wtorek, 31 grudnia 2013

Szczęśliwego Nowego Roku :-) i jego symboliczne zakończenie przeprowadzką Tomka

Życzę Wam by rok 2014 był dobry dla Was. Po prostu :-)
A sobie życzę by był spokojny. 2013 to był rok zmian i rewolucji - głównie tych dobrych. Zaszłam w ciążę i urodziłam Tomusia. Piotruś wkroczył w nowy etap życia - został przedszkolakiem.  Symbolicznie kończymy go przeprowadzką Tomka do jego własnego pokoju. Symbolicznie, bo kiedy wspólnie ze szwagrem pracowaliśmy nad projektem domu zaplanowaliśmy na poddaszu trzy duże pokoje - sypialnię oraz dwa pokoje dziecięce. To było marzenie do spełnienia, bo nie byłam wtedy jeszcze nawet w pierwszej ciąży i w głębi serca bałam się, że nie dane mi będzie zostać matką. Kiedy dom był budowany Piotruś już był z nami. trzeci pokój czekał na lokatora pełniąc tymczasowo funkcję pokoju do pracy męża i graciarni. Wczoraj przenieśliśmy jego komputer i biurko do pokoju gościnnego, a mój do naszej sypialni, posegregowaliśmy zabawki i urządziliśmy Tomkowi jego kąt. Na razie dość prowizorycznie bo oprócz łóżeczka są tam dwa meble i kzresło, z czego tylko jeden docelowy, a drugi załadowany na razie papierami męża, ale ma swoje cztery ściany. Dla mnie to bardzo ważne.
W tym momencie Tomek drzemie w swoim łóżeczku w swoim pokoju, a ja mam poczucie spełnienia. Marzenia się spełniły. Nasze dzieci są już z nami :-) Jesteśmy w komplecie :-)

sobota, 28 grudnia 2013

IKEA - za co ją kocham


Uwielbiam Ikeę. Wcale nie za ofertę. Mają różne fajne duperele, trochę zabawek, ale mnie osobiście ich meble na kolana nie powalają. Przyzwoite, funkcjonalne, ale bez szału. Natomiast od około 1.5 roku uwielbiam sklep jako taki :-) Śmiałam się w duchu z rodzin udających się tam na rodzinne spacery, no to mnie pokarało - sama to robię ;-)
Myślę, że w życiu każdej matki są dni kiedy marzy tylko o tym by dotrwać do wieczora. Bywają dni kiedy Piotr jest trudny, męczący albo po prostu ja nie mam energii i pomysłów i zwyczajnie nie chce mi się z nim bawić, wymyślać ciekawych zajęć ani sprzątać po rozgardiaszu, który niezawodnie pojawi się w domu jeśli zostawię go samemu sobie. Mam kilka patentów na to jak dotrwać do pory spania, kilka sposobów wyrodnej leniwej mamuśki. Nic odkrywczego - ot dobrze dobrane bajki na DVD, jakaś zabawka, książki oraz m.in wypad do IKEI. Mieszkamy w odległości ok 10 minut samochodem od tego sklepu, a Piotr przepada za jego odwiedzaniem. Kiedy nie mam już totalnie pomysłu i nawet za bardzo nie mam siły na wspólne czytanie rzucam hasło "Piotruś jedziemy od Ikei" a on zwykle ochoczo się zgadza. Jeśli sprytnie wybiorę porę wyjazdu jestem w stanie "ugrać" w ten sposób nawet parę godzin , bo wjazd w porze zmęczenia oznacza zaśniecie Piotrka w samochodzie, a więc minimum godzinę relaksu przy gazetce na parkingu w oczekiwaniu na jego obudzenie się. Piotrek zazwyczaj w samochodzie budzi się we wrednym humorze, ale w momencie gdy zorientuje się, że stoimy pod jego ulubionym sklepem szybko mu przechodzi.
Schemat jest zwykle podobny. Bierzemy wózek sklepowy w wersji dziecięcej, jedziemy windą na 1 piętro i przechodzimy dokładnie cały sklep. Piotrek lubi podążać za strzałkami na podłodze, a wózek prowadzi z wielkim namaszczeniem. To tu to tam zatrzyma się, wejdzie obejrzeć ekspozycję, przestawi świeczkę na stoliku, zainteresuje się garnkiem czy ciekawym przyborem kuchennym. Potem dochodzimy do części dla dzieci, gdzie zazwyczaj wsiąka na dłuższy czas znajdując sobie towarzystwo do zabawy ostatnio kuchnią. Następnie robimy przystanek w restauracji. W zależności od porty dnia jemy na spółkę obiad lub sam deser - Piotr zawsze ciastko z galaretką i truskawkami, a ja torcik migdałowy. Potem Piotruś znika w altance dla dzieci, a ja mam chwilę czasu na net lub gazetę lub rozmowę telefoniczną. Zjeżdżamy windą na parter, gdzie jest część z drobiazgami dla domu. Tam czasem kupimy jakaś świeczkę lub coś w tym stylu. Przechodzimy przez magazyn - tutaj następuje dłuższy postój i monolog syna na temat ilości pólek, kartonów i wózków widłowych. Na koniec odstawiamy wózek i wracamy.
 Praktykowaliśmy w zeszły piątek. Piotrek był bardzo wynudzony środą i połowa czwartku spędzoną w domu, z ulgą odstawiliśmy go w piątek do przedszkola, a po przedszkolu Maciek został z Tomkiem w domu, a my jak o 15 wyruszyliśmy tak do domu wróciliśmy dopiero na kąpiel. Piotruś był bardzo zadowolony z życia.
Niby nic a cieszy :-)




czwartek, 26 grudnia 2013

Święta Święta i po Świętach

Święta Święta i po Świętach. I dobrze.
W piątek wielkie wzruszenie - Jasełka w przedszkolu. Nie wiedziałam jak to wyjdzie, bo dzień przed Piotrek zrobił w przedszkolu wielka awanturę pt "nie będę robił czapki renifera ani jej nosił", w domu oświadczył, że już więcej do przedszkola pójdzie i absolutnie nie będzie występował, a tak w ogóle to cały świat jest przeciwko niemu. Jednak wystąpił i byłam z niego bardzo dumna :-) Niewiele mam fotek, bo chciałam nagrać cały występ.  Oto mój mały renifer.

