poniedziałek, 29 października 2012

opony, ciocia, Hannibal Lecter i choróbsko


Trochę mnie tu nie było, więc nadrabiam zaległości. Zgodnie z tytułem posta najpierw będzie o oponach. Wymiana opon na zimowe, nic łatwiejszego zdaje się, robią to  na co drugiej ulicy przecież. Ha! My jak zwykle musimy się zakręcić.
Myślałam o wymianie opon w moim samochodzie od połowy października, ale przyszły dni wręcz upalne, więc się wstrzymywałam. Ze względu na nasze zakręcenie logistyczne mogłam to zorganizować tylko w jakiś czwartek albo piątek. W poniedziałek rano jadę z Piotrkiem do mojej mamy na drugi koniec miasta i wracamy w środę około 19. W yarisce nie jestem w stanie upchnąć czterech opon, wózka, naszych bambetli i nas na raz. Po za tym nawet gdyby jakimś cudem było to możliwe to auto stałoby przez dwie noce pod blokiem na średnio bezpiecznym osiedlu z oponami na rozłożonej tylnej kanapie. Średni pomysł. Z kolei w sobotę warsztaty otarte są zwykle do ok. 14, a ja potrzebuję samochodu do tego czasu bo jeździmy na Kreatywkę, musiałby Maciek z nami pojechać i w międzyczasie wymienić, ale on zwykle w soboty pracuje. Pozostawał więc czwartek lub piątek. Zawsze umawiałam się jak człowiek w warsztacie niedaleko mojej pracy na konkretny dzień, zostawiałam im rano auto i kluczyki, a odbierałam po pracy i było miło. W tym roku wymyśliliśmy, że weźmiemy na wymianę opon Piotrka, bo on jest zafascynowany tematem motoryzacji i napraw, ciągle bawi się w mechanika. No i tutaj powstała trudność, bo uznaliśmy, że dobrze by było pojechać we dwójkę (znaczy trójkę) na wypadek gdyby jednak mu się nie spodobało albo się przestraszył, by jedno z nas mogło z nim odejść gdzieś na bok i poczekać. Mój błąd polegał na tym, że posłuchałam męża;-) Chciałam zadzwonić do tego warsztatu obok mojej pracy i umówić się na konkretną godzinę np. 17,  ja bym tam czekała z autem i oponami, a Maciek przywiózłby Młodego. Mąż jednak uparł się, żeby załatwić to w innym warsztacie, bliżej teściów i w sumie to nawet miał rację, nie trzeba by Piotrka tak daleko wozić. Ustaliliśmy, że zrobimy to w czwartek. Tego dnia miałam też umówioną wizytę u gino-endo na 20.00. Maciek zadzwonił do mechanika dzień wcześniej chcąc się umówić, ale powiedziano mu, że nie można się umawiać na konkretna godzinę, ale nie ma problemu, nie ma kolejek i żebyśmy przyjechali na 17.30 to na pewno się wyrobimy. Odwiozłam więc Piotrka rano do teściowej czyli do opiekunki, po drodze opowiedziałam mu, że wieczorem pojedziemy do mechanika, zwolniłam się półtorej godziny z pracy, pojechałam po Piotrka i wyruszyliśmy. Maciek miał przyjechać z oponami, a po wszystkim zamierzaliśmy przepiąć fotelik i chłopcy pojechaliby do domu, a ja do lekarza. Przyjechaliśmy na 17.15 a tam kolejka gigant i zero szans na wymianę tego dnia :-/ Szybki telefon do Maćka żeby wracał do domu, telefon do warsztatu obok pracy czy mogę przyjechać następnego dnia (nie, wszystkie terminy zajęte) i my też wróciliśmy, ja wściekła podwójnie – raz, że niepotrzebnie się zwalniałam z pracy, dwa wiedziałam, że będzie rozpacz przy moim wyjściu do lekarza, bo Piotrek jest okropnie teraz do mnie przyklejony i bardzo płacze gdy wychodzę z domu. Jeśli wie, że nie ma mnie w domu to jest OK. Maciek może go wykąpać, położyć, dlatego planowałam, że wrócą beze mnie. Niestety moje obawy się potwierdziły, rozpacz bezdenna, prośby bym nie wychodziła, bo jest ciemno, bo on się martwi o mnie etc. Wyjść jednak musiałam, bo zrobiła mi się endometrioza na bliźnie po cc i jestem w trakcie konsultacji co z tym począć bo boli. Co do opon to postanowiłam, że muszę w takim razie wymienić je w piątek. Wiedziałam, że jeśli tego wtedy nie zrobię to następna okazja będzie dopiero za dwa tygodnie, bo 2 listopada nie wiadomo jak warsztaty będą pracować. A mi samochód zaczynał już rano ślizgać na autostradzie. Bałam się ryzykować życie dziecka. Postanowiłam pojechać od razu na 7 rano. Maciek wyjeżdżał na cały dzień, wic radzić musiałam sobie już jakoś sama, przepakowałam po powrocie od lekarza opony do yariski (zmieściły się bo wózek został u teściowej) i postanowiłam zaryzykować i pojechać z Piotrkiem sama, w końcu dziecko tak chciało tę wymianę zobaczyć. Obudziłam go o 6 rano (wstał ochoczo jak tylko się dowiedział w jakim celu), na miejscu byliśmy o 7.05 i…. kolejka jeszcze dłuższa niż poprzedniego wieczora. Masakra. Odwiozłam Piotrka do teściowej, objechałam jeszcze kilka warsztatów, ale wszędzie wszystkie terminy były zajęte, więc wróciłam do tego pierwszego gdzie obowiązywała kolejka, ustawiłam się i czekałam 3 h. Poprosiłam szefa o pół dnia urlopu, zgodził się na szczęście. On jest beznadziejny jeśli chodzi o organizację pracy, zarządzanie i wysokość pensji, ale w takim przypadkach można na niego liczyć. Wymieniłam te cholerne opony w końcu i bardzo dobrze, bo w niedzielę zasypało świat śniegiem. Spożytkowałam ten czas jednak bardzo owocnie. Powtarzałam słownictwo z francuskiego.

