piątek, 23 listopada 2012

obraza

Jak już pisałam w środę rano zmarł mój wujek. Smutno mi, ale obiektywnie rzecz biorąc nie miałam z nim dużego kontaktu. To mąż siostry mojej mamy. Owszem, kiedy bywałam u rodziny na wsi zawsze zamienilismy parę słów, ale to tyle. Był trochę dziwnym człowiekiem, lekko zdziwaczałym, głównie przesiadywał w pokoju przed TV. Moja mama jedzie oczywiście na pogrzeb, w końcu to jej szwagier i  my też zamierzaliśmy, grzecznościowo. Sprawa się jednak pokomplikowała. Pogrzeb jest w rodzinnej wsi ok 4 h drogi samochode z Krakowa w jedną stronę. Od początku zakładaliśmy, że nie bierzemy ze sobą Piotrka. Dlaczego? Piotruś wychodzi dopiero z choroby, która ciągnęła się za nim tak naprawdę od początku listopada. Jest jeszcze osłabiony. To jest daleka droga, a tam w planach jest jakas gigant stypa na 80 osób (o tym później). Przede wszystkim jednak Piotrek panicznie boi się kościołów i tłumów. Do kościoła nie wejdzie na 100%. W takich sytuacjach istnieje dla niego tylko mama. Wisi na mnie po prostu jeśli tylko jestem w pobliżu, tatę ignoruje. Miałabym wiec w perspektywie chodzenie z nim naokoło kościoła albo po cmentarzu przez około 2 godziny w zimnie i deszczu, noszenie go, zabawianie, uspokajanie, a potem siedzenie z nim gdzieś w najdalszym kącie domu bo on na pewno z takiego tłumu obcych ludzi by uciekał. Nie mam z kim go na miejscu zostawić na czas pogrzebu, bo cała rodzina się na niego wybiera. Miodzio. Sęk w tym, że ja nie czuję się jeszcze na siłach by tak intensywnie się nim zajmować. Mam szwy na brzuchu, boli mnie, wolno chodzę, nie mogę dźwigać, ciężko mi się wyprostować. Pogrzeb jest w sobotę, no i niestety okazało się, że nie mamy z kim Piotrka zostawić. Moja mama jedzie, teściowa ma zabiegi w szpitalu i mogłaby się Małym zajać dopiero od 15 (a my musielibyśmy wyjechać wcześnie rano), nasza niania nie może, szwagierka pracuje, a szwagier ma pod opieką półtorarocznego Antka, z którym ledwo daje sobie radę. Nie poproszę o pomoc jakiejś koleżanki, z którą Piotruś nigdy nie zostawał sam na sam, bo to nie chodzi o zaopiekowanie się dzieckiem przez 2 h tylko cały bity dzień, prawdopodobnie łącznie z położeniem spać. Brałam pod uwagę zostawienie Piotrka z Mackiem i pojechanie z mamą, ale nie dam rady prowadzić auta tak długo (brzuch), moja mama nie ma prawa jazdy, autobus odpada (brzuch). Stanęło więc na tym, że jedzie Maciek z mamą, a ja zostaję z Piotrusiem. Zadzwoniłam do rodziny wytłumaczyć im co i jak i......OBRAZA NA MAKSA. No jakże to????? Obraziła się nawet moja kuzynka, z którą mam dobry kontakt, kóra bardzo lubi Piotrusia i generalnie miałam ją za bratnią duszę.

Zła jestem. Wydaje mi się, ze zachowujemy się fair. Jedzie Maciek jako reprezentacja rodziny, choć on z tym wujkiem to może parę słów zamienił w czasie naszych tam wizyt. Wydawało mi się, że dorośli ludzie zrozumieją sytuację. Nic z tych rzeczy. Niedobrze mi się robi na myśl o pokazówce, która tam jest organizowana. Ciotka z wujkiem od wielu lat żyli nie zauważając się kompletnie, z jego rodziną nie rozmawiałam od bardzo dawna, a teraz robi mega stypę wo domu, żeby się pokazać. Założe się, że na pogrzebie będzie płakała krokodylimi łzami.

