wtorek, 29 stycznia 2013

O KSIĄŻKACH ULUBIONYCH

Post z gatunku "ku pamięci". O książkach, które jak do tej pory najbardziej przypały do gustu mojemu 2.5-letniemu synowi. Mamy lub wypożyczyliśmy znacznie więcej, ale te są ulubione.

Czytelniczą przygodę rozpoczęliśmy od małych kartonowych książeczek w takich "dmuchanych" okładkach z serii "Obrazki dla maluchów" (Emilie Beaumont, Nathalie Belineau, Wydawnictwo Olesiejuk). Mieliśmy ich bardzo dużo, w tym momencie czyta je młodszy kuzyn Piotrka. Piękne ilustracje "ulepione" z plasteliny, twarde kartki wytrzymałe na dziecięce ząbki, zaokrąglone rogi, więc nie ma ryzyka, że niemowlak skaleczy sobie oko wymachując książeczką.
 Kiedy Piotruś podrósł przerzuciliśmy się na większe pozycje z tej serii  - dwa razy większe, ilustracje w formie historyjki obrazkowej z podpisami albo obrazków do wyszukiwania szczegółów, również twarde strony. Na fotce są trzy pozycje mamy ich więcej. Przeglądamy je do dzisiaj.
Równolegle z obrazkami dla maluchów przeglądaliśmy książeczki Krzysztofa Kiełbasińskiego z wydawnictwa Buchmann. Poleciła mi je koleżanka z pracy i chwała jej za to. Twarde strony, proste, wyraziste ilustracje i przyjemna wierszowana historyjka. Zaczęliśmy od prosiaczka Eryka, a potem dokupywaliśmy kolejne - owieczka Becia, kaczuszka Wiki, lisek Rudi, byczek Ferdek, krówka Muooo, kotek A'psik, myszka Ala, żabka Otylia, osiołek Filip i wiele innych. Aktualnie już leża i się kurzą, więc niebawem powędrują do Antosia.
Kolejny hit to seria o panu Kłapie autorstwa Jo Lodge z wydawnictwa Olesiejuk - "Pobawmy się panie Kłapie", "Co pan ma panie Kłapie?" i "Pan Kłap i kolory". Książki dla trochę starszych dzieci, ponieważ zawierają ruchome i rozkładane elementy, które mogłyby nie przetrwać niemowlęcego miętolenia. Piotrek jeszcze czasem do nich zagląda, ale raczej już za duży jest.


Kolejna pozycja to znana i popularna "bardzo głodna gąsienica" Erica Carle z wydawnictwa Tatarak. Jej nie trzeba chyba przedstawiać ;-) Teraz juz chyba z niej wyrośliśmy.
Po pierwszych urodzinach Piotrek dorósł do "poważniejszych historii i zapałał miłością do Małgorzaty Strzałkowskiej, którą osobiście uważam za rewelacyjną autorkę ksiązek dla dzieci i na pewno w przyszłości rozszerzymy naszą biblioteczkę o kolejne pozycje dla starszych dzieci. Na razie mamy twarde, kartonowe, małe książeczki dla najmłodszych z wpadającymi w ucho wierszykami. Naszym faworytem jest "Mały Duszek. Książki są z wydawnictwa Bajka. Ciągle czytane.


Czytamy tez rzecz jasna klasykę - wiersze jana Brzechwy i Tuwima, których nikomu przedstawiać nie trzeba. "Lokomotywa" to hit ;-)

Następnie seria "Mały Chłopiec" Emilie Beaumont i Nathalie Belineau z wydawnictwa Olesiejuk. Mój syn jak wiecie jest fanem motoryzacji i maszyn wszelakich, więc te ksiażki idealnie wpisują się w jego zainteresowania. mamy chyba wszystkie, Piotrek najczęściej sięga po "koparkę Marka" i "śmieciarkę Jarka". Książki mają identyczny format jak te pierwsze obrazki dla maluchów, twarde strony i takie same "dmuchane" okładki i zaokrąglone rogi, więc nadają się nawet dla najmłodszych niemowlaków przyciągając ich uwagę ładnymi kolorowymi ilustracjami. Wierszyki nie są najwyższych lotów, ale najważniejsze, że Piotrek słucha z zainteresowaniem, zna je na pamięć i wpatruje się w obrazki jak zaczarowany.
A propos budowlanych zainteresowań mojego syna - na topie są ciągle takie piankowe niewielkie książeczki o maszynach Boba Budowniczego, które kupiłam przy okazji w Leroy Merlin. tekstu w nich tyle co kot napłakał, no ale podobają się. Do tego cztery opowiadania o Bobie.
W podobnym stylu "Robot Rob na budowie" Krzysztofa Kiełbasińskiego z wydawnictwa Buchmann. Kartonowe strony, proste i wyraziste ilustracje podobnie jak w serii o zwierzątkach, ale większa.
Oraz szał ciał, czyli osiem wielkich stron ze zdjęciami maszyn i okienkami. Nasz "must have" w poczekalniach wszelakich.
A teraz"poważniejsze" pozycje, na teraz.

