sobota, 8 grudnia 2012

Mikołajkowo i imieninowo

Uwielbiam celebrować przyjemne okazje. Urodziny, imieniny, Mikołajki. Uważam, że z takich drobiazgów składa się życie. Odkąd weszłam do rodziny męża jestem osamotniona. Teściowie nie obchodzą urodzin ani imienin, nie celebrują specjalnie Bożego Narodzenia odkąd synowi wyrośli. Maciek opowiadał, że  w podstawówce znajdował prezenty pod choinką, ale w liceum już nie. Nie ma tutaj żadnego specjalnego powodu za wyjątkiem jednego - po prostu im się nie chce. Dla mnie jest to strasznie smutne. Do niedawna nie ubierali nawet choinki, jedynie wieszali jakąś gałąź na ścianie, a dom mają duży. Wigilia u nich to po prostu trochę bardziej uroczysta kolacja. ja  Odkąd urodził się Piotruś walczę o to, by zachować choć trochę magii dla niego. Ubieram teściom choinkę, skoro im się nie chce. Parę lat temu wyszłam z inicjatywą by pod choinkę sprezentować sobie po książce. Nie spotkało się to z entuzjazmem, ale po fakcie wszyscy byli zadowoleni, bo przynajmniej po Wigilii posiedzieliśmy chwilkę razem. Wcześniej towarzystwo rozchodziło się po prostu do swoich pokoi. Gdybym nie drążyła tematu to dzieci nie miałyby prawdziwych urodzin, gdyż teściowa wychodzi z założenia, że po co skoro i tak tego nie będą pamiętać. Nie będą, bo Piotruś i Antoś są za mali, ale w tym jednym konkretnym momencie będą szczęśliwi i myślę, że o to w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Ja nie odpuszczę, moje dziecko będzie miało Mikołaja, nastrojowe Święta, wspólne malowanie pisanek i kolorowe urodziny.



Na tegorocznego Mikołaja czekałam podekscytowana, ponieważ był to pierwszy taki bardziej świadomy Mikołaj w życiu Piotrka. Rok temu Młody jeszcze nie mówił. W tym roku już wcześniej opowiadałam mu o Mikołaju, czytaliśmy książeczki i wałkowałam temat do tego stopnia, że kiedy moja mama chciała porozmawiać z nim na ten temat Piotr odpowiedział lekko zniecierpliwiony "babcia ja wiem, Mikołaj ma czerwone ubranie, jeździ saniami z reniferami, wchodzi przez komin i zostawia prezenty". Nie wiem jak u Was, ale w mojej rodzinie w grudniu zawsze były dwa duże prezenty - na Mikołaja i pod choinkę od Aniołka. Za to nie było u nas tradycji Zajączka. Na Wielkanoc dostawało się ewentualnie pisankę lub czekoladowe jajo. Moja mama dbała o to, by prezentów było dużo, ponieważ uwielbiałam je odpakowywać. Nie chodzi o to, że dostawałam nie wiadomo ile zabawek. Po prostu jeśli dostawałam to tylko na Mikołaja, pod choinkę i na urodziny, rzadko w ciągu roku i były to zawsze prezenty przemyślane, gromadzone dużo wcześniej, każdy osobno zapakowany. Kochałam odwijać z papierka osobno zapakowany soczek w kartoniku w czasach gdy niewiele było ich w sklepach. To był dla mnie bardzo specjalny soczek. Podobnie postępuję z prezentami dla Piotrka. Dostaje je co pół roku - w grudniu na Mikołaja i pod choinkę i na urodziny 29 maja połączone z Dniem Dziecka, ewentualnie jeszcze coś na imieniny 29 czerwca. Nie mamy zbyt wiele kasy, więc staram się by prezenty były przemyślane, skonsultowane, śledzę aukcje używanych zabawek i często udaje mi się kupić cos przydatnego za niewielkie pieniądze. Nie mam oporów by dać dziecku w prezencie coś używanego. Ma dużo klocków Duplo, które uważam za najlepszą zabawkę świata i wszystkie za wyjątkiem kilku autek są używane. Na 3 urodziny już czeka wylicytowane za bardzo korzystną cenę autko do skręcania Meccano. Z wyprzedzeniem sugeruję teściowej i mojej mamie co by Piotrka zainteresowało, gdyż inaczej w dobrej wierze kupują kompletnie nieprzydatne badziewie.

