wtorek, 16 października 2012

Houston mamy problem



Martwię się o Piotra. Mój zbuntowany dwulatek ostatnio przechodzi samego siebie. Sama już nie wiem czy to normalne i typowe w tym wieku, czy dzieje się coś niepokojącego. Po ostatniej niedzieli doszliśmy z mężem do wniosku, że musi temu przyjrzeć się ktoś kompetentny z zewnątrz i umówiliśmy się z psychologiem dziecięcym. Jesteśmy po pierwszej rozmowie, na razie bez Piotrusia. Pani psycholog ma nam towarzyszyć w sobotę na zajęciach z Kreatywki i poobserwować Piotrka w relacjach z innymi dziećmi oraz spędzić z nami kawałek niedzieli. Mam nadzieję, że pomoże się nam odnaleźć.

To, ze Piotrek jest uparty i zbuntowany to wiem. Na temat buntu dwulatka wiele czytałam i teoretycznie znam te mechanizmy i teoretycznie wiem jak sobie z nim radzić. Ha! Gorzej z praktyką. Na Piotra kompletnie nie działa odwracanie uwagi, rozśmieszanie, robienie z siebie wariata. Pośmieje się kilka sekund i to wszystko. Kiedy się na coś uprze jest kompletnie zafiksowany. Nie działa również przytulenie. W chwilach histerii Piotrek broni się przed dotykiem. Przytula się po fakcie. Nie działa siedzenie obok i nazywanie uczuć. Piotr w takich sytuacjach ma moje gadanie głęboko gdzieś. Próbujemy z nim o emocjach, które przezywał porozmawiać gdy się uspokoi. No właśnie. Gdy się uspokoi. Jedynym sposobem jak do tej pory jest przeczekanie ataku złości, frustracji, a mi się serce wtedy kraje, że nie mogę nic zrobić tylko siedzieć obok i być. Potem przytulam takiego roztrzęsionego, rozszlochanego malucha i sama mam ochotę płakać. Próbuję pomóc mu przejść przez ten trudny okres, a czuję się tak jakby szedł przed siebie sam. Poświęcamy mu z mężem KAŻDĄ chwile poza pracą zawodową, z której nie mogę zrezygnować ani ograniczyć jej czasowo, po prostu nie mogę – siła wyższa. Nie jestem w stanie poświęcić mu już więcej czasu bo tego czasu zwyczajnie nie ma :-(

Piotr testuje nas na każdym kroku. Kiedy czegoś mu zabraniamy powtarza to kilka razy by się upewnić czy na pewno tego mu nie wolno. Rzucanie klockami po całym salonie ukróciliśmy. Kilka razy dostał ostrzeżenie, że klocki schowamy jeśli nie przestanie tłumacząc mu, że klocki się niszczą, podłoga się niszczy i służą one do budowania. Rzucał dalej, więc klocki faktycznie schowaliśmy na parę dni mimo chodzenia za nami i buczenia o nie. Teraz już nie rozrzuca. Zapędy do wrzucania do wanny grających zabawek ukróciliśmy nie naprawiając zepsutej karetki (do tej pory Maciek wspólnie z Piotrkiem naprawiali zepsute zabawki i mieli z tego niezłą radochę. Tym razem tata stwierdził, że karetki nie da się naprawić i koniec bo Piotruś wrzucił ją do wody mimo ostrzeżeń. Ryku było co niemiara ale przynajmniej już nie wrzuca).  Jednym słowem konsekwencja, żelazna konsekwencja to jest to co sprawdza się w wychowaniu mojego syna. Kilkakrotne ostrzeżenie, uczciwe uprzedzenie i wykonanie kary. To są jednak takie codzienne drobiazgi. Z tym sobie radzimy. Najgorszy jest negatywizm Piotra i zmienianie zdania co sekundę. Wszystko jest be, wszystko na nie. I pisk. Piszczy tak, że w uszach świdruje. Ubieranie się jest męką. Wszelkie porady typu „pozwól dziecku wybrać jedne spodenki z dwóch” etc mogę wyrzucić do kosza. Bez względu na to, czy śpieszymy się rano czy możemy do południa chodzić w piżamach ubieraniu towarzyszy ryk zarzynanego prosiaka. Dosłownie. To nie, tamto nie, Piotrek twierdzi, że spodenki są za ciasne/luźne/grube/cienkie gniotą jeszcze zanim wyciągnę je z szafy. Przykro to pisać, ale w 90% przypadków ubieram go siłą, bo inaczej się po prostu nie da. Gdybyśmy mieszkali w bloku sąsiedzi zapewne wzywaliby już pomoc społeczną. Po ubraniu – uśmiech.  Staram się wyłączyć emocje w takich sytuacjach, krążę myślami gdzieś bo inaczej bym się wykończyła. To samo tyczy się podawania witamin, mycia zębów do niedawna, czyszczenia uszów – wszystko Piotrkowi nie pasuje i krzyczy. Szczerze mówiąc mam dość, jestem rano mokra jak mysz, pobita, pokopana, ubrania mam wiecznie brudne bo szoruję spodniami po podłodze usiłując ubrać Piotrka do wyjścia. Chyba zacznę przebierać się w toalecie w pracy. Gdybyśmy jakiś czas temu zdecydowali się na drugie dziecko i gdybym była w ciąży to po prostu nie mogłabym się Piotrkiem zajmować w obawie o maleństwo w brzuchu. Poważnie. Praktycznie każda codzienna czynność to jest walka, walka, na która czasem po prostu nie ma czasu.