"Chłopiec i pingwin" Olivera Jeffersa z wydawnictwa MAM. Jedna z piękniejszych książek, jakie czytałam. Za pierwszym razem normalnie się popłakałam. Miałam obawy czy Piotrek, fan budownictwa i samochodów w ogóle zwróci na te pozycję uwagę, ale moje obawy okazały się bezpodstawne. Sięga po nią bardzo często i widzę, że utkwiła mu w pamięci. Komentuje czasem na spacerze 'o dziewczynka jest smutna, dlacego, pewnie jest samotna i nie ma psyjaciela tak jak pingwin". Na podstawie tej książki nakręcony został film animowany, piękny, w wersji polskiej narratorem jest Wojciech Malajkat. Piękna, nastrojowa, wyciszająca bajka do wspólnego oglądania.sama czasem ją sobie włączam.
"Miasteczko Mamoko" Mizielińskich z wydawnictwa Dwie Siostry. Piotrek nie jest wielkim miłośnikiem książeczek polegających na wyszukiwaniu szczegółów. "Lato na ulicy Czereśniowej" szybko poszło w kat, zaś Zima w ogóle nie jest otwierana. Miasteczko Mamoko jednak lubi i to bardzo, może odpowiada mu bardziej abstrakcyjna kreska?
Od dłuższego czasu prawie każdego wieczora Piotrus prosi przed snem o "chlupcia". Chodzi o serię o Tupciu Chrupciu autorstwa Elizy Piotrowskiej z wydawnictwa Wilga. Duze ksiażki w twardej okłądce, z kolorymi ilustracjami, każda porusza jakąś ważną kwestę w życiu dziecka w wieku wczesno-przedszkolnym (pójście do przedszkola, mycie zębów, nocne strachy, odpieluchowanie). Powiem szczerze - język tych książek jest dla mnie trochę zbyt moralizatorski, ale Piotrkowi przypały do gustu. Co więcej widzę, że faktycznie jakiś tam wpływ wychowawczy na Młodego mają, bo Piotrek wspomnia, że pójdzie do przedszkola "jak chlupcio", że trzeba się dzielić z innymi, że nie boi się ciemności "bo calny lycez chlupcia to byl psecies wiesak na ublania mamo, nie lycez, tylko ciemno bylo".
Lubiany, choć nie tak bardzo jak Tupcio Chrupcio jest popularny Kajtuś vel Kamyczek. Dopiero teraz, ponieważ książeczki o Kajtusiu dla niemowlaków, te najprostsze w ogóle nie przykuwały jego uwagi.
Podobnie Franklin. Nie mamy zbyt wiele pozycji o nim, ale często pożyczamy z biblioteki.
I na koniec "Cynamon i Trusia - wierszyki na okrągły rok" Charlotte Ramel i Ulfa Starka z wydawnictwa Zakamarki. Piotrek uwielbia i ja też. Cynamon i jego przyjaciółka Trusia wędrują przez świat w poszukiwaniu zagubionego lata i piłki plażowej, a kolejne wierszyki opowiadają po kolei o późnym lecie, jesieni, zimie i przyjściu wiosny. Osobiście nienawidzę zimy, więc książka ta idealnie idealnie mi pasuje, normalnie wzruszam się czytając "popatrz jak w górę dzielnie się ciśnie przez śnieg i błoto biały przebiśnieg" :-) Ilustracje bardzo oszczędne, ale Młodemu się podobają.




Teraz szperam w poszukiwaniu kolejnych pozycji, które zainteresują i rozwiną Piotrka. Póki co zachowana musi zostać własciwa proporcja pomiędzy ilościa tekstu na stronie a ilustracjami. Pan Kuleczka na razie nie budzi wielkiego entuzjazmu ze względu na znikomą ilość ilustracji wlaśnie. Pożyczamy z biblioteki kolejne pozycje i obserwuję, przy kórych Piotrek zatrzymuje się na dłużej. Ostatnio debiutowął u nas "Pan Brumm jedzie koleją", ale nie spodobał się ani Piotrkowi ani mi. Przekombinowane i o wątpliwej wartości wychowawczej (można przywłaszczać sobie i niszyczyć cudze mienie, a w sytuacji zagrożenia najlepiej po prostu uciec i udawać, że nic się nie stało - nie kupuję tego).

Może Wy moglibyście mi coś doradzić?




























piątek, 25 stycznia 2013

długie trzy dni



To były długie, długie trzy dni. Gorączka Piotrka zwaliła go kompletnie z nóg. Nigdy nie widziałam mojego syna w takim stanie. Nawet gdy był w listopadzie porządnie przeziębiony to po prostu dłużej spał, ale poza tym bawił się jak zwykle. Tym razem inny człowiek. Ciągle leżał, spał, nic nie jadł. Dzisiaj w nocy był kryzys, bo gorączka przekroczyła 40 stopni , Piotrek przestał pić i sikać i zaczął tracić świadomość. Po telefonie do szpitala przekroczyłam maksymalną dawkę paracetamolu i nurofenu i mieliśmy jechać gdyby się w ciągu godziny nie poprawiło. Ekspresowo pakowałam nasze rzeczy podczas gdy mąż okładał  dziecko chłodnymi ręcznikami. Na szczęście gorączka spadła na dobre. Dziś rano byliśmy u lekarza. Osłuchowo czysty, mocz OK. Wysypki nie ma , więc to raczej nie trzydniówka. Gorączka jest nadal ale 38 stopni a nie 40 i daje się zbić o połowę mniejsza dawką paracetamolu. Do tego antybiotyk bo zaczął w nocy skarżyć się na ucho i jest zaczerwienione. Mam nadzieję, że to po prostu ten wirus grypy, który krąży w Krakowie, bo pojawił się katar. No i liczę, że na dobre udało nam się uniknąć szpitala, w którym na bank zaraziliby nas jakimś świństwem.
Tylko raz w życiu czułam się tak przerażona i bezsilna jak ostatniej nocy – podczas porodu, gdy uświadomiono mi, że Młody zadarł główkę i nie dam rady urodzić go naturalnie.
Jestem zmęczona.

