czwartek, 4 października 2012

Nessie propagatorką przemocy wobec dzieci



Jakiś czas temu byłam osobą bezkompromisową o jasno sprecyzowanych poglądach na pewne sprawy i wydającą kategoryczne sądy.  Dzisiaj z perspektywy czasu uważam to za jedną ze swoich większych wad, z którą staram się walczyć, z różnym skutkiem, przyznaję, lecz zdaję sobie sprawę, że jest to temat nad którym muszę pracować.

Życie nauczyło mnie, że świat nie jest czarno-biały. Świat jest w odcieniach szarości. Trzeba mieć swoje ideały, swój kręgosłup moralny, lecz również trochę wyobraźni. Tyle o sobie wiemy na ile nas sprawdzono, wiem to bardzo dobrze. Nikt z nas tak naprawdę nie jest w stanie ze 100% pewnością przewidzieć jak zachowa się w trudnej sytuacji. Patrząc na innych ludzi nie wiemy do końca, co spowodowało, że zachowują się w taki a nie inny sposób. Dawniej uważałam, że nie ma to znaczenia, ważny jest efekt końcowy. Dziś nie jestem już tak kategoryczna. Uważam, że czasem trzeba wziąć poprawkę na inne aspekty danej sytuacji, na jakieś czynniki zewnętrzne czy wewnętrzne, czasem trzeba po prostu wybaczyć, przymknąć oko, a przede wszystkim zastanowić się czy aby na pewno sami byśmy danego błędu nie popełnili. Jesteśmy wszyscy tylko ludźmi, nie robotami. Więcej we mnie dziś wyrozumiałości dla ludzkich słabości, choć do ideału mi bardzo daleko i bywa, że kogoś skrzywdzę jakimś nieopatrznym komentarzem lub niesprawiedliwie ocenię.

Moim zdaniem bezkompromisowe zero-jedynkowe myślenie świadczy o niedojrzałości, naiwności, braku wyobraźni, ciasnocie umysłowej, a czasem braku empatii. Nie cierpię fanatyzmu w żadnej postaci.
Czemu o tym piszę? Otóż od dłuższego czasu na blogach i portalach społecznościowych prowadzona jest kampania „kocham nie biję” lub „klaps to przemoc”. Dla jasności jest to kampania, którą całym sercem popieram.  Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że uderzenie człowieka to przemoc. Akcja ze wszech miar słuszna, choć mam niejasne wrażenie, że przedstawiciele środowisk, do których powinna ona przede wszystkim trafić blogów dotyczących wychowania dzieci zwyczajnie nie czytają, ale może się mylę. Mam wrażenie jednak, że ferwor walki o słuszną sprawę lekko zaślepia jej uczestników. 


Co mnie denerwuje to właśnie bezkompromisowość osób najbardziej zaangażowanych w głoszenie tego hasła. Tak jak pisałam wyżej wszyscy popełniamy błędy. Wielu z nas zdarzyło się ten jeden raz dać dziecku klapsa gdy nerwy puściły. Wiele z nas bardzo tego żałuje i ma z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia. Głęboko nie zgadzam się wewnętrznie na stawianie znaku równości między rodzinami, gdzie klaps jest powszechną „metodą wychowawczą” i rodzicami, którzy raz czy dwa popełnili ten błąd, są tego świadomi, przeprosili swoje dzieci i się do błędu przyznali, żałują tego i starają się go nie powtórzyć. Uważam, to za rażącą niesprawiedliwość i przejaw takiego samego fanatyzmu jak trąbienie wszem i wobec o korzyściach płynących z karmienia piersią w taki sposób, że ludzie mają tego serdecznie dość, bo robi się z tego jakaś osobliwa ideologio-religia.

Nie zgadzam się, że dziecku, które rodzic raz uderzył i które zostało przeproszone i widziało skruchę rodzica wyrządzona została taka sama krzywda jak dziecku bitemu regularnie jako najnormalniejsza rzecz na świecie. Trzeba zwracać uwagę na problem i mówić o nim głośno, ale do licha nie zatracajmy się w jakimś inkwizycyjnym zaślepieniu! W pogoni za szczytnymi ideałami można również stracić ludzką twarz. Poza tym – again – czy naprawdę można być w 100% tak pewnym swoich reakcji?

