piątek, 28 grudnia 2012

świątecznie i poświątecznie



Fajne były te Święta. Długie. Postanowiłam sobie, że postaram się przygotować co się do soboty tak by przedświąteczny weekend nie był zabiegany i pracowity. Udało się. Zakupy zrobiliśmy w piątek, dokupiliśmy jedynie pieczywo i owoce. Do piątku dom był wysprzątany, pranie i prasowanie na bieżąco. Pozostało gotowanie. Wigilia w tym roku była u teściów razem ze szwagrem, szwagierką, półtorarocznym Antosiem i moją mamą. Ja miałam przygotować rybę po grecku i kaszkę z suszonymi owocami. A to mój Bob Budowniczy przy naszej choince.

I nasz pseudo-stroik.

SOBOTA

Ja z Piotrusiem pojechałam na Kreatywkę, a Maciek do teściowej pomóc jej ogarnąć dom, gdyż teść tradycyjnie się wypiła i pojechał do brata na wieś. Ale to dłuższy temat… Piotrek na zajęciach zrobił mnie w konia. Uzgodniliśmy, że po zajęciach pójdziemy karmić kaczki. Piotruś wszedł na salę odważnie i z uśmiechem na ustach, czym mnie zaskoczył, a po 2 minutach oznajmił, że już się pobawił z dziećmi i wracamy. Szczerze? Byłam wściekła, ale nie dałam poznać po sobie, tylko oznajmiłam mu, że poczekamy aż się skończą zajęcia i może albo bawić się z dziećmi, albo siedzieć na Sali i się im przyglądać albo nudzić się w szatni, po czym zanurzyłam się w neta udając, że nie zwracam na niego uwagi. Po jakimś czasie Piotrek zdecydował, że wejdzie, podążyłam za nim cała szczęśliwa a ten spryciarz powtórzył swój numer. 2 minuty zabawy i odwrót. Już nie wiedziałam czy się śmiać, płakać czy wściekać. Nakarmiliśmy te kaczki w parku i wróciliśmy do domu zahaczając o Lidla, bo szwagierka prosiła mnie o zakup ciastoliny dla Antka. Piotrek zdrzemnął się kilka minut w samochodzie i był taki nieprzytomny, że na ganku prosił mnie bym nie podgrzewała mu zupki tylko chciał od razu iść spać na górę. Ok, ja w tym czasie spakowałam prezenty. Popołudnie i wieczór w domu.

NIEDZIELA

niedziela, 23 grudnia 2012

WESOŁYCH I SZCZĘŚLIWEGO!

WSZYSTKIM MOIM DROGIM CZYTACZOM ŻYCZĘ SPEŁNIENIA NAJSKRYTSZYCH MARZEŃ I SPĘDZENIA ŚWIĄT W TAKI SPOSÓB I W TAKIM GRONIE BY BYŁY CHWILAMI SZCZĘŚCIA I RELAKSU.