środa, 23 stycznia 2013

młody kadet, grypa i perturbacje samochodowe

Przedstawiam Wam młodego kadeta :-) Mój syn od dłuższego czasu panicznie bał się fryzjera i włosy obcinałam mu sama. Efekt? Wyglądał coraz gorzej. Ma proste włosy i jeśli nie są ładnie wystopniowane powstaje chaos. W zeszłym tygodniu jednak dał sobie je przyciąć w wannie nawet bez większych protestów, więc postanowiłam podjąć kolejną próbę, bo już zywcem patrzeć na niego nie mogłam. Umówiłam się do jedynej fryzjerki, która w miarę akceptował u mojej mamy na osiedlu i jakoś poszło. Widząc, że protest umiarkowany postanowiałm iśc za ciosem i poprosiłam fryzjerkę by cięła zupełnie na krótko. Osobiście nie podobają mi się zbytnio takie króciutkie włosy u mężczyzn, wolę fryzurki krótkie nad karkiem i uszami, ale takie bardziej "puszyste", stwierdziłam jednak, że na dłużej starczy. Piotr prezentuje się więc tak.



Wygląda na zmarnowanego i tak właśnie niestety przedstawia się sytuacja :-( We wtorek Piotrek ni stąd ni zowąd dostał wysokiej gorączki i dreszczy - grypa :-( Leży bidulek i dogorywa. Nawet nie chce bawić się autkami, ogląda tylko bajki, przegląda książeczki i drzemie. Ma cały czas wysoką gorączke i w zasadzie tylko tyle. Lekarka powiedziała, że 3 dni może się to utrzymywać, jeśli nie będzie poprawy to do kontroli, no i muszę mocz mu zbadać co jest trudne. On jeszcze nigdy w życiu nie miał gorączki wyższej niż 37 stopni, w ogóle bardzo rzadko gorączkuje, więc jest totalnie zdezorientowany całą sytuacją i bardzo nieszczęśliwy. Leży sobie cichutko póki nikt nic od niego nie chce, ale przy każdej próbie podania lekarstwa, zmiany pieluchy (cały czas drzemie kub półdrzemie, więc lezy w pieluszce żeby go nie meczyć ciagłym przebieraniem i zasikanych spodni), czy choćby umycia rąk płacze i krzyczy, żeby zostawić go w spokoju. Biedny jest strasznie. W listopadzie bez problemu łykał wszystko, no ale wtedy był po prostu przeziębiony, nie miał takiej gorączki i czuł się lepiej. Na policzku zrobił mu się liszaj, prawdopodobnie reakcja alergiczna na barwniki z lizaka, który dostał w nagrodę za dzielne zachowanie u fryzjera (tak wiem że to cukier i niepedagogiczne, ale mając w pamięci cyrki jakie do tej pory wyczyniał musiałam go nagrodzić, a prosił). Rozchorował się u mojej mamy i teraz jeszcze tam jesteśmy, dzisiaj po południu pakuję go do auta i wracamy do domu, tam myślę, ze poczuje się lepiej i będziemy się kisić na zwolnieniu, zwłaszcza, że zapowiadają -25 stopni.

Wtorek ogólnie był dniem świra dla mnie.Piotruś rano miał super szampański humor. Nic nie zapowiadało choroby. Kompletnie nic. Wyszłam  od mamy o 8 i miałam zamiar pojechać autobusem do pracy. Od poniedziałku w Krakowie jedno wielkie lodowisko. Auta pokryte kilkucentymetrową warstwą lodu, glazura na śniegu. Strasznie niebezpiecznie. Już od półtora roku mam problemy z alarmem i zamkiem centralnym w aucie. Średnio raz na miesiąc przy próbie zamknięcia z pilota zaczynają migać światła awaryjne, po wyłączeniu alarmu i otwarciu drzwi alarm włącza się ponownie, nie działa odblokowanie odcięcia dopływu paliwa ani zamek centralny. Opracowałam jednak szybkie sposoby na odblokowanie. Nie zdarzało się to często i nie było bardzo uciążliwe. Zgłaszałam ten problem przy okazji dwóch ostatnich przeglądów, lecz siłą rzeczy wtedy akurat nic się nie działo i nic nie znaleźli. Jedynym sposobem pokazania im o co chodzi było wzięcia auta na hol lub na lawetę akurat w takiej sytuacji i wydawało mi się to nie warte zachodu, zwłaszcza, że alarm jest już po gwarancji i zwykle zdarzało się to wtedy gdy w aucie miałam Piotrka, więc wiązałoby się to z proszeniem kogoś by przyjechał, zabrał go do swojego auta i odtransportował do domu.