Jak się zapewne domyślacie piszę z własnego smutnego doświadczenie. Kocham Piotrka tak, że bardziej już chyba nie można. Mimo to dwa razy w ciągu jego życia dałam mu klapsa. Nie wspominam o tym, by się usprawiedliwiać.  Wspominam by po prostu opisać dwie sytuacje. Nie usprawiedliwiam się, ponieważ, co do pierwszego razu jestem w pełni świadoma błędu, który popełniłam, mam do dziś kaca moralnego z powodu krzywdy, która wyrządziłam mojemu dziecku i gdy o tym myślę chce mi się płakać. Moja wina moja bardzo wielka wina. Sytuacja typowa. Ja sama w domu, choroba, zmęczenie,  okres, szalejący półtoraroczniak, rozbity słój i szkło w całym domu, dziecko usiłujące biegać boso po tym szkle, głuchota na moje upomnienia i prośby nie możność rozdwojenia się. Poległam. Przepraszałam potem Piotrka długo, tłumaczyłam, że mama zrobiła źle, że jest mi bardzo przykro.

Co do drugiego razu również nie widzę powodu, by się usprawiedliwiać, gdyż w moim mniemaniu nie ma za co. Nie czuję się winna i gdyby taka sytuacja się powtórzyła zareagowałabym identycznie. Dlaczego?

Kilka faktów:
Jako matka Piotra znam go najlepiej. To ja, a nie nikt inny znam jego charakter, temperament, wiem na jakim etapie rozwoju jest aktualnie i znam mechanizmy jego zachowań. Piotr jest dzieckiem bardzo sprawnym fizycznie. Ma wyjątkowo silne ręce, uwielbia wspinaczki, podciąganie się na rękach, wiszenie na drążkach i inne takie. Jest bardzo odważny, nie przerażają go wysokości, na placach zabaw zawsze kombinuje jak wspiąć się na instalacje przeznaczone dla starszych dzieci.  Ma 2 lata i 4 miesiące i jest bardzo zbuntowanym dwulatkiem. Ostro walczy o swoje. Przetestowałam różne sposoby na radzenie sobie z niepożądanymi zachowaniami i wiem, że w przypadku mojego dziecka odwracanie uwagi, rozśmieszanie, tłumaczenia w trakcie nie zdaja egzaminu. Sprawdza się żelazna konsekwencja.  Wiem, że jeśli mu czegoś zabronię Piotr dla zasady i z przekory powtórzy daną rzecz przynajmniej kilka razy by sprawdzić czy faktycznie jest to zabronione i czy zareaguję tak samo. Wszystko to z chochlikowatym łobuzerskim uśmiechem i błyskiem w oku. To normalne zachowanie w tym wieku i staramy się z mężem być cierpliwi i konsekwentni.  Poświęcamy mu praktycznie każdą chwilę po pracy. Więcej zwyczajnie się nie da. Jakieś 2 miesiące temu miała miejsce sytuacja, która przyprawiła mnie niemalże o zawał i co do której nie mogłam, absolutnie nie mogłam dopuścić do powtórki gdyż chodziło o życie mojego syna.

Mieszkamy w 3-poziomowym domu. Mamy bramki na schodach, zabezpieczone kontakty i okna, wszystko jak trzeba. Na poddaszu balustrada na korytarzu i klatka schodowa wyglądają tak.




Była to niedziela. Malowaliśmy z Piotrem farbkami. Po skończonej zabawie wpakowałam delikwenta do wanny, umyłam, wytarłam i spuściłam z oczu na może pół minuty. W tym czasie prysznicem przemyłam zachlapaną farbami wannę. Wyszłam na korytarz i serce dosłownie przestało mi bić. Mój syn wisiał na poręczy od schodów nad klatką schodową! Mniej więcej w ten sposób (przepraszam za brak talentu rysowniczego). 