NESSIE

wtorek, 18 grudnia 2012

perfekcyjna (?) dziwaczka



Opowiem Wam o moich dziwactwach :-) Gospodyni domowa ze mnie marna. Nie cierpię gotować, nie mam drygu do robótek ręcznych, jestem za to lekko zafiksowana na punkcie czystości. Nie, nie zrozumcie mnie źle. Daleko mi do Perfekcyjnej Pani Domu. Nie przeprowadzam testu białej rękawiczki na każdym blacie jaki znajdę, nie mam posegregowanych kolorami i równiutko ułożonych ręczników w garderobie ani artystycznie poukładanych bibelotów. Właściwie to można nazwać mnie leniwą bałaganiarą i na tym polega mój paradoks.  Jesteśmy z mężem swoimi totalnymi przeciwieństwami. Mój mąż ma zawsze wszystko elegancko poukładane w swoich szafkach, a już w szczególności dotyczy to akcesoriów do majsterkowania. Gwoździki różnych długości i grubości w oddzielnych puszkach, oddzielne pudełka na różne „przydasie”, wszystko w bardzo przemyślany sposób poukładane tak, że jest porządek i każdy skrawek przestrzeni jest mądrze wykorzystany. Taki harcerz. Kiedy zajrzał kiedyś do szuflady w mojej szafce nocnej przeraził się. Ja mam wszystko wymieszane bez ładu i składu. Owszem, utrzymuję idealny porządek w dokumentach, ale to wszystko. Nierówne i niezgrabne stosiki ubrań w szafkach. Rękawiczki i czapki zgromadzone wprawdzie na jednej półce, ale jakoś tak bezwładnie. Książki wymieszane wysokościami grzbietów. Świeczki i inne ozdóbki poukładane bez większego pomyślunku. Widzę, jak Maciek czasem gryzie się w język, bo kłoci się to z jego pojęciem estetyki. Raz na jakiś czas mam zrywy i porządkuję wszystko hurtem, ale szybko sytuacja wraca do normy.
Za to nie znoszę, nie cierpię wręcz brudnej podłogi, brudnych blatów, okruchów na podłodze, brudnych łazienek, sterty brudnych garów w zlewie i niewyprasowanych ubrań. Nie potrafię odpoczywać w takich pomieszczeniach, zaś Maćkowi nie przeszkadza to kompletnie. Gdy po powrocie do domu zastaję brudne naczynia w zlewie pierwsze co robię to myję je lub pakuję do zmywarki. Nie potrafię iść spać nie uprzątnowszy blatu kuchennego. Lepiąca się kuchenna podłoga doprowadza mnie do białej gorączki.  Nie chodzi o to, że szoruję wszystko bardzo dokładnie. Przeciwnie, robię to w zasadzie po łebkach, dokładniejsze szorowanie odfajkowuję raz na kilka tygodni, ale po tych łebkach musi być uprzątnięte na bieżąco. Wkurza mnie zabawa z synem na dywanie pokrytym okruszkami. Widok kurzu na podłodze czy pajęczyny w rogu sufitu sprawia, że nie spocznę zanim ich nie usunę. Nazywam to „ogarnięciem sytuacji”. Mam wewnętrzny imperatyw by „sytuacja” była na bieżąco „ogarnięta”.  Nie pozwalam domownikom wchodzić w butach dalej niż na próg ganku i codziennie tam zamiatam. Nie cierpię roznoszenia brudu na butach po domu. Gości się nie czepiam, ale to sytuacja wyjątkowa.  Kiedy mieszkaliśmy w małym mieszkaniu codziennie zamiatałam i mopowałam korytarz. Teraz jest to niemożliwe. Dom jest za duży, a ja mam za mało czasu gdy Młody śpi, więc trochę odpuściłam, ale codziennie zamiatam i mopuję kuchnię. Przez parę miesięcy po wprowadzeniu się do domu nie mieliśmy jeszcze wyflizowanie piwnicy, do której często schodzimy, bo mieści się tam spiżarnia, pralnia i połowa naszej biblioteczki oraz większość ubrań  (brak mebli). Na podłodze była kurząca się wylewka, więc wprowadziłam zasadę dwóch par kapci. Schodząc do piwnicy na ostatnim schodku zmienialiśmy kapcie na inne, piwniczne.
Generalnie źle znoszę brud i tymczasowość i tym samym remonty. Tak już mam.
Drugie moje dziwactwo, które łączy się z tym pierwszym to niechęć to załatwiania spraw na ostatnią chwilę. Zwykle z dużym wyprzedzeniem planuję różne sprawy i przygotowuję co się da wcześniej by zostawić sobie margines bezpieczeństwa na sytuacja nieprzewidziane lub by po prostu nie psuć sobie oczekiwania na coś przyjemnego. Na przykład jakieś porządki przez Bożym Narodzeniem oraz zakupy prezentów odfajkowuje w listopadzie. Tym sposobem na grudzień zostają mi same przyjemności typu ubieranie choinki, ozdoby świąteczne no i przygotowanie czegoś na Wigilię. Moja praca wymaga szybkiego reagowania, częstego modyfikowania zamówień i wiele rzeczy dzieje się na ostatnią chwilę, ale moje zamiłowanie do planowania paradoksalnie pozwala mi dobrze sobie radzić na moim stanowisku, ponieważ mam zawsze duży margines bezpieczeństwa. Kiedy dostaję dokumenty dotyczące przesyłki morskiej, za które spokojnie mogłabym zabrać się nawet za trzy tygodnie, bo tyle trwa transport, ja wprowadzam je do systemu i przygotowuję wszystko do odprawy natychmiast, bo wiem, że za te trzy tygodnie najprawdopodobniej wydarzy się coś bardzo pilnego i mogę nie mieć czasu by się tym zająć.
Mam również fisia na punkcie porządków wiosennych. Nienawidzę zimy i wiosny wypatruję od połowy lutego. Cieszę się jak głupia z każdego nowego listka, z każdego promyka słońca. Od połowy lutego przebieram nogami i czuję każdą komórką mojego ciała, że muszę, po prostu muszę zmyć z siebie i otoczenia zimę. Brud zimy. Mam wrażenie, że cały świat jest brudny, zakurzony i czeka na  pierwszy wiosenny deszcz. Najchętniej spłukałabym wężem cały dom, wszystkie zakamarki. W połowie lutego zabieram się za wielkie wiosenne porządki, ponieważ z dniem 1 marca mój organizm woła, że jest już wiosna i czuję, że chcę, muszę, no muszę być na nią odpowiednio wcześnie przygotowana. Tym sposobem 1 marca zwykle mam cały dom wysprzątany, wypucowany, za wyjątkiem okien, które siła rzeczy czekają aż zrobi się cieplej. Wiosenne mycie okien jest dla mnie czynnością kultową. Wręcz katharsis. Dom z umytymi oknami jest taki świąteczny i radosny. Mąż uważa mnie za wariatkę pod tym względem, ale nauczył się już, że lepiej zejść mi z drogi gdy działam w przedwiosennym szale więc schodzi, od 2 lat przejmując na ten czas Młodego. Ewakuują się z domu na spacer i do dziadków, a ja szaleję. Nie, nie chcę pomocy. Te jedne jedyne w roku porządki chcę wykonać sama.
Aha, jeszcze jedno dziwactwo. Przed dłuższymi wyjazdami dokładnie sprzątam dom, ponieważ męczą mnie powroty do brudnych pomieszczeń. Od razu zabrałabym się za sprzątanie. Mam też w zwyczaju niezwłocznie zabierać się za rozpakowywanie walizek, segregowanie ubrań na czyste i brudne, włączanie prania i układanie rzeczy na swoich miejscach. Życie na walizkach nie jest dla mnie, zdecydowanie.
A Wy macie jakieś dziwactwa? ;-)