Wczoraj rano stwierdziłam, że przepalę auto by nie zamarzło do reszty do środy (wiem , kretynka ze mnie, akumulator zużywa najwięcej prądu podczas ruszania właśnie....) No i już go nie zamknęłam. Znowu to samo, ale tym razem mimo mordowania się 40 minut nie udało mi się auta odblokować. Co robić? Nie zostawię otwartego samochodu pod blokiem, jechać też się nie do bo odcina paliwo. Zadzwoniłam po Maćka, który przyjechał z drugiego końca Krakowa by wziąć mnie na hol i podholować do serwisu znowu po drugiej stronie miasta. Czekając na niego godzinę odrąbywałam lód z auta, ponieważ nie miałam jak włączyć ogrzewania. Żadne spraye odmrażacze nie pomagały. Jechaliśmy na tym holu przez całe miasto po maksymalnym lodowisku. Bałam się jak nie wiem co, a w międzyczasie cały czas dzwoniła moja komórka, której nie odbierałam żeby się nie rozpraszać. "Wybrałam" sobie najgorszy możliwy dzień na naukę jazdy na holu. Odstawiliśmy auto, wsiadłam do autobusu do pracy, oddzwoniłam do mamy i dowiedziałam się, że Piotruś chory  i za godzinę idą do lekarza :-( Myślałam, że się tam rozryczę w tym autobusie, bo byłam dodatkowo cała przemarznięta, przemoczone rękawiczki, buty, wszystkie palce mnie bolały w ogóle padaka kompletna. No i na czczo cały czas bo rano zaspałam i śniadanie zamierzałam zjeść w pracy, do której dotarłam koło południa.Szybko ogarnęłam najważniejsze sprawy i powrót autobusem po samochód, z którego wyjęto alarm i czekam na nową centralkę. Kilkaset zł w plecy. Jeździć się da, ale jedyny sposób żeby auto zamknąć to po prostu wciskać po kolei blokadę od środka w każdych drzwiach i na koniec zamknąć drzwi od strony kierowcy, bo nie mam centralnego zamka, a dziurka na kluczyk jest jedynie od strony kierowcy. Teraz czekam na wyrok ile mam zapłacić.

Wszystko to jednak nie jest ważne. Najważniejsze, żeby Piotruś wydobrzał. Trzymajcie za nas kciuki.

piątek, 18 stycznia 2013

Oko w oko z koszmarem

Siedzialam w galerii handlowej. Pilam herbate. Czekalam na godzine umowionej wizyty u gina bo nie oplacalo mi sie wracac w miedzyczasie do domu.
Katem oka przy sasiednim stoliku dostrzeglam ojca.....
Slyszalam tylko walenie serca.
Zyje.
Wiedzialam ze jest szansa ze mnie nie pozna. Tyle lat mnie nie widzial.Nie spodziewa sie.
Dopilam herbate, powoli wstalam, ubralam sie i odeszlam.Gwaltowne ruchy zwracaja uwage.

Moj najwiekszy strach. Ze kiedys mnie rozpozna. Ze bede z Piotrkiem.

Nie moge sie uspokoic.