Skubaniec przysunął sobie mały stołeczek, podciągnął się na rękach, przełożył nogi nad barierką i bawił się w małpkę. Śmiał się radośnie i krzyczał „Piotlus wisi”. Był kompletnie nieświadomy zagrożenia i powagi sytuacji, a ja myślałam, że tam umrę. Gdyby się puścił zabiłby się.  Chwyciłam go, wciągnęłam na górę a co potem? Ano wlałam mu w nerwach porządnie, nawrzeszczałam na niego i zamknęłam za karę w naszej sypialni na jakiś czas. Potem zaczęłam się trząść. Gdy doszłam do siebie weszłam do niego, zaczęłam z nim rozmawiać, tłumaczyć.

Czy żałuję? Nie. Piotrek przestraszył się mojej reakcji i bardzo dobrze. Nie powtórzył już tego „wyczynu”. Wiem, że gdybym zareagowała jak zwykle czyli zabroniła mu tego, tłumaczyła, ukarała zabraniem zabawki czy zabronieniem jazdy na rowerze to on również standardowo dla zasady spróbowałby to powtórzyć by sprawdzić, czy aby na pewno mu tego nie wolno. Zaś to z oczywistych względów nie wchodzi w grę. Chodzi o jego życie, nie o guza czy nawet złamaną kończynę. Mój syn moim zdaniem pojął, że to co zrobił było rzeczą absolutnie niedopuszczalną skoro mama zareagowała w tak ekstremalny sposób. Potem wracaliśmy do tego tematu z Maćkiem. Pokazywaliśmy Piotrkowi zdjęcia z wypadków. Tłumaczyliśmy, że jeśli zrobi to znowu to rozpadnie się na kawałki i nie będzie dało się go skleić (przyjęliśmy taką konwencję, ponieważ Piotrek jest zafascynowany tematem majsterkowania i napraw), że zostanie sam, że nie będzie mamy ani taty. Co ja innego mogę zrobić? Wybudować w domu kraty do sufitu? Balustrada jest przepisowej wysokości, tralki są tak rozłożone, że dziecko się nie przeciśnie, wszystko zaprojektowane zgodnie z normami i po bożemu. Cóż, tak się składa, że mój syn to akrobata.  Nie mogę zagwarantować, że zawsze będę miała syna na oku, która z Was może? Czasem trzeba skorzystać z toalety, a to już nie jest niemowlę, które można było ze sobą wszędzie nosić w leżaczku. Zamykać go na klucz w bezpiecznym pokoju za każdym razem gdy muszę go spuścić z oka na minutę? Koleżanka, której o tym opowiedziałam zasugerowała by pilnować go jak w oka w głowie gdy jesteśmy na poddaszu. Otóż nawet na parterze bezpieczny nie będzie, ponieważ mamy wysoką piwnice i z parteru jest zejście identyczną klatką schodową do niej.
Myślę, ze dotarło.

Opisałam te sytuację wczoraj na pewnym blogu w komentarzu do bardzo emocjonalnego wpisu na temat akcji „zero klapsów”. Wpisu  ideologicznie jak najbardziej słusznego, jednakowoż do bólu bezkompromisowego, zresztą jest to osoba która z zasady nie dopuszcza odmiennych opinii. Mój komentarz nie został opublikowany, pojawił się natomiast w poście przypisek, że wszystkie komentarze usprawiedliwiające stosowanie przemocy wobec dzieci nie będą publikowane jako niezgodne z prawem.  Dla mnie to… śmieszne. Nie będę pisała o jaki blog chodzi, bo to nie ma sensu, jest milion innych gdzie zostałabym potraktowana w ten sam sposób. Być może ta osoba nie została jeszcze nigdy postawiona w takiej sytuacji, być może dziecko nigdy nie wyprowadziło jej z równowagi (ja też inaczej myślałam, gdy Piotrek miał mniej niż roczek, oj inaczej).

Świat 01 0 1 0 1 0 1 0 1 0 1 0 1 0 1 . Tyle o sobie wiemy na ile nas sprawdzono……

16 komentarzy:

  1. podpisuje sie pod tym.. mysle tak samo.. :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Nessie wiesz, na blogach jest dużo obłudy.
    Czasami myślę, że te matki które najgłośniej krzyczą, to mają najwięcej na sumieniu.