Jasełka były bardzo udane, na koniec panie przedszkolanki zapowiedziały występ-niespodziankę zespołu debiutantów, a kiedy podniosła się kurtyna okazało się, że to one same przygotowały pastorałkę. Musiały dwa razy bisować :-)
Piotrek po występie podczas wspólnego śpiewania kolędy  zatkał uszy, rozpłakał się i uciekł ze sceny do mnie. Nie było to dla mnie zaskoczeniem. Za każdym razem gdy znajduje się w tłumie śpiewających ludzi albo gdy w plenerze głośno gra muzyka, albo w kościele, zachowuje się tak jak na zdjęciu. W 99% przypadków. Zatyka uszy rękami, ma nieszczęśliwą minę i albo ucieka albo zaczyna się histeria. Sama już nie wiem czy ma to związek z aktualnym niedosłuchem czy nie. Zachowywał się tak nawet półtora roku temu gdy na zajęciach dzieci śpiewały spokojne kołysanki, a był świeżo po badaniu słuchu i wtedy akurat nie miał problemów z migdałami, a wynik był idealny. Jest tak tylko w powyższych sytuacjach. Poza tym uwielbia słuchać muzyki z radia, wieży lub komputera, również takiej bardziej dynamicznej, z basami i tańczyć do niej. Zagadka.
A Świeta? Cóż - zero atmosfery w tym roku. Na zewnątrz szaro buro i ponuro. Odkąd zamieszkaliśmy razem Wigilię spędzaliśmy zawsze wspólnie z rodzicami Maćka, moją mamą, jego bratem i potem również jego partnerka i małym Antosiem. Między teściami od 2 lat iskrzy, a w zasadzie to nawet nie iskrzy ile po prostu ze sobą nie rozmawiają, mijają się, mają osobne półki w lodówce etc. Cyrk na kółkach. Dwa lata temu Wigilia była u nas i przyjechali na nią osobno, dwoma samochodami. W tym roku ze względu na małego Tomka również planowaliśmy Wigilię w naszym domu. Teściowa w ostatniej chwili postanowiła na święta wyjechać z koleżanką w góry. W sumie nie dziwię się jej, miała dość powrotów do domu do teścia jak sądzę. Teść do ostatniej chwili o niczym nie wiedział. Maciek i Marek mają już lekko dość tej sytuacji i postanowili już w nic się nie wtrącać, nie mediować, więc też mu nic nie mówili. Maciek poza tym pracuje z nim więc cały zły humor skupiłby się na nim, poinformował go dzień przed. Tak czy inaczej podzieliłyśmy się z moją mamą i Grażynką przygotowaniami, zaprosiliśmy teścia, ale plany pokrzyżowały nam choroby. Na szczęście nie nasze tym razem. Pochorowała się moja mama, nie bardzo, ale na tyle, że nie bardzo zbliżała się do dzieci i pierwszego dnia świąt odwiozłam ja do domu, choć planowała zostać u nas na całe święta. W poniedziałek po południu natomiast zadzwoniła Grażynka. Antos zachorował, więc oni też się wykruszyli. Za późno było na zmianę planów. Szwagier podjechał do nas we wtorek i przywiózł to co oni mieli ugotować oraz prezenty dla chłopców, my przekazaliśmy nasz prowiant i prezent, w sumie nawet nie wchodził bo bał się zarażać i chyba dobrze, bo następnego dnia rozłożyła się Grażynka, więc to coś wyjątkowo wrednego.
Wigilia była wiec kameralna i z powodu teścia drętwa. Tylko my, mama i teściu. Piotrek rozczarowany tym, że nie ma Antosia i wujka, znudzony. Maciek głównie zajmował się Piotrkiem. Tomek obudził się akurat jak zaczynaliśmy i był wyjątkowo marudny, więc ja Wigilię spędziłam głównie z wyjcem na rękach lub karmiąc, w międzyczasie podawałam potrawy. Moja mama mi pomagała, a teściem tak naprawdę momentami nie miał kto się zająć, bo on sam jakoś nie ,kwapił się do pomocy przy wnukach czy jakiejkolwiek innej. Widać było, że jest w duchu wściekły, że tak wyszły ze szwagrami i ze gdyby wiedział wcześniej pojechałby na Wigilie do brata, ale choroba nie wybiera przecież. Podejrzewam, że miał do Marka żal i uważał, iż powinien przyjechać tak czy inaczej, a partnerkę i dziecko zostawić w domu, tak właśnie wyglądają jego priorytety - mamusia i brat zawsze byli ważniejsi niż żona i dzieci. Jakoś dobrnęliśmy jednak do końca, Maciek cichaczem wyszedł przez piwnice i zadzwonił dzwonkiem, na ganku czekały przygotowane prezenty, Piotruś się nimi zajął, teściu pojechał i odetchnęliśmy. Tak jakoś nijako. Jedynie wieczór miły. Gdy dzieci zasnęły graliśmy z mamą w karty skoro na pasterkę nie mieliśmy jak się wybrać.
Drugiego dnia świat mieliśmy w planach pojechać na spacer do miasta obejrzeć żywą szopkę u franciszkanów. Moja mama stwierdziła jednak, że woli wracać do domu ze względu na dzieci i się kurować. odwiozłam ją, a auto wręcz tańczyło mi na autostradzie taki wiał halny, jechałam 60 km/h z duszą na ramieniu i po powrocie stwierdziłam, że lepiej jednak jeśli zostaniemy w domu w taką pogodę. Zwłaszcza, że akurat wtedy Grażynka przysłała smsa, że u nich wirus się rozprzestrzenia, koleżanka tez pisała, że są chorzy, przestraszyłam się morowego powietrza i wichury. Do wieczora wspólnymi siłami zabawialiśmy dzieciarnię.
Dzisiaj mamy w planach pojechać do mojego wujka do Skaiwny. tam jest zawsze dziki tłum, bo mieszkają wszyscy na kupie i generalnie nie lubię jeździć tam zimą, gdy nie można spędzić czasu w ogrodzie ze wzgledu na ten ścisk i hałas, dzisiaj tez nastawiam się, że  posiedzę sama z Tomkiem w sypialni (on źle znosi taki ruch, gwar i zamęt na dłuższą metę), ale jedziemy ze względu na Piotrka, który kumpluje się z synem mojego kuzyna i zawsze świetnie się razem bawią.
Nijakie te Święta w tym roku.
I kilka fotek.
Miś Pisklaczek (ulubiony pluszak Piotrka) jako stroik


mały perkusista


 maż uparł się na te Angry Birds..... idiotyczna gra moim zdaniem



prezenty Piotrka - klocki zębatki i gra Granny 3-Traki. Mój maż bawił się z wypiekamui na twarzy. No dobrze, Piotrek też :-)


poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wesołych Świat

Życzę Wam wszystkiego co najlepsze, ciepła, bezpieczeństwa i żebyście zawsze w każdych okolicznościach znajdowały powody do uśmiechu. Życzę Wam byście umiały każdą dobrą chwilę wycisnąć jak cytrynkę.
Stałyście się mi bliskie przez ten ponad rok blogowania. Dziękuję ;-)
Wesołych Świąt.


czwartek, 19 grudnia 2013

jak pokochałam syna na nowo. + update zdrowotny

Mam zaległości blogowe. Czytam Was, ale ostatnio nie komentuję. Jakaś niezorganizowana czasowo jestem. Poprawię się :-)
Ostatnie dni to znowu walka z katarem. Dramatu nie ma, chorzy nie jesteśmy, ale katar ciągnie się i ciągnie, raz mniej raz bardziej. We wtorek byłam z Piotrkiem u laryngologa, miał również badanie słuchu. Niestety potwierdziły się moje obserwacje i obawy. W tym momencie Piotr niedosłyszy, prawdopodobnie przyczyną są przerośniete migdały, wszystkie trzy. Nie jest tragicznie, ale dobrze też nie. Mamy leki i zobaczymy jak zareaguje na leczenie, obawiam się jednak, że nie unikniemy wycięcia migdałków no i pytanie czy to wystarczy by poprawić stan słuchu czy konieczne będą jeszcze inne zabiegi typu drenaż. Jeśli migdały tak bardzo napuchły po październikowej infekcji to poprawa teraz będzie poprawą tylko do kolejnej infekcji. Żal dziecka. Oddycha buzią, jest niedotleniony, szybciej się męczy. To nie to dziecko, które latem całymi dniami szalało na rowerze. Teraz po krótkim spacerze powłóczy nogami i jęczy, że chce wracać do domu, w drodze z przedszkola a jest to 5 minut autem przysypia, nigdzie nie mogę z chłopakami po południu pojechać bo zasypia w samochodzie i jest nie do obudzenia więc mam związane ręce. Mówi mniej wyraźnie, nie powtarza piosenek z przedszkola a jeśli już to tak, że nawet ja nie jestem w stanie zrozumieć słów, nie przynosi do domu angielskich słówek (a we wrześniu powtarzał). Widać, że się tego wstydzi, że widzi, że odstaje od grupy, zwierzył mi się, że jest mu smutno bo nie może nauczyć się piosenki na jasełka. Tylko mruczy melodię. Zdaniem lekarki jego drażliwość i fatalny ostatnio humor też mogą być efektem niedotlenienia. Trzeba działać i to szybko. Obdzwoniłam wszystkie szpitale w Krakowie by go zapisać do laryngologa na NFZ (we wtorek poszliśmy priv ze względu na brak terminów) tak by miał już kwalifikacje i czekał w kolejce na operację w razie czego. Załamałam się. Wprawdzie udało  mi się cudem zdobyć termin na wizytę na 8 stycznia, ale terminy na operację są w.... 2015 roku. Tak nie może być, nie ma mowy. Nie będziemy czekać pokornie jak baranki licząc, że jakieś dziecko zachoruje i zwolni się termin patrząc jak Młody się meczy i marnuje swój potencjał, jak koduje sobie, że wlecze się w ogonie grupy na zajęciach rytmiczno-muzyczno-językowych. Szukam innych dróg. 4 stycznia idziemy na konsultację do innego laryngologa, poleconego, u którego można wykonać zabieg prywatnie. Kosztuje kupę kasy, ale zdobędę ją spod ziemi, pożyczę choćbym miała suchy chleb jeść. Druga opcja to przychodnia prywatna gdzie przyjmują lekarze z jednego ze szpitali i.... no wiecie. Muszę pomoc synkowi jakoś. Smutne, że ludzie zmuszeni są tak kombinować.
Styczeń będzie generalnie miesiącem pod znakiem konsultacji lekarskich. Laryngolodzy, szczepienia, poradnia wcześniaków i chirurg dziecięcy. Piotr ma wędrujące jąderka. Regularnie konsultujemy się u urologów i chirurgów, kazali czekać, ale poprawy nie widzę. Boję się, że czeka go jeszcze jedna operacja, aż mi skóra cierpnie na sama myśl. W międzyczasie muszę wpleść kilka wizyt u mojego stomatologa. Zęby sypią mi się masakrycznie, chce naprawić co się da póki jestem na macierzyńskim ze względu na czas - logistykę tego wszystkiego, zwanianie się z pracy etc.Nie ukrywam, ze zależy mi też na tym, by ewentualną operację migdałów i jąderek wykonać również do końca maja, bo wtedy prawdopodobnie będę wracała do pracy. Wolałabym nie zaczynać od opieki na dziecko, by móc zatrzymać Młodego jakiś czas w domu przed i po operacjach.
We wtorek po laryngologu zaliczyłam zjazd nastroju. Nie cierpię czekać na diagnozę, na opinie, nie znoszę tego. W takich sytuacjach muszę działać. W środę wzięłam się w garść, pół dnia dzwoniłam i dzwoniłam (dodzwonić się do rejestracji szpitalnych jest hmmm... trudno), ustaliłam wizyty i cieszę się, że udało się tego laryngologa i chirurga umówić w miarę szybko. Poczułam się po tym lepiej psychicznie, wiem, że mam plan, że ogarnęłam sytuację na ten moment na tyle na ile to możliwe i wrócił power. Lubię mieć poczucie kontroli.

