wtorek, 2 października 2012

moje macierzyństwo bez lukru



Nie jestem niepoprawną optymistką, ani pesymistką. Mówię i piszę o tym, co mnie cieszy i wzrusza, a także o tym co mnie boli i złości. Jestem realistką i nie cierpię lukrowania., zwłaszcza lukrowanego macierzyństwa. Nie jestem matką rozczulającą się nad słodziutkim malusim bobaskiem, tycimi nóziami, nie jestem matką z nieskończonymi pokładami cierpliwości, ani taką, która wychodząc  do kina z koleżanką dzwoni co chwilę do domu by sprawdzić co robi jej maleńkie bobo.  Nie lubię gotować i często nie chce mi się wymyślać zdrowych atrakcyjnych potraw dla syna, więc bywa, że na obiad jemy cheesburgera i frytki w McDonaldzie podczas spaceru. Wiem, że w porównaniu ze znajomymi jestem dość konsekwentna i wymagająca.
Mimo, że narodziny Piotrusia były spełnieniem moich marzeń nie wspominam jego okresu niemowlęctwa a z jakimś szczególnym rozrzewnieniem.  Dużo lepiej czuję się w roli mamy zbuntowanego dwulatka niż dziecka do 1.5 roku. Złożyło się na to kilka czynników.


 Nie udaję, że było świetnie, bo nie zawsze było. Mamowanie niemowlakowi często mnie nużyło i nudziło. Tak, nudziło. Nudziła mnie monotonia czynności i niemowlęce zabawy.  Nie jestem do nich stworzona. Bywało, że siedziałam z małym na macie i ukradkiem zerkałam na zegarek odliczając minuty do wieczornej kąpieli. Do tego wszystkiego doszło podwyższone napięcie mięśniowe zdiagnozowane u Piotrka w 3 miesiącu życia. Oznaczało to mozolne ćwiczenia, codziennie kilka razy dziennie ten sam zestaw ćwiczeń częściowo nudnych częściowo niemiłych dla dziecka. Wykonywać musieliśmy je gdy Piotrek był wyspany i najedzony, więc dzień miałam zaplanowany co do minuty. Posiłek, relaks (bo Piotr przez 7 miesięcy mocno ulewał, więc nie było szans wykonać tych ćwiczeń wcześniej niż minimum 45 minut po jedzeniu), potem ćwiczenia,  po których mały zwykle był zmęczony i senny. I tak w kółko. Jakoś starałam się to pogodzić z długimi kilkugodzinnymi spacerami (jestem gorącą zwolenniczką ostrego hartowania od urodzenia), podczas których większości ćwiczeń nie dało się wykonać bo jak? Na spacery zostawiałam masaże, które można było wykonać w wózku lub na kolanach, a w domu wykonywaliśmy te, do których musiałam małego rozebrać do pieluszki i położyć na twardym podłożu. Suma summarum – mało czasu zostawało na spontaniczne zabawy przez te parę miesięcy. Na szczęście udało się w znacznym stopniu napięcie pokonać do czasu ukończenia Piotrka 7 miesięcy. Martwiłam się o to, bo wtedy wróciłam do pracy, więc siłą rzeczy byłam w stanie wykonać z nim tylko dwie serie – rano i wieczorem, a do tej pory ćwiczyliśmy 4-5 razy dziennie.  Babcia nie była w stanie ich wykonywać, nawet sama rehabilitantka podkreślała, że z dzieckiem musi ćwiczyć ciągle ta sama osoba i najlepiej jeśli jest to matka, bo tylko matka jest w stanie zmusić się do czynności, które wyglądają z zewnątrz na znęcanie się nad dzieckiem dla jego dobra. Urlop wychowawczy ani skrócenie wymiaru pracy nie wchodziły w grę ze względów finansowych, więc na serio obawiałam się jak to będzie ale na szczęście potem dwie serie ćwiczeń spokojnie wystarczyły i w wieku 9 miesięcy po napięciu nie było już śladu.