    Popieram Cię. U nas klaps się nie zdarzył, ale często zdarza mi się krzyknąć. Głównie w podobnych sytuacjach jak u Ciebie. Tam, gdzie nie chodzi o bzdurę, ale o poważne zagrożenie - np. wybieganie na ulicę, wspinanie się na barierki przy balkonie itp.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja nie wiem, Ty chyba jestes moją mądrzejszą połowką mózgu:)
    Mysle idealnie tak samo.
    Pewnych rzeczy po prostu nie da sie opanowac, ale wiesz... zaraz zoastaniemy zjechane za to ze przeciez "trzeba caly czas, nieustannie, bez wydechu, rozmawiac" bo przeciez dziecko zrozumie;]
    a no nie zorzumie.. I ja na Twoim miejscu nie wiem czy bym sie wkurzyla, czy raczej bylabym przerazona i zaczela ja przytulac, bo narobilabym paniki, rozplakala sie na niby(czy na prawde zalezy od sytuacji), bo ja ostatnio tak okazuje swoje niezadowolenie.
    Udaje, ze placze, albo ze sie tego boje co Natasza robi. I ona automatycznei tez sie tego boi, bo jak to?! mama placze?! to musi byc cos strasznego:D
    ale tez mialam taka sytuacje nie raz, ze dziecko dostalo klapsa. Moze nie prawdziwego, bo nie mocnego, ale takiego zajmujacego uwage.
    Są dzieci i dzieci. I nie kazde bedzie sluchac, moje jest zlosliwe tak, ze jak bym nie udawala strachu albo placzu to wsadzilo by reke w ogien smiejac sie ze mnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj, nie zazdroszczę przeżyć. Ja bym chyba zeszła na zawał. Ale jak to mówią, co nas nie zabije to wzmocni ;) Myślę, że Twoja reakcja była jak najbardziej normalna, podejrzewam, że ja na 99,9% bym zrobiła tak samo. A sytuacje ze szkłem tudzież innymi niebezpiecznymi przedmiotami i u nas się zdarzyły. Do małych dzieci czasami żadna perswazja nie przemawia (do tych starszych zresztą też), z tym, że maluch nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji swoich czynów..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa i zapomniałam dodać ;) Anioły Stróże naszych dzieciaków to mają pełne ręce roboty :D

      Usuń
  5. O rety, chyba bym postapiła tak samo... Ale aż mnie dreszcz przeszedł...
    A bezkompromisowych krzykaczy po prostu nie lubię... Straciłam dobrą koleżankę, bo nie mogłam znieść jej wiecznego, nachalnego "wiem lepiej".

    OdpowiedzUsuń
  6. Kurczę, nie wiem, co bym zrobiła... Pewnie bym nie uderzyła, w pierwszej sytuacji na pewno w pierwszej kolejności bym unieruchomiła dziecko np. w krzesełku do karmienia albo w jakimś innym bezpiecznym miejscu. W drugiej sytuacji nie wiem. Nie mam pojęcia.
    Nie zmienia to faktu, że widziałam dzieci, które dostały JEDNEGO klapsa w życiu. Jednego, NIEFORTUNNEGO klapsa. Pierwsze wywinęło się delikatną nerką, nerka uderzona niechcący kantem ojcowskiej dłoni pękła. Drugie odwinęło się głową, dostało przypadkiem w ucho (wyrywało się), pękła błona bębęnkowa. Do obu tych sytuacji nie potrzeba silnego uderzenia - wystarczy niefortunne, a dziecko w takich sytuacjach zwykle bardzo się wije. Jak tylko myślę o klapsie, od razu mam w głowie te dwie sytuacje. Skutecznie jak do tej pory powstrzymują one moją ręke...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kropka, jak już wspomniałam pierwszą sytuację uważam za swoją największa rodzicielską porażkę i NIGDY się to nie powtórzyło. W drugiej uważam, że postąpiłam słusznie. Piotrek nie powtórzył tego "wyczynu".
      Sytuacje, które opisujesz dają do myślenia. Moje klapsy nie były mocne, niemniej jednak faktycznie trzeba mieć to na uwadze. Z drugiej strony krzywdę można dziecku zrobić również w wielu innych sytuacjach niechcący. Ja na przykład o mało nie wybiłam Piotrkowi kiedyś zębów. Klęczał przy piaskownicy, ja szłam do niego od tyłu i nie mam pojęcia jak to się stało - potknęłam się , poleciałam na niego, a on zębami przydzwonił w murek piaskownicy. Skończyło się na szczęście na rozwalonej wardze.

