brzydzę się wchodzić do jeziora. Wkrótce jednak i tak czekało mnie bliskie spotkanie z wodą, bo Piotr niepomny moich ostrzeżeń wszedł głębiej, potknął się i wylądował twarzą w wodzie. Stałam bliżej niż Maciek więc jak stałam w spodniach, butach i bluzie wskoczyłam do wody, przebrałam delikwenta, wytarłam go polarem Maćka, po czym stwierdziłam, że muszę wrócić do domu się przebrać bo dla siebie nie miałam nic a przemoknięta byłam do majtek. Dosłownie lało się ze mnie. Zostawiłam wiec chłopaków i taka mokra cieknąca pojechałam autem do domu, przy okazji zgarnęłam jeszcze taczki. W międzyczasie Maciek usiłował ogarnąć sytuację, bo Piotrek roztrzęsiony wypadkiem i moim nagłym zniknięciem wpadł w histerię, krzyczał, że chce do domu, do mamy i ciężko było go uspokoić. Już myślałam, że  będziemy musieli zbierać się z powrotem zanim przyjadą marek, Grażynka i Antoś, ale jakoś udało mi się go uspokoić.
Potem chłopaki bawiły się już fajnie. Była pora drzemki Piotrka i ziewał okropnie, ale nijak nie dało się go uśpić w wózku, więc olałam temat. Już wiedziałam, że to jeden z tych dni gdy padnie ok 17 do rana bez kąpieli. Kuzynostwo szalała przy brzegu, budowali z tatusiami tamy, wozili wodę taczkami. Potem dołączyło jeszcze dwóch starszych kolegów. Jeden z nich spytał się mnie: „czemu pani ma takie dziwne nogi?” a ja długo musiałam się zastanawiać o co mu chodzi. Tak się przyzwyczaiłam do mojego bielactwa, że zapominam, iż dla osób postronnych moje łaciate kończyny wyglądają faktycznie osobliwie. ;-)
Nadeszła pora obiadowa. Mówię towarzystwu, że u nas w domu niestety pustki, obiad nieugotowany, jest tam restauracja, ale Piotrek nie chciał ruszyć się z plaży więc zamówiliśmy pizzę na wynos i zjedliśmy ją w grajdole. Było tak cudnie, że z chęcią posiedziałabym tam do wieczora, ale zachmurzyło się, a Piotrek ciągle lądował pieluchą w chłodnej wodzie,, nie było tez opcji by go od wchodzenia do wody powstrzymać.  Koło 17 zebraliśmy się do domu z trudem, bo Piotr zgłosił sprzeciw, ale w domu tak jak przypuszczałam padł. Wiedziałam, że na kąpiel wieczorną nie ma szans, a nie chciałam by spał całą nic z piaskiem w każdym zakamarku ciała, więc na siłę go na szybko umyłam takiego ryczącego i wyrywającego się żałośnie do łóżka. Zębów już nie dałam rady umyyć. Spał do rana z przerwą na mleko na śpiocha.

Kilka fotek.







Piotrusiowi zaczyna pracować wyobraźnia. Przetacza wyimaginowane kamienie. Udaje, że wpada do dziury. Pojawiają się też lęki, które w jego przypadku przybrały postać WILKA. Kiedy się czegoś boi, mówi, że boi się wilka. Pewni usłyszał gdzieś  piosenkę lub bajkę. Wiem, że nie wolno w takich wypadkach twierdzić, że wilka nie ma, ustaliłam wiec z synem, że jeśli wilk przyjdzie to powiemy mu SIO i pójdzie sobie. Na razie działa. Od dwóch dni Piotrek prosi mnie bym nie gasiła wieczorem światła. Nigdy do tej pory nie miała takich ciągotek. Dorasta.
Jest prześmieszny i ma fenomenalną pamięć. Zamiast tak mówi często  „czemu nie”. Chodzi po domu ze zmarszczonymi brwiami mrucząc „wpadłem na pomysł”.
 Urywki z Potworowego Słownika
Plose baaaadzo - proszę bardzo
Mamonez – majonez
Ciocia Wiwionka – ciocia Iwonka
Kamemata – karimata

