wtorek, 18 grudnia 2012

perfekcyjna (?) dziwaczka



Opowiem Wam o moich dziwactwach :-) Gospodyni domowa ze mnie marna. Nie cierpię gotować, nie mam drygu do robótek ręcznych, jestem za to lekko zafiksowana na punkcie czystości. Nie, nie zrozumcie mnie źle. Daleko mi do Perfekcyjnej Pani Domu. Nie przeprowadzam testu białej rękawiczki na każdym blacie jaki znajdę, nie mam posegregowanych kolorami i równiutko ułożonych ręczników w garderobie ani artystycznie poukładanych bibelotów. Właściwie to można nazwać mnie leniwą bałaganiarą i na tym polega mój paradoks.  Jesteśmy z mężem swoimi totalnymi przeciwieństwami. Mój mąż ma zawsze wszystko elegancko poukładane w swoich szafkach, a już w szczególności dotyczy to akcesoriów do majsterkowania. Gwoździki różnych długości i grubości w oddzielnych puszkach, oddzielne pudełka na różne „przydasie”, wszystko w bardzo przemyślany sposób poukładane tak, że jest porządek i każdy skrawek przestrzeni jest mądrze wykorzystany. Taki harcerz. Kiedy zajrzał kiedyś do szuflady w mojej szafce nocnej przeraził się. Ja mam wszystko wymieszane bez ładu i składu. Owszem, utrzymuję idealny porządek w dokumentach, ale to wszystko. Nierówne i niezgrabne stosiki ubrań w szafkach. Rękawiczki i czapki zgromadzone wprawdzie na jednej półce, ale jakoś tak bezwładnie. Książki wymieszane wysokościami grzbietów. Świeczki i inne ozdóbki poukładane bez większego pomyślunku. Widzę, jak Maciek czasem gryzie się w język, bo kłoci się to z jego pojęciem estetyki. Raz na jakiś czas mam zrywy i porządkuję wszystko hurtem, ale szybko sytuacja wraca do normy.
Za to nie znoszę, nie cierpię wręcz brudnej podłogi, brudnych blatów, okruchów na podłodze, brudnych łazienek, sterty brudnych garów w zlewie i niewyprasowanych ubrań. Nie potrafię odpoczywać w takich pomieszczeniach, zaś Maćkowi nie przeszkadza to kompletnie. Gdy po powrocie do domu zastaję brudne naczynia w zlewie pierwsze co robię to myję je lub pakuję do zmywarki. Nie potrafię iść spać nie uprzątnowszy blatu kuchennego. Lepiąca się kuchenna podłoga doprowadza mnie do białej gorączki.  Nie chodzi o to, że szoruję wszystko bardzo dokładnie. Przeciwnie, robię to w zasadzie po łebkach, dokładniejsze szorowanie odfajkowuję raz na kilka tygodni, ale po tych łebkach musi być uprzątnięte na bieżąco. Wkurza mnie zabawa z synem na dywanie pokrytym okruszkami. Widok kurzu na podłodze czy pajęczyny w rogu sufitu sprawia, że nie spocznę zanim ich nie usunę. Nazywam to „ogarnięciem sytuacji”. Mam wewnętrzny imperatyw by „sytuacja” była na bieżąco „ogarnięta”.  Nie pozwalam domownikom wchodzić w butach dalej niż na próg ganku i codziennie tam zamiatam. Nie cierpię roznoszenia brudu na butach po domu. Gości się nie czepiam, ale to sytuacja wyjątkowa.  Kiedy mieszkaliśmy w małym mieszkaniu codziennie zamiatałam i mopowałam korytarz. Teraz jest to niemożliwe. Dom jest za duży, a ja mam za mało czasu gdy Młody śpi, więc trochę odpuściłam, ale codziennie zamiatam i mopuję kuchnię. Przez parę miesięcy po wprowadzeniu się do domu nie mieliśmy jeszcze wyflizowanie piwnicy, do której często schodzimy, bo mieści się tam spiżarnia, pralnia i połowa naszej biblioteczki oraz większość ubrań  (brak mebli). Na podłodze była kurząca się wylewka, więc wprowadziłam zasadę dwóch par kapci. Schodząc do piwnicy na ostatnim schodku zmienialiśmy kapcie na inne, piwniczne.
Generalnie źle znoszę brud i tymczasowość i tym samym remonty. Tak już mam.