Ostatnie dwa dni to również ważny czas dla mnie i Piotrka. Odzyskanie radości z macierzyństwa. Od początku grudnia nie czerpałam przyjemności z obcowania z moim starszym synem. Piszę szczerze , nie obchodzi mnie co ktoś o mnie pomyśli. Nie cieszyłam się ze wspólnych chwil. Czułam się sfrustrowana i rozdrażniona jego zachowaniem. On choleryk, ja choleryk - iskrzyło między nami potwornie. Pogubiliśmy się. Poświęcałam mu tyle czasu ile tylko mogłam kosztem chwil dla siebie i spraw domowych, nawet czasem kosztem Tomka, który potrzebował się wyciszyć, przytulić w ciszy, a ja targałam go ze sobą wszędzie bo towarzyszyć Piotrkowi. Mimo to był to czas spędzony wspólnie po łebkach. Ciągłe "nie ruszaj", "zostaw", "przestań", nerwy gdy robił coś o czym wiedział, że nie wolno patrząc na mnie ze złośliwym uśmieszkiem. Irytujące zachowania. Frustracja gdy po powrocie z przedszkola proponowałam wspólne zajęcia a on wolał siedzieć i oglądać bajki, a kiedy z kolei nie miałam jak się nim zająć robił wszystko by przyciągnąć moją uwagę. Wiem, że to co piszę nie jest niczym odkrywczym. Wiele jego zachowań jest typowych dla 3.5-latka, wiele wynika z zazdrości o brata, a także jak się okazuje z niedotlenienia. Nie jestem pierwsza i ostatnia, nie radziłam sobie też z tą sytuacja najlepiej. Traciłam cierpliwość, darłam się na niego... Kiedy o 15 parkowałam samochód pod przedszkolem brałam głęboki oddech i... marzyłam by zatrzymać czas. A potem liczyłam minuty do tej 19-20. Na myśl o przerwie w przedszkolu z powodu Świąt czy choroby i spędzeniu z nim całego dnia cierpła mi skóra. Jednocześnie czułam się z tymi myślami podle, Z tym, że uciekam przed własnym dzieckiem, że najbardziej bym chciała by wyjechał gdzieś z tatą lub babcią na tydzień, dwa.  Bo on z jednej strony zachowywał się nieznośnie, a z drugiej powtarzał bardzo często "kocham Cię mamo".Wyrodna matka ze mnie co? Jak jakiś potwór. Próbowałam z nim rozmawiać, przytulić, ale odbijałam się od ściany. Mówiłam do niego a on w tym czasie na przykład  nucił jakieś głupie wyliczanki albo uciekał albo siadał mi na stopie i się huśtał choć wie, że tego nie znoszę i nie zgadzam się na to. We wtorek wieczorem pękło. Po diagnozie laryngologicznej poczułam się jak najgorsza z gorszych. Miałam  i mam potworne wyrzuty sumienia, że irytowałam się gdy powtarzał w kółko "co?" albo mówił głośno a przecież to nie jego wina... Że nie miałam do niego więcej cierpliwości wieczorami gdy sam już nie wiedział czego chciał, a to był przynajmniej do pewnego stopnia efekt niedotlenienia... Że irytowałam się na niego, gdy musiałam przerywać zakupy lub skrócić spacer z wózkiem na który szykowaliśmy się z godzinę i wracać do domu bo jęczał, że zmęczony i siadał na podłodze w sklepie lub ziemi. Najgorsze, że ja wiedziałam, przeczuwałam, że jest niedotleniony, widziałam, że coś jest nie w porządku, mimo to nerwy mnie ponosiły. Ryczeć mi się chce gdy o tym piszę. We wtorek wieczorem gdy Tomek już spał przyszłam do niego do pokoju, położyłam obok niego, przytuliłam. Piotrek się obudził i do północy po ciemku tuliliśmy się i rozmawialiśmy tak od serca Szczerze. Potem obudził się Tomek, nakarmiłam go i wróciłam do Piotrusia. Do rana spaliśmy przytuleni. Od tej pory jest lepiej.
Nie wiem czy mogę tak to określić, nie wiem czy to dobre słowa ale chyba pokochałam starszego syna nowo.





wtorek, 10 grudnia 2013

8 tygodni Tomaszka

Tomuś skończył 8 tygodni.
Drugi miesiąc to zapalenie płuc, szpital, ale też pierwszy uśmiech, początki zainteresowania zabawkami i skok rozwojowy jak podejrzewam.
Tomuś jest chłopcem  spokojnym, zdystansowanym o naturze obserwatora. Zwykle ma lekko zdziwioną minkę. Nie rozdaje uśmiechów na prawo i lewo, zwykle wnikliwie się wszystkiemu przygląda zanim  się uśmiechnie, a pierwszą osobą, którą spotkał ten zaszczyt był mój szwagier ;-) Uroczo wygląda z rozciągniętą uśmiechem buzią, ale jeszcze nie udało mi się uchwycić tego na zdjęciu. Interesuje się karuzelką, choinką i swoją matą oraz przede wszystkim starszym bratem. Jego może obserwować naprawdę długo.
Tomeczek lubi się przytulać i obserwować świat znad mojego ramienia. To taki trochę synuś mamusi. Przypomina Piotrusia, ale z wyglądu bardziej do mnie niż on podobny, no i ma moje oczy a to naprawdę wyjątkowe, cała rodzina męża ma brązowe oczy, a u niego ujawniły się własnie te recesywne geny niebieskich ślepków. Jego dzień zwykle podzielony jest na dwie części - tę spokojniejszą gdy Piotruś jest w przedszkolu i cyrk na kółkach gdy brat wraca. W pierwszej połowie dnia spokojnie śpi, relaksuje się, to dla nas czas na leżenie razem, przytulańce, spokojną zabawę. Kiedy wraca Piotrek staram się rozdwoić i Tomek często robi się niespokojny. Nadmiar bodźców męczy go. Potrzebuje wtedy przytulenia i wyciszenia, zwykle nie jestem w stanie mu tego zapewnić, bo mojej uwagi (co całkiem zrozumiałe) domaga się Piotruś, więc tulę go do siebie i zakrywam główkę kocykiem, w ten sposób się uspokaja. Zobaczymy co będzie dalej w miarę wydłużania okresów aktywności i poszerzania spektrum jego możliwości.
Ostatnie noce były ciężkie. Tomek przechodzi jakiś skok rozwojowy i mamy kryzys. Piotrek w nocy jadł szybko i momentalnie zasypiał odłożony do łóżeczka. Tomek jest bardziej wymagający, lub po prostu odreagowuje w nocy większą ilość bodźców niż miał jego brat. Kiedy już zaśnie po kąpieli śpi spokojnie i głęboko, od 21-22 do 2-3 w nocy. Potem budzi się, je i zaczyna się godzina lub dwie harców. Nie jest głodny ani spragniony, nic go nie boli, nie chce spać i jednocześnie drażni go to. Nie chce ciamkać cyca ani butelki ani smoczka uspokajacza, nie kręci go nawet propozycja snu pod kocykiem na moim brzuchem, za czym zwykle przepada. Jest to dla mnie potwornie frustrujące. Odłożony do łóżeczka porykuje, ale z nami też spać nie chce, kręci się , wierci, majta głowa na wszystkie strony leżąc na brzuchu. W końcu usypia, ale do rana śpi niespokojnie, wierci się, więc to dla mnie taka bardziej drzemka. Z tego powodu poranki są nerwowe. Zwykle nie udaje mi się zwlec o 6 by się ogarnąć i coś przegryźć zanim chłopcy wstaną. bo zasypiam na dobre ponownie koło 5. Nie słyszę budzika, o 7 budzi się Tomek i Piotr, więc niełatwo w godzinę nakarmić niemowlaka, ogarnąć starszaka, wyczyścić nosy, ubrać obu w zimowe ciuchy tak by zdążyć do przedszkola na śniadanie. No tak - sama też jakoś w międzyczasie próbuję się ubrać. Mam nadzieję, że to minie, bo jestem tym lekko wykończona i na samą myśl o przerwie świątecznej w przedszkolu robi mi się słabo, bo kiedy Piotrek tam jest to przynajmniej z Tomkiem mogę podrzemać ;-) Nic nie poradzę na to, że kiepsko znoszę takie wyrywanie ze snu.
Tomek powoli dochodzi do siebie po chorobie. Staram się jakoś wypośrodkować pomiędzy szczególnym dbaniem o niego w tym okresie a niespiecuszeniem. Ma anemię i w związku z tym odroczone szczepienia. Muszę podawać mu żelazo w kroplach, po którym niestety często boli go brzuszek, ale nie ma innego wyjścia. Po Świętach kontrolujemy morfologię i zobaczymy co dalej. Byliśmy na pierwszej wizycie w Poradni Wad i Zaburzeń Rozwoju (co za nazwa!) i będziemy chodzić tam na kontrolę co miesiąc w pierwszym roku życiu i co kwartał w drugim. Tak naprawdę nie jest to niezbędnie konieczne, bo Tomek spełnia tylko jeden z trzech warunków wcześniactwa, ale myślę, że skorzystamy. Tamtejsza pediatra zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, poza tym Tomek będzie na bieżąco oglądany przez neurologa, więc mogę być spokojna o jego rozwój, o to, że nic niepokojącego nie zostanie przeoczone. Tak na wszelki wypadek.











niedziela, 8 grudnia 2013

robot mama ;-)

