sobota, 15 września 2012

warto było

Mieliśmy wiele chwil zwątpienia.
Bałam się, że porywamy się z motyką na słońce. Budować dom i to jeszcze w tak trudnym miejscu. Na skarpie. Obok tunelu powietrznego do lądowania samolotów.
I też wiele nas to kosztowało, nie chodzi tylko o finanse, a może nawet przede wszystkim nie o nie.
Ogromne nerwy, stres, pośpiech.
Działka kupiona trochę va bank, na 98% wiedzieliśmy, że w planie zagospodarowania przestrzennego, który miał wkrótce zostać ogłoszony figurować będzie jako działka budowlana. Sprzedawca obawiał się, że zakwalifikowana zostanie jako tereny zielone, więc obniżył znacznie cenę. 100% pewności jednak nie mieliśmy. Po zakupie radość, że się udało, projekt, wniosek o pozwolenie na budowę i zonk - plan został uchylony. Trzeba od nowa wnioskować o WZ. Projekt przedłużył się o rok.
Do dzisiaj nie wiem jak mój mąż dał radę pracować na 2 etatach i jednocześnie doglądając budowy i wiele rzeczy robiąc własnymi rękam.
Budowa zaczęła się w marcu 2009 roku. We wrześniu 2009 r. zaszłam w ciążę i od tego momentu siłą rzeczy nie byłam w stanie zbyt wiele pomóc aż do maja 2011.
Kradzież na budowie. Od jesieni 2010, odkąd wstawione zostały okna i dom został zadaszony mąż na zmianę z teściem praktycznie codziennie nocowali na budowie. Na łóżku zbitym z palet + dmuchany materach. Na gołej wylewce, bez ogrzewania, wody, nawet w najgorsze mrozy. Całe szczęście, że mieszkaliśmy wted w miarę niedaleko. Maciek wracał wieczorem, jadł kolację, kąpał się, ja przygotowywałam mu śniadanie i drugie śniadanie na wynos i co drugi dzien ok 23 wsiadał w auto i jechał tam spać, a potem prosto do pracy. Ja zstawalam z Piotrusiem. Czasem go zastępowalam.
W lutym 2011 życie nabrało rozpędu. Okazało się, że musimy wcześniej niż przewidywała umowa wyprowadzić się z wynajmowanego mieszkania. W planach mieliśmy przeprowadzkę najwcześniej wiosną 2012, a raczej nawet na jesień. Okazało się, że wynieść musimy się do końca września 2011 i do tego czasu dom musi zostać prowizorycznie wewnątrz skończony by można się tam wprowadzić z dzieckiem. Udało się, Piotruś pierwszą noc w nowym domu spędził 4 października 2011, dokładnie  w urodziny taty.
Tylko my wiemy ile pracy nas kosztowało by zdążyć, by nie musieć się rozdzielać (bo w domu z instalacjami etc już ktoś musi mieszkać, więc oznaczałoby to, że ja z małym musiałabym mieszkać u mamy, a Maciek by do nas dojeżdżał)
Pamiętam jak w 20 stopniowym mrozie po ciemku z  latarką czołówką kilofem kopał rów w zamarzniętej ziemi bo tzreba było wkopać jakiś kabel by nie pękł.Kilka miesiecy kaszlał po własnoręcznym wyszlifowaniu wszystkich ścian.
Z kasą bardzo krucho, więc ile sie dalło robiliśmy sami. Maciek już fizycznie nie był w stanie zdążyć ze wszystkim, więc całe malowanie wzięłam na siebie. Wszystkie sciany począwszy od gruntowania, przez 2-3 warstwy + bejcowanie drewnianego sufitu. Zajęło mi to dokładnie 25 dni od wczesnego rana do 17-18, by zdążyć wrócić na kąpiel Małego. Praktycznie wszystkie soboty od maja 2010 i calutki urlop. Nigdy w życou nie byłam tak wykończona. Powót do pracy na cąły etat, małe dziecko, a w weekend ciężka fizyczna harówka. Malowanie wcale nie jest takim relaksem jak się wydaje. To jest fajne jak człwiek ma pomalowavc jeden pokój, ale gdy przyjdzie do malowania wszystkich sufitów kilkoma warstwami inaczej się na to patrzy. Chyba nigdy też poza urodzeniem dziecka nie byłam tak z siebie dumna. Naszym mamom jestem wdzięczna  nieskończenie za zajmowanie się Piotrkiem w tym czasie. Bez nich nie dalibyśmy rady czasowo. Pamiętam jak mi pękało serce gdy w sobotę po całym tygodniu pracy zamiast spędzić czas z Piotrusiem jechałam o świecie na budowę, ale nie było innego wyjścia.
Nerwy straszne. 3 tygodnie przed planowaną wyprowadzką, gdy praktycznie wszystko było już przewiezione, a w wynajmowanym mieszkaniu zostało absolutne minimum do przetrwania i rzeczy Małego pod schodami ział wielki krater bo dopiero zaczęła się budowa garażu, nie było kotłowni, ciepłej wody, barierek przy schodach asni kontaktów. My byśmy się wprowadzili, ale chodziło o bezpieczeństwo dziecka. Nie było mowy by mieszkał w takich warunkach.Wszystko na wariackich papierach a miało być spokojnie, mieliśmy mieszkać sobie w mieszkaniu i powolutku wykańczać dom.
Kotlownia ruszyla 2 dni przed przyjazdem Piotrusia.
Ogromnie podziwiam mojego meża za pracę, którą włożył w ten dom. To jest projekt jego życia, poza Piotrem rzecz jasna.
Wiem, że z powodu zmęczenia i własnego stresu nie okazałam mu tyle wsparcia ile potrzebował.w tym czasie.... sama byłam przytłoczona jego ciągła nieobecnością, tym że byłam z małym dzieckiem sama i znużona.

