poniedziałek, 3 września 2012

wnerw

Powiem tak. Te trzy dni były fantastyczne do wczoraj do godziny ok. 22, kiedy mój mąż strzelił focha i drobnostkę rozbuchał do takich rozmiarów, że resztę wieczoru spędziliśmy osobno, w tym ja częściowo we łzach.
Jeśli będę miała jutro czas to opisze wyjazd, by był super.
W tym momencie jestem wkurzona i padnięta. Dzisiaj mam jeszcze urlop i zamierzam spędzić go sam na sam z synkiem. Pierwotnie miałam w planach wyciągnąć Maćka na wspólny spacer kiedy wróci z pracy, ale nie ma na to szans, bo on jak się obrazi to dochodzi do siebie minimum 3 dni, co doprowadza mnie do białej gorączki. W związku z tym po drzemce Piotra wybędziemy gdzieś bez tatusia.
 Pół godziny temu kiedy wyciszałam Piotrka na drzemkę do drzwi zadzwonił pan z wodociągów w celu odczytu licznika. Nie zostawiali wcześniej żadnego zawiadomienia. Piotrek zaczął ryczeć, on jest okropnie rozdrażniony gdy jest śpiący i przeszkadza mu się spać. Gość z pretensjami, że nigdy nas nie może zastać w domu. No pewnie, zwykle ludzie są w domu między 11 a 12, taaa. A pieniądze z nieba spadają. W każdym razie zonk, bo licznik jest w studzience w garażu pod samochodem. Dom stoi na górce wbity w skarpę, a garaż jest na dole. Mówię gościowi, żeby chwilę poczekał, bo muszę wyjechać z garażu samochodem, a w tym celu musze ubrać dziecko i z nim zejść, bo nie mogę go zostawić samego w domu. Na pewno nie zmęczonego i rozdrażnionego. Piotrek w majtkach i koszulce, a na zewnątrz zimno i pada. Gość czeka zniecierpliwiony, ten się ubrać nie daje, histeryzuje, w końcu jakoś siłą wpakowałam go w polar, buty na nogi i już chcę wychodzić a tutaj kolejny zonk – nie ma kluczy do garażu ani do mojego auta. Mamy na ganku pudełko i w założeniu tam miały lądować wszystkie klucze. Maciek jednak często odruchowo nie wyjmuje ich z kieszeni lub torby. Pół biedy jeśli są to jego klucze, ale wczoraj on zszedł do garażu by przepiąć fotelik do mojego samochodu i posiał MOJE klucze. Dzwonię do niego – nie odbiera. Szukam wszędzie, w kieszeniach kurtki, w tym czasie Piotrek już spazmował ze zmęczenia, ze zdezorientowania i wściekłości,  (bo miało być spanie, a tutaj ubierają i gdzieś tachają na szybko), gość zniecierpliwiony, ja wkurzona mimo wszystko spokojnie próbuje dziecku tłumaczyć co robię. W końcu znalazłam klucze na poddaszu w kieszeni spodni. Schodzę na dół. Piotrek normalnie schodzi ze skarpy i wchodzi, ale był w takim stanie, że się po prostu kładł na ścieżce, więc musiałam te 12 kg dźwigać na dół, wpakować do fotelika, wyjechać z garażu, on się drze, że nie chce nigdzie jechać tylko spać, ja mu tłumaczę, że tylko na chwilkę wyjeżdżamy z garażu i zaraz wrócimy do domu, gość wystawił rachunek, w tym czasie Piotrek zmienił zdanie i stwierdził, że jednak chce jechać na spacer a nie do domu, musiałam takiego wyrywającego się i wierzgającego nieść pod górę. Uffffff
Wnerwiona jestem też z innego powodu. Maciek miał na studiach trzech kumpli, którzy wyjechali z Krakowa, ale mieszkają tak do 2 h drogo samochodem od nas. Z dwoma z nich nie widział się od naszego ślubu. Ja jestem w luźnym mailowym kontakcie z żoną jednego z nich i umówiliśmy się, że do nas przyjadą w niedzielę za 2 tygodnie. I fajnie, bardzo się cieszę. Sęk w tym, że Maciek uradowany i podekscytowany zadzwonił również do dwóch pozostałych i przyjeżdża cała banda. I to mi się mega nie podoba. 6 dorosłych osób i 6 dzieci w wieku od 1.5 do 5 lat. Dla mnie to przesada. Po pierwsze nie lubię takich spędów. Co innego parapetówka ze znajomymi z którymi widzimy się częściej, po południu, bez takiej ilości dzieciarni i na ludzie – ciasteczka, sałatka i grill. Każdy cođ przynosi. A tutaj ludzie przyjeżdżają z daleka, z dziećmi, na obiad i jakoś mi się nie uśmiecha przygotowywać obiadu dla takiej hałastry. No sorry. No ale nieważne to pikuś, najważniejszy jest Mały. Przyjadą w czasie drzemki Piotrka i jak on zejdzie na dół i zobaczy 6 obcych dzieci, które widzi po raz pierwszy w życiu i 6 obcych dorosłych to na pewno będzie się bał i wstydził. On w takich wypadkach ucieka na górę do swojego pokoju, więc na 99% dzień spędzę siedząc z nim w jego pokoju. Świetnie po prostu. Mówiłam Maćkowi, że wolałabym takie spotkania po latach na raty jednak, a jeśli już to w plenerze bardziej i o to między innymi wczoraj poszło. Ja rozumiem, że chce się spotkać z kumplami, ale bez przesady. Piotrek będzie zdezorientowany, a na dodatek ja we wtorek po tej niedzieli wyjeżdżam służbowo na dwa dnia, a w kolejne dwa wieczory ma gości w pracy i kolacje służbowe, więc będę wracała do domu po północy. Dziecko nie będzie mnie widziało przez 4 bite dni.
A zła jestem i tyle.




4 komentarze:

  1. Uuu, się nie dziwię, ze zła jesteś... Ja w takiej sytuacji mówię Panu z wodociągów (a nasz notorycznie przychodzi w najmniej odpowiednim momencie), że sama odczytam licznik i telefonicznie podam stan - nie ma z tym problemu, rachunek przychodzi pocztą. Może to jest jakieś wyjście?
    A nieuzgodniony spontan dla sześciu osób i sześciorga dzieci - hard core... Ja bym pewnie wybyła gdzieś z dzieckiem na cały weekend ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas można podawać telefonicznie, ale raz na rok musi być odczyt osobisty, no i właśnie od października zeszłego roku ciągle podawaliśmy telefonicznie bo przychodziły gdy byliśmy w pracy, tym razem gość uparł się odczytać sam.

      Usuń
  2. Też bym była wściekła.
    Panu od wodociągów bym nie otworzyła, bo nigdy nikomu nie otwierałam, jak usypiałam córkę.

    A Małemu opowiadałabym o dzieciach znajomych już tydzień wcześniej, żeby wiedział co go czeka i zdążył się pozytywnie nastawić :) U nas taki marketing zawsze działa :))

    Mam nadzieje, ze jutro Ci sie humor polepszy, bo czekam na relacje z Pienin!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juz mi troche lepiej.
      Otworzylam, bo czekalam na goscia od tynkowania garazu i bylam przekonana ze to on przyszedl po klucz i tyle.

      Usuń