W tym roku na Mikołaja miałam urlop, a w zasadzie nie urlop tylko odbieranie niewykorzystanego zwolnienia na dziecko, bo w listopadzie Piotrek wyzdrowiał i mógł już pojechać do niani, więc poszłam do pracy mimo zwolnienia, bo sytuacja tego wymagała. Chciałam połączyć przyjemne z pożytecznym i spędzić z nim trochę czasu, a resztę poświęcić na zaległe prace domowe. W nocy podrzuciłam mu do skarpetki trochę lentilków i żelków. Miło było popatrzeć na radość dziecka, gdy rano je odnalazł (nie patrzcie na krzywą grzywkę. Piotrek panicznie boi się fryzjera i od pewnego czasu ciacham przed kąpielą po kilka kosmyków jak się da)




Ubraliśmy się i zeszliśmy na dół gdzie czekała kuchnia kupiona przez moją mamę. Piotruś był bardzo zaskoczony i od razu zabrał się za gotowanie zupy.

Potem miałam w planach wspólne ubieranie choinki. Przyznam się Wam, że choinka to dla mnie sprawa wielkiej wagi. Uwielbiam ją dekorować i zawsze ubieram na początku grudnia by się nią nacieszyć. Wprowadza taką przyjemną świąteczną atmosferę w domu. Nie lubię jej po Nowym Roku. Drażni mnie wtedy i zwykle rozbieram ją od razu na początku stycznia. Nie lubię gdy ktoś przeszkadza mi w rytuale dekorowanie drzewka. Wolę to robić gdy jestem sama w domu i mogę w spokoju deliberować nad symetrycznym rozmieszczeniem zdób i światełek. Takie moje małe dziwactwo. Z tego względu zwykle tego dnia robię sobie przyjemność i biorę urlop. Maciek na szczęście nie przepada ubieraniem choinek i zostawia mi wolną rękę. W tym roku planowałam wprowadzić syna do mojego świata i po raz pierwszy udekorować drzewko wspólnie. Zainspirowana przez koleżankę (A ;-) jakiś czas temu kupiłam styropianowe kule by wspólnie wykonać bombki. Niestety moje dziecko chwilowo straciło zapał do prac plastycznych. Zainteresowanie tego rodzaju aktywnością przychodzi u niego falami no i akurat nastąpił odpływ. Nie miał specjalnej ochoty malować kul ani ozdabiać ich naklejkami, więc odpuściłam. Kule poczekają do przyszłego roku. Okazało się również, że Piotrek nie bardzo miał ochotę na ubieranie choinki. Zaczął rozrzucać bombki, kopać je, ciągnąć mnie do autek, więc stwierdziłam, że to nie ma sensu i zawiozłam delikwenta do niani, a sama wróciłam do domu i w spokoju  udekorowałam choinkę. Potem w ekspresowym tempie zabrałam się za zaległe prace domowe, które trudno mi wykonywać przy Piotrku, a na pomoc Maćka w tym zakresie nie bardzo mogę teraz liczyć, ponieważ kończą pilne zlecenie i nie ma go w domu od rana do wieczora. Stwierdziłam, że mam dość i nie będę tego robiła po 22 gdy Piotrek śpi i koniec.  Na 17 byłam umówiona u teściów ze szwagrem i szwagierką i tam wspólnie mieliśmy zorganizować Piotrkowi i Antkowi Mikołaja, zaś do tego czasu ekspresowo rozmroziłam i umyłam lodówkę, wyszorowałam piekarnik, odkurzyłam cały dom łącznie z piwnicą i wypucowałam podłogi.