      Usuń
  7. Wiesz, wiadomo, ze można dziecku zrobić krzywdę niechcący. Niemniej jednak, w przypadku klapsa poczucie winy byłoby niewspółmiernie większe :/ Uderzenie naprawdę nie musi być silne - może być tylko niefortunne. Poza tym w złości nie kontrolujemy w 100% siły uderzenia, o tym też trzeba pamiętać. No i musisz tez pamiętać, że przy małym akrobacie takie sytuacje powtórzą się (może w innych okolicznościach) jeszcze wiele razy, ale za którymś razem klaps już nie poskutkuje :)
    Jeszcze jedna rzecz, która mnie uderzyła w Twoim wpisie - piszesz tak, jakby żal rodzica, jego przepraszanie było jakąś rekompensatą za klapsa... Nie rozumiem tego, podkreślasz ciągle, że przepraszałaś, i że jeśli rodzic przeprosi to nie widzisz problemu. Tak się rodzi klasyczna przemoc Ela, mąż bije - przeprasza - bije i tak w kółko...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kropko, przeczytaj mój wpis uważnie. Pisze o tym, że nie zgadzam się na stawianie znaku równości pomiędzy rodzinami gdzie klaps jest na porządku dziennym i osobami, które jednorazowo taki błąd popełniły i go nie powtarzają. Nie chodzi mi o wychowywanie na zasadzie klaps potem przepraszanie i tak w kółko bo to jest patologia, zgadzam się i tacy rodzice powinni poszukać profesjonalnej pomocy bo nie radzą sobie ewidentnie i krzywdzą dzieci. Jeśli jednak coś takiego zdarzy się raz i dziecko wie, że rodzic żałuje, zostało uczciwie przeproszone i sytuacja się nie powtarza to nie uważam tego za patologię. Nie chodzi o to by zrekompensować klapsa, bo tego się nie da i nie tak powinno to działać. Ale nie można zostawić tego ot tak, wiec jedyne co pozostaje to okazać skruchę, czyż nie? I czynami pokazać, że to nie są puste słowa.

      Usuń
  8. Wydaje mi się, ze jeśli już się uderzyło, to nie ma sensu przepraszać. Ale to tylko moje zdanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zgodzę się z Tobą. To tak jakby pokazać dziecku, że to było OK. Jeśli uczę dziecko by przeprosiło za jakieś niewłaściwe zachowanie w stosunku do innych to sama powinnam postępować tak samo.

      Usuń
  9. Ale jeśli już uderzasz, uważasz to za słuszne i liczysz na efekt - tak jak ty w drugim przypadku - to trudno będzie dziecku zrozumieć, ze raz to moze być ok, drugi raz nie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuchaj, ja nie jestem w stanie cofnąć czasu. Tak jak pisałam, za pierwszym razem poniosłam porażkę, przeprosiłam i nigdy więcej na dziecka w stresie czy gniewie ręki nie podniosłam. Za drugim razem uważam, że uratowałam dziecku życie i dla mnie to jest najważniejsze. Przegadaliśmy to potem wspólnie w trójkę wiele razy.
      To jest właśnie to o czym jest mój post. O tym, że w imię ideałów nie można popadać w przesadę.

      Usuń
  10. czytam tak sobie to co tu opisane i myślę, że żadne tłumaczenie nie jest dobre dla bicia dziecka.

    niemniej jednak ja swoje uderzyłam i to nie raz, zanim jeszcze uświadomiłam sobie, że klaps to bicie i że jest to po prostu ZŁE. złe i tyle, nie ma co wymyślać! ja na serio kiedyś myślałam sobie, że klaps to klaps - ot, metoda sprzyjająca wychowaniu :/ nie mogę w to uwierzyć.

