czwartek, 28 lutego 2013

telefoniczne dni świra

Wiecie co, ja jestem naprawdę daleka od teorii spiskowych na temat wrednych urzędników i "administracji samo zło". W urzędach czy innych miejscach publicznych pracują ludzie tacy jak wszędzie, raz mniej kompetentni, raz bardziej, czasem mniej, czasem bardziej życzliwi. Nierzadko równie zadziwieni absurdalnymi przepisami jak petenci, lecz zmuszeni do ich stosowania. Zwykle potrafię się dogadać wyznając zasadę, że nic tak nie denerwuje urzędnika jak nieprzygotowany petent tudzież petent kóry sam nie wie czego chce lub petent, który zamiast dowiedzieć się w punkcie informacyjnym gdzie powinien się udać staje na oślep w pierwszej lepszej kolejce i potem jest oburzony, że nic nie załatwił ;-)
Wczoraj osiagnęłam jednak stan wrzenia. Załatwienie dwóch prostych spraw zajęło mi cały dzień, a i tak załatwiłam je połowicznie. Przypominam, że pracuje na pełny etat, więc nie mogę sobie pozwolić na wycieczki do urzędów czy przychodni w ciemno, gdyż każda taka wyprawa wymaga ode mnie spóźniania się do pracy, zwalniania się, odrabiania. Staram się więc co się da załatwiać telefonicznie lub przez net, a przynajmniej upewnić się, że faktycznie posiadam wszystkie konieczne dane/dokumenty by wycieczka do urzędu nie skończyła się fiaskiem.
Usiłowałam:
1. Dowiedzieć się czy w szpitalu są już wyniki pewnego mojego badania
2. Poprosić naszą pediatrę o wystawienie dla Piotrka zaświadczenia, że moze uczęszczać do przedszkola.
Proste? Ha!
Punkt 1.
Jest sobie oddział endokrynologii ginekologicznej w szpitalu uniwersyteckim Kopernika w Krakowie. Swoją drogą oddział bardzo dobry, przyjazny - złego słowa nie mogę powiedzieć. Panie sekretarki niestety dramat. Siedzą sobie dwie babeczki biurku w biurko, za plecami mają regał z segregatorami. Wiem bo widziałam. Miałam dzwonić po ok. 3 tygodniach od wypisu  po jego drugą część, bo na niektóre wyniki trzeba dłużej czekać. Na wypisie mam podane dwa numery telefonów - końcówka 70 i 71. W poniedziałek dzwoniłam od 9 na oba numery. Zajęte lub nikt nie odbiera.Dodzwoniłąm się ok 14, pani mnie zbeształa, że informacje są udzielane tylko do 12 i tylko pod końcówką 70. OK. We wtorek wydzwaniałam od 9 na ten numer - bez efektów. W środę już lekko zdesperowana i wnerwiona, bo akurat w razie czego miałam możliwość podjechać do szpitala w związku ze sprawami na mieście, ale chciałam się dowiedzieć czy w ogóle mam po co bo jechać, stać w kolejce i dowiedzieć się, że niepotrzebnie trochę mi się nie uśmiechało. Dzwonię, dzwonię, wiecznie zajęte lub nikt nie odbiera. W końcu ok 11.40 dodzwoniłam się na ten drugi numer 71 i grzecznie proszę czy jednak pani nie moglaby mi udzielić informacji, bo nie jestem w stanie dodzwonić się pod 70. Babka od razu na mnie naskoczyła, że informacje tylko tam. Odpowiedziałam, że wiem, ale czy nie mogłaby jednak pójść mi na rękę bo od trzech dni dzwonię kilkadziesia razy dziennie i nie mogę się połączyć. Kobieta trzasnęła słuchawką. Świetnie.
Punkt 2.
Potrzebuję zaświadczenia od pediatry dla Piotrka, że w ogóle może uczęszczać do przedszkola. Taka formalność. Nie chodzi o to, że w tym momencie jest zdrowy. Nie bardzo mam możliwość podejsc do przychodni i prosić by ktoś z czekających mnie wpuscił na chwilę do naszej pediatry (moje godziny pracy), więc dzwoniłam do rejestracji. To też wyczyn .Rano nie sposób, bo obsługują kolejkę pacjentów do rejestracji, a po południu już im sie telefonu nie chce odbierać. Mój szwagier mieszka niedaleko i kiedyś wnerwiony głuchą linia poszedł tam i przez okno ujrzął taki oto obrazek - telefon dzwoni, a pani układa pasjansa, podnosi słuchawkę i odklada na biurko. Dodzwoniłąm się w końcu i tłumaczę o co mi chodzi. Pani twierdzi, że muszę porozmawiać bezpośrednio z lekarzem i mnie przełącza. Lekarka nie odbiera - to akurat w pełni rozumiem. Ma duzo pacjentów, małe dzieci i nie będzie przecież odrywała się od badania rozebranego do naga niemowlaka. A bada zawsze dokładnie, za to ją cenimy. W każdym bądź razie kilka razy powtórzyła się sytuacja - dodzwaniam się do rejestracji, przełączają mnie, lekarka nie odbiera. W końcu udało mi się jakoś wytłumaczyć kobiecie, że szkoda jej i mojego czasu i zgodziła sie przekazać lekarce moja prośbę.