Zanim w naszym życiu pojawiły się dzieci miałam w głowie wyidealizowaną wizję macierzyństwa, matki zajmującej się dziećmi z czułością i uwagą.
Tymczasem moje macierzyństwo te też chwile, gdy zmuszona jestem wyłączyć emocje i działać jak automat ;-)
Czasem jestem czułą mamą, każda czynność sprawia mi przyjemność, spokojnie, powolutku celebrujemy codzienność.
A czasem robotem ;-)
 Jestem dość impulsywna i czasem muszę się wyłączyć, odpłynąć myślami daleko, zdystansować się od tego co robię fizycznie by się nie denerwować i przenosić nerwy na dzieci. W myślach powtarzam sobie zwykle jakiś motyw muzyczny, piosenkę, czasem przypominam sobie Pana Tadeusza i takie tam, wszystko co w sytuacji gdy trzeba się rozdwoić, roztroić a jest to niemożliwe i potencjalnie stresujące pozwala mi zachować spokój i poczucie humoru.
Ot taki obrazek. Mąż w delegacji na drugim końcu Polski. Jestem sama z dziećmi. Dzisiaj moja mama miała imieniny. Jest to zawsze duża impreza rodzinno-koleżeńska, lubię znajome mamy i chętnie się z nimi przy tej okazji widuję.
W południe automat: spakować mleko, butelki, ciuchy dzieci na zmianę, pieluchy, nakarmić Tomka, przewinąć, położyć na leżaczku, Tomek niezadowolony protestuje, chciałby na ręce, wyłączam się i ekspresowo pomagam Piotrkowi ubrać odświętne spodnie i koszulę, Biorę Tomka na ręce, uspokajam, odkładam, za chwilę znów zaczyna protestować, przebieram się z dresów w coś bardziej odświętnego jednocześnie zagadując Tomka i Piotrka i próbując wytłumaczyć mu, że energiczne bujanie leżaczkiem Tomka nie wprowadzi w lepszy nastrój. Ubieram Tomka w kombinezon, pakuję do fotelika, zapinam, zanoszę na ganek i zaganiam tam Piotrka, w międzyczasie uświadamiam sobie, że muszę do toalety, szybka decyzja - wytrzymam pół godziny jazdy czy nie? Nie wytrzymam, pędem siku, ubieram Piotrka, ubieram zimowe buciory i przypominam sobie, że plecak z rzeczami został w kuchni, bieg do kuchni na piętach by nie zabłocić doszczętnie podłogi (szkoda czasu na rozsznurowywanie buciorów, Tomek już się niecierpliwi w foteliku), kurtka,a czapka, rękawiczki, włączyć alarm, wychodzimy. Ostrożnie schodzę na dół do garażu z ciężkim fotelikiem obijającym się o nogi, spadł śnieg i jest ślisko, jednocześnie wołam do Piotra by nie zbiegał tak szybko bo ślisko, Piotr łapie zająca, na szczęście nie płacze, docieramy do garażu, zapinam dzieciaki. Chwila oddechu i jedziemy.
Z powrotem kolejny automat. Mama pomaga mi ubrać dzieci, więc idzie szybciej. Piotrek bawił się świetnie z Mikołajem, kuzynem w drugiej linii, więc zostaliśmy dłużej niż planowałam. Widziałam, że jest zmęczony i już od 16 było jasne, że zaśnie mi w drodze powrotnej, więc celowo zostałam dłużej by dotrzeć do domu w porze pójścia spania skoro i tak i tak będzie półprzytomny, wolę to niż żeby mi spał od 17 do 19 a potem brylował do 23. Dojeżdżamy ok 18.45. Dzieciaki oba śpią. Nie jestem w stanie holować pod górę, na śliskiej ścieżce półprzytomnego, wściekłego Piotrka niosąc jednocześnie fotelik. Łapię więc sam fotelik i plecaczek, zostawiam śpiącego Piotrka w samochodzie i brnę pod górę po śniegu. Nie powinnam dziecka samego zostawiać w garażu, ciemno etc. ale nie mam innego wyjścia fizycznie. Rozpinam Tomkowi kombinezon, śpi. Szybka decyzja. Ekspresowo przygotowuję kąpiel dla Piotrka w górnej łazience, lekarstwa, picie. U mamy zaczął pociągać nosem, chcę ewentualną infekcję zdusić w zarodku, rozgrzać go, poza tym poprzedniego dnia wieczorem się nie kąpał i zwyczajnie jest brudny i spocony po szaleństwach z Mikołajem. Tomek nadal śpi. Biegiem na dół do garażu. Piotr śpi. Wiem, że może tak i półtorej godziny, nie wchodzi to w grę, w domu sam czeka niemowlak. Wiem z doświadczenia, że łagodne budzenie, przekonywanie by poszedł do domu nic nie dadzą, wiem, że będzie wył i będzie miał wredny humor bez względu na to czy będę czekać, czy będę łagodna, czy go zaniosę czy każe mu iść samemu, więc bezpardonowo zaświecam światło w garażu i wyciągam go z samochodu. Skoro ma się złościć niech to trwa jak najkrócej. Piotr rzecz jasna półprzytomny i wkurzony wyje. Żal mi go, ale nie mam zamiaru nieść 15 kg pod górę śliską ścieżką ani czekać nie wiadomo ile aż mu przejdzie, energicznie biorę go za rękę i brniemy pod górę. Zamykam uszy na marudzenie i jak automat powtarzam "wiem, że jesteś zmęczony, już niedaleko, łóżko już czeka, zaraz się umyjesz i pójdziesz spać". Uff docieramy na ganek. Zerkam do fotelika. Tomek nadal śpi. Dobrze. Zwykle marudzi gdy nie jedzie, postanawiam korzystać z tego. Rozbieram Piotrka i niosę na górę. Pakuje do wanny i szybko myję. jest zbyt zmęczony by umyć się sam. On w tym czasie wyje non stop. Lekarstwo jedno, drugie, wycieranie, przekonywanie by wstał w dywanika bo nie jestem w stanie w tej pozycji go wytrzeć. Maść rozgrzewająca, sól fizjologiczna do nosa, dokładne czyszczenia czytaj: przytrzymywanie na siłę wyjącego gada. Piżamka, do łóżka, płacz, że chce bajeczkę, czytam bajeczkę, buzi, gaszę światło. Uff, Tomek śpi, dobrze, przygotowuję kąpiel dla Małego, mleko, on tez poprzedniego wieczora nie był kąpany bo szwagierstwo się zasiedziało i nie chciałam go rozbudzać, więc jest brudny i polepiony mlekiem. Szynka kąpiel, karmienie, ufff tym razem zasnął bez problemów.
Schodzę na dól, siadam. Wszystkie punkty odfajkowane.

piątek, 6 grudnia 2013

o chrzestnej i płaceniu za błędy

Nie lubię przyznawać się do błędów. Jednak muszę. Wybór chrzestnej dla Piotrka to był bardzo duży błąd.
Oczywistym było, że chrzestnym zostanie brat mojego męża. Pozostała kwestia chrzestnej. W pierwszej kolejności szukaliśmy wśród rodziny. Szwagierkę ominęliśmy, bo po pierwsze jakoś tak tradycyjnie wyszliśmy z założenia, że jeden chrzestny z jednej rodziny, a drugi z drugiej, poza tym uważam, ze niebezpiecznie prosić na chrzestnych parę. Różnie się w życiu układa i potem są kwadratowe sytuacje, gdy ludzie są zmuszeni spotykać się przy okazji uroczystości rodzinnych. Jestem jedynaczką. Mam trzy kuzynki. Z jedną kontaktu nie utrzymuję w ogóle mimo, że mieszka w Krakowie. Druga mieszka od wielu lat w Hiszpanii. Jest Iwonka, super dziewczyna, ma świetny kontakt z dziećmi, ale posiada już dwójkę chrześniaków. Ona bardzo poważnie podchodzi do swoich obowiązków, a z materialnych kwestii ostatnie grosze wydaje na prezenty czy wyjazdy do chrześniaków, jest bezrobotna i bez jakiś świetnych perspektyw. Wiadomo, nie o prezenty tu chodzi, ale znam ją  i wiem, że i tak by sobie odmawiała wszystkiego dla dzieciaków, więc nie chciałam jej prosić i stawiać w trudnej sytuacji, choć na pewno by nie odmówiła. Mąż ze swoimi kuzynkami ma jeszcze słabszy kontakt niż ja. Pozostały koleżanki. Moja przyjaciółka jest niewierząca, wybraliśmy drugą w kolejności bliską mi koleżankę. Może nie przyjaciółkę, bo boje się nadużywać tego słowa, mam dwójkę przyjaciół od wielu lat, ale bliska koleżanka. Znamy się ze studiów, chodziła z moim mężem do liceum i na tej zasadzie się poznaliśmy, poniekąd jest więc naszą swatką J  Pod wieloma względami Martę podziwiam. Jest bardzo silną osobą, ma poukładane w głowie, a życie jej nie oszczędzało. Straciła ciężko chorego męża, podniosła się po tym, opiekuje się rodzicami,  robi karierę. Do tego super poczucie humoru i wiele pasji. Wiele dobrych chwil razem spędziłyśmy i pomijając wszystko możemy na siebie liczyć. Marta jednak ma jedną wadę, o czym przekonałam się stosunkowo niedawno. W momencie gdy na horyzoncie pojawiają się nowe ciekawe znajomości stare idą chwilowo w odstawkę, czekają w poczekalni.  Nie pielęgnuje ich.
Marta miała fajny kontakt z Piotrkiem, ona lubi dzieci, zajmowała się córką siostry wielokrotnie. Może nie widywała go bardzo często, bo dużo pracuje, chodzi po górach, uprawia sporty, a ja po narodzinach Piotrka odpadłam z takich activities, ale bywała u nas. Potem poznała faceta i zaczęła sobie z nim życie układać.  Życzę im jak najlepiej rzecz jasna. Od tej pory znacznie rzadziej dzwoniła sama z siebie, wychodziła z inicjatywą spotkania, wymawiała się brakiem czasu etc. Piotrka widziała w maju dzień przed urodzinami, potem jeszcze na chwilę wpadła w sierpniu. Czasem sms czy mail. Pracuje 10 minut samochodem od nas i codziennie dojeżdża do pracy autem. Odkąd urodził się Tomek zapowiadała się kilka razy na herbatę  w tygodniu (bo weekendy spędza z ukochanym), tak na godzinkę półtora między 17 a naszymi wieczornymi rytuałami.  Na herbatę po drodze do domu. Kilkakrotnie spotkanie przesuwała, raz z powodu choroby, ze trzy razy z powodu ciężkiego dnia w pracy. Ostatecznie umówiłyśmy się na dzisiaj. Sama chciała. Na szczeście nic nie wspominałam Piotrusiowi, zresztą od pewnego czasu w ogóle mu nie wspominam nauczona doświadczeniem, że to jego chrzestna .Wieczorem sms, że jest zmęczona i czy możemy spotkanie przełożyć. Zrobiło mi się już naprawdę przykro. Dzisiaj jest Mikołaj. Pewnie nawet o tym nie pomyślała. Piotrek jest gdzieś na samym końcu listy. Rozumiem, zmęczenie, ale…. To już enty raz i przestaje w to wierzyć. Pewnie jedzie gdzieś w góry albo chce spędzić miły wieczór z ukochanym, jak najbardziej to rozumiem, ale po pierwsze po co się umawia, po drugie wie, że odwołuje już któryś raz, po trzecie nie lubię takich wymówek. Niestety popełniłam błąd wybierając chrzestną i już tego nie zmienię.