Nie jestem w stanie wyjść praktycznie nigdzie bez wózka jeśli idę sama z Piotrkiem. Piotrek ucieka, wyrywa się. W czerwcu w Zakopanym nauczył się wreszcie chodzić  ładnie obok mnie, teraz mamy regres. Targam wszędzie wózek bo nie jestem w stanie fizycznie poradzić sobie z nim, nieść na rękach jeśli ma fazę na uciekanie, wyrywanie się na ulice lub odwrotnie – leżenie na chodniku. Po prostu fizycznie nie daję rady i wózek jest wybawieniem. Jakoś udaje mi się go unieruchomić i przetransportować do samochodu lub tramwaju. 

Piotrek rozrzuca jedzenie. Celowo. Nigdy nie zmuszałam go do jedzenia, więc źle go nie kojarzy, a jednak. W niedzielę po drzemce uparł się, by jeść obiad w swoim pokoju na poddaszu. Nie zgodziłam się. Obiad jemy w jadalni. W jadalni wziął talerz, trzepnął nim o podłogę, rozbił w drobny mak i wysmarował rybą ścianę. Pobiegł do swojego pokoju i wył tam godzinę. Na nasze próby wejścia, porozmawiania reagował agresją. Wypychał nas za drzwi, kopał. Koszmar. Dostawał spazmów wręcz. Kiedy się uspokoił Maciek do niego poszedł, zeszli na dół, przeprosił mnie ładnie, przytulił się , zjadł i po chwili bawił się radośnie.
Boi się wielu rzeczy, z czym wcześniej nie mieliśmy do czynienia. Oprócz wilka, o którym wspominałam zaczął bać się ciemności, hałasu i wody. To ostatnie jest dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo Piotrek chodzi na basen odkąd Skończył 3 miesiące, może nie zawsze co tydzień, ale często i do tej pory bardzo to lubił, puszczał się mnie, nie bał się zanurzyć głowy a teraz – zonk! Chce się bawić jedynie w brodziku dla dzieci i to na stojąco.

W kwestii nocnikowania kompletny regres. Piotrek sygnalizował grubsze sprawy i zaczął sygnalizować sikanie. Temat upadł. Domaga się picia z butelki. To akurat może być związane z tym, że dwa dni w tygodniu przebywa z młodszym kuzynem.

Chciałabym bardzo mu pomóc. Kiedy patrzę w oczy Piotrka gdy się nie uśmiecha mam wrażenie, że widzę w nich wielki smutek i żal. To mnie najbardziej boli. Nie wiem, może przesadzam, może tak po prostu jest w tym okresie życia dziecka, może Piotrek jest po prostu charakterny. Ale może coś zrobiliśmy źle….

Mały buntownik

 

10 komentarzy:

  1. Nessie, przykro mi to czytać bo wracam wspomnieniami do czasów gdy moja Ania miała 2 lata, nie całe (akurat byłam w drugiej ciąży), trochę ponad rok temu to było. Miałam to opisane na poprzednim blogu, który został unicestwiony tajemniczo :( Moja Ania miała tak, do tego dochodziło brutalne traktowanie naszych psów i kotów, kopała, je i szarpała, pluła na meble, na podłogę, na ścianę, na nas, tarzała się, ciskała wszystkim co miała pod ręką - bunt 2 - latki :( Pamiętam te uczucia dobrze i wiesz, ciężko mi jest coś poradzić, mogę tylko pocieszyć i wesprzeć ciepłą myślą. Każde dziecko przeżywa to inaczej, są dzieci, które bardzo cierpią jak Twoje i moje - musimy to przetrwać tylko tak smutno patrzeć na nieszczęśliwe dziecko :( Wiesz, że on poznaje teraz zupełnie nowe emocje, zachodzą wielkie zmiany rozwojowe w jego mózgu (czasem bardzo gwałtowne), nie radzi sobie z nimi, nie umie nad tym zapanować, dopiero dowiaduje się, że można nad sobą panować, że niektóre zachowania są złe. Wyjdzie z tego jeszcze wspanialszy, zobaczysz, a Wy razem z nim.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nessie - to normalne zachowanie!

    Ja też postępuję tak jak Wy z klockami - "rzucasz zabawkami? Okej - oznacza to, że ich nie chcesz. Spakujemy do pudła oddamy dzieciom, które się z nich ucieszą".