Jednym słowem dwie proste sprawi i cały dzień wydzwaniania. Na szczęście mam taką pracę, że nie mam bezpośredniego kontaktu z klientem, samodzielne stanowisko i jestem w stanie bez uszczerbku dla moich obowiązków co chwilę naciskać na komórce rediall. Ale dla takiej pani na kasie czy kogokolwiek z innym charakterem pracy to niewykonalne.

wtorek, 26 lutego 2013

nieplanowana impreza imieninowa oraz edukacja seksualna Potwora

Sobota jak pisałam była dniem w najwyższym stopniu nijakim. Jedynie po obudzeniu sie o 19 udało nam się z Piotrkiem wspólnie zrobić naleśniki, bo Potwór kategorycznie zażądał kiedy tylko otworzył oczy. On jest wielkim miłośnikiem naleśników z takim ekologicznym, bezcukrowym smarowidłem śliwkowo-gruszkowym, a mnie to cieszy bo dobrze wpływają na trawienie.
W niedzielę rano mieliśmy zamiar iść na sanki, ale przyznaję sie bez bicia - pogoda przestraszyła MNIE. Mam tej zimy już po dziurki w nosie, mam dość przenikliwej wilgoci i choć jestem gorącą zwolenniczką hartowania dzieci i zazwyczaj zmuszam się do spacerów bez względu na pogodę dla dobra sprawy to po prostu słabo robiło mi się na samą myśl o wyjściu z domu na tę zimową breję. Zostaliśmy w domu. Chłopaki dostali głupawki:-)
W niedzielę wypadały również imieniny mojego męża.

sobota, 23 lutego 2013

przespany dzień. jestem zła

Pisałam, że brakuje mi życia towarzyskiego w realu? To mam za swoje. Zemściło się na mnie. Dzisiaj spędziłam dzień z Piotrkiem. Maciek pracował. Pojechaliśmy na Kreatywkę. Wróciliśmy od razu do domu, jest zimno, mokro i ja nie nadaję się na spacery w takiej pogodzie. W domu byliśmy koło 12.30 Pytałam się Młodego czy chce najpierw zjeść obiad czy woli się położyć. Słaniał się na nogach i poszedł do łożka. Ja za nim. 40 minut przewalał się w te i wewte, aż stwierdził, że jest okropnie głodny. Zeszliśmy więc do kuchni i przygotowałam obiad. Młodemu wróciła energia i przez moment sądziłam, zę trafił nam się dzien bez drzemki, ale koło 15 zrobił się okropnie marudny i zrozumiałam, że jeśli sie nie prześpi to będzie nieciekawie. Zaniosłam go do pokoju i położyłam soę z nim, bo protestował. No i zasnęłiśmy oboje. Spaliśmy do 19!!!! W tym czasie moja przyjaciółka dzwoniła kilka razy, wysyłała smsy, a ja tego nie slyszałam bo spała, a komórka została na dole. Była w mieście i chciała do nas przyjechać, nie była jednak pewna czy jesteśmy w domu, dlatego dzwoniła. Nie chciała przyjeżdżać w ciemno i w pełni ją rozumiem, bo autobusy do nas jeżdżą rzadko, zwłaszcza w środku dnia, zwłaszcza  w weekend i gdyby przyjechała i pocałowała klamkę musiałaby ponad godzinę kwitnąć na przystanku w tym zimnisku.Jestem wściekłą na siebie. Mogłyśmy spędzić razem popołudnie, a ja je po prostu przespałam!!!!! Karolinie autobus odjechał i wróciła do domu.

czwartek, 21 lutego 2013

jak zeszłam do wirtualnego podziemia czyli o posiadaniu dziecka wśród znajomych typu childfree/childless

Do wirtualnego podziemia schodziłam powoli. Najpierw zupełnym przypadkiem odkryłam dzienniki Twojego Stylu. Szukałam jakiegoś artykułu po prostu.Zaczęłam czytać, po pewnym czasie założyłam własny dziennik. Potem inicjatywa Zuzi, chwała jej za to. Pisałam, czytałam, udzielałam się na kilku forach, ale bardziej  z doskoku.