Kurczę, pech nie chce nas opuścić. Wczoraj zapaliła się kontrolka w aucie męża. Pęknięta pompa paliwa. Wymiana – 2200 PLN. Kolejna rzecz po wymianę chłodnicy. Nie musze pisać, że auto jest mu niezbędne do pracy i nie może zabrać mojego, ponieważ bez auta Piotr nie pojedzie do przedszkola (zima, droga bez pobocza, rzadko jeżdżące autobusy i przede wszystkim młodszy brat w wózku – nie ma opcji bym szła drogą bez pobocza zimą przy kiepskiej widoczności z wózkiem i i starszym dzieckiem za rękę, auta tu jeżdżą jak szalone, nie będę ryzykować życia dzieci jeśli Piotrkowi coś głupiego do głowy strzeli). Nie napisze, że rok 2013 jest wredny, bo urodził się Tomek i to przebija wszystko, ale…. Niech się już skończy do cholery!

sobota, 30 listopada 2013

o zazdrości i problemach z uszami

Liczyłam się z tym, że gdy minie urok nowości i radość z powrotu mamy do domu, gdy Piotrek uświadomi sobie, że mały nie urośnie tak szybko to może zmienić nastawienie do brata. Niestety tak się stało. Nie no, tragedii nie ma, po prostu fascynację, zainteresowanie i czułość w stosunku do Tomka zastąpiło częściowo lekceważenie i ignorowanie. Nie ma otwartej niechęci, wrogości czy agresji. Piotrek nadal alarmuje gdy Mały płacze, podaje mu smoczka, pogłaszcze po główce, ale dużo mniej. Częściej po prostu bawi się obok. Wczoraj wieczorem w końcu udało mi się porozmawiać z nim na ten temat, a nie jest to proste, bo Piotr przechodzi teraz jakiś ciężki okres (o tym później), ignoruje mnie, zmienia temat i generalnie niełatwo z niego cokolwiek wyciągnąć. Powiedział, że chciałby by Tomek mieszkał u babci Marysi i że ciągle tylko płacze i płacze i boli go od tego głowa. Rozmawialiśmy długo, w końcu stwierdził, że brat może zostać i dzisiaj był już w stosunku do niego czulszy.
Nie mam złudzeń - nasz pobyt w szpitalu wiele popsuł w jego nastawieniu do brata niestety :-( Kiedy leżałam w szpitalu po porodzie był na to przygotowany, rozmawialiśmy wielokrotnie gdy byłam w ciąży i tłumaczyłam mu, że przez kilka dni będę musiała zostać z maluszkiem w szpitalu. Nie było to dla niego zaskoczeniem. Panowała radosna atmosfera, wszyscy cieszyli się z narodzin malutkiego, chodził do przedszkola, było ciepło i słonecznie, spędzał dużo czasu na polu - w jego przypadku to ważne, bo jest klasycznym meteopatą. Tym razem zupełnie inaczej. Jednego dnia idzie z mamą i bratem do przychodni, nie czuje się zbyt dobrze, wie, że i on i brat są chorzy ale mama jedzie do szpitala z Tomkiem, nie z nim. Jego chorego zostawia. Poczuł się przeze mnie porzucony na rzecz Tomka. Mąż i babcie martwili się, nie chodził do przedszkola, siedział w domu, było szaro i ponuro. Nietrudno sobie wyobrazić jak się czuł.... Wiem, że jest na mnie trochę obrażony, nie siada obok mnie gdy trzymam na rękach Tomka.
Wiem, że pewnie przejdzie przez różne fazy i jego stosunek do brata będzie się jeszcze zmieniał. Niestety sprawy nie ułatwia jego zachowanie. Jest od pewnego czasu po prostu nieznośny i po powrocie z przedszkola i w weekendy. Kompletnie mnie ignoruje, ma kręćka, z irytującym uśmieszkiem robi rzeczy, których mu nie wolno (na przykład suwa meblami, wciska się za nie, znosi tam pełno rzeczy, siada mi na stopie  mało jej nie łamiąc, przerywa nam rozmowę, nudzi w kółko o to samo, wrzeszczy na cały dom zamiast przyjść i spytać, kładzie zabawki na stole miedzy talerzami z jedzeniem  a ja... no cóż często nie stawałam i nie staję na wysokości zadania, zwłaszcza gdy będąc sama z nimi w domu byłam uziemiona podczas karmienia, a on akurat coś demolował. Od powrotu do domu po porodzie naprawdę się staram poświęcać mu jak najwięcej czasu, kiedy Tomek śpi lub spokojnie czuwa rzucam wszystko inne by spędzić z nim czas, to ja towarzyszę mu podczas kąpieli i czytam bajkę na dobranoc. Tomek nie zawsze wtedy śpi i czasem musi nam towarzyszyć, wiem, że Piotr za tym nie przepada, że wolałby w tym czasie mieć mamę na wyłączność. Rozumiem, że jest mu trudno, ale też jestem tylko człowiekiem i czasem krzyknę. Mam poczucie porażki rodzicielskiej. Tęsknił za mną, a gdy wróciłam złoszczę się na niego, to tak w skrócie, z drugiej strony wiem, że nie mogę tłumaczyć wszystkiego adaptacją do nowych warunków, że trzeba gdzieś postawić granice taryfy ulgowej i nie mogę tolerować wicia się i wyrywania podczas ubierania na przykład, nie może to trwać tyle ile trwa, że ręce po powrocie trzeba absolutnie umyć i basta, a nie teatralnie leżeć na podłodze przed drzwiami łazienki i buczeć etc
Problematyczne stało się jego zasypianie w samochodzie, zwłaszcza gdy jest zimno. Dopóki nie urodził się Tomek OK, mogłam z nim chwilę w garażu posiedzieć,rozumiem, że nie jest przyjemnie w stanie rozespania wspinać się ścieżką pod górę. Teraz nie wchodzi to w grę bo Tomek momentalnie się budzi i protestuje w foteliku i jeśli męża nie ma w domu to robi się nerwowo. Budzę Piotrka, który nawet jeśli spał zaledwie kilka minut zaczyna wyć i marudzić i żąda wzięcia na ręce i zaniesienia do domu, a ja nawet gdybym nie niosła fotelika nie jestem w stanie wnieść go tą stromą ścieżką pod górę. Jest dla mnie za ciężki. Zaczyna się więc nerwówka, ja z fotelikiem i drącym się w nim Tomkiem, na ścieżce stoi lub leży naburmuszony i wyjący Piotr, wiadomo, że nie mogę go zostawić bo nie mamy ogrodzenia a ulica ruchliwa i nie wiadomo co by mu do głowy strzeliło - armagedon. Nienawidzę tego. Bywa, że wyjeżdżamy w dobrym nastroju a gdy docieramy do domu mam go serdecznie dość.
Nie jest tak zawsze, ale często.
Poza tym umówiłam Piotra na grudzień do laryngologa, bo pewne rzeczy mnie niepokoją i mogą mieć wpływ na jego zachowanie. Mam wrażenie, że albo ma przytkane uszy, albo wodę w uszach albo przerośnięty migdał, albo zatkany nos, nie wiem. Piotrek cierpiał na nadprodukcje woskowiny i regularnie odwiedzaliśmy laryngologa na czyszczenie uszu. Za każdym razem była to walka, trzy osoby musiały go trzymać i miał potem traumę. Ostatnio byliśmy tam około rok temu, wtedy usłyszeliśmy, że nadprodukcja się zatrzymała i wystarczy domowa higiena uszu, z czego bardzo się ucieszyłam. Miał też wtedy badany słuch i wyniki wyszły super. Bez zarzutu. Teraz jednak ewidentnie coś jest nie w porządku. Gęsty katar ciągnął się za nim długo, obecnie kataru już na pewno nie ma a dalej mówi przez nos. Bardzo często mówi głośno i nie wiem czy to efekt przedszkola, gdzie jest gwar czy po prostu sam siebie nie słyszy. Często słyszę "co?" i nie wiem czy faktycznie nie słyszy czy to takie droczenie się z nami, bo zwykle towarzysz temu ten irytujący uśmieszek gdy wpada w kręćka. Robiłam eksperymenty, stawałam za nim znienacka i mówiłam coś cicho lub szeptem. Raz reaguje a raz nie. Gdy jest spokojny i wyciszony mówi trochę ciszej, więc może przesadzam? Kiedy siedzimy w samochodzie po odebraniu z przedszkola i z nim rozmawiam czasem siedzi, patrzy w okno i nie reaguje na moje pytania i znowu nie mam pewności czy mnie po prostu nie słyszy, czy ignoruje czy jest zwyczajnie zatopiony we własnych myślach. No i ostatnia sprawa. mam wrażenie, że mówi niewyraźnie, na pewno mniej wyraźnie niż kilka miesięcy temu. Widząc go codziennie nie zauważyłam różnicy, uderzyło mnie to po 10-dniowej rozłące gdy urodził się Tomek. Pytanie czy to wynik tego, że z jakiegoś powodu gorzej słyszy własne słowa czy niechlujstwo? W każdym razie dobrze by ocenił to specjalista.
Na koniec kilka fotek.











