czwartek, 6 września 2012

o Pieninach i wyznaniach miłości



Miało być o Pieninach to i będzie ;-)
Góry lubię od zawsze. Kiedy byłam mała i jeździłam z mamą na wczasy to zawsze były to miejscowości górskie. Tylko raz byłyśmy nad morzem. Mama wychowywała mnie praktycznie samotnie, więc też wolała jeździć gdzieś bliżej Krakowa. Oczywiście nie były to tak naprawdę wyprawy górskie, bo mama ma problemy z sercem i szybko się męczy, brakowało jakiejś męskiej postaci, która by ze mną wędrowała gdzieś wyżej niż dolinki czy tradycyjne Morskie Oko, niemniej jednak bakcyla złapałam.  W górach odpoczywam. Czuję przestrzeń i wolność. Morze mnie męczy na dłuższą metę i nudzi, nie znoszę płaskich terenów. W liceum zaczęłam wędrować po górach na poważnie razem z moim eks i jego paczką, a na studiach już z Maćkiem. Nauczyłam się kontrolować oddech i maszerować równym własnym tempem zamiast próbować na siłę nadążyć za grupą. Nie męczę się wtedy i stopniowo zapracowałam sobie na całkiem niezła kondycję, która teraz będę próbowała odbudować, bo od sierpnia 2009 oprócz tego wyjazdu byłam tylko raz na Turbaczu (ciąża, dochodzenie do siebie po cesarce, a potem mordercze wykańczanie domu i brak czasu na cokolwiek).  Duży plecak i namiot to nie dla mnie, ale jakaś tania kwatera lub schronisko i mały plecak – jak najbardziej.
Pieniny z Maćkiem bardzo lubimy i często tam jeździliśmy. Mają swoisty klimat. Są takie „inne”.  Było to dla nas takie deja vu. Wybraliśmy  je też dlatego, że do dyspozycji mieliśmy niecałe 3 dni i szkoda nam było tracić czasu na dłuższy dojazd. Zarezerwowałam kwaterę w Szczawnicy z tych tańszych typu 40 PLN za osobę. Patrząc teraz z perspektywy rodzica stwierdzam, że Pieniny, a Szczawnica w szczególności, to świetne miejsca na wyjazd z małym dzieckiem, nawet takim wózeczkowym. Polecam. Można chlapać się nad Dunajcem, jest piękna promenada i park w Szczawnicy, wyciąg krzesełkowy na Palenicę i tor saneczkowy na górze, można zrobić sobie wycieczkę nad zalew, obejrzeć tamę i zamki w Niedzicy i Czorsztynie, wybrać się na spływ Dunajcem, ale najfajniejsza jest chyba ścieżka pieszo-rowerowa wzdłuż Dunajca po słowackiej stronie. Wyrąbana w skale ma długość kilku kilometrów i jest wbrew pozorom łagodna, bez większych przewyższeń. Widzieliśmy całe rodziny na rowerach  z takimi małymi berbeciami na rowerkach biegowych. W przyszłym roku koniecznie, koniecznie (jeśli tylko w ciąży nie będę hihi) musimy się z Potworem tam wybrać na wycieczkę rowerową. Można wypożyczyć rower z siodełkiem i jak Młody się zmęczy to powędruje do siodełka, a druga osoba jakoś sobie przytroczy jego rowerek biegowy do plecaka.
Nie chcieliśmy się jakoś spinać. Miało być na luzie i bez zbędnego planowania i rekreacyjnie. Prócz tego obiecaliśmy sobie, że się po prostu wyśpimy. I tak było. Przyjechaliśmy w piątek około 12.  Niebo było lekko zachmurzone, ale na sobotę zapowiadali deszcz, więc zebraliśmy się od razu i pojechaliśmy do Sromowców Wyżnych na spływ Dunajcem. Maciek jeszcze nigdy nie płynął a ja raz – w podstawówce. Taka ceprostrada dla wapniaków ;-) Kupiliśmy bilety do Krościenka, czyli na dłuższą trasę  (można wysiąść też w Szczawnicy), co nie było najlepszym pomysłem, bo w sumie ze Szczawnicy do Krościenka widoki już nie są powalające, a tyłki bola po ponad 2 godzinach siedzenia na twardej ławce, na miejscu zaś okazało się, że pomimo zapewnień w kasie biletowej ostatni bus do Sromowców już odjechał. Zabraliśmy się taksówką z poznanymi Niemcami. Tak na marginesie jakby ktoś się wybierał – opcje są dwie – albo pojechać autem na przystań, zostawić ja na parkingu, a potem wrócić busem, albo na przystań jechać specjalnym busem ze Szczawnicy lub Krościenka. My wybraliśmy opcję pierwsza, bo po spływie mieliśmy zamiar przejść na słowacką stronę na wyprażany syr. W każdym bądź razie spływ jest fajny i na pewno raz w życiu warto go „zaliczyć” – widoki są przepiękne, a górale dwoją się i troją ubarwiając trasę opowieściami różnej treści (wiecie jaki głęboki jest Dunajec? Ponad kolana, w końcu nazywa się „Dojajec”).  Jeśli chodzi o dzieci to moim zdaniem to jest opcja albo dla zupełnych maluszków w nosidle, albo dla takich minimum 3 lata. Mój dwulatek na bank wynudziłby się przez prawie 3 godziny na tratwie gdzie nie można chodzić ani wysiąść.
Po spływie pojechaliśmy do Sromowców Niżnych i przeszliśmy kładką pieszo-rowerową na Słowację do Czerwonego Klasztoru. Był już zamknięty.  I teraz ważna informacja dla łasuchów! Jeśli kiedykolwiek będziecie w tamtych stronach i będzie mieli ochotę na naprawdę pyszny kapuśniak albo zupę czosnkową i przede wszystkim rewelacyjny wyprażany syr to po zejściu z kładki kierujcie się w prawo. Nie wchodźcie do pierwszej lepszej restauracji. Po około 10 minutach zobaczycie restaurację, za którą nie dalibyście złamanego grosza z wyglądu bo to jest taki drewniany barak, z czego połowa to sklep, ale wierzcie mi – jedzenie jest tam rewelacyjne. Wiele, wiele razy się tam stołowaliśmy. Z pewnym niepokojem tam poszliśmy, bo wiadomo przez te parę lat mógł się zmienić kucharz i mega rozczarowanie jak nic ale wszystko zostało po staremu. Wypatrujcie wiec baraku z żółtym szyldem i niebieskimi literami. Chciała strzelić fotkę, ale było już ciemno.  W środku wystrój niby góralski,, ale muzyka zwykłą z radia, więc jakieś świetnej atmosfery się nie spodziewajcie, ale pyszne jedzenie rekompensuje wszystko. Potem po ciemku podjechaliśmy jeszcze na tamę niepokojąc ochroniarza ;-)
W sobotę zrezygnowaliśmy z pomysłu kolejnego w życiu wejścia na Trzy Korony lub Sokolicę, tylko zrobiliśmy wycieczkę mniej popularną trasą, a mianowicie wąwóz Homole - Wysoka (momentami dość ostre podejście, schodki – dobre buty konieczne, zwłaszcza po deszczu) – zejście niebieskim i żółtym szlakiem do wsi Jaworki. Przyjemna trasa na ok 5-6h, po drodze zakup serków w bacówce. Wieczorem rocznicowa kolacja w restauracji Koci Zamek w Szczawnicy, którą też polecam – smacznie, ale przede wszystkim lekko mówiąc oryginalna architektura. Warto zobaczyć oranżerię.
No a niedziela to zupełne lenistwo. Zwlekliśmy się dopiero o 10, oddalliśmy klucze, zostawiliśmy bety w samochodzie i po prostu wyjechaliśmy sobie krzesełkami na Palenicę, tam się wygrzaliśmy bo zaczęło przyjemnie przygrzewać, a potem w drogę do Krakowa . Obawialiśmy się korków, w końcu to ostatni dzień wakacji, ale nawet nie było tragicznie.