Ciąża i narodziny Piotra wiele zmieniły. Wirtualny świat wypełnił część pustki, która wynika z tego, że czuję się samotna w realu.

wtorek, 19 lutego 2013

FOTELIKI SAMOCHODOWE (EDIT PO UWAGACH EKSPERTA :-)

Nie mam wielu dzieciatych znajomych w realu, ale całkiem sporo w świecie wirtualnym, niektórzy z nich mają młodsze dzieci i pytają o radę w sprawie fotelików samochodowych, więc zamieszczam tutaj kompendium moich doświadczeń i przemyśleń na ten temat. Może komuś się to przyda, ale zaznaczam, że to są moje doświadczenia, na bazie stylu życia mojej rodziny i nie mają charakteru uniwersalnego.

poniedziałek, 18 lutego 2013

o nienawiści do zimy i celebracji przedwiośnia

NIENAWIDZĘ ZIMY. Wiem, że w mojej niechęci do tej pory roku nie jestem odosobniona. Wiele ludzi narzeka na zimno, brud, lód, skrobanie szyb w samochodzie, zaparowane okulary i ból palców. Moja awersja ma jednak głebsze podłoże i żadne argumenty, że zima jest piękna, potrzebna etc do mnie nie trafiają. Owszem, zaśnieżone krajobrazy są malownicze, ale to mi nie wystarcza.
JA ZIMY ZWYCZAJNIE SIĘ BOJĘ. Jestem głęboko przekonana, że w którmś z poprzednich wcieleń spotkało mnie lub kogoś mi bliskiego zimą coś strasznego - zamarzniecie, odmrożenie kończy i amputacja, coś w ten deseń. W moich wyobrażeniach ewentualne piekło wygląda jak Antarktyda podczas zamieci śnieżnej.
Próbowałam z tym walczyć. Osiągnęłam jedynie tyle, że ten wewnętrzny niepokój schowałam głębiej pod skórę, ale towarzyszy mi on cały czas. Zimą chodze skulona chowając twarz za szalikiem i przeżywając katusze na myśl, że muszę zdjąć rękawiczki by wyjąć kartę do bankomatu. Brnę w śniegu i błocie w grubych buciorach i wielkich rękawicach narciarskich. Odechciewa mi się dbałosci o zewnetrzny wygląd. Nie chce mi się czyścić butów z soli. O bardziej eleganckich ubraniu nie ma mowy - w kozaczkach marzną mi palce, muszę nosić wielkie buciory z szerokimi nosami, na głowie grubą czapkę.
Zimą czuję, że moja wolność osobista kurczy się do wielkości ziarnka piasku. Odczuwam to wyjątkowo głęboko odkąd zostałam matką. Dla Piotrka zmuszam sie do spacerów, biegania z sankami i radosnego rzucania się snieżkami, ale cały czas gram. Najchętniej zakopałabym się pod kocem i przespała ten okres. Nie chodzi o to, że gustuję w upałach, wręcz przeciwnie, ale mróz mnie przeraża. Ogranicza. Sprawia, że jak zaszczute zwierzątko planuję każde wyjście z dzieckiem by mieć na trasie jakieś ciepłe miejsca, by zmienić pieluchę, skorzystać z toalety, zjeść posiłek. Na mrozie przecież się nie da. Pamiętam w jaką panikę wpadłam kiedyś w parku z kilkumiesięcznym Piotrkiem, który płakał z powodu pełnej pieluchy i głodu, a parkowa kawiarenka okazała się zamknięta. Byłam cała roztrzęsiona nie mogąc nic zdziałać na mrozie. Moja wyobraźnia podpowiada mi różne koszmarne sytuacje. Zepsuty samochód na autostradzie podczas zamieci śnieżnej z Piotrkiem w foteliku na przykład.

