niedziela, 7 października 2012

nasza logistyka codzienna i przygotowania do przedszkola


Piotr za rok idzie do przedszkola. Od pewnego czasu zastanawiam się i kombinuję co zrobić, by przygotować go na tę zmianę życiową.

Jesteśmy w tej chwili w trudnej sytuacji finansowej i jakiś czas to jeszcze pewnie potrwa. Z tego względu jestem niezmiernie wdzięczna mojej mamie, że zaofiarowała się opiekować wnukiem przez trzy dni w tygodniu. Dzięki temu nie musimy zatrudniać opiekunki na cały etat, lecz jedynie na czwartek i piątek. Nasz tydzień jest dość skomplikowany logistycznie.
Mieszkamy w domu na skarpie i nie mamy ogródka, gdzie dziecko mogłoby swobodnie się bawić.  Płaski teren przed domem jest częściowo ogrodzony, ale nie całkowicie, bo się nie da. Trzeba z dzieckiem non stop być i nie spuszczać go z oka, by w ferworze zabawy nie sturlało się ścieżką na dół na ulicę… Bo głównego ogrodzenia przy drodze nie zbudowaliśmy jeszcze, może za jakiś 3 lata – finanse. W sąsiedztwie jest tylko jeden chłopczyk czteroletni, ale on w ciągu dnia jest w przedszkolu. Widok z domu mamy piękny, ale nie jest to teren spacerowy dla dziecka. Ulica na odcinku od nas do przystanku autobusowego (ok. 10 minut) nie ma chodnika, a pobocze jest bardzo wąskie. Niebezpiecznie tam chodzić z wózkiem, że nie wspomnę o trzymaniu dwulatka za rękę. Jednym słowem z domu wydostajemy się samochodem. Moja mama jednak nie ma prawa jazdy, więc jej przyjeżdżanie do nas nie ma sensu, zwłaszcza, że mieszka na drugim końcu miasta i autobusem zajmuje jej to półtorej godziny. Dlatego w poniedziałki jadę z Piotrusiem do niej i zostajemy tam do środy. Nie chcę wracać codziennie do domu, bo to kompletnie bez sensu czasowo, ekonomicznie i przede wszystkim z punktu widzenia jakości czasu z dzieckiem. Musiałabym rano jechać obwodnicą do mamy, potem autobusem do centrum miasta do pracy, potem powrót d o mamy, zapakowanie dziecka do auta i powrót do dom. Z powrotem bylibyśmy koło 19, a paliwo kosztowałoby sporo. Będąc u mamy po pracy przejmuję Piotrka, a mama idzie na ćwiczenia, rehabilitację lub po prostu zajmuje się swoimi sprawami, a my mamy koło 2 godziny przed kąpaniem na spacer, rower i zabawę. Niedawno na jej osiedlu otworzyli basen, więc możemy spędzać tam czas zimą. Maciek ma 2 wieczory w tygodniu, które w całości przeznacza na naukę, to dla nas priorytet by zrobił uprawnienia. Na czwartki i piątki mamy opiekunkę. Po konsultacji ze szwagierką i teściową ustaliliśmy, że przyjeżdża ona nie do nas a do teściowej właśnie. U nas jak wspominałam jest problem ze spacerem, musiałabym opiekunce rano przepinać fotelik do jej samochodu by gdzieś z dzieckiem się wybrała, a  u teściowej jest fajny ogródek i dwa place zabaw na sąsiednim osiedlu. Teściowa w czwartki i piątki nie pracuje, tylko opiekuje się Antkiem, młodszym kuzynem Piotrka, które jest do niej przywożony. Tym sposobem dzieci mają ze sobą kontakt (a to jedyne kuzynostwo w Krakowie), lubią się, a teściowa zaprzyjaźniła się z opiekunką Piotrka i gdy Piotrek śpi ona pomaga jej w pracach domowych.

