środa, 31 października 2012

pomór ;-)

Polegliśmy wszyscy troje. W Krakowie szaleje jakiś wirus, który zwala z nóg w ciągu dnia. katar, kaszel, gorączka i takie tam. Kisimy się w dmu, ja mam zwolnienie do końca tygodnia. Najgorzej ma się Maciek, potem ja, a Piotrek mim kaszlu i zaglutowania oraz lekkiej gorączki tryska energią. Normalnie ktoś mi dziecko podmienił. sam się dopomina o lekarstwa i jak napełnię mu strzykawkę to sobie sam aplikuje. Dramat jest tylko podczas odciagania kataru (niestety nie udało mi się jak do tej pory nauczyć Piotrka smarkania).
Trzymajcie się zdrowo.

poniedziałek, 29 października 2012

opony, ciocia, Hannibal Lecter i choróbsko


Trochę mnie tu nie było, więc nadrabiam zaległości. Zgodnie z tytułem posta najpierw będzie o oponach. Wymiana opon na zimowe, nic łatwiejszego zdaje się, robią to  na co drugiej ulicy przecież. Ha! My jak zwykle musimy się zakręcić.

środa, 24 października 2012

Adam Małysz



Mój syn to taki Adam Małysz. Wysportowany, odważny fizycznie, pełen wiary w swoje siły jeśli chodzi o wyzwania ruchowe, a jednocześnie nieśmiały introwertyk. Takie wnioski po weekendzie z psycholog. Bardzo się cieszę, że zdecydowaliśmy się na tę konsultację. Pani psycholog obserwowała Piotra w sobotę na zajęciach z Kreatywki oraz przez parę godzin w niedzielę w domu, a potem podzieliła się z nami swoimi refleksjami.

poniedziałek, 22 października 2012

Jak Piotr geodeta zostal

Moj maz jest geodeta, moj tesc jest geodeta, moja tesciowa jest geodeta i moj syn tez jest geodeta! Kojarzycie takie niski slupki z metalowym trzpieniem lekko wystajace z ziemi w okolicach drog, chodnikow i innych charakterystycznych miejsc? Piotrek podsluchal jak tata nazywa je osnowa. Dzisiaj wieczorem wracalismy z basenu. Mlody stanal na slupku i pouczyl mnie
"pac mama. To jest osnowa"
Padlam ;-)
Teraz tylko wybic mu to z glowy bo geodezja to ciezki kawalek chleba
Przepraszam za brak polskich czcionek, pisze z komorki

czwartek, 18 października 2012

dobre wiadomości

Dzisiaj mój kolega z pracy wychodzi ze szpitala. Spędził w nim ponad miesiąc. Gość 42 lata, silny, wysportowany, ojciec trójki dzieci. Dojeżdża do Krakowa codziennie z Bielska. Lubi (lubił )grać w piłkę i raz w tygodniu w piątkowe wieczory chodził na treningi. Na ostatnim treningu poczuł, że coś mu strzyknęło w karku i zaczął się źle czuć. Potem pojawiło się drętwienie kończyn, zaburzenia wzroku. Lekarz rodzinny nie wiedział co mu jest. W nocy obudził się i stwierdził, że jest praktycznie sparaliżowany. Ledwo ruszał oczami. Okazało się, że miał tętniaka, który pękł pod wpływem wysiłku fizycznego. 3 tygodnie leżał plackiem czekając aż tętniak się wchłonie. Paraliż stopniowo ustąpił. Już chodzi i mówi normalnie, nie wiadomo ile czasu spędzi na L4. Jak mu się ułoży życie, bo on ma wynagrodzenie prowizyjne, a nie ma jak pracować, jego żona zarabia jakieś grosze jako nauczycielka. Nie sądzę by codzienne dojazdy po kilka godzin były wskazane w jego stanie. Najważniejsze jednak, ze ŻYJE!

wtorek, 16 października 2012

Houston mamy problem



Martwię się o Piotra. Mój zbuntowany dwulatek ostatnio przechodzi samego siebie. Sama już nie wiem czy to normalne i typowe w tym wieku, czy dzieje się coś niepokojącego. Po ostatniej niedzieli doszliśmy z mężem do wniosku, że musi temu przyjrzeć się ktoś kompetentny z zewnątrz i umówiliśmy się z psychologiem dziecięcym. Jesteśmy po pierwszej rozmowie, na razie bez Piotrusia. Pani psycholog ma nam towarzyszyć w sobotę na zajęciach z Kreatywki i poobserwować Piotrka w relacjach z innymi dziećmi oraz spędzić z nami kawałek niedzieli. Mam nadzieję, że pomoże się nam odnaleźć.