Za to wiosną - wiosną zrzucam kajdany i zachowuję się jak dziecko. Wiem, że jestem pod tym względem uważana za dziwaczkę i nie przeszkadza mi to zupełnie :-) Czuję, że moje łańcuchy opadają. Nagle mogę wyjść, siąść na ławce, nakarmić dziecko w plenerze, spędzić na powietrzu cały dzień, przebrać się. To może duperele, ale dla mnie istotne. Nienawidzę czuć się ograniczona. Dla mnie wiosna zaczyna się 1 marca - tak działa moja psychika. Luty jest dla mnie najgorszym miesiacem w roku. Jestem juz do tego stopnia zmęczona zimnem, szarością i brudem, że jedynie porządki wiosenne trzymają mnie w pionie. Tak, dobrze czytacie. Porządki wiosenne zaczynam w lutym.  Zawsze odzywa się we mnie wewnętrzny imperatyw i choćbym była nie wiadomo jak zalatana czy chora czuję, że musze wyopucować swój świat na powitanie wiosny. Najchętniej spłukałabym cały dom wężem. Nie cieprię gdy pierwsze wiosenne promienie zaglądają do zimowo-brudnego domu, dlatego zwykle do końca lutego caly dom jest juz gruntownie wymyty, pajęczyny zebrane, kurz z najdalszych zakamarków starty, a całe siaty niepotrzebnych rzeczy czekają na wyrzucenie lub oddanie. Jedynie mycie okien zostawiam na pierwsze ciepłe dni, z tego względu wolę by Wielkanoc wypadała jak najpóźniej. Od 1 marca czekam zwarta i gotowa. Celebruję mycie, pastowanie i chowanie zimowego obuwia, czapek i szalików do kartonów na górnej półce garderoby i układanie lżejszych butów w podręcznej szafce na ganku.

Już od dwóch tygodni odliczam dni do przedwiośnia, a potem będę wypatrywała pierwszych najdrobniejszych oznak wiosny, będę cieszyła się jak wariatka ze śpiewu ptaków i topniejących sopli. Już dzisiaj rano poczułam te znajome wiosenne motylki w brzuchy gdy uświadomiłam sobie, że o 6 rano w naszej sypialni nie panują już egipskie ciemności. W odróżnieniu od większości moich znajomych UWIELBIAM PRZEDWIOŚNIE pomimo błota, deszczu i psich kup po zimie na trawnikach. Uwielbiam, bo w powietrzu czuć wiosnę, ja ją czuję nawet jeśli jeszcze pada śnieg i pogoda niewiele różni się od tej w lutym. Dla mnie to już zupełnie inna, piękniejsza pora roku - wielkie zwycięstwo życia nad śmiercią że się tak górnolotnie wyrażę.

niedziela, 17 lutego 2013

ukochane zabawki - part 2


Druga część posta ku pamięci o ukochanych zabawkach Potwora. Powyżej auto jeździk. Miałam nie pisać o samochodach, ale to auto wyjątkowe. Jeździk bez bajerów, lampek i wodotrysków. Miał melodyjkę w kierownicy, ale wyjęliśmy baterię bo nas wkurzała. Wybierając jeździk dla Piotrka szukałam po prostu prostego, w miarę dużego autka. Nie kręcą mnie jeżdżące hipopotamy plujące klockami, pieski, małpki i inne stwory. Piotrek autko dostał w okolicy pierwszych urodzin, ale przez parę miesięcy mimo zamiłowania do samochodów o dziwo nie chciał na nim siadać. Bał się. Dopiero kiedy w wieku 14 miesięcy opanował sztukę chodzenia i zorientował się, że jest w stanie sam bezpiecznie na niego wsiąść i zejść odważył się. W październiku 2011 roku przeprowadziliśmy się do domu. Potwór miał wtedy 16 miesięcy. I się zaczęło. Na razie w salonie i przedpokoju nie mamy praktycznie żadnych mebli. Jest za to mnóstwo miejsca do biegania i jeżdżenia. Jeździk został obowiązkowym punktem każdego dnia. Jeszcze przez pewien czas Piotrek nie umiał sam się odpychać. Bolały nas plecy od pchania, więc mąż przywiązał do zderzaka linkę. Potem Młody śmigał już sam. Przynajmniej godzinę dziennie. Siedzenie podnosi się i można w nim upychać skarby. Autko, zauważcie, jest stuningowane. Rura wydechowa poharatała się na kamieniach przed domem, więc tata zainstalował hak holowniczy z prawdziwego zderzenia, zatem autko spełnia czasem funkcję lokomotywy. Eksploatowane intensywne do dzisiaj.