Piotrek do żłobka państwowego się nie dostał, a na prywatny na cały tydzień nas nie stać. Cieszymy się wiec, że udało się nam opiekę nad nim zorganizować w taki sposób. Chciałabym jednocześnie by miał więcej kontaktu z dziećmi niż Antoś i dzieci spotykane na placu zabaw. Niestety większość naszych znajomych z realu jest bezdzietnych, więc rzadko mamy okazję gościć u siebie dzieci. Martwię się o to, zwłaszcza, że jest jedynakiem. Do niedawna bardzo ciężko przychodziło mu dzielenie się zabawkami z innymi na przykład. Teraz jest już lepiej, ale wiem, że brakuje mu regularnego kontaktu z tą sama grupą rówieśników. Najchętniej posłałabym go już teraz do jakiegoś klubu maluszka, ale nie bardzo mamy jak to zorganizować logistycznie. Chodzi o to, że w naszym przypadku byłoby to wszystko albo nic, a Piotrek jeszcze nie jest gotowy by w takim klubie przebywać 9.5 do 10 godzin dziennie (moja praca na cały etat + dojazd). Musimy robić takie założenia, bo Maciek czasem byłby w stanie odebrać go wcześniej, ale specyfika jego pracy jest taka, że często wyjeżdża, siedzi do późna w biurze, więć trzeba to wszystko dostosować do mojego bardziej przewidywalnego grafiku. Nie ma kto go odebrać na przykład po 6 godzinach koło 14-15. Gdybym wybrała klub w pobliżu mojej mamy oznaczałoby to, że do kosztów niani doszłyby koszty klubu lub klub byłby na cały tydzień (czyli na to samo by wyszło), a ja musiałabym przez cały tydzień wozić dziecko na drugi koniec miasta, a jednak takie życie w rozkroku to za dużo. Inna opcja to klub gdzieś bliżej nas od poniedziałku do środy, ale to też odpada, bo moja mama nie ma prawa jazdy, więc nie miałaby jak Piotrka odebrać, a nie chce jeździć z nim przez miasto komunikacją miejską. To zbyt duży wysiłek dla niej biorąc pod uwagę ruchliwość i buntowniczość mojego syna. No i again – dodatkowe koszty. Trzecia opcja to klub niedaleko teściowej zamiast niani, czyli finansowo dalibyśmy radę, no ale tutaj również kłania się logistyka. Gdybym chciała prosić teściową by odebrała Piotrka wcześniej niż 18 musiałaby po niego pojechać z Antkiem (sprawdziłam i nie ma interesujących mnie klubików na jej osiedlu tak by mogła pójść pieszo z Antkiem w wózku). Za dużo byłoby z tym zachodu i wysiłku dla teściowej. Musielibyśmy kupić jej drugi fotelik samochodowy i zamontować na stałe w jej aucie (by nie musiała iść z Antkiem pod pachą do szatni po pozostawiony przez nas nasz fotelik i wpinać go samodzielnie do samochodu, pewnie nawet nie dałaby radę). Szwagier przywożąc jej rano Antka musiałby też przepiąć fotelik Antka do jej samochodu. Do tego jest ona sobą otyłą i ma 3-drzwiowy samochód, ciężko byłoby jej zapiać jedno z dzieci z tyłu. No i po odebraniu Piotrka rzez 2-3 godziny miałaby na głowie dwa maluchy – odpada.

Suma sumarum na razie jest jak jest, a Piotrek do przedszkola idzie od września 2013 na pełny etat, że tak powiem. Przedszkole wybrane, Piotrek zapisany. Prywatne rzecz jasna, bo samorządowe odpadają z bardzo prozaicznego powodu. Są tylko dwa w Krakowie otwarte do 18 (z czego jedno to moloch, a drugie na peryferiach bardzo daleko od nas i nie w pobliżu mojej pracy), a ja pracuję od 9 do 17. Musimy mieć przedszkole otwarte do 18.00 lub 18.30, bo inaczej dziecko z kluczem na szyi czekałoby na mnie na schodach, co rzecz jasna nie wchodzi w grę. Przedszkole jest wprawdzie niedaleko teściów i czasem w sytuacji awaryjnej może go odbiorą wcześniej, ale polegać musimy głównie na sobie, czyli na mnie – tak jak pisałam wyżej. Przedszkole jest prywatne, ale z tych tańszych, więc koszty będą porównywalne jak opiekunki dwa dni w tygodniu. Damy radę.