Piotruś jest bardzo wyczekanym dzieckiem. Długo się o niego staraliśmy.  Gdy zaszłam w ciążę byłam szczęśliwa, ale o dziwo nie popadłam w jakaś ekscytację. Bardzo pragnęłam dziecka, ale obce dzieci nigdy mnie nie rozczulały. Nawet gdy odwiedzałam w ciąży koleżankę, która urodziła pół roku przede mną nie czułam potrzeby wzięcia na ręce małego Karolka, nie potrafiłam go zabawić, wszystko to było takie sztuczne. Jednocześnie miałam wewnętrzną pewność, że z moim dzieckiem będę miała zupełnie inn relację i faktycznie. Nie było strachu ani lęku. No może przy pierwszej zmianie pieluszki trzęsły mi się ręce, ale to wszystko. Obsługę niemowlęcia opanowałam szybko i sprawnie.
Taki był maleńki




Miłość…To nie było zakochanie się od pierwszego wejrzenia. Gdy pokazali mi go po cesarce na sali operacyjnej zaczęłam płakać jak bóbr ze wzruszenia i ulgi. Musieli go szybko zabrać, bo płakałam tak, ze lekarz nie był w stanie mnie zszyć. Później dostałam krwotoku i niewiele pamiętam z dwóch kolejnych dób.  Wiem, ze godzinę po cesarce lekarze poważnie rozważali ponowną operację, a potem wpompowali we mnie masę krwi. Pobyt w szpitalu wspominam jako jedno wielkie BREASTAPO. Było ze mną krucho, dostałam masę leków i pokarmu po prostu nie miałam. Tu nie chodzi o brak wsparcia laktacyjnego czy brak wiedzy, bo wiedzę miałam, chodziłam do szkoły rodzenia i byłam przygotowana. Mój lekarz na wizycie kontrolnej po połogu kiedy zobaczył listę leków, które mi dawali złapał się za głowę i stwierdził, że to byłby cud, gdybym po tym karmiła piersią, ponieważ de facto dostałam leki na zahamowanie laktacji. Piersi mnie nie bolały, nie były twarde, po prostu zero, mimo wielu prób pobudzania. Szczerze znienawidziłam położne w szpitalu, które obmacywały moje cycki. Wiem, to ich praca, ale przecież widziały moja kartę, widziały jakie leki mam wpisane i że z tego nic nie będzie. Mam żal, że terror laktacyjny zatruł mi pierwsze chwile macierzyństwa, bo odżyłam dopiero gdy mama kupiła mi w aptece gotowe buteleczki z mlekiem modyfikowanym, które trzymałam w szufladzie i nie musiałam chodzić po nie do dyżurki. W domu po 10 dniach pobytu w szpitalu wywaliłam laktator na strych i było już OK. Bojówkom laktacyjnym mówię stanowcze NIE!

Pierwsze 1.5 roku życia Piotrka zbiegło się w czasie z bardzo napiętą sytuacją mieszkaniową i zawodową.  Tak jak pisałam wcześniej mój mąż musiał w trybie ekspresowym własnymi rękami wykończyć prowizorycznie nasz dom. 90% czynności związanych z opieka nad dzieckiem spadło na mnie i bardzo odczuwałam zmęczenie i znużenie. Doskwierała mi samotność. W ciągu dnia wszyscy w pracy, nikt nie ma czasu porozmawiać przez telefon gdy dziecko śpi na spacerze, a wieczorem czasu z kolei nie mam ja. Czułam się zepchnięta na margines mimo ogromniej miłości do syna. Miałam to szczęście, że raz na jakiś czas mogłam zostawić dziecko z mamą lub teściową i wyrwać się z domu. Zawsze w ciągu dnia, nie wieczorem, więc zwykle były to samotne wypady (no tak  - wszyscy w pracy). Nie odczuwałam najmniejszej potrzeby by dzwonić w międzyczasie do domu, wręcz złościłam się gdy do mnie dzwoniono bo potrzebowałam resetu. Nie miałam najmniejszych wyrzutów sumienia, ze zostawiam dziecko.  Wieczorem nie miałam jak wyjść, bo nie mogłam prosić babci o opiekę, a Maciek zwykle wieczorem jechał spać na budowę, a jeśli nocował w domu to wracał późno. Z tego powodu rzadko kto mnie odwiedzał, bo po pracy dojechałby akurat w porze wieczornych rytuałów i byłby pozostawiony przez pewien czas samemu sobie.