wtorek, 26 listopada 2013

poszpitalnie:-)

Wychodzimy dzis do domu.
To byl pierwszy moj pobyt na oddziale dzieciecym. Oby ostatni. Garsc refleksji.
Naprawde super lekarze i pielegnuarki pracuja na Strzeleckiej w Krakowie. Wszyscy mili i pomocni. Nie znosze balaganu przychodniowego i latania za lekarzem by cos sie dowiedziec. Tutaj luz i spokoj. Wiedzialam, ze zawsze ok 13-14 zostane poproszona na rozmowe przez lekarz prowadaca i otrzymywalam komplet informacji. Za wyjatkiem weekendu rzecz jasna gdy na oddziale byl tylko lekarz dyzurny. Pielegniarki mnostwo serca wkladaja w swoja prace, dostosowywaly sie w miare mozliwosci do rytmu dziecka i jego potrzeb. Nie chcialabym tu wracac, ale te panie bede milo wspominac. W raze potrzeby mzna bylo wyjsc ze szpitala na chwile zostawiajac dziecko pod ich opieka.
Warunki - wiadomo, ze szpital to nie hotel, ale przyzwoite. W czesci dla dzieci do lat 3 gdzie przebywalismy sa sale z 3 lozeczkami, lazienka z pryszncem na 2-3 sale, kuchnia z lodowka i mikrofala, na salach wanienki, dla rodzicow takie fotele rozkladane na plasko. Twarde i trzeba miec wlasny koc i poduszke, ale w porownaniu z innymi szpitalami gdzie rodzice spia na podlodze lub tym co przywioza z domu calkiem w porzadku. Za niewielke pieniadze mozna zamowic dla siebie posilki do pokoju, smaczne i obfite zamiast liczyc ze odwiedzajacy doniosa obiad lub stolowac sie poza szpitalem.
Przetestowlam tez na sobie, ze tym co mi najbardziej przeszkadzalo i dolowalo podczas pobytow w szpitalach po obu porodach byla obecnosc innych osob w pokoju. Nie cierpie dzielic pokoju z obcymi ludzmi, zwlaszcza w nocy. Tak mam. Cierpie gdy brak mi wlasnej ograniczonej scianami przestrzeni. Tym razem bylismy caly czas sami i wszystko znioslam psychicznie duzo lepiej. Wprawdzie sciany czesciowo szklane, ale namiastka prywatnosci byla.
I brak mi ciemnosci w nocy, zle spie w polmroku.
Okazalo sie tez, ze jestem pancerna matka. Przypszczam, ze gdybym trafila do szitala z malenkim Piotrkiem lzy by mi lecialy przy zmianach wenflonu etc. Przy starszym Piotrze jednak przeszlam szkole zycia gdy przez dlugi czas musialam go unieruchamiac nogami na podlodze by podac jakikolwiek syrop lub wyczyscic nos, gdy 3 osoby musialy go trzymac podczas czyszczenia ucha, uodpornilam sie na to psychicznie i w porownaniu z tym wszystkim  niemowlak w szpitalu nie jest dla mnie wyzwaniem. Latwo go uspokoic po nieprzyjemnym zabiegu, zwaszcza majac swiadomosc, ze on sam poki co zaraz wszystko zapomni. Pielegniarki poczatkowo mialy obawy czy powinam patrzec na zmiane wenflonu, ale szybko przekonaly sie, ze nie mdleje i nie panikuje w przeciwienstwie do kilku innych matek. Wenflon w glowce wygladal nieciekawie, ale doszlam do wniosku, ze jest wygodniejszyj przy pielegnacji dziecka niz wklocie w raczke.
Tomus byl bardzo spokojny, kochany. Dzielnie wszystko zniosl. Teraz czekaja nas inhalacje, kontrola w przychodni, lapanie moczu i kontrola w poradni dla wczesniakow w tym szpitalu, na ktora tak czy siak bylismy zapisani juz po powrocie do domu po urodzeniu. Trzeba ustalic o ile mamy odroczone szczepienia. Bedziemy do tej poradni chodzic regularnie choc Tomek jest minimanym wczesniakuem, dzieku temu bedziemy pod opieka neurologa na NFZ a po doswiadczeniach z napieciem miesniowym Piotra jestem na tym punkcie przewrazliwiona. W sumie nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszlo. Z powodu wczesniactwa Tomek czesc platnych szczepien ma za darmo.

niedziela, 24 listopada 2013

chorujemy i prezenty

Dalej chorujemy. Trzecia doba na antybiotyku. Wydaje mi sie, ze jest lepiej ale boje się cokolwiek myslec, bo sytuacja zmienia sie jak w kalejdoskopie. w piatek rano tez odnosilam wrazenie, ze mamy poprawe a potem nastapilo pogorszenie. No niestety zapalenie pluc :-(
Generalnie do d.... Ja zle znosze szpitale choc wszyscy sa mili i pomocni. Tylek i kregoslup mi wysiada od siedzenia na twardym krzesle lub lezance. Maz chory goni w pietke bo musi do konca listopada przetargi pozamykac, poklocil sie z tesciowa, ktora pomaga bardzo przy Piotrku ale tez czepia sie o rozne domowe sprawy. Piotrus teskni, nie mam jak sie z nim zobaczyc bo nadal nie wyszedl do kobca z przeziebienia a nawet gdyby to musialyby z nim przyjechac dwie osoby by jedna mogla najpierw do nas wejsc na gore i bym mgla je wytlumaczyc co i jak.
Ratuje mnie tablet i net. Nie jestem w stanie skupic sie na ksiazce, na gazecie wiec zamiast siedziec i gapic sie w sciane stukam w ekran jednabreka druga lulajac. Nadal jestesmy sami w pokoju, nie nawiazuje kontaktow z babkami z sasiednich pokoi bo boje sie, ze przejme w ten spisob cos od ich dzieci i przekaze Tomkowi. Rozmawiam tylko z pielegniarkami i lekarka. Zeby nie zwariowac szukam w necie inspiracji na prezenty bozonarodzeniowe dla dzieci i oddaje sie swojemu hobby  - wyszukuwaniem na allegro uzywanych perelek dla dzieci za grosze.
Na razie zdecydowalam sie na deske lub dysk do balansowania dla Piotrka, a teraz szukam cuekawych klockow magnetycznych a'la Geomag, oryginalnensa fajne ale za drogie.

czwartek, 21 listopada 2013

niestety

Wygląda na to, że zadomowimy się tutaj na dłużej :-( Tomek ma się lepiej, mniej kaszle i nadal czysty osluchowo. Niestety drugie rtg wykazało początki zmian w płucach. Zdaniem lekarki tragedii nie ma i tak bywa u wczesniaczkow. Tomek jest jeszcze malutki. Niby ma 5 tygodni ale nie osiągnął jeszcze 4 kg. Konieczny jest dozylny antybiotyk. Lekarka wstrzymuje się do jutra, bo jutro będą wyniki posiewu z moczu i w razie gdyby wyszły jakies bakterie to dobierze antybiotyk tak by zadziałał na obie sprawy. Zwykle leczenie trwa ok. tygodnia, czasem dłużej.
Jedyny plus jak slusznie zauwazyla Kiiki to to, że Tomek może do woli nacieszyć się mamą na wyłączność. Noszę go lub kanguruje by jak najwiecej czasu spędzał w pozycji pionowej, więc  jeśli tylko go nie kluja jest przeszczesliwy. Ciekawe jak przestawi sie z powrotem na domowy zgielk. Tu jestesmy sami na sali, cicho, spokojnie.