środa, 16 stycznia 2013

nocnikowe historie



Jeśli nie przepadacie za tematami „fizjologicznymi” to lepiej omińcie tego posta ;-)
Nasza przygoda z nocnikiem i ogólnie treningiem czystości jest długa, wyboista i pełna niespodzianek. W zasadzie nie wiem czy używanie tutaj słowa „trening” jest zasadne, nie przepadam za tym sformułowaniem i nie podchodzę do tematu w ten sposób. Zawsze zadziwiały mnie mamy uprawiające grę na refleks pt. „łapanie siku niemowlaka”, którą uważam za totalną stratę czasu. Nie chcę nikogo urazić, ale śmieszy mnie sadzanie niemowlaka na nocniku kiedy tylko nauczy się siedzieć i ogłaszanie sukcesu na podstawie doprowadzonej przez rodzica do perfekcji strategii wysadzania w odpowiednim momencie gdy dziecko ma np. rok i rozwojowo nie jest jeszcze w stanie kontrolować swoich wypróżnień. Dziwaczne jest dla mnie sadzanie dziecka na nocniku przez telewizorem by mimochodem się załatwiło.  Jestem zwolenniczką czekania aż dziecko dojrzeje samo i nie przyspieszania na siłę tego naturalnego procesu, zwłaszcza, że wiem, że może mieć to poważne konsekwencje zdrowotne . Poza tym przyznaję się – jestem leniwa J Zamiast spędzać  czas na obserwowaniu czy mój syn zamierza się wysikać i wysadzaniu go w pośpiechu wolałam się z nim po prostu bawić J Do tego wszystkiego trafił mi się wyjątkowo uparty indywidualista, z którym w tej kwestii trzeba postępować wyjątkowo delikatnie.
Kiedy Piotruś miał około półtora roku kupiłam nocnik (zwykły, bez melodyjek i innych bajerów) oraz kilka książeczek, w których się ten temat przewijał i zaczęłam oswajać go z tematem obserwując jego reakcje.  Zrobiłam to w tym czasie, ponieważ wtedy zaobserwowałam, że zaczyna robić się świadomy faktu, że wydala. Odkrycia dokonałam spontaniczni ew  dość zabawnych okolicznościach. Syn kilka razy obsikał mnie kiedy wycierałam go po kąpieli na przewijaku, aż któregoś dnia w żartach powiedziałam do niego „ty łobuzie, ty to chyba robisz celowo prawda?”, a on zaśmiał się szatańsko i siknął, potem przerwał i znowu siknął i tak kilka razy. Zauważyłam też, że chowa się gdy robi kupę.
Z miejsca polubił książkę „Nocnik nad nocnikami” jednak na własny nie miał ochoty siadać, a ja go nie zmuszałam.  W kąpieli tłumaczyłam mu o co chodzi ze sprzętem w jaki wyposażyła go natura, ale bez nacisków. Nocnik sobie stał i stał, kupiłam też nakładkę na sedes i kilka razy na niej usiadł dla zabawy i raz przypadkiem się wysikał i to wszystko. Przy okazji odradzam mamom chłopców nakładki z Ikei takie wkładane pod deskę do siedzenia. Moim zdaniem nadają się tylko dla dziewczynek, bo otwór jest dość mały i u Piotrka sik odbił się rykoszetem w górę.
W maju zeszłego roku tuż przed drugimi urodzinami pojechaliśmy na weekend majowy do mojej rodziny na wieś. Podczas postoju gdy zmieniałam Piotrkowi pieluchę na stojąco w lasku jakoś tak spontanicznie postanowiłam go wysadzić w locie i udało się bez protestów.  Przez kilka dni w ten sposób udawało się załatwić sprawę na polu, dzięki czemu ograniczyliśmy zużycie pieluch, ale z odpieluchowaniem nie miało to wiele wspólnego, ponieważ Piotrek potrzeb nie sygnalizował w ogóle. Zresztą w tym wieku on jeszcze praktycznie nie mówił. Właśnie ten wyjazd był dla niego punktem przełomowym w rozwoju mowy, odblokował się i od tamtej pory rozgadał się na cały regulator.
Wróciliśmy do Krakowa i zaczęłam się zastanawiać czy to odpowiedni moment na zamianę pieluchy na majtki i eksperyment. Postanowiłam poczekać do końca czerwca do powrotu z zaplanowanego urlopu w Zakopanym. .Wiedziałam, że eksperyment długo potrwa i wolałam nie przerywać go na czas wyjazdu żeby nie robić Młodemu mętliku w głowie, a odpieluchowywanie podczas urlopu nie wchodziło rzecz jasna w grę.  Nie chciałam by Piotruś zasikował podłogi, dywany i meble w pokoju, który wynajmowaliśmy, byłoby to bardzo nie w porządku w stosunku do właścicieli. Nocnik zabraliśmy, ale służył on tylko do wysikania się porannego, a na spacerach jeśli pogoda sprzyjała wysadzałam Młodego w locie.
Wróciliśmy do Krakowa i rozpoczęłam eksperyment. Wytłumaczyłam Piotrkowi o co chodzi z majtkami, czytaliśmy nasze książeczki, zakładaliśmy majtki pluszakom. Szybko jednak przekonałam się, że nie ma to najmniejszego sensu. Piotrek 3 tygodnie chodził w majtkach, sikał gdzie popadnie i nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Siedział w kałuży i bawił się dalej. Odpuściłam więc zamierzając wrócić do tematu wiosna tego roku. Nie czuję jakiejś wielkiej presji, ale fajnie by było gdyby Piotrek pożegnał się z pieluchami przed wrześniem 2013, bo wtedy idzie do przedszkola i myślę, że byłoby mu po prostu łatwiej. W międzyczasie proponowałam nocnik przed kąpielą, ale Piotrek dostał focha i w ogóle nie chciał na niego siadać. Czekałam więc.