O 17 spotkaliśmy się wszyscy u teściów. Teściowie rzecz jasna o Mikołaju w ogóle nie myśleli, to była moja inicjatywy by skorzystać z okazji, że wypada w czwartek kiedy chłopaki są u nich. Stwierdziłyśmy z Grażynką, że jest jeszcze za wcześnie na przebieranie się któregoś z panów za Mikołaja, ponieważ półtoraroczny Antoś mógłby się przestraszyć. Podrzuciliśmy za to prezenty do worka w garażu i w odpowiednim momencie Maciek z Markiem wyszli przez garderobę i garaż na zewnątrz, zostawili go przed drzwiami, zadzwonili i się ulotnili. To znaczy ulotnił się Marek, zaś mój mąż długo się nie pojawiał, aż zaczęłam się irytować, że jak zwykle przepadł gdzieś w łazience albo stwierdził, że akurat w tym momencie musi sobie spiłować paznokcie lub cos w tym guście. Tymczasem biedak siedział zamknięty w garażu bez komórki ;-) Do garażu wchodzi się przez garderobę. Chłopaki weszli tam i siedzieli dość długo upychając prezenty w worku. W międzyczasie teściowa odruchowo zamknęła drzwi od środka na klucz. Chłopaki wyszli przez bramę od garażu na zewnątrz, zostawili worek i Marek wszedł do domu normalnie drzwiami, zaś Maciek  chciał wrócić przez garaż, zamknął za sobą bramę, po czym zorientował się, że drzwi do garderoby są zamknięte i nie ma też klucza do bramy garażowej. Dość długo się dobijał zanim go usłyszeliśmy w tym gwarze. Dzieciaki zaś osłupiały na widok worka podrzuconego przez Mikołaja, po czym nastąpił zonk. Antek dostał od teściowej ogromną śmieciarkę Wadera. Auto to pierwotnie kupione było dla Piotrka, ale kiedy teściowa opowiedział mi o tym zasugerowałam by sprezentowała je Antkowi, ponieważ Piotrek ma już śmieciarkę trochę mniejszą u mojej mamy. W zamian za to teściowa kupiła Piotrkowi pod choinkę plac budowy z ciastoliny wybrany przeze mnie. Tymczasem Piotrek śmieciarkę zaanektował i bawił się nią praktycznie cały wieczór ;-) Na szczęście Antek jest jeszcze mały i nie przeszkadzało mu to. bardziej zainteresowały go książeczki, które dostał.

W przerwach miedzy ładowaniem klocków do śmieciarki Piotr układał z tatą układankę Adamigo „Składaki”.

Rodzice na głowie mają zaś gwóźdź programu, a mianowicie kask Boba Budowniczego. Wielkie spełnione marzenie mojego syna

Z kaskiem nawet śpi ;-)

 Dzisiaj zaś byliśmy na imprezie imieninowej u babci czyli mojej mamy. Na raty i na dwa samochody. Maciek cały dzień był w terenie i stwierdziliśmy, że nie ma sensu byśmy czekali aż wróci bo do babci dojechalibyśmy na 18,  a Piotrek przed 20 robi się już zmęczony i marudny. Na pewno nie dałby się namówić na spanie u niej, bo spędza tam dwie noce w tygodniu i zwyczajnie w weekend ma potrzebę pobyć w domu. I tak ledwo go przekonałam do wyjazdu, bo buczał, że w sobotę nie jeździmy do babci Marysi. Długo mu tłumaczyłam, że nie idę do pracy, ze nie zostaniemy tam na noc, że jedziemy w odwiedziny. Maciek dojechał o 18.30, my z Piotrkiem zebraliśmy się o 20 bo Młody był już bardzo zmęczony, zaś Maciek został dłużej jako reprezentacja rodziny. Droga do domu koszmarna. W okolicach lotniska zwłaszcza o tej porze roku jest  mgła i przyzwyczaiłam się do tego, ale takiego mleka jak dzisiaj to nie widziałam nigdy. W pewnym momencie miałam wrażenie, że wjechałam w chmurę i musiałam zwolnić do 30 km/h bo widoczność była na max 50 cm i zwyczajnie bałam się, że przegapię zjazd z autostrady. Strasznie się bałam, zwłaszcza, że nie mamy jeszcze wybrukowanego podjazdu, a garaż jest pod górę. Moim autem nie jestem w stanie w tym momencie na takiej nawierzchni jaką mamy teraz ruszyć pod górkę, więc wjeżdżam tylko trochę by nie stać na drodze, otwieram pilotem garaż i kiedy jest już otwarty wycofuję samochód na drogę, biorę rozpęd i wjeżdżam. Nie jestem w stanie  od razu podjechać pod sama bramę, otworzyć ją i ruszyć. Z tego powodu bałam się okropnie tego wycofywania w tej mgle. Na szczęście w pewnym momencie mgła po prostu zniknęła. Tak jakbym wyjechała z chmury. W domu zorientowałam się, że trzęsą mi się nogi. ..
Teraz szybki prysznic i zabieram się za malowanie gipsowych odlewów dłoni Piotrka. Chciałam zrobić taki prezent pod choinkę obu babciom, dziadkowi i naszej niani uwielbianej przez Młodego. W zeszły weekend Maciek kupił gips w Castoramie i zrobiliśmy odlewy w plastikowych talerzykach. Na pomoc Piotrka nie mam co liczyć, gdyż jak już wspomniałam stracił zapał do prac plastycznych. Postanowiłam więc pomalować je sama, a jego namówić przynajmniej do ozdobienia ich stempelkami. Zaczęłam dzisiaj podczas jego drzemki, tylko nie przewidziałam, że ten gips tak strasznie pije farbę! Zużyłabym kilka opakowań plakatówek do pomalowania gdybym nie wpadła na pomysł zagruntowania odlewów. Zostało nam trochę gruntu po malowaniu, więc drzemkę Piotrka wykorzystałam na zrobienie podkładu, a teraz mogę spokojnie zabrać się za malowanie właściwe. Życzcie mi powodzenia ;-) I jeszcze powodzenia w poniedziałek, bo panowie z urzędu celnego drążą i drążą wynajdując mi masę dodatkowej pracy, której tak czy siak mam multum na koniec roku i generalnie nie wyrabiam. Piątek w pracy był masakryczny, poniedziałek zapowiada się podobnie. Oby tylko Piotruś był zdrowy, bo jeśli się rozchoruje to leże i kwiczę.