środa, 20 listopada 2013

Tomis chory w szpitalu.

Przepraszam za brak polskich czcionek. Pisze z tableta i nie ogarnam jeszcze funkcji podpowiadania.
Jestem z Tomkiem w szpitalu wojewodzkim na Strzeleckiej w Krakowie. W weekend Piotr dostal kataru. We poniedzialek wieczorem Tomek zaczal pokaslywac. Zabralam ich obu do lekarki we wtorek i o ile Piotrek OK, tylko gesty katar do rozrzedzenia o tyle z Tomkiem nieciekawie. Pediatra stwierdziła, ze osluchowo jest czysty, ale u takich maluszkow kazdy kaszel jest niepokojący, ze zapalenie pluc u nich czesto przebiega bezobjawowo i dopiero na zdjeciu rtg widac zmiany. No i ona sama nie moze nic przepisac bo takim malenstwom leki podaje sie dozylnie. Dostalismy skierowanie do szpitala jesli do rana sytuacja sie nie poprawi. Cale popoludne bilam sie z myslami. Balam sie, ze ze szpitala przywleczemy jakies inne swinstwo, zwlaszcza ze Tomek je i spui normalnie. Piotrkowi jednak sie pogarszalo, Maciek wrocil caly zakatarzony i Tomek tez bardziej kaszlal, wiec zdecydowalam, ze jedziemy.
Wybralam ten szpital, bo wiele osob odradzalo mi uniwersytecki w Prokocimiu z powodu podejscia lekarzy i warunkow dla rodzicow. Przyjeli nas ekspresowo, od razu rtg i badania. Rtg w porzadku, nie jest to zapalenie pluc. Przynajmniej narazie. Raczej ostre przeziebienie i dobrze ze tu przyjechalismy, bo u takich niemowlat sytuacja moze zmieniac sie z godziny na godzine. Tomek osluchowo jest czysty, wyniki ma w porzadku poza anemia, wymaz w kierunku wirusow i bakterii ujemny. Na razie obserwacja, inhalacje, oklepywanie, kroplowka z glukoza, monitorowanie saturacji. Zobaczymy jak wyniki jutro. Mam nadzieje, ze nie bedzie konieczne wprowadanie antybiotyku, bo wtedy zostanuemy tu na caka kuracje czyli ok 10 dni. Tomek jest spokojny, kochany, podbil juz serca pielegniarek :-)
Mam przepustke i moge wychodzic, wrecz zachecaja mnie bym wyszla gdy Mlody spi dla higieny psychicznehj i dzis wyskoczylam do sklepu na sasiedniej ulucy. To dla mnie wazne bo źle się czuje w zamknieciu zwlaszcza ze nie ma kto mnie zmienic - Maciek i tesciowa chorzy, Piotrek u mojej mamy bo koniecznie musi sie dokurowac do naszego powrotu. W poniedzialek bede musiala wyjsc i poprosic pielegniarke o jedno karmienie bo mam otwarty kanal w zebie i po prostu musze isc do dentysty na kolejne czyszczenie z ropy.
Warunki sa dobre. Mam rozkladany na plasko fotel, twardy ale da sie spac, moge zamowic posilki dla siebie do pokoju. Szkoda ze sciany czesciowo z okien, zle spie gdy nie jest ciemno. Wkurza mnie tylko podejscie do karmienia mlekiem modyfikowanym. Nie, nikt nie robi problemu z dokarmiania, nie ma tu terroru i fanatyzmu laktacyjnego, ale zasady szpitalne sa takie, ze to szpital mleko dostarcza. Nie wilno robic mieszanki samemu. Absurd bo akurat moj syn pije mm innej marki niz szpitalne a nie wolno zmieniac mleka z karmienia na karmienie. Zawsze stopniowo przez kilka dni. No ja na pewno nie bede w tym momencie fundowac Tomkowi rozstroju zoladka. Podgrzalam we wlasnym czajniczku wode zrodlana, wlalam do termosu i gdy przychodzi pora karmienia prosze pielegniarke o mleko po czym wylewam i przygotowuje po kryjomu wlasne,
Tesknie za Piotrkiem. Mam wyrzuty sumienia. Byl nieznosny od soboty i nawrzeszczalam na niego we wtorek przed wizyta w przychodni i teraz ciezko mi ze swiadomoscia, ze teskni. Moze uda mi sie z nim spotkac na chwile na spacerze w weekend. Do domu mam za daleko, jestem bez auta, mysialabym chyba brac taxi a to by byly duze kwoty. Z Mackiem wole chwilowo nie mieć kontaktu, bo jeslui sie zaraze to padaka -  kto wtedy zajmie sie Tomkiem w szpitalu? Wywala mnie. Musze byc zdrowa.
Eh tak sobie mysle, ze ktos tam swietnie sie mna bawi.... odkad wrocilismy do domu po porodzie bylo tylko kilka normalnych spokojnych dni, takich ze spacerkiem i spokojnym cieszeniem sie dziecmi. Ciagle ktos chory, smrody z przeszlosci, mega nieprzyjemne spawy, bieganie po urzedach, nerwy, zapalenie okostnej, kanalowka w trzech zebach a teraz szpital. Wiecie ze brat Macka jeszcze nie widzial bratanka? Grazyka pozno wraca z pracy wiec tylko w weekend mofga podjechac do nas a wiecznie ktores z nich chore, teraz my w szpitalu, no kurcze pozna go jak Tomek bedzie mial 2 miesiace jak nic albo i wiecej choc mieskamy 15 min drogi autem od siebie. Porazka jakas :-/

-

środa, 13 listopada 2013

poniedziałek, 11 listopada 2013

Spadek nastroju i klody pod nogami :-/

Przepraszam za brak polskuch czcionek. Ostatni tydzien byl trudny dla mnie. Najpierw sie rozchorowalam, wiec chodzilam po domu w maseczce i psikalam rece Octeniseptem bojac sie zarazic Tomka i Piotrka. Chyba sie udalo ich uchronic. We wtorek, akurat w moje imieniny dotarlo do mnie pewne pismo z pewnej instytucji. Niestety kolejny raz wraca przeszlosc. Czeka mnie sporo chodzenia po instytucjach, konsultacji z prawnikami, prawdopodobnie bede musiala wystapic na droge sadowa. W srode musialam w zwiazku z tym zostawic Tomka z moja mama i zalatwiac kupe spraw a i tak najwazniejszej jeszcze nie zalatwilam, czeka mnie nieprzyjemna rozmowa pod koniec tego tygodnia lub na poczatku kolejnego. Kiedy ujrzalam to pismo podlamalam sie. Ulotnily sie endorfiny i wyszlo ze mnie cale zmeczenie i napiecie, co w polaczeniu z choroba, szaruga za oknem, spadkiem cisnienia wywolalo lzy zalu ze 3 tygodnie po porodzie zamiast odpoczywac, karmic i napawac sie macierzynstwem ja musze zostawiac noworodka z babcia i chora w ulewie jezdzic, zakatwiac i kombinowac jak zadzialac by nie wykonac jakiegos falszywego kroku, bo konsekwencje moga byc powazne i dotknac cala moja rodzine. W piatek otrzasnelam sie jakos, pogoda znow zrobila sie piekna a wtedy wieczorem zaczal pobolewac mnie zab. Zeby to moj wielki pech, bardzo slabe mam. W nocy bolal tak ze musialam zazyc ketonal bo inaczej wylabym z bolu. Odciagniety pokarm wylalam.....Rano moj zaufany dentysta. Mam rope pod korzeniem dwojki, oraz czworki i piatki, zgorzel i zapalenie okostnej. Trzeci dzien jade na ketonalu bo nic innego nie pomaga a Tomek je wylacznie mm. Taka do d.... matka ze mnie. Albo nie mam pokarmu a jak troche jest to taka historia. Jestem bardzo nieodporna na bol. Probowalam bezpiecznych srodkow przeciwbolowych ale nie daje rady. Poki co boli tak ze bez ketonalu nie daje rady nawet zamknac ust bo najlejszy nacisk jest nie do wytrzymania, nie wspominajac o jedzeniu:-( Czeka mnie kilkuetapowe leczenie kanalowe trzech zebow, najgorsze ze w dwojce byla juz duza plomba wiec ten zab moze nie wytrzymac a wtedy dodatkowo trzeba bedzie zrobic sztyft i korone. Za 900 pln. Na nfz nie pojde. Chodzilam i to sa efekty. Te zeby leczyl wczesniej dentysta na fundusz. Nawet calkiem niedawno.... tak sie cieszylam ze ostatnia prowizja za polowe pazdziernika przed glodowym macierzynskim byla dobra, planowalam przeznaczyc ja na "fundusz pieluchowy" i troche optymistyczniej widzialam finansowo najblizsze miesiace. Niestety, pojdzie na leczenie zebow. Co uda nam sie cos wiecej zarobic to nam to los zabiera. Juz ktorys raz. 2 tyg temu tysiak poszedl na wymiane chlodnicy....

poniedziałek, 4 listopada 2013

poniedziałek, 28 października 2013

pierwsze dni w domu

W miarę zaaklimatyzowaliśmy się w domowej rzeczywistości.
Mam fantastyczne dzieciaki :-)