Wiele razy miałam dosc. Chciałam sprzedać to wszystko, dać sobie spokoj. Wiele kłótni między nami.
Ale dzisiaj chociaż jesteśmy zupełnie wykoczeni finansowo, chociaż jeszcze wiele przed nami (przede wszystkim barierki na tarasie i balkonie, bo póki co nie korzystamy ze względu na Piotrka, klamki są wyciągnięte), chociaż jedynymi tak naprawde umeblowanymi pomieszczeniami są kuchnia i pokój Piotrka, chociaż wiele wyrzeczeń nas czeka, chociaż rezygnujemy z zakupu lamp bo ważniejsze jest wybrukowanie podjazdu, chociaż jeszcze przez minimum rok gdy pada trzeba zalożyc kalosze by w ogóle wyjść z domu i zejść do garazu, a w garażu przebieramy normalne buty
to
wiem, że warto było za każdym razem gdy patrząc z okna sypialni widzę to.







5 komentarzy:

  1. Bo siła jest kobietą - jak mawia moja przyjaciółka. Jesteście niesamowicie dzielni. A za taki widok z okna to prawie dałabym się pokroić :) Prawie bo wolę jednak swój widok na ogród, w domu mojego dzieciństwa - wiesz, dokładnie w tym samym czasie walczyliśmy z naszą starą chałupą, zamieniając ją w Dom. Wprowadziliśmy się jakoś na początku października 2010. Znam ten stan o świcie i o zmierzchu, po robocie :/ Ale warto było. Moje gratulacje dla Was!

    OdpowiedzUsuń
  2. dla takich chwil warto zyć :) byliście i jesteście dzielni a wysiłek bez dwóch zdań sie opłacił.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wyobrażam sobie tego wszystkiego co przeszłaś, przeszliście, wielki podziw i szacunek! Ale dla tej samodzielności, dla swojego miejsca, dla takiego widoku - warto! Brawo dla Waszej Rodziny :-)

    Pozdrawiam,
    Ma_niusia

    OdpowiedzUsuń
  4. Trudna czas za wami... wiem bo czytalam na dziennikach i sama sie za glowe lapalam ze jak wy to znosicie??? :) Ale warto bylo:)
    Za oknem masz bajke... magie jakas:)

    OdpowiedzUsuń