Nie pisze tego po to by narzekać. Było wiele pięknych chwil i nigdy nie żałowałam, że Piotr się urodził. Nie zamierzam jednak udawać, że był to jakiś cudowny pełen ekscytacji czas w moim życiu, bo raczej nie był i złożyło się na to wiele czynników. Tym bardziej doceniam to co jest teraz. Myślę, że gdybym te 1.5 roku przeżyła gładko i ze śpiewem na ustach byłabym teraz przerażona i rozczarowana diabełkiem, który wstąpił w mojego syna. Tymczasem jest odwrotnie. Piotr jest bardzo zbuntowany i bardzo uparty i czasami mam wszystkiego dość,  ale generalnie czuję się w roli jego mamy świetnie i za nic nie chciałabym wracać do okresu niemowlęctwa. Lubię gdy rano przychodzi sam do nas do łózka albo do mnie do łazienki, przytula się do mnie i mówi „kochana mama”.  Cieszę się, że moje poranki wyglądają teraz w ten sposób, mimo że zaraz potem następuje walka przy ubieraniu, a nie na zasadzie zrywania się na równe nogi bo dziecko woła z łózka i trzeba ekspresowo zrobić mleko. Wcześniej jeśli nie wstałam przed małym to poranek był bardzo nerwowy. Musiałam się nim natychmiast zająć, a on wymagał mojej wyłącznej uwagi, trudno było to połączyć z własnymi czynnościami toaletowymi. Teraz jak tylko uda mi się Piotrka ubrać nie ma problemu. Mogę spokojnie się ogarnąć dyskutując przy okazji z synem na tematy światopoglądowe ;-) Uwielbiam z nim rozmawiać i odpowiadać na pytanie „a cemu?”. Uwielbiam słuchać wymyślonych przez niego opowieści. Nie mogę się doczekać, aż zainteresuje się pracami plastycznymi na tyle byśmy mogli wspólnie tworzyć cuda na choinkę. Owszem, marzę o tym, by bunt dwulatka się już skończył, ale sto razy wolę to niż bieg z dzieckiem na 1 piętro, a potem galop z powrotem po wózek (nie mieliśmy windy) ze świadomością, że niemowlę w tym czasie wypluwa płuca w łóżeczku bo myśli, że matka je porzuciła.


Mamy taki swój wieczorny rytuał jeśli to ja jestem wieczornym czytaczem bajek. Pytam się go
„mogę ci coś powiedzieć na uszko?”
Piotruś odpowiada z uśmiechem  - „mozes”
A ja mówię „kocham cię codziennie….”
I razem dopowiadamy – „coraz bardziej”
 

W sobotę zbieraliśmy z naszym dwulatkiem jabłka ;-) I karmiliśmy „piesa”.












9 komentarzy:

  1. Wspaniale opisane. Wiele odczuć mam/miałam podobnych. W zasadzie odkąd Córa skończyła rok i stała się mega kontaktowna nasza codzienność to więcej frajdy i zabawy niż samotoności. A samotność najbardziej doskwierała. Terror laktacyjny sprowadził mnie na skraj depresji- a uważam, że nie należy wywierać presji na matkę gdy jej karmienie nie wychodzi z wielu powodów.... oj mogłabym wiele dopisać, dobrze, że napisałaś to wszystko, dokładnie tak przedstawiają się realia macierzyństwa. :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że wiele kobiet boi się przyznać do swoich uczuć. W necie pełno mam, które ze zrozumieniem opisują ciężkie noce z niemowlakiem, rozpływają nad każda nową umiejętnością i czasem ciężko przyznać, że pomimo ogromnej miłości do dziecka człowiek nie czuje się spełniony lub jakaś jego potrzeba jest ważniejsza niż dziecko. Trzeba pisać pięknie o macierzyństwie, owszem, ale też o też o tej szarej przytłaczającej codzienności. Myślę też, że przy drugim dziecku jest łatwiej o tyle, że w domu jest starszak, z którym można ciekawie spędzić czas, a gdy starszak da popalić ufne niemowlę stanowi przyjemną odskocznię. Wiemy też wtedy, że dzieci naprawdę rosną i się rozwijają z własnego doświadczenia ;-) No bo teoretycznie każdy to wie, ale gdy monotonia przytłacza nie jest łatwo uwierzyć, że kiedyś bezie się można sensownie z dzieckiem dogadać.