Zima z oczywistych względów wydawała mi się najgorszym możliwym czasem do takich eksperymentów i zamierzałam poczekać do wiosny z kolejnymi próbami. Tymczasem na przełomie listopada i grudnia w wieku 2.5 roku Piotrek bez żadnych nacisków z mojej strony zaczął wysyłać sygnały świadczące o tym, że jest gotów przejść na kolejny etap wtajemniczenia. Zaczął informować mnie, że zamierza się załatwić. Domagał się zmiany pieluchy. Znowu zainteresował się nocnikiem i zaczął na nim siadać w pieluszce. Postanowiłam więc iść za ciosem skoro dziecko samo wychodzi z inicjatywą i znowu w domu zaczęłam ubierać mu majtki. Przez 3 tygodnie prałam po kilka par spodni, skarpetek i koszulek dziennie. Zrezygnowaliśmy z kapci po domu, bo mamy tylko dwie pary i wolno schną ;-) Piotrek informował mnie, że chce się załatwić ale w trakcie albo po fakcie. Postanowiłam proponować nocnik nawet po fakcie by wyryło mu się w świadomości odpowiednie skojarzenie. Do tego towarzyszenie tacie w toalecie. Po Świętach nagle z dnia na dzień zaczął informować o potrzebach z wyprzedzeniem, sam chodził do łazienki, rozbierał się (zwykle łącznie ze skarpetkami) i załatwiał swoje potrzeby. Stało się to dosłownie z dnia na dzień i wprawiło nas w osłupienie. Oczywiście do spania nadal zakładałam mu pieluchę, ponieważ mam tylko dwie zmiany pościeli. Załatwiał się zawsze sam przy zamkniętych drzwiach łazienki. Zawsze nas wyganiał i wołał po fakcie. W przypadku kupy po kilka razy , ponieważ chwalił się każdą, że tak powiem, porcją.
Trwało to jakieś 2 tygodnie i teraz znowu mamy regres czyli sikanie w majtki. Nie przejmuję się tym i nie traktuję tego jak „porażki”, ponieważ po rozmowie z psychologiem oraz urologiem przy okazji kontrolnej wizyty wiem, że jest to typowe i normalne i że zwykle dzieci przechodzą kilka takich cykli rozwój-regres zanim wszystko się ustabilizuje, zwłaszcza chłopcy. Myślę też, że pora roku niezbyt sprzyja.  Piotrek jak wspominałam jest uparty i wszystko chce robić po swojemu. Na spacery póki co zakładam mu więc zawsze pieluchę, ponieważ on nie jest w stanie wytrzymać całego spaceru bez sikania, a na mrozie wysadzać go przecież nie będę. Nie zamierzam ryzykować również zapalenia pęcherza i przeziębienia w razie wpadki podczas spaceru. Wiąże się to z jego uporem – nie ma możliwości przekonać go by przed wyjściem wysikał się na zapas. Załatwia się tylko i wyłącznie wtedy gdy sam chce czyli kiedy ma pełny pęcherz.  Kiedy zrobi się ciepło będę nosiła ze sobą ubranie na zmianę i na spacery również zaczniemy zakładać majtki, ale na razie z powodu pogody mamy do czynienia z pewną niekonsekwencją. Poza tym Młody ma również dużą potrzebę snu i zwykle długą drzemkę w ciągu dnia, na którą również zakładana jest pielucha, ponieważ o ile ze snu nocnego bywa, że budzi się z suchą o tyle po drzemce zawsze jest pełna. Po prostu fizjologicznie jeszcze nie jest na to gotowy, więc nie widzę sensu dla zasady kłaść go w majtkach z 99% pewnością, że obudzi się w kałuży gdy wiem, że żadnego wymiaru pedagogicznego to mieć nie będzie, bo on po prostu przez sen tego na razie nie kontroluje i koniec. No i wizyty. Piotrek jest nieśmiały i wstydliwy w obcym środowisku boi się siadać na sedes bez nakładki.  Kiedy idziemy gdzieś z wizytą wiem, że będzie czekał z zasygnalizowaniem potrzeby do ostatniej chwili aż nie wytrzyma, a krępuje się poprosić. Boję się więć chodzić z nim gdzieś w majtkach z troski o podłogę gospodarzy. Za wcześnie na to jeszcze. On jest wrażliwcem, wiec lepiej by najpierw opanował temat dobrze w domu, nie wszystko na raz. Z tego względu trochę czasu w ciągu dnia spędza jednak w pieluszce.  Dwa tygodnie temu w niedzielę praktycznie cały dzień w niej chodził. Najpierw filharmonia, więc wiadomo – pielucha. Miejsce publiczne, i kolejka do toalety w razie czego, a on dopiero na początku odpieluchowywania. Potem do wieczora siedzieliśmy u szwagra i znowu bałam się żeby nim nie nabrudził (zwłaszcza ze szwagier jest dość wrażliwy na tym punkcie, ciekawe co będzie gdy zaczną odpieluszać Antka swoją drogą). Antek jeszcze nie ma nocnika, a ja nie targałam własnego do filharmonii no i tak zeszło.
Ważnie jest to, że wiem, że dobrze postąpiłam czekając aż Piotrek sam da mi sygnał, że jest gotowy. Wiem, że jest w stanie kontrolować swoje potrzeby i samodzielnie się załatwiać bez wpadek.  Nie traciłam bez sensu czasu miesiącami na „trenowanie” dziecka zanim do tego fizjologicznie i psychicznie nie dojrzało. Teraz przechodzimy regres, ale to minie, pewnie zaliczymy jeszcze kilka takich cykli, ale mam nadzieję, że przy bardziej sprzyjającej pogodzie do września wszystko ładnie się ustabilizuje i ustawi, a nawet gdyby nie to kiedy Piotrek zobaczy inne dzieci załatwiające się w przedszkolu na niziutki sedes będzie chciał je naśladować. Syn dął mi sygnał, ja za nim podążyłam i od tej pory razem przechodzimy na kolejny level.  Teraz to jest kwestia chęci i psychiki, nie fizjologii.
Na razie mamy trochę cyrk na kółkach J Mam wrażenie, że Piotrek bawi się nową umiejętnością, testuje ją i nas. Zapytany co trzeba zrobić gdy będzie chciało mu się siku ładnie odpowiada, że pójdzie do łazienki, rozbierze się i zrobi na nocnik. Ale w praktyce teraz  bywa .Po „wpadce” prowadzę  go na nocnik, staram się nie strofować tylko proszę by następnym razem z niego skorzystał. Cieszę się z każdego sukcesu.  Czasem widzę, że po prostu nie chce mu się tyłka ruszyć do łazienki i przerywać zabawy. Ma różne głupie pomysły. U babci celowo wysikał się pod choinka i pochwalił się, że chciał podlać drzewko. Zaczyna eksperymenty z załatwianiem się na stojąco. Olaboga! Nawet ja nie potrafię tego krótkiego siusiaka tak nakierować by nie zalał wszystkiego naokoło. Z lekkim przerażeniem myślę o letnich spacerach – przecież on przy okazji zmoczy całe ubranie ;-) Z dziewczynkami chyba jest trochę łatwiej. W niedziele przyłapałam go na celowaniu do bagażnika swojego dużego samochodu…. Za drugim razem znalazłam go w szafie, do której przytargał nocnik i tam się zamknął. Cóż, czekam cierpliwie, aż ten fioł minie i konsekwentnie pokazuję mu jak należy po dorosłemu załatwiać swoje potrzeby.
 I pomyśleć, że jeszcze 3 lata temu nie rozumiałam jak można ekscytować się takim tematem J)))))))





