poniedziałek, 14 stycznia 2013

weekend (prawie) jak to mówią do chrzanu



Weekend mdły, nieciekawy, nerwowy, męczący – tak dla odmiany po zeszłym tygodniu.
Już w piątek Maciek zapowiedział mi, że do 18 w niedzielę jest wyłączony. Kupił komputer, ponieważ nasz grat nie dawał już rady z programami, których on potrzebuje do pracy. Stary ma być dla mnie. Fajnie, bo często przepychamy się wieczorem do komputera, kiedy oboje potrzebujemy coś zrobić. Miał tworzyć sieć domową. OK, rozumiem, że to minimum kilkanaście godzin pracy i trzeba to zrobić. Szkoda tylko, że weekend minął, nic nie zostało zrobione, a weekendu rodzinnie też nie spędziliśmy L
Maciek pojechał w sobotę rano na giełdę po płytkę, podczas instalacji okazało się, że jest uszkodzona, więc w niedzielę ją reklamował, wrócił z drugą, tez okazała się felerna i tym sposobem nic nie jest poinstalowane, a my czekamy do przyszłej soboty na kolejną giełdę bez kompów i bez neta.  Mąż wkurzony, nabuzowany chodził po domu jak chmura gradowa, ja zajmowała się Piotrkiem, który usilnie próbował tacie pomagać, co wzbudzało dodatkową irytację. Gdyby było lato to przewidzieć poziom napięcia pojechałabym z Piotrkiem na całodzienna wycieczkę ale mamy zimę. I jest przeraźliwie zimno. W sobotę po zajęciach Kreatywki poszliśmy na sankii, ale wytrzymałam tylko 40 minut. Mimo ciepłych skarpet, porządnych butów, rękawic, czapki wszystko zaczęło mnie boleć  od tego mrozu. Tak mam. Piotrek chciał jeszcze się bawić w śniegu, ale ja już po prostu nie dałam rady. NIENAWIDZĘ ZIMY. Szybkie zakupy w Lidlu po drodze i do domu. Młody usnął w samochodzie i w domu zakomenderował, że chce iść do łóżka, ale tata właśnie spuszczał kabel sieciowy peszlem z poddasza na parter robiąc przy tym taki rumor jakby lawina śniegu schodziła z dachu, więć ze spania nici. W niedzielę miałam zamiar zabrać Młodego do kulkowni, ale wydawał mi się jakiś niewyraźny, więc zapodałam syrop i zostaliśmy w domu. Położyłam się z nim na drzemkę bo sama czułam się kiepsko będąc święcie przekonaną, że Maciek siedzi i instaluje, on tymczasem pojechał na giełdę nic mi nie mówiąc, wrócił z niczym i chciał spędzić czas ze mną korzystając z drzemki dziecka, a ja spałam. Szkoda gadać.
Niedzielny wieczór za to miły. O 18 zwinęłam się z domu na spotkanie z przyjaciółką, w międzyczasie za jej radą kupiłam skórzaną spódniczkę na poprawę humoru, pogadałyśmy sobie jak za dawnych dobrych czasów. Do domu wróciłam koło północy.
Kolejny weekend niestety podobny – instalacja, instalacja, instalacja.

2 komentarze:

  1. No to weekend faktycznie nieciekawy :/ choć i tak lepszy niż nasz...
    Trzymam kciuki, żeby za tydzień wszystko poszło sprawnie!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oby następny weekend był lepszy! :)

    OdpowiedzUsuń