czwartek, 14 lutego 2013

ukochane zabawki - part 1

Kolejny post ku pamięci. Tym razem o ulubionych zabawkach Potwora. Na pierwszy ogień idą te, którymi bawił się mniej więcej przez pierwszy rok swojego życia.
UPRZEDZAM - NIE PISZĘ O SAMOCHODACH, KTÓRE STALE I NIEZMIENNIE SĄ NA 1 MIEJSCU :-) Nasz dom to jeden wielki parking wielopoziomowy.
Przyznaję, Piotrek ma dużo zabawek. jest jedynym wnukiem mojej mamy i jednym z dwóch mojej teściowej. Moja mama rozpieszcza go do granic możliwości i choćbym nie wiem jak się starała co chwilę kupuje mu coś nowego. Tak ma.
W 1 roku swojego życia mój syn zdecydowanie gustował w zabawkach w żywych intensywnych kolorach i przez nasze ówczesne mieszkanie przewinęło się sporo plastikowego kiczu. Abo nie kiczu-zależy jak spojrzeć. Ważne, że dziecko było zadowolone.
Pierwszą większą "zabawką" Piotrusia była karuzelka Fischer Price - dżungla. Bardzo lubił się jej przyglądać, muzyka przyjemna dla ucha. Baza od karuzelki służyła nam prawie dwa lata, dopóki Piotrek spał w łóżeczku niemowlęcym. Lubił rano włączać sobie odrobinę klasyki :-)

Jednocześnie w domu pojawiły się niemowlęce zabawki zabawki firmy Lamaze. Drogie, ale z ręką na sercu mogę je polecić.Można zasugerować rodzinie w ramach prezentu. Bawił się nimi później Antek, wielokrotnie prane i czyszczone wciąż wyglądają jak nowe. Piękne, nieblaknące kolory, ciekawe materiały i faktury, do tego wydają dźwięki. Absolutnym hitem okazała się zawieszka-trójkąt. Oprócz tego, że grzechocze i szeleści ma od spodu lusterko, a uchwyty z boku przyjemnie trzeszczą przy zmianie pozycji, no i trójkąt za każdym razem wygląda inaczej.

środa, 13 lutego 2013

chorobowo i zimowo

Trochę mnie nie było. Przepraszam. Dopadło nas lutowe przesilenie. To najgorszy dla mnie miesiąc w roku :-/
W szpitalu trochę odpoczęłam. Poczytałam. Pierwszej nocy wyspałam się świetnie, drugiej mniej, bo ok. północy dokwaterowali nam dziewczynę w 6 miesiącu ciąży ze skurczami i całą noc próbowali zahamować akcję porodową (na szczęście z sukcesem!). KTG i kroplówki całą noc, światło. Po raz kolejny przekonałam się, że mam najlepszego gino-endo pod słońcem. Przyjechała do niego do prywatnego gabinetu po 23, bo źle się czuła, a on widząc co się dzieje nie pozwolił jej jechać samej do szpitala ani brać taksówki tylko sam osobiście przywiózł ja na oddział by nie tracić w tej sytuacji czasu. Ja przeziębiłam się. W środę czekałam na wypis i wyniki badania z totalnie zapchanym nosem. Doprowadziłam się do stanu używalności Cirrusem i jakoś funkcjonowałam do weekendu. Piotrka traktowałam ulgowo po przebytej grypie, choć przez cały tydzień był zdrowy i pełen energii. odpuściłam jednak na wszelki wypadek zajęcia Kreatywki w sobotę. W niedzielę wybraliśmy się na kulki, bo go energia roznosiła. Wiem, lepiej było wybrać się na świeże powietrze, ale po pierwsze w Krakowie normy smogu i tak kilkakrotnie przekroczone, a po drugie wilgoć straszna, przenikliwe zimno - ja osobiście wymiękam. zazwyczaj zmuszam się do energicznych spacerów ze względu na syna-Eskimosa, któremu takie temperatury nie przeszkadzają, ale w niedzielę nie byłam w stanie. Mąż "umierał" przeziębiony. Wybawiliśmy się świetnie, niestety po powrocie Piotrek zaczął się pokładać, dostał gorączki, kaszlał. Tym sposobem w poniedziałek zamiast iść do pracy wybraliśmy się do lekarza. Na razie osłuchowo czysty, ale kaszle i chrypi. Ja stres bo co z pracą 3 dni zwolnienia, 2 dni pracy i znowu opieka.... Wybłagałam moją mamę , by została z Piotrkiem we wtorek i środę, ale w czwartek i piątek muszę iść do pracy, ponieważ nasza niania ma urlop i teściowa miała zostać z dwójką chłopaków, w tym układzie nie ma o tym mowy, bo Piotr zaraziłby Antka. Moją mamę zaczyna boleć ucho i drżę by tym razem ona się nie rozchorowała, bo wtedy w przyszłym tygodniu też nie będę mogła iść do pracy. Ehhhh. Byle do wiosny.