Kochany jest. A tutaj czyta sobie Miasteczko Mamoko


poniedziałek, 10 września 2012

o spaniu co spędza sen z powiek



Spędziliśmy bardzo fajnie niedzielę, zupełnie spontanicznie nad jeziorem. Ale najpierw o spaniu będzie, bo jest to temat który aktualnie spędza mi sen z powiek, że tak paradoksalnie się wyrażę.
Mam kochane dziecko, uśmiechnięte, łobuzujące, chochlikowate, sprytne i do tego przytulajskie od niedawna. Mam dziecko, które od 3 miesiąca życia przesypia kamiennym snem całe noce. Nie sądzę, by wynikało to wyłącznie z faktu, że karmiony był mm. Jego kuzyn wychowany na piersi śpi identycznie. Takie geny. Jak zaśnie wieczorem to praktycznie żadne hałasy nie są w stanie go obudzić. Mogę mu przez sen zmienić pieluchę i piżamę, a on się nie obudzi. Przeszkadza mu tylko światło. W nocy musi spać w absolutnej ciemności. Kiedy się urodził starałam się wyczuć jego wieczorny zegar biologiczny, co było dość łatwe, bo Potwór zawsze o tej samej godzinie robił się senny i staramy się szanować ten jego zegar wewnętrzny. Jednocześnie brak mu elastyczności w kwestii tego zegara, co staje się coraz bardziej uciążliwe dla nas wszystkich i niekorzystne dla niego.  Jak opowiadam koleżankom o moich podchodach do jego planu dnia to się dziwią i słuchają mnie jak kosmitkę. Tak naprawdę marzę o tym by przestał wreszcie spać w dzień.  Większe kombinatorstwo niż z niemowlakiem. Dlaczego?
Piotr ostro przechodzi  ze stanu pełnej aktywności w stan zmęczenia. Taka jak uroda. W jednej chwili biega z uśmiechem na ustach by parę minut później marudzić strasznie bo przewróciła mu się wieża z klocków (normalnie po prostu komentuje i naprawia), a później zacząć kłaść się na podłodze i wyć. Nie jest to kwestia wyciszania, bo taki sam mechanizm działa zarówno gdy wieczorem szalejemy ruchowo jak i wtedy gdy spędzamy wieczór na spokojnym malowaniu farbkami. Zachowania te przybrały na ostrości teraz gdy buntuje się jak to dwulatek. Osoby, które nie znają go bliżej są zszokowane widząc jak zmęczenie zmienia to radosne i roześmiane żywe srebro.  Rzecz jasna sceny dantejskie nie dzieją się w naszym domu często, ponieważ wiemy kiedy rozpocząć procedurę wędrówki na poddasze w celu wykąpania się, zabawy autkami w wannie i wieczornego czytania w łóżku. Jeśli wszystko przebiega zgodnie z planem wieczór mija nam miło i przyjemnie, o 20 wędrujemy na górę, a o 21 Piotrek śpi. Wstaje ok 6 rześki, wypoczęty i pełen energii.  Wiadomo w weekendy gra w piłkę o 6 rano nie jest szczytem naszych marzeń, ale nie ma opcji by poszedł spać później. Próby późniejszego kładzenia skutkowały tym, że podczas kąpieli Piotrek był bardzo zmęczony, marudny, wyrywał się do łóżka, nie chciał myć zębów – w skrócie nie ma to sensu. Zresztą takie poranne wstawanie jest dla mnie bardzo wygodne w tygodniu gdy i tak około 7 wyjeżdżamy zwykle z domu. Nie muszę synka budzić na siłę, bo wstaje sam i zwykle to on mnie budzi do pracy. W kontekście przyszłorocznego przedszkola to też fajne.
Piotrek ma też dużą potrzebę spania w dzień. Szczerze mówiąc mam wrażenie, że wcale nie drzemie mniej niż na przykład rok temu. Różnica jest taka, że wtedy miał dwie drzemki po ok.1h-1.5 h a teraz jedną ok 3-4h. Brzmi jak raj? Nie do końca. Nigdy nie chciałam doprowadzić do sytuacji, że dziecko śpi w dzień tylko we własnym łóżeczku by nie być niewolnica jego drzemek i nie było z tym problemów. Mogliśmy wyjść na cały dzień, a Potwór drzemał zadowolony w wózku. Dalej potrafi tak spać. Nie ma sprawy. Problem jest z godzinami drzemki i tym, że Piotrek nienawidzi być budzony, co nie sprawiało kłopotów przy krótszych drzemkach (nawet jeśli gdzieś się spóźniliśmy, bo czekaliśmy aż wstanie to nie więcej niż pół godziny, spokojnie mogliśmy poczekać), ale  jest trudne teraz gdy śpi tak długo jednym cięgiem.  Obudzony przez kogoś  ma koszmarny humor, musi wstać sam, powolutku, a wybudzony raz w dzień nie zaśnie ponownie i patrz punkt pierwsz y – maruderstwo do wieczora.