Szukam innych możliwości oswajania Piotrka z dziećmi. Od pewnego czasu mam nawyk przeszukiwania co poniedziałek kilku portali z listą atrakcji weekendowych i wybieram coś co może zainteresować dwulatka. Nie korzystamy w każdy weekend, ale zawsze mam coś w zanadrzu. Są to plusy mieszkania  obok dużego miasta. Zawsze znajdzie się coś ciekawego. Kilka razy uczestniczyliśmy na przykład w dniach otwartych w różnych przedszkolach. Piotrek miał okazję pobawić się z rówieśnikami. Chodzimy na festyny plenerowe, do biblioteki na zajęcia dla maluszków etc. Kulkownie i inne figloraje zostawiamy sobie jako opcję mega awaryjną na wielkie maruderstwo i nudę. Myślałam o jakiś stałych zajęciach i zmobilizowana przez koleżankę parę tygodni temu przeszukałam net pod tym kątem. Początkowo się załamałam. Propozycji dla dzieci między 2 a 3 rokiem zycia jest multum, co z tego jeśli większość w tygodniu i tak do 16.00. Coś mnie trafiało jak znajdowałam interesujące zajęcia, po czym czytałam np.” zapraszamy w środy o 11.00”. No świetnie, w tym czasie t ja jestem w biurze. Większość zajęć jest dla matek na wychowawczym, albo pracujących na pół etatu albo nie wiem. Nawet dobrze zapowiadający się świeżo otwarty Likekonik (http://www.likekonik.pl/) w soboty zwykle jest zarezerwowany na urodziny, a zajęcia są w tygodniu, czyli dla nas nieosiągalne. W końcu znalazłam zajęcia w sobotę o 10.15 o dość pretensjonalnej nazwie Kreatywka, ale opinie są dobre.


Zajęcia zaczynają się 13 października. Mam nadzieję, że przypadną Piotrowi do gustu. Nie spodziewam się jednak entuzjazmu na wejściu. On musi się oswoić z nową sytuacją i zwykle ma własne pomysły na spędzanie czasu, niekoniecznie zbieżne z organizatorami. Fajne jest to, że nie musze wykupywać karnetu semestralnego, tylko płaci się co miesiąc.

Znalazłam też coś takiego w klubokawiarni przyjaznej dzieciom Famiga. Lollipop English Baby

http://www.famiga.pl/zajecia/lollipop-english
To nie tak, żeby zależało mi jakoś strasznie na zapisywaniu Piotrka na angielski. Po prostu pasowało mi miejsce dość niedaleko domu teściowej i termin – czwartek 18.15. Pomyślałam więc – czemu nie? Musiałabym ponegocjować z szefem prace od 8 do 16 w czwartki lub przynajmniej od 8.30 do 17.30. Już miałam taki epizod przez dwa dni, musiałam z tego zrezygnować, ale postanowiłam spróbować jeszcze raz. Według opisu zajęć miały być one skoncentrowane bardziej na swobodnej zabawie, a nie na nauce języka. Na to liczyłam.