Jak Piotruś? W środę gdy okazało się, że wypisuja nas ze szpitala Piotrek był u mojej mamy. Przez kilka dni nie chodził do przedszkola ze względu na kaszel. Nie spodziewaliśmy się wypisu w środę po zapowiedziach lekarzy we wtorek, że chcą sprawdzić, czy przyrost wagi Tomka jest stałym trendem, więc Maciek nie zdążył pojechać wcześniej po niego. Najpierw odebrał nas, a potem przywiózł Piotrka. Gdybyście słyszały ten pisk radości gdy zobaczył mnie w drzwiach :-)))) Zaraz potem padło pytanie "czy jest już Tomek?", pobiegł do leżaczka i zaczął skakać z radości i delikatnie głaskać braciszka. Następnie kolejny wybuch euforii gdy zobaczył super mega wypasiony wóz strażacki, dokładnie taki o jakim marzył. Był przeszczęśliwy. Bardzo interesuje się dzidziusiem, ciągle do niego podchodzi, mówi, że go "pilnuje", głaszcze po główce, buja, komentuje, mówi do niego. W przedszkolu podobno mówił , że "tęskni za braciszkiem" i że "brat ciągle śpi i śpi". Krótko mówiąc póki co nie okazuje bezpośrednio zazdrości ani nie ignoruje tematu, raczej chwali się Tomkiem. W piątek miał pasowanie na przedszkolaka, na które przyszła też teściowa z Antosiem i obiecała mu, że przyjadą potem do nas. Troche to trwało, bo Antek utknął na przedszkolnym placu zabaw, a Piotrek po prostu nie mógł się ich doczekać, kiedy tylko przyjechali pociagnął ich do łożeczka by sie pochwalić bratem:-) Sprawia wrażenie podekscytowanego faktem, że jest starszym bratem. Nie może znieśc gdy Mały płacze. Ja poznałam Tomka już na tyle, że wiem, że nie nie ma sensu biegnąć do niego od razu gdy zaczyna kwękać, bo podobnie jak Piotr budzi się na raty. Kwęknie, przysypia, i tak kilka razy. Próby nakarmienia go od razu są bez sensu bo zaśnie natychmiast, dlatego spokojnie czekam aż rozbudzi się na serio. Piotruś natomiast z oburzeniem przybiega do nas co chwila informując, że "Tomek płacze", że "trzeba dac mu jeść", żebym wzięła go na rączki. Słodkie to.
Przyjęliśmy zasadę, że nie uciszamy Piotrusia i nie podporządkowujemy życia rodzinnego niemowlakowi gdy jest poza naszą sypialnią. Na parterze toczy się normalne życie, Piotrek bawi się, biega i nie zabraniamy mu tego, gdy brat leży sobie w leżaczku lub łożeczku turystycznym w salonie. Jeśli będzie mu to przeszkadzało zawsze ma swoje główne łożeczko w naszej sypialni, mamy na tyle duży dom, że każdy znajdzie spokojne miejsce.
Nie twierdzę bynajmniej, że jest różowo i cukierkowo. Piotruś rzecz jasna odreagowuje stres i emocje, a objawia się to u niego totalnym kręćkiem i wariactwem. Sobotę spędziłam praktycznie całą sama z dzieciakami i momentami nie było lekko. Piotrek jest rozemocjowany, biega, skacze, non stop coś mówi, śpiewa i domaga się uczestnictwa w zabawach. Testuje nas trochę w zawoalowany sposób, na przykład gdy karmię Tomka i mam ograniczone możliwości ruchu on prosi bym podała mu jakąś rzecz, przychodzi wieczorem do sypialni gdy próbuję wyciszyć Tomka podczas karmienia i zaczyna swoje monologi, ale nie jest to zbyt uciążliwe. Dajemy radę. Na wspólnym spacerze w niedzielę testował nas na zasadzie, że teraz chce iść w tym kierunku, a teraz nie, że chce siąść na ławce, a gdy siedliśmy i karmiłam Tomka nagle stwierdzał, że mu się znudziło i pragnie biec dalej. Jednym słowem testuje owszem tak "podskórnie".  Staramy się ze wszystkich sił pokazać mu, że nadal jest ważny. Komplementuję go na każdym kroku jakim jest super straszym bratem, ale nie wałkuję tematu dzidziusia non stop, by mu nie obrzydł. Niestety efekt uboczny pojawienia się Tomka, który jest karmiony mieszanie to powrót uwielbienia dla butelki. Piotrek długo pił mleko mm z butelki, za późno zaczełam go uczyć picia mleka z kubka. Było już lepiej, już nie domagał się jej codziennie ale teraz prosi co chwilę. Nie bardzo mam pomysł co z tym fantem począć, a nie mogę tego tak zostawić bo przyczynia się to do jego problemów logopedycznych.
Tomek póki co przesypia większość dnia. Trochę mu sie poprzestawiało. Nie przeszkadzają mu odgłosy domowe, nawet wiertarka, ale w nocy śpi czujniej. Mam ponadto jeszcze trochę niedojrzały układ pokarmowy i czasem po karmieniu boli go brzuszek, trzeba go masować, nosić lub położyć się brzuchem do brzucha, i to zwykle dzieje się albo po karmieniu wieczornym ok. 20.00 lub między 2 a 3 w nocy. Czasem ląduje więc w nocy u nas w łóżku, bo działa na mnie jak najlepszy środek usypiający i gdy się z nim tak położę w półmroku na kangurka to obydwoje odpływamy. Nie są to jednak na szczęście kolki, można temu zaradzić. Widziałam ataki kolki, to nie to. Dzisiaj noc minęła bez bólu brzucha. Jak mały zegarek budzi się w dzień co 3 godziny na karmienie, a w nocy co 2-2.5. Pory aktywności Tomek póki co ma kiepsko zgrane z naszymi potrzebami logistycznymi, a mianowicie wieczorem od ok 19.30 do 21.00 i rano miedzy 6.00 a 7.30 czyli akurat wtedy gdy potrzebuję czasu dla starszaka ;-) Z tego względu najtrudniejsze są poranki i wieczory - w tej kolejności. Jeśli jest Maciek to OK, ale specjalnie w piatek testowałam opcję radzenia sobie samej i jest to możliwe, acz momentami trudne. Klucz do sukcesu to nastawić budzik i wstać 20 min przed wszystkimi oraz wieczorem przygotować ciuchy dla dzieciaków oraz dla siebie i ewentualnie spakować plecaczek na spacer czy jakieś inne wyjście. Wtedy mam szansę sie umyć, ubrać, zjeść, ogarnąć w miarę spokojnie dzieciarnię i uniknąć totalnego bajzlu w domu, czego nie znoszę. Inaczej robi się nerwowo. Pierwotnie miałam zamiar kapać Tomka co drugi dzień, ale widzę, że jednak będziemy robili to codziennie. Kąpiel trwa wprawdzie chwilkę, bo Mały póki co szybko się wychładza, ale dzięki temu nakarmiony śpi potem 2-3 godziny, czyli mamy wieczór dla siebie. W dni bez kąpieli włącza mu się wtedy czuwacz i o wieczorze we dwoje możemy zapomnieć. Stwierdziłam też, że nie ma się co stresować nadmiernie gdy czuwa kiedy przychodzi czas wieczornych rytuałów Piotrka. Jeśli tylko nic go nie boli można to spokojnie pogodzić. Raz kąpałam Piotrka i bawiłam się z nim w łazience przy Tomku obserwującym wszystko z leżaczka i czytałam starszakowi przed snem z braciszkiem na rękach. Po prostu nam towarzyszy. Aczkowliek zaliczyłam już sytuacje gdy i jedno i drugie potrzebowało mnie teraz zaraz natychmiast - Tomek bo brzuszek i kupsko, Piotrek bo obudził sie z krótkiej drzemki zasikany i nieszczęśliwy i to było trudne, przyznaję. Na razie nie mamy jeszcze wypracowanego rytmu co do wieczora, raz najpierw jest kąpiel i usypianie Tomka, innym razem wcześniej pada Piotr - to zależy od tego jaki był dzień i o której Tomek zje późnym popołudniem, bo staramy się kąpać go ok 1.5h po jedzeniu.
Powiem tak - bardzo się cieszę, że róznica wieku między braćmi jest taka, a nie mniejsza. Gdyby Piotrek był młodszy, gdyby nie chodził do przedszkola, gdyby nie potrafił sam sobą się zająć (poza momentami wariactwa), gdyby trzeba było na niego non-stop uważać by nie zrobił sobie krzywdy byłby hardcore. Chociażby poranki. Jeśli obaj obudzą sie jednocześnie mogę go po prostu zawołać do siebie, sam się ubierze (no przynajmniej majtki, skarpetki i spodnie), umyje ręce i zęby, nie muszę przy nim wszystkiego robić i to jest duże ułatwienie. Że nie wspomne o buncie dwulatka, na samo wspomnienei robi mi się słabo.
Kilka fotek. O pasowaniu na przedszkolaka napiszę osobno, bo tak ważne wydarzenie w życiu mojego starszego syna zasługuje na osobny wpis.

dumny starszy brat

 wózkopomocnik
wózkowy majster (zwróćcie uwage na skrzynkę z narzędziami w koszu wózka)
prezent od Tomka
i Tomuś