 Na ten moment Piotrek robi się śpiący między 11 a 12 i śpi do ok 15 – 16. Niby fajnie. W weekend można wstać sobie o tej 6, pooglądać bajki, zjeść śniadanie, zrobić zakupy,  pobawić się trochę, porysować, zjeść zupę, a potem Młody się kładzie, a my mamy trochę czasu dla siebie na spokojny obiad albo jakieś prace domowe lub naukę, budzi się, je drugie danie i po południu na spacer. Wszystko pięknie póki jest lato i upal taki, że przed 15 i tak nie ma sensu wychodzić (ja nienawidzę upałów). Mieszkamy pod Krakowem i nie mamy opcji na spacer pieszo w okolicy. Nie ma i koniec. Mieszkamy przy drodze bez pobocza, na górce i ja się nie podejmuję iść z dzieckiem za rękę tą drogą bo to jest proszenie się o śmierć, z wózkiem też ,a na rękach nie dam rady nieść go aż zacznie się chodnik bo to jest około 10 minut pieszo.  Przystanek autobusowy jest właśnie dopiero na początku chodnika. Poza tym w okolicy nie ma żądnych placów. Owszem , jest las, wzgórza i raz na jakiś czas tam chadzamy, ale Piotrka ciągnie do dzieci, pakujemy się wiec do samochodu i jedziemy do parku, na basen, do miasta, nad Wisłę, na Wawel, spotkać się z kimś. To też ważne z puntu widzenia socjalizowania Młodego. W tygodniu z babcią czy niania bywa tylko w zasadzie na placach zabaw, więc gdy przyjdzie weekend zależy nam by pokazać mu że można zjeść posiłek w restauracji, jak należy się tam zachować, zabrać go na smykofonię, na jakieś warsztaty dla dzieci – słowem spędzić czas trochę kreatywniej. No i tutaj pojawia się bariera w postaci tej cholernej drzemki. Zanim dojedziemy do miasta i chwile się przejdziemy Piotrek jest już śpiący i zaczyna zasypiać w wózku.  Przesypia najfajniejsze atrakcje weekendowe. Nawet na mszę dla dzieci ciężko z nim się wybrać bp jest o 10.30. Jak zaśnie w wózku to trzeba czekać aż się obudzi – inaczej jest mega wnerw patrz wyżej. Próba powrotu do domu na drzemkę zwykle kończy się fiaskiem bo jednak trochę się do nas jedzie i Potwór zasypia w aucie ukołysany silnikiem i wtedy znowu – albo go obudzimy wnosząc na górę , nie zaśnie już i będzie miał zły humor albo siedzę z nim w aucie, uczę się lub czytam i czekam aż się obudzi. Żeby normalnie do domu na drzemkę przyjechać musielibyśmy wyjechać o 7 rano i zbierać się o 10, zanim cokolwiek sensownego się zacznie. Garaż mamy na dole skarpy, więc z domu  nie usłyszałabym jak się budzi, a jako, że jest to rodzaj ziemianki wbitej w ziemię i mocno uzbrojonej niania elektroniczna traci zasięg). Jesteśmy tym coraz bardziej zmęczeni i nie chodzi tylko o naszą  wygodę, choć przyznaję , ze też. Trudno nam się umówić z kimkolwiek na popołudnie bo nigdy nie wiemy o której Piotrek wstanie, czy o 14 czy o 16 czy może jeszcze później,  większość z naszych znajomych nie ma dzieci i nie mogą dostosowywać do nas całego popołudnia czekając na telefon „obudził się, wyjeżdżamy”. No bez przesady, to już nie jest niemowlak. Jeśli chcemy rano gdzieś wyjść to wszędzie musimy tachać wózek, żeby Piotrek miał się gdzie przespać. On nie toleruje nosideł, nie był do nich przyzwyczajony bo w niemowlęctwie miał zakaz takiego transportowania od neurologa. Pól biedy jak Maciek jest w domu, wtedy jedno  z nas biega z Piotrkiem, a drugie pcha wózek, ale on często wyjeżdża na soboty i wtedy  Piotrek zasuwa na rowerku biegowym a ja za nim z wózkiem, a potem on zasypia, a rowerek jakoś przytraczam do budki wózka. Wyglądam jak jakaś cyganka, czuję się jak baba idąca na trag z tobołami. Mam tego serdecznie dość, ale inaczej musiałabym go po prostu nieść. Najbardziej stratny jest jednak sam Piotrek bo przelatują mu koło nosa różne atrakcje dla dzieci. Pamiętam jak się wybieraliśmy do muzeum lotnictwa. To jest dość daleko od nas. Jakieś 45 minut samochodem. Wiedziałam, że nie mam szans wyrobić się rano, a nie po to jedziemy taki kawałek by Piotrek wszedł i słaniał się ze zmęczenia. Czekałam więc aż wstanie z drzemki, wstał ok 16, zanim zjadł i się ogarnęliśmy nie było sensu już wyjeżdżać bo muzeum otwarte do 19.