Zwolniłam się z pracy i poszliśmy. Wrażenia? Porażka kompletna. Famiga to przyjemne przyjazne miejsce dla mam na macierzyńskim lub wychowawczym z dziećmi do około 1.5 roku, by wpaść, napić się herbatki, a dzieci w tym czasie bawią się na dywaniku. Są tam poza tym dwie sale, gdzie odbywają się zajęcia dla dzieci. Można tam przyjść ze starszym dzieckiem na zajęcia plastyczne na przykład. Natomiast kompletnie się to miejsce nie nadaje dla ruchliwego dwulatka jakim jest mój syn. Za mało miejsca. Piotrek lubi większe przestrzenie gdzie można biegać, szaleć i wspinać się. Nie byłam pewna gdzie to jest, więc przyszliśmy trochę za wcześnie. Piotrek było pozytywnie nastawiony i popędził na dywanik bawić się. Po 10 minutach jednak znudził się zabawkami dla młodszych dzieci, nie miał gdzie biegać i zaczął nudzić, że chce do domu. Gdy zajęcia się rozpoczynały buczał już na maksa. Sądziłam, że zajęcia te to będzie tak jak ogłaszali swobodna zabawa, że w sali będą zabawki, a pani po prostu będzie mówiła do dzieci po angielsku i tyle. Prowadząca podobno ma dwójkę dzieci, więc chyba powinna znać specyfikę małych główek. Nic bardziej mylnego. Sala pusta z kolorowymi poduszkami. Pani z marszu zażądała by siąść na poduszce z dzieckiem, po czym zaczęła machać pluszową żabą zawodząc :”spread your wings”. Piotrek początkowo patrzył na nią jak na wariatkę. Potem stwierdził, że nie jest nią zainteresowany i ruszył na rekonesans sali. Sala pusta. Buzia w podkówkę. Otworzył drzwi, a na korytarzu leżała duża dmuchana piłka. Chciał ja przynieść, pani zamknęła drzwi. Nie rozumiem, w czym byłby problem. No to Piotrek rozbuczał się na całego, obraził na babkę, wrzasnął, że idzie do domu i tyle. Nie chciałam się zrażać i w kolejny czwartek podjęłam kolejną próbę, tym razem przyszliśmy na styk by nie zdążył się wynudzić czekając na rozpoczęcie zająć. Reakcja identyczna, więc odpuściliśmy. Nie ma sensu chodzić z 2-letnuim dzieckiem na zajęcia prowadzone tak jakby odbiorcami były starsze przedszkolaki.

Wczoraj natomiast z racji tego, że Kreatywka jeszcze się nie rozpoczęła wyszukałam sobotnie warsztaty w Placu Rozwoju.

Z Mamą i Tatą w Cyrku

i było super! Niewielka sala, czwórka dzieci, miła młoda dziewczyna, która starała się podążać za dziećmi, a nie odwrotnie. Piotrek na początku nie był zainteresowany. Nie chciał wejść na kolorowa chustę ano bawić się w namiot. Przytulał się do mnie i mówił, że chce wracać, więc zaczęłam się obawiać co dalej.  Poszedł w kierunku pojemników z klockami Lego, więc prowadząca od razu zaproponowała wspólne budowanie zagrody dla cyrkowych zwierząt. Tu moje dziecko poczuło się w swoim żywiole, bo jest on wielbicielem klocków Duplo. Rozgadał się, rozchichrał, potem było skakanie po pufach, na trampolinie, malowanie paluszkami. Widzę już, że Piotrek przede wszystkim lubi właśnie budowanie i zabawy plastyczne. Pozostałe dzieci malowały ostrożne, po jednej kropeczce. Piotrek z rozmachem maczał całą dłoń w farbie i odciskał na kartce wydając pani komendy „więcej białej falby plose dac”. Podobało nam się bardzo, jeśli Kreatywna każe się niewypałem będzie w sobotę chodzić właśnie do Palcu Rozwoju.

Dzisiaj zaś spędziliśmy dzień w domu. Piotrek cały tydzień jest „w rozjazdach” i widzę, że potrzebuje takiego jednego przedpołudnia gdy się nie śpieszymy ani nigdzie nie wychodzimy, nawet na spacer. Do 10 bawiliśmy się w piżamach resorkami i był przeszczęśliwy. Potem malowaliśmy farbkami i razem zrobiliśmy prezent dla babci – wazonik. Oblepiliśmy słoik plasteliną. Cieszę się , że Piotrek lubi takie zabawy. Doszłam już do wprawy w szybkim i sprawnym usuwaniu jej skutków ;-)

Początek




Koniec

 

7 komentarzy:

  1. I bardzo dobrze robicie że zostawiliscie jeszcze Piotrusia na rok w domu! Zobaczysz że to zaprocentuje, a za rok, kiedy pójdzie do przedszkola będzie znacznie bardziej rozwinięty od dzieci żłobkowych.
    Z resztą moje zdanie na temat żłobków znasz;)

    Oczywiście że piotruś nie potrafi się dzielić ani nie potrafi sobie jeszcze zorganizować zabawy z innym dzieckiem - to jest absolutnie normalne dla jego wieku. Na wszystko przyjdzie czas. Jeśli Cię to pocieszy to powiem Ci że dzieci żłobkowe z dzieleniem się mają znacznie większy problem bo są niestety bardzo często uczone prawa silniejszego które w żłobku obowiązuje.