niedziela, 14 października 2012

idzie luty podkój buty

Mam takią fobię - boję się zimna i zimy. Nienawidzę zimy. Zawsze strasznie marznę, bolą mnie palce chocbym nie wiem jak super buty i rękawice ubrała. Takie krążenie. Zima to dla mnie straszny czas. Ból, kulenie się, zaparowane okulary. Najchętniej bym ją przespała. Jest dla mnie też okropnym ograniczeniem wolności. Człowiek ciagle tak samo wygląda, wiecznie w kożuchu, zimowych buciorach (eleganckie kozaczki u mnie odpadają, by w miarę przetrwać musze mieć trapery na grubaśnej podeszwie, z wielkim nosem i mocno ocieplone). To taki czas gdy nie obchodzi mnie jak wygladam, byleby było ciepło. Zazdroszczę kobietom, które tak nie marzną i zimą chodzą w eleganckich płaszczykach i czapkach. Ja muszę mieć kożuch, wielką czapę, mega szalik i wielkie narciarskie rękawice.

Mam jakies głupie irracjonalne lęki, że przyjdze zima, a nam będzie zimno, nie będziemy mieć co ubrać, gdzie się schornić. Głupie, wiem. Może w poprzednim życiu zamarzłam żywcem ;-)Odzież zimową dla Piotrka mam skompletowaną od dawna. Ten weekend przeznaczyłam na generalne przygotowania. Powyciagałam wszystkie zimowe ciuchy, czaki, rekawiczki, ściagnęłam z górnej półki w garderobie karton z zimowymi butami i wymieniłam go na karton butów letnich, wyczyściłam i zaimpregnowałam wszystkie buty i kurtki. Jesteśmy zwarci i gotowi.

Przed domem zrobiło się smutno, bo Uniwersytet Rolniczy na zimę zawsze spuszcza wodę ze stawów rybnych, które mamy po drugiej stronie ulicy. Od kwietnia do października widok jest sielski. Jak na wakacjach. A od wczoraj po prostu pole, taki księżycowy krajonbraz. Nie lubię tego.

Miałam pisać o tym jak martwię się buntem dwulatka Piotra, który przybiera niepokojące rozmiary, o tym, że nie wiem już czy to jest normalne i typowe czy mamy jakiś poważniejszy problem, ale dzisiaj nie mam już siły. Czuję się fatalnie z tym, że czasem nie radzę sobie z własnym dzieckiem. Boję się, że popełniliśmy gdzieś jakiś błąd i że Piotrek jest nieszczęśliwy. Dzisiejszy dzień to był koszmar dla nas wszystkich. Czuję sie złą, beznadziejną matką.....

Piotr smutny i naburmuszony..... Może jutro będzie lepszy dzień.




czwartek, 11 października 2012

cicha woda i dialogi potworowe



Piotr to typowa cicha woda. Nie rozwija się równomiernie, tylko wybitnie skokowo. Przy całej swojej żywiołowości i zwinności fizycznej ma naturę obserwatora. Patrzy, analizuje, magazynuje i przetwarza informacje w swojej malej główce (co dla nas wygląda przekomiczne by marszczy przy tym brwi, patrzy „spode łba” i komentuje „hmmmm”), a potem znienacka zaskakuje nas jakąś nową umiejętnością.  Z tego co czytam i obserwuję większość umiejętności opanowuje później niż rówieśnicy. Kiedyś mnie to niepokoiło, teraz już wiem, że taki ma styl. Długo długo nic, a potem nagle okazuje się, że potrafi coś robić bardzo dobrze, mniej więcej na tym samym poziomie co rówieśnicy, którzy wcześniej od niego zaczęli przejawiać zainteresowanie daną formą aktywności, po czym szybko doprowadza to do perfekcji.  Czai się i kryje jednym słowem, a życie z nim to jedna wielka niespodzianka ;-)

niedziela, 7 października 2012

nasza logistyka codzienna i przygotowania do przedszkola


Piotr za rok idzie do przedszkola. Od pewnego czasu zastanawiam się i kombinuję co zrobić, by przygotować go na tę zmianę życiową.