Gorzej niż z niemowlakiem. Jak był mały drzemki były krótsze, łatwiej można było drzemkę „upchnąć ”podczas spaceru czy podczas jazdy autem. Teraz jest jedna a długa.

Raz na jakiś czas Piotrek nie kładzie się spać o swojej godzinie, wtedy gdy dużo dzieje się naokoło. Gdy minie 15 nie sposób go już wyciszyć, działa siłą rozpędu do ok 17 i potem pada jak długi i śpi do rana. To są sytuacje sporadyczne i niby super, bo mamy cały wieczór dla siebie, ale dla Młodego jest to niekorzystne i niż może stać się regułą. On wtedy jest tak półprzytomny, że nie ma mowy o kąpieli, można jedynie na śpiocha zmienić mu pieluchę, przetrzeć chusteczkami, nie ma mowy o myciu zębów, pije tylko przez sens mleko z butli. Gdy jest przytomny pije z kubka, w takie dni tylko butla i to ponad 2-letnie dziecko! Idzie spać brudny i z nieumytymi zębami – masakra.

Wiem jedno – muszę jakoś stopniowo zmodyfikować jego zegar biologiczny i doprowadzić by albo z drzemki zrezygnował i kładł spać się wieczorem jak zwykle (mało prawdopodobne) albo przesunąć jej porę na około 14 tak by sobie pospał do 17-18.Tym sposobem Do południa mielibyśmy możliwość spędzić jakoś sensownie czas, a wieczorem nawet gdy wstanie o 18 i tak o 20 zrobi się senny, tego jestem pewna. Działamy powolutku małymi kroczkami, bo tak już dłużej być nie może idzie zima i przy obecnym trybie życia Piotrek straci  najfajniejszy czas na zabawę na świeżym powietrzu przy dziennym świetle – godziny południowe gdy jest najcieplej.
 
A to Piotruś nad jeziorem ;-)