    co do drugiego wypadku - to moja córka uciekała nam zawsze i wszędzie gdzie się dało, w tym, bardzo chętnie na ulicę! i było wszystko: prośby, groźby, tłumaczenia, strasznie, płacz i nasz strach i nawet pokazałam jej psa przejechanego. nic nie docierało do niemałej już główki. ponad rok temu, gdy miała już ponad 3 lata spacerowaliśmy sobie po osiedlu - ona, ja i jej malutki braciszek śpiący w gondoli. w pewnym momencie zaczęła schodzić po schodkach prowadzących z naszego osiedla na chodnik biegnący wzdłuż drogi, takiej przelotowej, dość ruchliwej! auta pędzą tam czasem jak szalone. schodki były chyba cztery. ja nieco za nią z wózkiem, wołam żeby wracała, krzyczę. a ona... stanęła na chodniku, dwa razy zatuptała w miejscu podejmując decyzję i - biegiem przez jezdnię na drugą stronę! jestem pewna że serce mi wtedy przestało bić! na chwilkę. zrobiło mi się ciemno przed oczami i wpadłam w panikę! porzuciłam wózek z synkiem krzycząc żeby stała tam gdzie jest i nie próbowała wracać!! tego bałam się najbardziej. bo że w jedną stronę się udało to nie znaczy że i w drugą się uda. przebiegłam do niej. dopiero gdy ją trzymałam w swoich rękach poczułam znów ziemię pod nogami. myślałam że oszaleję! ona nie spojrzała na ulicę czy coś jedzie czy nie! po prostu wbiegła! i tylko szczęśliwemu zbiegowi okoliczności zawdzięczam to że żyje. bo gdyby coś jechało to ona tak samo by tam wbiegła. i nie byłoby co zbierać. ktoś nad nami czuwał chyba.

    byłam roztrzęsiona. zaczęłam krzyczeć, ryczeć. dostała dwa klapsy ode mnie. tłumaczyłam jej potem długo.
    ale.... muszę pokornie wyznać, że przez następny rok cały czas żałowałam, że wtedy, gdy ją złapałam, to nie wlałam jej tak, żeby ryczała do końca dnia. żeby zapamiętała na zawsze! niechby mnie nawet oskarżyli o bicie dziecka! trudno. i niechby potem ze strachu przed laniem trzymała się z dala od drogi... bo wiem, że to nie rozwiązuje problemu, że dziecko nie unika zabronionej sytuacji, bo to rozumie, tylko dlatego, że boi się kary. że to przemawia do skóry a nie do rozumu i że gdy go nikt nie widzi to to zrobi. cóż, wolę żeby ją hamował strach niż nic. bo ostatecznie - nie chodzi nigdzie sama i bez dozoru, więc zawsze, poki co mogłaby się bac kary za wbieganie na ulicę. tymczasem przez następny rok jeszcze mnóstwo razy uciekała w szalonym pędzie na ulicę, na parkingu przy CH.... i wtedy zawsze żałowałam, że tamtym razem po prostu jej nie wlałam! teraz wreszcie chyba nieco do niej dotarło i daje się utrzymać, nie wbiega na ulicę, a ma już przeszło 4,5 roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, naprawdę rozumiem. Myślę, że w takich ekstremalnych sytuacjach czasem lepiej by, jak piszesz, hamował strach niż nic. Myślę też, ze większość matek, które tak fanatycznie potępiają jakieś jednorazowe klapsy w tego typu sytuacjach po prost ma małe dzieci, takie do 2 lat i zwyczajnie nie wie do czego jest zdolne trochę starsze dziecko i że czasem człowiek nie jest w stanie upilnować. Twój przykład - musiałaś zostawić synka w wózku by ratować córkę. Ktoś mógłby Cię potępić za to, bo różne rzeczy się zdarzają. Ty wiesz, że nie mogłaś, po prostu nie mogłaś postąpić inaczej. Z tego miedzy innymi względu nie decydujemy się na razie na drugie dziecko. Boję się, ze w sytuacji zagrożenia nie dam rady się rozdwoić i biec za starszym dzieckiem z wózkiem etc.
      Na marginesie - moja mama uderzyła mnie raz mocno. Gdy wybiegłam jej na ulice pod pędzący samochód. Zapamiętałam to i potem zawsze bardzo ostrożnie wchodziłam na jezdnię. Nie miałam i nie mam do niej żalu.

      Usuń