6 komentarzy:

  1. Masz racje trzeba walczyć o święta i inne ważne uroczystości w życiu dziecka. U Nas zawsze były pezenty pod choinką tylko jakieś smutne były te święta odkąd są z Nami Mrówki jest o wiele lepiej:D

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja mam troche inne podejscie- nic na sile, jak ktos nie lubi celebrowac swiat, niech tego nie robi. Spedzam je z tymi, ktorzy chca je spedzic wspolnie, przy choince i prezentach. W zwiazku z tym nigdy nie spedzilam ich ztesciami, za to zawsze w mniejszym gronie, ale takim zaangazowanym i uczestniczacym w tworzeniu atmosfery :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz Kiiki to nie jest takie proste w naszym przypadku wypiac sie na rodzine i spedzic swieta w swoim gronie. Moja mama jest smotna a ja jestem jedynaczka. Tesciowie od dluzszego czasu zyja obok siebie i nie rozmawiaja. Tesc zawsze pierwszego dnia swiat wyjezdza do brata na wies. Babcie moze nie celebruja swiat specjalnie ale nie chca byc same. Jesli nie spedzimy swiat z nimi obie mamy np. w Wigilie siedzialyby same jak kolki i smutne. Dlatego wolimy razem. One sobie porozmawiaja i gotuja a o oprawe dbam ja dla naszej przyjemnosci i dla dzieci.

      Usuń
    2. Widzisz Kiiki to nie jest takie proste w naszym przypadku wypiac sie na rodzine i spedzic swieta w swoim gronie. Moja mama jest smotna a ja jestem jedynaczka. Tesciowie od dluzszego czasu zyja obok siebie i nie rozmawiaja. Tesc zawsze pierwszego dnia swiat wyjezdza do brata na wies. Babcie moze nie celebruja swiat specjalnie ale nie chca byc same. Jesli nie spedzimy swiat z nimi obie mamy np. w Wigilie siedzialyby same jak kolki i smutne. Dlatego wolimy razem. One sobie porozmawiaja i gotuja a o oprawe dbam ja dla naszej przyjemnosci i dla dzieci.

      Usuń
    3. to znaczy, ze one chca, myslalam, ze tak troche "na sile" organizujesz tesciom swieta

      Usuń
    4. Chca tylko nie chce im sie postarac by dom ozdobic etc. To robie ja ;-)

      Usuń