czwartek, 6 września 2012

o Pieninach i wyznaniach miłości



Miało być o Pieninach to i będzie ;-)
Góry lubię od zawsze. Kiedy byłam mała i jeździłam z mamą na wczasy to zawsze były to miejscowości górskie. Tylko raz byłyśmy nad morzem. Mama wychowywała mnie praktycznie samotnie, więc też wolała jeździć gdzieś bliżej Krakowa. Oczywiście nie były to tak naprawdę wyprawy górskie, bo mama ma problemy z sercem i szybko się męczy, brakowało jakiejś męskiej postaci, która by ze mną wędrowała gdzieś wyżej niż dolinki czy tradycyjne Morskie Oko, niemniej jednak bakcyla złapałam.  W górach odpoczywam. Czuję przestrzeń i wolność. Morze mnie męczy na dłuższą metę i nudzi, nie znoszę płaskich terenów. W liceum zaczęłam wędrować po górach na poważnie razem z moim eks i jego paczką, a na studiach już z Maćkiem. Nauczyłam się kontrolować oddech i maszerować równym własnym tempem zamiast próbować na siłę nadążyć za grupą. Nie męczę się wtedy i stopniowo zapracowałam sobie na całkiem niezła kondycję, która teraz będę próbowała odbudować, bo od sierpnia 2009 oprócz tego wyjazdu byłam tylko raz na Turbaczu (ciąża, dochodzenie do siebie po cesarce, a potem mordercze wykańczanie domu i brak czasu na cokolwiek).  Duży plecak i namiot to nie dla mnie, ale jakaś tania kwatera lub schronisko i mały plecak – jak najbardziej.
Pieniny z Maćkiem bardzo lubimy i często tam jeździliśmy. Mają swoisty klimat. Są takie „inne”.  Było to dla nas takie deja vu. Wybraliśmy  je też dlatego, że do dyspozycji mieliśmy niecałe 3 dni i szkoda nam było tracić czasu na dłuższy dojazd. Zarezerwowałam kwaterę w Szczawnicy z tych tańszych typu 40 PLN za osobę. Patrząc teraz z perspektywy rodzica stwierdzam, że Pieniny, a Szczawnica w szczególności, to świetne miejsca na wyjazd z małym dzieckiem, nawet takim wózeczkowym. Polecam. Można chlapać się nad Dunajcem, jest piękna promenada i park w Szczawnicy, wyciąg krzesełkowy na Palenicę i tor saneczkowy na górze, można zrobić sobie wycieczkę nad zalew, obejrzeć tamę i zamki w Niedzicy i Czorsztynie, wybrać się na spływ Dunajcem, ale najfajniejsza jest chyba ścieżka pieszo-rowerowa wzdłuż Dunajca po słowackiej stronie. Wyrąbana w skale ma długość kilku kilometrów i jest wbrew pozorom łagodna, bez większych przewyższeń. Widzieliśmy całe rodziny na rowerach  z takimi małymi berbeciami na rowerkach biegowych. W przyszłym roku koniecznie, koniecznie (jeśli tylko w ciąży nie będę hihi) musimy się z Potworem tam wybrać na wycieczkę rowerową. Można wypożyczyć rower z siodełkiem i jak Młody się zmęczy to powędruje do siodełka, a druga osoba jakoś sobie przytroczy jego rowerek biegowy do plecaka.
Nie chcieliśmy się jakoś spinać. Miało być na luzie i bez zbędnego planowania i rekreacyjnie. Prócz tego obiecaliśmy sobie, że się po prostu wyśpimy. I tak było. Przyjechaliśmy w piątek około 12.  Niebo było lekko zachmurzone, ale na sobotę zapowiadali deszcz, więc zebraliśmy się od razu i pojechaliśmy do Sromowców Wyżnych na spływ Dunajcem. Maciek jeszcze nigdy nie płynął a ja raz – w podstawówce. Taka ceprostrada dla wapniaków ;-) Kupiliśmy bilety do Krościenka, czyli na dłuższą trasę  (można wysiąść też w Szczawnicy), co nie było najlepszym pomysłem, bo w sumie ze Szczawnicy do Krościenka widoki już nie są powalające, a tyłki bola po ponad 2 godzinach siedzenia na twardej ławce, na miejscu zaś okazało się, że pomimo zapewnień w kasie biletowej ostatni bus do Sromowców już odjechał. Zabraliśmy się taksówką z poznanymi Niemcami. Tak na marginesie jakby ktoś się wybierał – opcje są dwie – albo pojechać autem na przystań, zostawić ja na parkingu, a potem wrócić busem, albo na przystań jechać specjalnym busem ze Szczawnicy lub Krościenka. My wybraliśmy opcję pierwsza, bo po spływie mieliśmy zamiar przejść na słowacką stronę na wyprażany syr. W każdym bądź razie spływ jest fajny i na pewno raz w życiu warto go „zaliczyć” – widoki są przepiękne, a górale dwoją się i troją ubarwiając trasę opowieściami różnej treści (wiecie jaki głęboki jest Dunajec? Ponad kolana, w końcu nazywa się „Dojajec”).  Jeśli chodzi o dzieci to moim zdaniem to jest opcja albo dla zupełnych maluszków w nosidle, albo dla takich minimum 3 lata. Mój dwulatek na bank wynudziłby się przez prawie 3 godziny na tratwie gdzie nie można chodzić ani wysiąść.
Po spływie pojechaliśmy do Sromowców Niżnych i przeszliśmy kładką pieszo-rowerową na Słowację do Czerwonego Klasztoru. Był już zamknięty.  I teraz ważna informacja dla łasuchów! Jeśli kiedykolwiek będziecie w tamtych stronach i będzie mieli ochotę na naprawdę pyszny kapuśniak albo zupę czosnkową i przede wszystkim rewelacyjny wyprażany syr to po zejściu z kładki kierujcie się w prawo. Nie wchodźcie do pierwszej lepszej restauracji. Po około 10 minutach zobaczycie restaurację, za którą nie dalibyście złamanego grosza z wyglądu bo to jest taki drewniany barak, z czego połowa to sklep, ale wierzcie mi – jedzenie jest tam rewelacyjne. Wiele, wiele razy się tam stołowaliśmy. Z pewnym niepokojem tam poszliśmy, bo wiadomo przez te parę lat mógł się zmienić kucharz i mega rozczarowanie jak nic ale wszystko zostało po staremu. Wypatrujcie wiec baraku z żółtym szyldem i niebieskimi literami. Chciała strzelić fotkę, ale było już ciemno.  W środku wystrój niby góralski,, ale muzyka zwykłą z radia, więc jakieś świetnej atmosfery się nie spodziewajcie, ale pyszne jedzenie rekompensuje wszystko. Potem po ciemku podjechaliśmy jeszcze na tamę niepokojąc ochroniarza ;-)
W sobotę zrezygnowaliśmy z pomysłu kolejnego w życiu wejścia na Trzy Korony lub Sokolicę, tylko zrobiliśmy wycieczkę mniej popularną trasą, a mianowicie wąwóz Homole - Wysoka (momentami dość ostre podejście, schodki – dobre buty konieczne, zwłaszcza po deszczu) – zejście niebieskim i żółtym szlakiem do wsi Jaworki. Przyjemna trasa na ok 5-6h, po drodze zakup serków w bacówce. Wieczorem rocznicowa kolacja w restauracji Koci Zamek w Szczawnicy, którą też polecam – smacznie, ale przede wszystkim lekko mówiąc oryginalna architektura. Warto zobaczyć oranżerię.
No a niedziela to zupełne lenistwo. Zwlekliśmy się dopiero o 10, oddalliśmy klucze, zostawiliśmy bety w samochodzie i po prostu wyjechaliśmy sobie krzesełkami na Palenicę, tam się wygrzaliśmy bo zaczęło przyjemnie przygrzewać, a potem w drogę do Krakowa . Obawialiśmy się korków, w końcu to ostatni dzień wakacji, ale nawet nie było tragicznie.