Drugie moje dziwactwo, które łączy się z tym pierwszym to niechęć to załatwiania spraw na ostatnią chwilę. Zwykle z dużym wyprzedzeniem planuję różne sprawy i przygotowuję co się da wcześniej by zostawić sobie margines bezpieczeństwa na sytuacja nieprzewidziane lub by po prostu nie psuć sobie oczekiwania na coś przyjemnego. Na przykład jakieś porządki przez Bożym Narodzeniem oraz zakupy prezentów odfajkowuje w listopadzie. Tym sposobem na grudzień zostają mi same przyjemności typu ubieranie choinki, ozdoby świąteczne no i przygotowanie czegoś na Wigilię. Moja praca wymaga szybkiego reagowania, częstego modyfikowania zamówień i wiele rzeczy dzieje się na ostatnią chwilę, ale moje zamiłowanie do planowania paradoksalnie pozwala mi dobrze sobie radzić na moim stanowisku, ponieważ mam zawsze duży margines bezpieczeństwa. Kiedy dostaję dokumenty dotyczące przesyłki morskiej, za które spokojnie mogłabym zabrać się nawet za trzy tygodnie, bo tyle trwa transport, ja wprowadzam je do systemu i przygotowuję wszystko do odprawy natychmiast, bo wiem, że za te trzy tygodnie najprawdopodobniej wydarzy się coś bardzo pilnego i mogę nie mieć czasu by się tym zająć.
Mam również fisia na punkcie porządków wiosennych. Nienawidzę zimy i wiosny wypatruję od połowy lutego. Cieszę się jak głupia z każdego nowego listka, z każdego promyka słońca. Od połowy lutego przebieram nogami i czuję każdą komórką mojego ciała, że muszę, po prostu muszę zmyć z siebie i otoczenia zimę. Brud zimy. Mam wrażenie, że cały świat jest brudny, zakurzony i czeka na  pierwszy wiosenny deszcz. Najchętniej spłukałabym wężem cały dom, wszystkie zakamarki. W połowie lutego zabieram się za wielkie wiosenne porządki, ponieważ z dniem 1 marca mój organizm woła, że jest już wiosna i czuję, że chcę, muszę, no muszę być na nią odpowiednio wcześnie przygotowana. Tym sposobem 1 marca zwykle mam cały dom wysprzątany, wypucowany, za wyjątkiem okien, które siła rzeczy czekają aż zrobi się cieplej. Wiosenne mycie okien jest dla mnie czynnością kultową. Wręcz katharsis. Dom z umytymi oknami jest taki świąteczny i radosny. Mąż uważa mnie za wariatkę pod tym względem, ale nauczył się już, że lepiej zejść mi z drogi gdy działam w przedwiosennym szale więc schodzi, od 2 lat przejmując na ten czas Młodego. Ewakuują się z domu na spacer i do dziadków, a ja szaleję. Nie, nie chcę pomocy. Te jedne jedyne w roku porządki chcę wykonać sama.
Aha, jeszcze jedno dziwactwo. Przed dłuższymi wyjazdami dokładnie sprzątam dom, ponieważ męczą mnie powroty do brudnych pomieszczeń. Od razu zabrałabym się za sprzątanie. Mam też w zwyczaju niezwłocznie zabierać się za rozpakowywanie walizek, segregowanie ubrań na czyste i brudne, włączanie prania i układanie rzeczy na swoich miejscach. Życie na walizkach nie jest dla mnie, zdecydowanie.
A Wy macie jakieś dziwactwa? ;-)

3 komentarze:

  1. padłam:) nigdy tak nie przeanalizowałam swoich zwyczajów "sprzątaniowych":) ale dziwactwa jakieś ma każdy....najbardziej rozbawiły mnie wiosenne porządki:) zapraszam w tym czasie do siebie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jejku, ale fajnie to napisałaś :-) Ja mam z pewnością mnóstwo dziwactw, ale musiałabym o nich pomyśleć, zresztą u mnie życie (w postaci dziecka i braku czasu) wiele weryfikuje ;-)
    Ale tekst super :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja się jakoś nie analizowałam pod tym kątem... generalnie nie lubię sprzątać, ale lubię, jak jest posprzątane, więc się przełamuję :)

    OdpowiedzUsuń