Piotruś miał się u babci bardzo dobrze, choć pytał o nas i wołał mamę przez sen. Wymęczył też dziadka rowerowo. Przez te 3 dni zrobił kolosalny postęp językowy. Już powinnam się przyzwyczaić do jego stylu rozwoju – długo długo nic i nagle hop. Tak było z raczkowaniem, chodzeniem, początkiem mówienia. Gdy wyjeżdżaliśmy porozumiewał się głównie bezokolicznikami, a teraz nagle zaczął pięknie odmieniać czasowniki. Przede wszystkim zaś doczekałam się wreszcie wyznań miłości. Mówi „kocham Cię mamo”, „kocham Cię tato”, przychodzi się przytulić mrucząc „kochana mama”, zaczął też okazywać czułość pluszowemu misiowi. To nowum, bo Piotr do tej pory nie był specjalnie przytulaśny ani wylewny. Nie ukrywam , że rozmiękcza mnie tym kompletnie i duuużo łatwiej jest mi znaleźć w sobie wyrozumiałość i cierpliwość dla jego drugiej diabełkowatej natury i wyzwań spowodowanych klasycznym buntem dwulatka.
W głowie mam mnóstwo refleksji o nim, o tym jakim cudem jest patrzeć na jego rozkwitającą osobowość, o tym jak widzę w nim siebie i Maćka, o tym czym się od nas różni i o tym, że dużo lepiej czuję się w roli matki rozumnego dwulatka niż niemowlaka. Niedługo przeleję to na papier/bloga.
No jak tu go nie  kochać?




2 komentarze:

  1. Życzę Wam jak najwięcej takich cudownych górskich wypadów - następnym razem już całą rodzinką :-) Fajnie, że odpoczęliście :-) A mały diabełek jest słodki :-)

    Ma_niusia

    OdpowiedzUsuń
  2. Na to czekałam :) Cieszę się, że się Wam tam podobało ;)

    OdpowiedzUsuń