czwartek, 13 grudnia 2012

kaskader gaduła

Osiwieję albo zejdę na zawał, przysięgam. Mam syna kaskadera. Takie obrazki są u nas na porządku dziennym.






Nie udało mi się jeszcze uchwycić samodzielnego stania na rękach przy ścianie. Piotrek namiętnie wykonuje koci grzbiet tyłem do ściany, a następnie wspina się po niej stopami do momentu aż stanie na rękach równolegle do niej. I tak sobie stoi. Czekam aż zacznie chodzić na rękach bez pomocy taty. To dziecko jest ewidentnie niewyżyte akrobatycznie. Czasem jeździmy do kulkowni, gdzie Piotr od razu pędzi do części dla statrszych dzieci i wspina się na najwyższe poziomy jak małpka chwytajac się siatki gdy platformy są za wysoko. Uwielbia  Jest niski, mały, lekki i zwinny. Ma również pod tym względem ogromną wiarę w siebie. Nie poddaje się, próbuje do skutku. Myślę, że równoważy sobie w ten sposób również swoją introwertyczność w kontaktach z ludźmi i wrażliwość. Na pewno wybierzemy się z nim na ścianke wspinaczkową gdy jeszcze trochę podrośnie i jeśłi mu się to spodoba zapiszemy go na zajecia dla dzieci. Zapowiada się na jednego z tych gosci, którzy chodzą tam po suficie ;-) Być może odnajdzie w tym swoją pasję.
Mi rzecz jasna serca podchodzi do gardła gdy widzę niektóre z tych akrobacji :-/ On jeszcze nigdy nie zrobił sobie krzywdy, potrafi bezpiecznie upadać i nie przejmuje się ewentualnymi siniakami. Ja nie jestem w stanie mieć go na oku 24h na dobę. To jest niemożliwe. Nie wyłożę też domu poduszkami....

Piotrek rozgadał się na całego. Buzia mu się nie zamyka.