    Szkoda że miejsce w którym mieszkacie utrudnia Wam kontakt z innymi dziećmi - my mieliśmy ten plus że latem całe dnie spędzałyśmy na placach zabaw i w parkach, zimą też tyle ile się dało i Sonia z dziećmi przebywało dużo, nawiązywała stałe przyjąźnie itd. Od ponad roku Sonia kilka razy w tygodniu chodzi na zajęcia co też zapewnia jej dodatkowy kontakt z dziećmi.
    Ale tak szczerze, z obserwacji mojego dziecka i nie tylko, to tak naprawdę dopiero koło 2,5 latek przejawia chęć do aktywnego spędzania czasu z innymi dziećmi.

    Od września znajoma posłała swojego synka (3 latek) do przedszkola. Co śmieszne pani dyrektor przedszkola miała bardzo podobne zdanie do mojego i przyznała się że jej dzieci do przedszkola nie chodziły wcale - i tylko na tym skorzystały:))))

    Wiem że mi nie wierzysz i uważasz że jestem nawiedzona;) ale uważam że ten rok w domu z babcią i nianią to najlepszy prezent jaki możesz dać swojemu synkowi.

    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  2. A co do przygotowań do przedszkola (jestem na bieżąco bo mnutstwo znajomych trzylatków od września się wybrało:)) to warto juz teraz poćwiczyć z Piotrkiem: przede wszystkim zdejmowanie i zakładanie butów, zakładanie bluzy/kurtki (najlepiej metodą "do góry nogami" - nam tak poszło błyskawicznie), zapinanie suwaków, samodzielne jedzenie i korzystanie z toalety. Jestem pewna że pewnie wszystko to Piotruś już dawno robi ale piszę na wszeli wypadek bo wiem że wiele trzylaków ma jeszcze problemy z niektórymi rzeczami a to później przekłada się na dodatkowy stres związany z pójsciem do przedszkola.

    oj, przepraszam bo się rozpisałam.....:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piotrek tez spedza duzo czasu na placach zabaw i w parkach ale ciagle w innym towarzystwie. Raz u mojej mamy raz u tesciowej raz jeszcze gdzie indziej. Jedynie Antek to staly punkt. Buty zdjac potrafi, gorzej z ubieraniem. Potrafi sie rozebrac za wyjatkiem ubran wkladanych przez glowe. Na razie nie ma sprzyjajacego klimatu do nauki samodzielnego ubierania, bo z ubieraniem w ogole jest dramat. Jesli go rano nie ubiore wrecz na sile chodzilby nago. Pracujemy nad guzikami. Je samodzielnie ale wiele rozlewa. ma problem z jedzeniem zupy. Co do odpieluchowywania to nie chce tego robic na sile. Podjelam probe latem i dobrze wie o co chodzi ale poki co jest uparty. Musze poczekac az bunt mu minie. Zreszta wybierajac przedszkole zwracalam uwage czy robia problemy jesli dziecko nie bedzie do konca odpieluchowane. W naszym problemu ponoc nie ma.
      Wiesz znajac charakterek Piotrka jemu przedszkole jest bardzo potrzebne. Jemu jest potrzebna dyscyplina a babcie mu pozwalaja na zbyt wiele.
      A tak przy okazji moglabym Cie prosic o kluczyk do bloga? nessie79@gazeta.pl

      Usuń
    2. W żłobkach pielucha jest jest jeszcze akceptowana, w przedszkolu dzieci muszą już kontrolować potrzeby fizjologiczne. Pomoc w korzystaniu z toalety to już dobra wola pań przedszkolanek - te dobre zaprowadzą dziecko i pomogą, te mniej fajne zostawiają dzieci same sobie:/
      Dużo znajomych dzieci ma z tym problem w przedszkolu - jedne wstydzą się załatwiać w obcym miejscu inne nie radzą sobie jeszcze z podcieraniem i ubieraniem i jest to dla nich na tyle stresujace że wstrzymują w przedszkolu tak długo jak mogą.