      Usuń
  2. ja sie z dnia na dzien coraz bardziej ciesze ze syn staje sie samodzielny bo tej mam dosyć biegania, a tak to sam w miare ładnie zje jako 2 latek, napije sie ..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, ja czuję to tak. Im dziecko jest starsze tym trudniej tak naprawdę i biegania wcale nie jest mniej, ale jak dla mnie - przyjemniej.

      Usuń
  3. Mam podobnie. Okres noworodkowo-niemowlęcy był dla mnie ciężki, za to moją 2,5 letnia dwulatkę UWIELBIAM!

    Podoba mi się, jak piszesz :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mój syn ma co prawda dopiero pół roku i jeszcze mam czas na takie podsumowania, ale jak czytam ten post... to mam wrażenie że czytam o sobie. Gdy zaszłam w ciąże byłam szczęśliwa, ale nie odczuwałam jakiejś specjalnej ekstazy. Po narodzinach syna nie mogłam powiedzieć "kocham go ponad wszystko, zakochałam się po uszy!" (tak jak mówiły moje koleżanki) Dopiero teraz odczuwam silniejszą więź, miłość.. Do "obcych" dzieci nigdy mnie nie ciągnęło, branie na ręce noworodka mojej koleżanki było dla mnie krępujące i zrobiłam to tylko dlatego, że ona tak chciała. Zarzucano mi, że nie poradzę sobie jak urodzę. Tymczasem poradziłam sobie bez niczyjej pomocy, z wyjątkiem eM ;) Mama, ciotka, koleżanka... wpadały tylko obejrzeć bobasa, a nie po to by mi pomagać.
    Niebawem wracam do pracy ... i już nie mogę się doczekać. Znudziłam się już siedzeniem w domu na podłodze z dzieckiem, które bardziej jest zainteresowane lizaniem szmatek i zabawek niż tym co do niego mówię ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, do pewnego momentu miałam wrażenie, ze mojego syna bardziej interesuje darcie kolorowego papieru niż ja. Teraz mam z nim dużo silniejszą i lepszą więź, jak przytula się do mnie i mówi "kochana mama" to mięknę :-) Są kobiety realizujące się w opiece nad niemowlakiem, ja do nich nie należę. Potrzebuję innego rodzaju kontaktu i lepszego feedbacku.

      Usuń
  5. po przeczytaniu tego wpisu powoli przestaję czuć się jak wyrodna matka ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. po przeczytaniu tego tekstu nasuwa mi się jedna myśl...trochę nie rozumiem Was i zimnego podejścia do niemowlaczków (przecież to wasze dzieci, a każdy etap w życiu małego człowieka warto chłonąć - to już więcej się nie powtórzy przecież)...Ja czekałam na swoją córcię 3 lata...Za 2 miesiące mam termin porodu. Odkąd dowiedziałam się, że jestem w ciąży - miłość się ze mnie wylewa (mimo, że podobnie jak Was, nigdy nie ciągnęło mnie do obcych dzieci, były mi wręcz obojętne - chyba, że mowa o mojej chrześnicy - to już całkiem inna relacja:)) Tym bardziej, gdy dowiedziałam się, że będę mieć córeczkę - serce z radości skacze. jeszcze jej nie znam, nie wiem jaka jest, widziałam ją jedynie na usg 3D, ale wiem, że kocham ją nad życie. Może gdybym wiedziała, że to chłopiec, byłoby ciut inaczej. Z synem relacje zawsze są jednak takie z dystansem, chłodniejsze., przynajmniej takie mam wrażenie...

    OdpowiedzUsuń