W sobotę rano Piotrek obudził się w koszmarnym humorze. Wszystko na nie. Być może miało to coś wspólnego z pogodą – lało, wszędzie breja, ponuro. Pojechaliśmy na zajęcia Kreatywki, ale po 5 minutach musiałam z nim wyjść do szatni, a po kolejnych 5 w ogóle się ewakuowaliśmy. Młody wybrał sobie poduszkę, położył się na niej i ostro protestował gdy chciałam przesunąć go razem z tą poduszką w róg sali by nie leżał na środku przeszkadzając tańczącym dzieciom. Wył tak, że inne dzieci zaczęły się bać. Zachowałam zimną krew, choć w środku wszystko się we mnie gotowało. Powiedziałam mu, że w takim razie jedziemy do sklepu po spodnie dla mamy i ma zachowywać się przyzwoicie, nie uciekać mi i pozwolić spodnie przymierzyć. Pojechaliśmy do C&A skorzystać z promocji, bo kompletnie rozwaliły mi się sztruksy i pilnie potrzebowałam nowych. Piotrek trochę wariował, ale przypominałam mu, że ja poszłam mu na rękę i wyszliśmy z zająć, więc teraz on ma iść na rękę mi. Poskutkowało, a ja jestem posiadaczką nowych spodni za całkiem przyzwoitą cenę. A teraz się przyznam – zaszalałam. Wydałam kasę, którą już miałam odłożoną na prezenty mikołajkowe i świąteczne dla Piotrka i Antosia na czerwony płaszczyk dla mnie w tej przecenie. Jest piękny! Miałam ogromną potrzebę jakiegoś dodania sobie energii kolorem. Wszystkie ciepłe okrycia miałam czarne albo brązowe, bo to praktyczne, bo jak dziecko ubrudzi ubłoconymi butami to mniej widać itede itepe. Nawet teściowa ostatnio zwróciła mi uwagę, że powinnam się bardziej kolorowo ubierać, bo wyglądam smutno