      Jasne że nic na siłę i Piotruś musi sam do tego dojrzeć ale warto to z dzieckiem przećwiczyć i nie zostawiać na ostatnią chwilę żeby nie dokładać mu stresu, bo wiem że to bardzo częsty problem u dzieci przedszkolnych.

      Żeby go psychicznie przygotować na odpieluchowanie polecam książeczki tematyczne:) np. "Kamyczek na nocniku", innych tytułów teraz nie pamiętam, bo ten etap już dawno mamy za sobą, ale jest tego dość sporo:)
      U nas sprawdził się system nagród (mam strasznie przekupne dziecko;)). Pomyśl o jakichś drobiazgach ktore sprawiają frajdę Piotrusiowi (naklejka, cukierek,...) i nagradzaj za każdym razem kiedy uda się zrobić siusiu do nocnika.

      Dobrym sposóbem (i chyab niezbędnym warunkiem do tego żeby dziecko chciało siusiać na nocnik) jest pozwolenie mu jakiś czas chodzić po domu bez pieluchy i dać mu się obsikać kilka razy - dziecko musi poczuć o co kaman (akcja-reakcja) żeby zrozumiało o co chodzi z kontrolą potrzeb fizjologicznych. W pieluszce - kiedy ma zawsze miło i sucho nie czuje takiej potrzeby. Polecam najpierw zwinąć wszystkie dywany w domu;)


      Co do kluczyka - w bloxie podaje się nick (nie maila) żeby dodać kogoś jako czytelnika bloga. Dodałam Twój bloxowy nick - kluczy powninien dojść na adres gazetowy. Jakby coś było nie tak to daj znać.

      Usuń
    3. Piotrek całe lato praktycznie chodził w zwykłych bawełnianych majtkach po domu lub ogródku i sikał gdzie popadnie. Książki na ten temat znamy na pamięć -"Kajtuś na nocniczku", "Nocnik nad nocnikami", "Tupcio Chrupcio pożegnanie z pieluszką". Piotrek potrafi sygnalizować grubsze sprawy i tutaj nie ma raczej problemu, jak miał dobry nastrój to siusiał również do nocnika lub pod krzaczkiem. Nie jest jednak jeszcze w stanie fizjologicznie na tyle szybko zasygnalizować potrzeby sikania by zdążyć do toalety. Do tego musi dorosnąć, ale przede wszystkim w międzyczasie włączył mu się mega bunt dwulatka i obecnie jest na NIE na wszystko. Muszę to przeczekać, za radą psychologa dziecięcego zresztą. To jeszcze potrwa parę miesięcy i potem wrócimy do temu. Nie znaczy to, ze odpuszczam, nocnik jest cały czas i czasem Piotrek z niego korzysta, ale nie spodziewam się cudów w najbliższym czasie zwłaszcza ze idzie zima. Chłopcy później do tego dojrzewają niż dziewczynki. W przedszkolu pytałam wyraźnie czy dziecko 3 letnie może jeszcze korzystać z pieluchy w najmłodszej grupie. Powiedziano mi, że nie ma problemu. Nie zakładam z góry, że tak będzie, ale nie wybrałabym przedszkola, w którym powiedziano by mi, że Piotr będzie musiał absolutnie umieć samodzielnie korzystać z toalety. Znając Piotrka jak zobaczy inne dzieci korzystające z toalety włączy mu się męska duma i w parę dni opanuje to jeśli do tej pory jeszcze sam się nie nauczy.

      Usuń
  3. Większość przedszkoli państwowych odpieluchowanie ma jako jeden z warunków przyjęcia dziecka. Fajnie że przedszkole które znalazłaś jest elastyczne, to bardzo dobrze o nich świadczy.

    Trzymam w takim razie kciuki za to żeby bunt szybko minął:)
    Pozdrawiam raz jeszcze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest przedszkole prywatne. Bardzo chciałabym posłać Piotrka do samorządowego, ale za krótko są otwarte byśmy mogli bez problemu go odbierać po pracy.

      Usuń