    Wychodzenie z domu tez jest problematyczne. Może nie z tym, że wszystkie ubrania Ani nie pasują, ale akurat wtedy ona woli biegac nago niż się ubrać. NIemal za każdym razem jak mamy gdzieś wyjść to kończy się to tak, że ja ubieram swoje buty, swoja kurtkę i mówię, że wychodzę w takim razie sama, skoro ona nie ma na wyjście ochoty. Gdy jestem przy drzwiach, to Ania się reflektuje i daje grzecznie ubrać.
    Raz nawet tak się wściekłam, że naprawdę wyszłam za drzwi na parę sekund.

    Krzyki i piszczenie też są. Jeśli jestem 100% pewna, że nie jest głodna czy zmęczona, czy że ta histeria ma jakiś konkretny powód, to olewam te krzyki. Przytulanie i siedzenie przy Ani kończy się tak jak u Was. Może to brutalne zachowanie, ale ja wychodzę z pomieszczenia w którym jest rozhisteryzowana Ania i mówię, że wrócę jak się uspokoi. Też działa :/

    Jedzenie? "Ania nie jest głodna" i nie je :/ za to nadrabia w nocy :/

    Zajęcia dla dzieci? "Ania nie lubi" i Ania wychodzi z sali, ewentualnie biega w kółko sali piszcząc ;)

    Pomogło nam, gdy zaczęłam podchodzić do tego wszystkiego na luzie. I pomogło mówienie: "chcesz płakać/krzyczeć/złościć się? To się wypłacz/wykrzycz/potupaj ze złości".
    Aaaa - i jak Ania krzyczy, to ja do niej mówię szeptem. Też ją to wycisza;)))
    Nie chcę Ci tu moralizować, ale bardziej pokazać, że inni też tak mają ;))))

    OdpowiedzUsuń
  3. Piotrek sie rozwija.. to jego zachowanie to nic dziwnego.. jedne dzieci są spokojne a inne nie.. wg mnie to nie masz sie czym martwic ale to przeczekać..

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze, że potraficie poprosić o pomoc, kiedy nie dajecie sobie rady sami. Wielki szacun za to. Naprawdę. Ale wierzę, że to jednak przejściowe problemy i niedługo będą tylko wspomnieniem. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  5. mam nadzieję, że psycholożka Wam pomoże. poczucie bezsilności jest wyjątkowo nieciekawe.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję Wam za słowa otuchy. Dorastanie to ciężka praca. Mam nadzieję, że pani psycholog wskaże nam drogę by choć trochę pomóc Małemu w tej podróży.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiem jak strasznie ciężko jest patrzeć na płaczące dziecko i jak się serce kraja... ale czasem trzeba sobie powiedzieć "mojemu dziecku nie dzieje się krzywda, nie zrobiłam nic złego, nic za co powinnam czuć się winna" i pozwolić się dziecku wypłakać. Wydaje mi się że czasem tak jest lepiej - pozwolić dziecku żeby rozładowało emocje i dopiero kiedy trochę ochłonie, pocieszyć i porozmawiać.
    Myślę że mimo tego że nas serce boli jak na to patrzymy, to dziecko potrzebuje móc się wypłakać i wykrzyczeć czasem - tak jak i dorosły czasem potrzebuje tego.

    Chociaż zawsze bardzo przeżywałam i przeżywam wszystkie humory i złość Soni, to zawsze starałam się sobie tłumaczyć że lepiej że te wszystkie frustracje idą na zawnątrz, niż by dziecko miało tłumić w sobie złość bo to skutkuje później zachowaniami autoagresywnymi.

    Mam nadzieje że psycholog pomoże znaleźć lekarstwo na te Piotrusiowe zachowania. Choć wydają mi się dość typowe dla tego wieku.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiem, czy już się wpisałaś na CANDY, bo nie widzę banerka na blogu, więc zapraszam do siebie na CANDY :)
    http://oczekujac.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Ehhh, współczuję :( U nas w porównaniu z Wami to light, ale są dni, kiedy też wszystko jest na NIE. Najgorzej jest z ubieraniem/rozbieraniem, wszystko z rykiem. Ale ja mam inny problem - Radek w chwilach frustracji bije siebie po twarzy... Wie, że nie wolno nikogo bić, więc uderza siebie :( Mówię mu wtedy, że "nie wolno bić mojego Radzia, nikogo nie wolno bić", ale on zupełnie nie radzi sobie z rozładowywaniem złości, frustracji... Już chyba wolałabym, zeby kopał, pluł itd...

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja z obawą czekam na nasz "bunt dwulatka"... Maks już zaczyna pokazywać pazurki, ale daleko mu do tego co opisujesz. Mam nadzieję że psycholog Wam pomoże, da jakieś wskazówki i uspokoi - bo może to wszystko to "norma"? Niewiele wiem na ten temat...

    OdpowiedzUsuń