Jesteśmy w tej chwili w trudnej sytuacji finansowej i jakiś czas to jeszcze pewnie potrwa. Z tego względu jestem niezmiernie wdzięczna mojej mamie, że zaofiarowała się opiekować wnukiem przez trzy dni w tygodniu. Dzięki temu nie musimy zatrudniać opiekunki na cały etat, lecz jedynie na czwartek i piątek. Nasz tydzień jest dość skomplikowany logistycznie.

czwartek, 4 października 2012

Nessie propagatorką przemocy wobec dzieci



Jakiś czas temu byłam osobą bezkompromisową o jasno sprecyzowanych poglądach na pewne sprawy i wydającą kategoryczne sądy.  Dzisiaj z perspektywy czasu uważam to za jedną ze swoich większych wad, z którą staram się walczyć, z różnym skutkiem, przyznaję, lecz zdaję sobie sprawę, że jest to temat nad którym muszę pracować.

Życie nauczyło mnie, że świat nie jest czarno-biały. Świat jest w odcieniach szarości. Trzeba mieć swoje ideały, swój kręgosłup moralny, lecz również trochę wyobraźni. Tyle o sobie wiemy na ile nas sprawdzono, wiem to bardzo dobrze. Nikt z nas tak naprawdę nie jest w stanie ze 100% pewnością przewidzieć jak zachowa się w trudnej sytuacji. Patrząc na innych ludzi nie wiemy do końca, co spowodowało, że zachowują się w taki a nie inny sposób. Dawniej uważałam, że nie ma to znaczenia, ważny jest efekt końcowy. Dziś nie jestem już tak kategoryczna. Uważam, że czasem trzeba wziąć poprawkę na inne aspekty danej sytuacji, na jakieś czynniki zewnętrzne czy wewnętrzne, czasem trzeba po prostu wybaczyć, przymknąć oko, a przede wszystkim zastanowić się czy aby na pewno sami byśmy danego błędu nie popełnili. Jesteśmy wszyscy tylko ludźmi, nie robotami. Więcej we mnie dziś wyrozumiałości dla ludzkich słabości, choć do ideału mi bardzo daleko i bywa, że kogoś skrzywdzę jakimś nieopatrznym komentarzem lub niesprawiedliwie ocenię.

Moim zdaniem bezkompromisowe zero-jedynkowe myślenie świadczy o niedojrzałości, naiwności, braku wyobraźni, ciasnocie umysłowej, a czasem braku empatii. Nie cierpię fanatyzmu w żadnej postaci.
Czemu o tym piszę? Otóż od dłuższego czasu na blogach i portalach społecznościowych prowadzona jest kampania „kocham nie biję” lub „klaps to przemoc”. Dla jasności jest to kampania, którą całym sercem popieram.  Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że uderzenie człowieka to przemoc. Akcja ze wszech miar słuszna, choć mam niejasne wrażenie, że przedstawiciele środowisk, do których powinna ona przede wszystkim trafić blogów dotyczących wychowania dzieci zwyczajnie nie czytają, ale może się mylę. Mam wrażenie jednak, że ferwor walki o słuszną sprawę lekko zaślepia jej uczestników. 

wtorek, 2 października 2012

moje macierzyństwo bez lukru



Nie jestem niepoprawną optymistką, ani pesymistką. Mówię i piszę o tym, co mnie cieszy i wzrusza, a także o tym co mnie boli i złości. Jestem realistką i nie cierpię lukrowania., zwłaszcza lukrowanego macierzyństwa. Nie jestem matką rozczulającą się nad słodziutkim malusim bobaskiem, tycimi nóziami, nie jestem matką z nieskończonymi pokładami cierpliwości, ani taką, która wychodząc  do kina z koleżanką dzwoni co chwilę do domu by sprawdzić co robi jej maleńkie bobo.  Nie lubię gotować i często nie chce mi się wymyślać zdrowych atrakcyjnych potraw dla syna, więc bywa, że na obiad jemy cheesburgera i frytki w McDonaldzie podczas spaceru. Wiem, że w porównaniu ze znajomymi jestem dość konsekwentna i wymagająca.
Mimo, że narodziny Piotrusia były spełnieniem moich marzeń nie wspominam jego okresu niemowlęctwa a z jakimś szczególnym rozrzewnieniem.  Dużo lepiej czuję się w roli mamy zbuntowanego dwulatka niż dziecka do 1.5 roku. Złożyło się na to kilka czynników.