Po zakupach do domu, bo po południu Maciek miał jechać po moja kuzynkę, która studiuje w soboty w Krakowie i zazwyczaj zaraz po zajęciach wraca autobusem do domu, ale tym razem chciała wstąpić jeszcze na targi książki i wracać w niedzielę samochodem z moim wujkiem, który akurat wybierał się w jej rodzinne strony. Piotruś ciocię Iwonie dobrze zna, bo odwiedził ją już trzy razy i u mojej mamy też czasem się z nią widywał i zawsze się z nią świetnie bawił. Anektował ją wręcz. Iwona ma fenomenalne wręcz podejście do dzieci, kocha je i one kochają ją. 4 lata pracowała jako niania zresztą. Jest encyklopedią dziecięcych piosenek i wierszyków i ma niesamowitą wręcz wyobraźnię. Byłam pewna, że Piotruś bardzo ucieszy się na jej widok, jak zwykle. Jego reakcja jednak kompletnie mnie zaskoczyła. Był po drzemce i w złym humorze. To fakt. Musiałam go obudzić z drzemki ok. 18.00 gdy Maciek wyruszył po Iwonkę, ponieważ spal od 15 i wcześniej prawie nic nie jadł, więc raczej nie było mowy, by dotrwał do rana. Wybudziłam go najdelikatniej jak umiałam, wyprzytulałam nieśpiesznie i uprzedziłam, że przyjedzie ciocia, na co Potwór wybuchnął płaczem. Kiedy zobaczył Iwonkę uciekał, ciągnął mnie za sobą – ewidentnie był zazdrosny o mnie. Jakoś go spacyfikowaliśmy i o 21.20 już spał, a my spędziliśmy bardzo fajny wieczór, a raczej noc, b spać położyliśmy się o 2 nowego czasu. Jakiś czas wcześniej kupiłam dynię. Maciek zrobił lampion czyli Pana Dynię, a my z Iwonką pichciłyśmy – najpierw zapiekanka makaronowa ze szpinakiem, a potem ciasteczka dyniowe. Wyszły przepyszne. A oto i Pan Dynia



 Dużo śmiechu i wspomnień związanych z moimi wakacjami, które zawsze spędzałam u rodziny na wsi, wspólnych zabaw z Iwonką etc. Rano Piotrek obudził nas gromkim „paccie, snieg!”  Tutaj Piotr z ciocią podziwiają zimowy krajobraz.

Niedzielę spędziliśmy leniwie i błogo. Na śnieg nie wychodziliśmy, ponieważ mimo mrozu przed domem mamy breję. Kilka dni temu nawieźli nam warstwę ziemi, by na wiosnę posiać wreszcie porządna trawę (na tej skale jest mało gleby), no i póki co jest jedno wielkie błoto. Żeby wydostać się z domu kalosze są niezbędne, buty przebieramy w garażu. O tak to wygląda, a to tylko mały wycinek.

 Nie miałyśmy ochoty brodzić w błocie po kolana, a Iwonie nie chciało się jechać do parku, więc wariowaliśmy wesoło w domu. Piotrusiowi wrócił humor i szalał z ciocią. My też dostałyśmy małpiego humoru, zwłaszcza kiedy Piotrek zaczął częstować Pana Dynię ciasteczkami dyniowym. Pamiętacie taką scenę, gdzie Hannibal Lester karmi gościa podsmażonym na patelni kawałkiem jego własnego mózgu? Z tym nam się to skojarzyło, a Piotrek był trochę skołowany dlaczego zwijamy się ze śmiechu na podłodze gdy on kulturalnie częstuje Pana Dynię ciasteczkiem. 



Po obiedzie Maciek pojechał odwieźć Iwonkę do mojej mamy, skąd wujek miał ja odebrać. Na popołudnie zaprosiliśmy sąsiadów, jednak odwołali wizytę ze względu na chorobę 4-letniego Wiktora. Tak szczerze mówiąc było mi to nawet na rękę. Zatelefonowałam do Maćka, że nie musi się śpieszyć, więc został chwilę u mamy i zaszpachlował jej dziury w ścianie pozostałe po niedawnej wymianie drzwi, a ja korzystając z faktu, że Piotrek zasnął odbębniłam prasowanie, spakowałam nas na poniedziałek, zniosłam plecak do garażu i wzięłam prysznic. Postanowiłam, że wieczorem nie uczę się, nie pisze listów motywacyjnych tylko mamy wieczór dla siebie skoro wszystko zrobione, obiady do środy ugotowane, a ja już wyprysznicowana. Skończyło się na tym, ze zasnęliśmy oglądając Hausa ;-)
 