Piotruś miał się u babci bardzo dobrze, choć pytał o nas i wołał mamę przez sen. Wymęczył też dziadka rowerowo. Przez te 3 dni zrobił kolosalny postęp językowy. Już powinnam się przyzwyczaić do jego stylu rozwoju – długo długo nic i nagle hop. Tak było z raczkowaniem, chodzeniem, początkiem mówienia. Gdy wyjeżdżaliśmy porozumiewał się głównie bezokolicznikami, a teraz nagle zaczął pięknie odmieniać czasowniki. Przede wszystkim zaś doczekałam się wreszcie wyznań miłości. Mówi „kocham Cię mamo”, „kocham Cię tato”, przychodzi się przytulić mrucząc „kochana mama”, zaczął też okazywać czułość pluszowemu misiowi. To nowum, bo Piotr do tej pory nie był specjalnie przytulaśny ani wylewny. Nie ukrywam , że rozmiękcza mnie tym kompletnie i duuużo łatwiej jest mi znaleźć w sobie wyrozumiałość i cierpliwość dla jego drugiej diabełkowatej natury i wyzwań spowodowanych klasycznym buntem dwulatka.
W głowie mam mnóstwo refleksji o nim, o tym jakim cudem jest patrzeć na jego rozkwitającą osobowość, o tym jak widzę w nim siebie i Maćka, o tym czym się od nas różni i o tym, że dużo lepiej czuję się w roli matki rozumnego dwulatka niż niemowlaka. Niedługo przeleję to na papier/bloga.
No jak tu go nie  kochać?