poniedziałek, 14 stycznia 2013

weekend (prawie) jak to mówią do chrzanu



Weekend mdły, nieciekawy, nerwowy, męczący – tak dla odmiany po zeszłym tygodniu.
Już w piątek Maciek zapowiedział mi, że do 18 w niedzielę jest wyłączony. Kupił komputer, ponieważ nasz grat nie dawał już rady z programami, których on potrzebuje do pracy. Stary ma być dla mnie. Fajnie, bo często przepychamy się wieczorem do komputera, kiedy oboje potrzebujemy coś zrobić. Miał tworzyć sieć domową. OK, rozumiem, że to minimum kilkanaście godzin pracy i trzeba to zrobić. Szkoda tylko, że weekend minął, nic nie zostało zrobione, a weekendu rodzinnie też nie spędziliśmy L
Maciek pojechał w sobotę rano na giełdę po płytkę, podczas instalacji okazało się, że jest uszkodzona, więc w niedzielę ją reklamował, wrócił z drugą, tez okazała się felerna i tym sposobem nic nie jest poinstalowane, a my czekamy do przyszłej soboty na kolejną giełdę bez kompów i bez neta.  Mąż wkurzony, nabuzowany chodził po domu jak chmura gradowa, ja zajmowała się Piotrkiem, który usilnie próbował tacie pomagać, co wzbudzało dodatkową irytację. Gdyby było lato to przewidzieć poziom napięcia pojechałabym z Piotrkiem na całodzienna wycieczkę ale mamy zimę. I jest przeraźliwie zimno. W sobotę po zajęciach Kreatywki poszliśmy na sankii, ale wytrzymałam tylko 40 minut. Mimo ciepłych skarpet, porządnych butów, rękawic, czapki wszystko zaczęło mnie boleć  od tego mrozu. Tak mam. Piotrek chciał jeszcze się bawić w śniegu, ale ja już po prostu nie dałam rady. NIENAWIDZĘ ZIMY. Szybkie zakupy w Lidlu po drodze i do domu. Młody usnął w samochodzie i w domu zakomenderował, że chce iść do łóżka, ale tata właśnie spuszczał kabel sieciowy peszlem z poddasza na parter robiąc przy tym taki rumor jakby lawina śniegu schodziła z dachu, więć ze spania nici. W niedzielę miałam zamiar zabrać Młodego do kulkowni, ale wydawał mi się jakiś niewyraźny, więc zapodałam syrop i zostaliśmy w domu. Położyłam się z nim na drzemkę bo sama czułam się kiepsko będąc święcie przekonaną, że Maciek siedzi i instaluje, on tymczasem pojechał na giełdę nic mi nie mówiąc, wrócił z niczym i chciał spędzić czas ze mną korzystając z drzemki dziecka, a ja spałam. Szkoda gadać.
Niedzielny wieczór za to miły. O 18 zwinęłam się z domu na spotkanie z przyjaciółką, w międzyczasie za jej radą kupiłam skórzaną spódniczkę na poprawę humoru, pogadałyśmy sobie jak za dawnych dobrych czasów. Do domu wróciłam koło północy.
Kolejny weekend niestety podobny – instalacja, instalacja, instalacja.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

bardzo, bardzo dobry weekend



Za nami bardzo fajny towarzyski weekend. Niby bez jakiś wielkich fajerwerków, ale ciepły, rodzinny i wesoły. Więcej takich proszę ;-)

W sobotę Maciek pojechał rano do pracy, a ja postanowiłam odpuścić nam zajęcia Kreatywki, ponieważ na niedzielę mieliśmy zaplanowane Smykowe Granie, więc bałam się przeładować Piotrka tego typu wrażeniami.  Przyznam się bez bicia, ogarnęło mnie lenistwo i strasznie ale to strasznie nie chciało mi się jechać z Piotrkiem na jakiś plac zabaw. Poza tym zimno okropnie, szaro, bez śniegu. Pojechaliśmy więc do centrum do biblioteki (Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Krakowie - http://www.rajska.info/ ).  Zaparkowałam za granicą strefy, a w dalszą drogę ruszyliśmy bardzo lubianym przez Młodego tramwajem. Piotruś już od dłuższego czasu ma w bibliotece założoną kartę. Bardzo lubimy tę bibliotekę, bo jest przyzwoicie zaopatrzona, jest oddzielna duża wypożyczalnia dla dzieci z kącikiem zabaw dla maluszków i szereg innych pozytywów z punktu widzenia rodzica z małym dzieckiem. Jest tam duża szatnia, więc można wygodnie się rozebrać, zostawić plecaczek i chodzić bez zbędnego balastu. Otwarta w soboty do 14.00 – bardzo ważne dla nas, bo w tygodniu nie jestem w stanie zdążyć po pracy zgarnąć dziecko i iść z nim do biblioteki, a oddawanie i pożyczanie książek bez głównego zainteresowanego moim zdaniem mija się z celem. Jest porządna toaleta z przewijakiem dla zupełnych maluszków. W każdym razie fajnie!
Piotr raźno pomaszerował w znanym sobie kierunku