A dzisiaj szara rzeczywistość i to niestety chorobowa L Maciek rozłożony na wszystkie łopatki, mnie cos bierze, a najgorsze, że Piotruś tez złapał drugie w swym życiu przeziębienie. Mam nadzieję, że jak zwykle zwalczy je szybko w zarodku, w końcu to twardy, zahartowany facet. Samopoczucie ma dobre, nie ma gorączki – ot katar i trochę kaszlu, co w sumie go denerwuje bo nie może spać. Byłam dzisiaj w pracy i nie wiem co dalej. Mama zapodała mu witaminę C, krople d nosa, syrop prawoślazowy i takie tam i nie bardzo chce z nim siedzieć. No cóż, ma prawo. Wyprosiłam tyle żeby we wtorek podeszła z nim do prywatnej lekarki, która przyjmuje w tym samym bloku i wzięła L4 na mnie zamiast opieki na dziecko. Nie chcę marnować urlopu, a jechać z nim do naszej lekarki funduszowej nie mam najmniejszej ochoty. Nie dość, że musiałabym rano koczować w rejestracji to jeszcze co mi ona powie? Że dziecko jest przeziębione i mam mu dawać to co i tak daję, a on w międzyczasie na luzie nałyka się wszystkich zarazków z poczekalni dla dzieci chorych. Dziękuję za tak interes. Zaocznie na pewno nie wypisze mi zwolnienia, już to przetestowałam, zresztą ona nas teraz bardzo rzadko widuje odkąd skończyliśmy szczepienia, bo Piotrek odpukać nie chorował. Byliśmy u niej raz w styczniu i w maju na bilansie dwulatka i to wszystko. Jestem z niej bardzo zadowolona jako z lekarki, ale organizacja pracy w tej przychodni przyprawia mnie o mdłości. Rejestracja tylko na ten sam dzień rano, nikt nie odbiera telefonu, trzeba osobiście przyjechać, co często ciężko zorganizować. Sama się już stamtąd wyniosłam i szukam dla Piotrka dobrej pediatry na fundusz w północno-zachodniej części Krakowa, przyjmującej w przychodni gdzie panują jakieś normalniejsze zasady. Wyszukałam w necie kilka polecanych pediatrów, ale nie na fundusz. Każdym razie jestem lekko załamana tym wszystkim, bo mam straszny zapiernicza w pracy i nikt za mnie tego nie zrobi. Nie mam aktualnie zastępstwa. Zdalnie jestem w stanie wykonać może 1/5 pracy, a co do reszty to musiałby to robić ktoś z działu handlowego instruowany na bieżąco przeze mnie telefonicznie, bo oni nie zajmują się na co dzień tym co ja. Nie muszę pisać, że wiszenie na telefonie i tłumaczenie komuś na bieżąco jak ma cos zrobić przy Piotrku póki co nie wchodzi w grę. 5 minut góra. Maila spokojnie nie da się napisać, bo przychodzi i chce mi pomagać bębniąc w klawiaturę. Nie wiem więc co począć. Zrobiłam dzisiaj tyle ile się dało, ale nie jestem robotem. P o godzinach nie mogłam zostać, bo mama już dzwoniła, że Piotrek ma katar i ona nie bardzo sobie z odciąganiem i żebym szybko wracała. Jutro postaram się dotrzeć do pracy jak najwcześniej i podgonić ile się da, jeszcze o 11 musze wyskoczyć do chirurga w przychodni obok, mama pójdzie z Piotrkiem do lekarza i od środy najprawdopodobniej idę na zwolnienie :-/  Na Maćka nie mam co liczyć. Raz, że jest chory najbardziej z nas wszystkich, dwa że musi jeździć w teren bo terminy przetargowe ich gonią, a ze pracują grupami to jego nieobecność oznacza, że cały zespół stoi. Tylko biję się z myślami czy zostać u mamy, bo Maciek chory czy wracać, ale chyba jednak wrócimy do domu. Jeśli Piotrek zarazi mamę to będę miała jeszcze w przyszłym tygodniu temat co począć z Małym, więc lepiej nie. Zresztą przyuważyłam, że u nas w domu Piotrek lepiej czuje się fizycznie. U mamy blok, plastikowa okna, mimo skręconych kaloryferów duszno. U nas jest przyjemny chłodek, drewniane okna i dużo lepiej się oddycha. Ot takie dylematy pracującej mamy.

1 komentarz:

  1. Alez się naczytałam co u Was :-)
    Fajnie że ten płaszczyk sobie kupiłaś, należy się mamom trochę koloru od życia! Ja w tym nurcie mam fioletowy szalik i rękawiczki ;-)
    Zdrówka życzymy i ciepło ściskamy :-)

    OdpowiedzUsuń