Aha, ciotka na moja mamę też się obraziła. Że w środę o 8 rano nie rzuciła wszystkiego, nie wsiadła w autobus i nie przyjechała pomagać jej organizować pogrzebu. Why? Na miejscu w sąsiednim domu ma do pomocy brata, a drugi brat w środę przyjechał z Krakowa, że nie wspomnę o rodzeństwie wujka, po co tam jeszcze moja mama ja się pytam.

Dlaczego nawet pogrzeb musi pozostawiać niesmak.....

10 komentarzy:

  1. To aż żenujące jest :/ Jak tak można, w takiej sytuacji??? Bardzo mi przykro. To nie fair w stosunku do Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  2. OMG!!!

    Zostawię to bez komentarza, bo brzydkie słowa cisną mi się na klawiaturę...

    Jak poszedł zabieg? Dowiedziałaś się czegoś? (ja po laparo długo dochodziłam do siebie ale mi "robili" dużo w środku...)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zabieg ok tylko trwal dluzej niz bylo w planach bo pod guzem byl drugi niewidoczny na usg. za poltora tygodnia beda wyniki histo. czekam do czwartku az wyjma mi szwy bo ciagna okrutnie.

      Usuń
  3. Z rodziną to najlepiej na zdjęciach się wychodzi a i to nie zawsze ;-)
    Przykro mi :-(
    Ale ja uważam, że słusznie robisz, też bym tak zrobiła, a ludzie w nerwach i emocjach w obliczu śmierci bliskiej osoby czasem "wariują"...

    OdpowiedzUsuń
  4. No tak, potwierdza się, że "z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach" :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Ręce mi opadły. W ogóle nie bierz do siebie, argumenty Twoje są nie do odparcia, a rodziny nie do zaakceptowania!

    Szkoda, że w takich okazjach takie się przykrości pojawiają :(

    OdpowiedzUsuń
  6. nie wiem z czego to wynika, ale to takie częste... jakby ludzie tracili kontakt z rzeczywistością. oceny, bardzo kategoryczne, egoizm, brak dystansu.
    a po drugiej stronie? bezsilność i niesmak. bo dobre intencje nie tylko nie zauważone, ale jeszcze człowiek po głowie dostaje.

    OdpowiedzUsuń
  7. W żałobie ludzie często tracą zdolność racjonalnego myslenia. Podjęłaś słuszną decyzję - pozostaje machnąć ręką i przeczekać ich "złość".

    OdpowiedzUsuń
  8. Też jesteś jak ta rodzina. Oni nie mogą zrozumieć Ciebie, a ty piszesz tak lekko i bez zrozumienia o tym, że twoja ciocia chciała być ze zwoją siostrą w tak dramatycznej chwili.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie znasz sytuacji. Moja ciocia miała pretensje do mojej mamy, że w sekundzie nie zostawiła wszystkiego i nie przyjechała pomagać jej organizować pogrzebu, choć po pierwsze doskonale wiedziała, że poprzedniego dnia miałam operację i mój syn nocował u niej, bo nie byłam w stanie przez tę dobę się nim zająć wiec musiałabym ledwo chodząc wsiąść do auta i pojechać po niego na drugi koniec miasta by mogła jechać, po drugie nie jest osoba samotną, mieszka z 32-letnim synem, obok mieszka brak, a z Krakowa natychmiast wyruszył z pomocą drugi brat i jej córka, wiec obraza na moja mamę w takiej sytuacji jest co najmniej dziwna. Poza tym wierz mi, żadnej dramatycznej sytuacji czy tragedii nie było. Ona z mężem od bardzo dawna żyli jak obce osoby, opiekowała się nim w chorobie, ale żadna tragedia dla niej to nie była. Kilka dni temu widziałam się z nią i miesiąc po śmierci męża śladu nie ma smutku.

      Usuń