Piotrek jest zafascynowany mapami. Na planie Krakowa pokazuje bezbłędnie rzekę, ulice, tory kolejowe i parki. Czyżby faktycznie rósł kolejny geodeta?




A tutaj Młody w jaskini hazardu

korek

i nasi nowi przyjaciele





poniedziałek, 4 lutego 2013

Zos Samos

Od wczoraj zdejmuje nawet leciutko przybrudzone ubrania i "pierze" w bidecie.
Po regresie spowodowanym choroba od 3 dni sam korzysta z nocnika. Kategorycznie odmawia pomocy. W zwiazku z tym chodzi wylacznie w spodniach na gumce, bo z guzikami sobie jeszcze nie radzi.Tesciowa przerobila mi wiekszosc jego spodni. Poluzowalam sciagacze w pasie w jeansach i sztruksach a ona podszyla je guma. Dzieki temu Mlody wciaga je sam bez rozpinania, jak dresy. Polecam patent na ten okres dla malych zosiow-samosiow.
I sam ubiera buty, skarpetki i kurtke.
Dumna jestem ze hej :-)
Pozdrawiam ze szpitalnego spa.

niedziela, 3 lutego 2013

Muzeum Inzynierii Miejskiej, a jutro szpital

Dzisiaj na szybko relacja fotograficzna z soboty. Wybraliśmy się do Muzeum Inzynierii Miejskiej. Nie pierwszy raz, z Piotrkiem też już bywaliśmy, ale był malutki i niewiele chyba pamięta. Tym razem zachwyt pełny. Najbardziej podobała mu się hala ze starymi samochodmai, ale nie mam stamtąd dobrych fotek, bo było dość ciemno. Była tez hala z tramwajami, ale nie wzbudziła entuzjazmu. Poza tym świetna wystawa interaktywna dla dzieci o kole. Dużo stanowisk, gdzie można było poeksperymentowąc. Do tego sala poświęcona gazownictwu (rozumiencie - kolorowe rury, zawory i takie tam to baaaardzo interesujące dla mojego Potwora). Ominęliśmy ekspozycję poświęconą drukarstwu, bo Piotrek nie chciał wyjść z tych poprzednich wystaw i był już zmęczony. Nastepnym razem. W sumie spędzilismy tam bardzo intensywnie ponad 3 godziny, a rodzice odświeżyli co nieco swoją wiedzę na temat praw fizyki. W zasadzie jedyne co można byłoby dopracować to stołeczki dla maluchów - przydałoby się zakupic w Ikei kilka takich podstawek by maluchy mogły dosięgnąć do niektórych ekspozycji i sie pobawić, bo były za wysoko i ręce nam mdlały od trzymania Piotrka. Po powrocie do domu Piotruś od razu pytał czy możemy wrócić do muzeum, dziś rano też przyszedł z taką sugestią. Widząc jego radość, wielkie zainteresowanie i fakt, że w kółko o tym opowiada i prosi by mu rysować to co widział nie mogę doczekać się wizyty w Centrum Kopernika w Wawie.
Tutaj trochę fot.
Jutro udaję się na 3 doby do Kliniki Endokrynologii Ginekologicznej na Szpitala Uniwersyteckiego na Kopernika. Coś nie za dobrze z moją tarczycą i hormonami, więc mój ukochany gino-endo, który tam pracuje przyjmuje mnie na oddział w celu wykonania kompletu badań. Mogłabym wyjść już we wtorek, ale trzeba spędzić w szpitalu dwie noce - NFZ :-/ Zamierzam odpocząć. Mogłabym zabrać laptopa z pracy i neta, ale boję się kradzieży, więc mam plan pouczyć się i czytać przez dwa dni. Miła odmiana w sumie ;-) Torba pełna zupek w proszku i próżniowo zapakowanej wędliny. Byłam tam 4 lata temu i przymierałam głodem, bo posiłki skąpe i wstrętne, a akurat spedziłam tam długi weekend w Boże Ciało, znajomi na wyjazdach, mąż też, mamie nie mówiłam żeby się nie denerwowąła jak to ona, sklepik zamknięty no i głód zajrzał mi w oczy ;-) Tym razem jestem w pełni zaopatrzona ;-)