sobota, 8 grudnia 2012

Mikołajkowo i imieninowo

Uwielbiam celebrować przyjemne okazje. Urodziny, imieniny, Mikołajki. Uważam, że z takich drobiazgów składa się życie. Odkąd weszłam do rodziny męża jestem osamotniona. Teściowie nie obchodzą urodzin ani imienin, nie celebrują specjalnie Bożego Narodzenia odkąd synowi wyrośli. Maciek opowiadał, że  w podstawówce znajdował prezenty pod choinką, ale w liceum już nie. Nie ma tutaj żadnego specjalnego powodu za wyjątkiem jednego - po prostu im się nie chce. Dla mnie jest to strasznie smutne. Do niedawna nie ubierali nawet choinki, jedynie wieszali jakąś gałąź na ścianie, a dom mają duży. Wigilia u nich to po prostu trochę bardziej uroczysta kolacja. ja  Odkąd urodził się Piotruś walczę o to, by zachować choć trochę magii dla niego. Ubieram teściom choinkę, skoro im się nie chce. Parę lat temu wyszłam z inicjatywą by pod choinkę sprezentować sobie po książce. Nie spotkało się to z entuzjazmem, ale po fakcie wszyscy byli zadowoleni, bo przynajmniej po Wigilii posiedzieliśmy chwilkę razem. Wcześniej towarzystwo rozchodziło się po prostu do swoich pokoi. Gdybym nie drążyła tematu to dzieci nie miałyby prawdziwych urodzin, gdyż teściowa wychodzi z założenia, że po co skoro i tak tego nie będą pamiętać. Nie będą, bo Piotruś i Antoś są za mali, ale w tym jednym konkretnym momencie będą szczęśliwi i myślę, że o to w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Ja nie odpuszczę, moje dziecko będzie miało Mikołaja, nastrojowe Święta, wspólne malowanie pisanek i kolorowe urodziny.

środa, 5 grudnia 2012

Liebster Blog

Po raz drugi zostałam nominowane w zabawie Liebster Blog. Dziękuję mamie Zołzie (www.mamazolza.blox.pl)

* Gotowanie czy zamawianie?
Zdecydowanie zamawianie. Nienawidzę gotować. Rzadko praktykowane jednakowoż ze względów finansowych.

* Lato czy zima?
Ani jedno ani drugie. Nie lubię gorąca ani zimna. Wiosna lub jesień. 

* Autem czy rowerem?
Rower to dla mnie pojazd rekreacyjny. Nie chciałabym dojeżdżac do pracy rowerem (bo cżłowiek spocony, bo jakieś zakupy po drodze)
 
* Czytanie czy pisanie?
Czytanie
 
* Skandynawia czy Afryka?
Skandynawia
 
* Spodnie czy spódnica?
Spodnie
 
* Odkurzanie czy zmywanie?
Zmywać na szczęście już nie muszę, bo mamy zmywarkę. Jakbym miała wybierać wybrałabym prasowanie.

* Weekend z dziećmi czy bez dzieci?
Najlepiej pół na pół.
 
* Książka czy film?
Książka. 

* Statek czy samolot?
Uwielbiam samoloty.
 
* Jabłka czy cytrusy?
Cytrusy

Więcej blogów nie nominuję, bo już raz nominowałam i szczerze mówiąc nie mam weny wymyślać nowych pytań ;-)


kocham moje miasto

Podobno prawdziwa miłość to nie romantyczne zaślepienie, tylko uczucie gdy kocha się tak po prostu, nie za coś i nie pomimo wad, o których dobrze się wie. Ja tak właśnie kocham Kraków, moje miasto. Czuję się 100% Krakuską, choć nie urodziłam się tutaj. Przeprowadziliśmy się gdy miałam 9 miesięcy. Bardzo wyraźnie widzę wady tego miasta. Zżymam się na brak dobrego gospodarza, trudną sytuację na rynku pracy, smog, korki, brak porządnej hali targowo-wystawienniczej, do niedawna plac budowy na środku rynku etc. Nie zmienia to faktu, że kocham to miasto. Mieszkałam już zarówno na blokowisku na peryferiach, w kamienicy 40 minut pieszo od rynku i w domu pod Krakowem. Kiedy jestem na rynku czuję się w centrum wszechświata. jako studentka uwielbiałam uczyć się na ławeczce tam albo na Plantach, albo po prostu siedzieć, patrzeć i wchłaniać niesamowity klimat. Podoba mi się, że centrum nie jest duże. Ciężko się zgubić. Jest kameralnie i przytulnie. Lubię przyjeżdżać z Piotrkiem do Smoka tak jak ja przyjeżdżałam jako dziecko i cieszyć się, że to mnie, właśnie mnie wita zionąc ogniem. Karmić łabędzie na Wiśle. Chrupać obwarzanki. Wypić piwo w jednej z niezliczonych piwniczek. Wejść na Kopiec Krakusa i podziwiać panoramę.  Może to głupie, ale zawsze gdy wracam do Krakowa czuję wzruszenie. Taka patriotka lokalna ze mnie :-)