 
  Młody czytelnik wybrał książkę o Kubusiu Puchatku, a ja zaproponowałam i dwie książki Małgorzaty Strzałkowskiej. Jesteśmy jej wielkimi fanami – o tym innym razem.
Po wyjściu z biblioteki dopadł nas głód, więc udaliśmy się na małe co nieco i szczerze mówiąc miałam już ochotę wracać do domu, zwłaszcza, że po południu mieli odwiedzić nas sąsiedzi, ale Piotruś zakomenderował „idziemy na ryneczek”. No i poszliśmy.
Na Rynku Piotr robił to co każde krakowskie dziecko –  na zmianę karmił i gonił gołębie. 
A potem spędził dobre pół godziny w Głowie Mitoraja testując różne rodzaje echa. A ja cieszyłam się, że jestem w moim centrum wszechświata. Wspominałam już jak kocham krakowski rynek.
Plan był taki, że spróbujemy w weekend zrezygnować z drzemki dziennej, ponieważ ostatnio Piotrek strasznie późno zasypia, a ja nie mam praktycznie czasu wieczorem.  Mieliśmy zamiar po prostu go na drzemkę nie kłaść chyba, że sam się połozy. Plany jednak wzięły w łeb. Piotrek w samochodzie padł i spał w garażu dłuższą chwilę. Maciek wniósł go do domu (ciężko nosić te 13 kg pod górę). Myślałam, że ten sen mu wystarczy i w zamian za to wieczorem zaśnie przyzwoicie, ale gdzie tam ;-) Był kompletnie nieprzytomny i zażądał zaniesienia do łóżka, gdzie przespał połowę wizyty sąsiadów. Wiktor, syn sąsiadów, był trochę rozczarowany, ale za to miał wujka Macka na wyłączność, co skwapliwie wykorzystał. Powiem szczerze – mój mąż był po wizycie wykończony, ale cóż poradzę, że chłopaki wolą bawić się z panami???? My z Martą obgadałyśmy plany wakacyjne – jedziemy razem na tydzień w czerwcu nad morze. Cieszę się bardzo, bardzo, bardzo. Nie mówię hop, może zdarzy się cud, znajdę inną pracę i wtedy wiadomo – nie mogę zaczynać od urlopu. Zobaczymy jak to wyjdzie w praniu. W razie czego gdybyśmy my zrezygnowali sąsiedzi wezmą teściową (wynajmujemy dwupokojowy domek). 

W niedzielę rano wyruszyliśmy z Piotrkiem do Filharmonii na koncert dla dzieci z cyklu Smykowe Granie. Bilety zdobyte z wielkim trudem. Koncerty są raz w miesiącu (3 w sobotę i 3 w niedzielę), można rezerwować tylko miesiąc wcześniej telefonicznie i zwykle po dwóch godzinach wszystko jest już zajęte. W listopadzie nie poszliśmy ze względu na chorobę, a nasze bilety przejął kolega z pracy. Na grudzień nie udało mi się ich zdobyć – kiedy wreszcie się dodzwoniłam było, jak to mówią, po ptokach. Z koncertu jestem bardzo zadowolona. Bardzo. Wprawdzie Piotrek kiedy ujrzał tłum w holu od razu chciał wracać ale przekonałam go jakoś, by został. Przez pierwsze 20 minut siedział z otwartą z zachwytu  buzią, potem trochę tańczył, ale indywidualnie. Nie chciał włączyć się w pociąg ani grupową sambę, ale to akurat mnie nie dziwi. On nie lubi wspólnych zabaw ruchowych. Kompletnie. Pod koniec znowu zaczął się bać tłumu, ale zajął się balonikami i  tak sobie rzucaliśmy do muzyki. Ogólnie podobało nam się bardzo i Antosiowi też (wybrała się z nami szwagierka). 16 stycznia próbujemy zdobyć bilety na luty. Jedyne do czego mogę się przyczepić to moim zdaniem nie powinni sprzedawać biletów za 15 PLN indywidualnie tylko po prostu bilety za 30 PLN dla dziecka i jednego opiekuna. Dlaczego? Wiele dzieci przyszło z dwójką rodziców. Gdyby nie sprzedawali biletów komukolwiek więcej dzieci by z tych koncertów mogło skorzystać (pojemność sali jest ograniczona), a tak to te dzieci trochę ginęły w tłumie dorosłych.

Mój meloman


Zabrałam na wszelki wypadek wózek i bardzo dobrze. Piotrek od razu zasnął, Antek też, więc zrobiłyśmy sobie z Grażynką spacer. Resztę dnia spędziliśmy już u nich. Maciek dojechał i siedzieliśmy razem do wieczora. Strasznie się cieszę, że Piotruś i Antoś się lubią. Zwyczajnie się lubią. Zaczepiają się nawzajem, potrafią się razem bawić, a Piotrek pozwala Antkowi na rzeczy, które zwykle budzą bunt. To był strzał w dziesiątkę, że chłopaki spędzają razem dwa dni w tygodniu u teściowej i opiekunki. Jeszcze trochę i zaczną roznosić dom J Piotrek poza tym uwielbia wujka Marka, zaś Antoś wujka Maćka. Szaleństwo na całego ;-) Ja zaś dobrze dogaduje się z Grażynką, bardzo ją lubię i mam nadzieję, że  z wzajemnością. Trochę mi teraz szkoda, że tak rzadko się widzimy. Dawniej mieszkaliśmy niedaleko i nawet po pracy o 18 mogłyśmy jeszcze wybrać się na wspólny spacer. Teraz w tygodniu nie ma szans. Od poniedziałku do środy jestem u mojej mamy, dość daleko. W czwartek i piątek to Marek odbiera Antka od teściów no i za późno by do nich jechać bo dojechałabym koło 19, a to jest już pora spania Antka. Grażynka w soboty pracuje, kończy o 17 i do tej 19 znowu pozostaje mało czasu, zaś niedziela to po pierwsze jedyny dzień,  który mogą spędzić w trójkę, a po drugie my też bywa mamy inne plany. Najczęściej po prostu smsujemy (kiedy ja mam możliwość zadzwonić Grażynka zwykle usypia Antka, z kolei gdy Antek zaśnie ja rozpoczynam usypianie Piotrka i nagle robi się już po 22). 
 

Doładowałam trochę akumulatory w ten weekend :-)