poniedziałek, 18 lutego 2013

o nienawiści do zimy i celebracji przedwiośnia

NIENAWIDZĘ ZIMY. Wiem, że w mojej niechęci do tej pory roku nie jestem odosobniona. Wiele ludzi narzeka na zimno, brud, lód, skrobanie szyb w samochodzie, zaparowane okulary i ból palców. Moja awersja ma jednak głebsze podłoże i żadne argumenty, że zima jest piękna, potrzebna etc do mnie nie trafiają. Owszem, zaśnieżone krajobrazy są malownicze, ale to mi nie wystarcza.
JA ZIMY ZWYCZAJNIE SIĘ BOJĘ. Jestem głęboko przekonana, że w którmś z poprzednich wcieleń spotkało mnie lub kogoś mi bliskiego zimą coś strasznego - zamarzniecie, odmrożenie kończy i amputacja, coś w ten deseń. W moich wyobrażeniach ewentualne piekło wygląda jak Antarktyda podczas zamieci śnieżnej.
Próbowałam z tym walczyć. Osiągnęłam jedynie tyle, że ten wewnętrzny niepokój schowałam głębiej pod skórę, ale towarzyszy mi on cały czas. Zimą chodze skulona chowając twarz za szalikiem i przeżywając katusze na myśl, że muszę zdjąć rękawiczki by wyjąć kartę do bankomatu. Brnę w śniegu i błocie w grubych buciorach i wielkich rękawicach narciarskich. Odechciewa mi się dbałosci o zewnetrzny wygląd. Nie chce mi się czyścić butów z soli. O bardziej eleganckich ubraniu nie ma mowy - w kozaczkach marzną mi palce, muszę nosić wielkie buciory z szerokimi nosami, na głowie grubą czapkę.
Zimą czuję, że moja wolność osobista kurczy się do wielkości ziarnka piasku. Odczuwam to wyjątkowo głęboko odkąd zostałam matką. Dla Piotrka zmuszam sie do spacerów, biegania z sankami i radosnego rzucania się snieżkami, ale cały czas gram. Najchętniej zakopałabym się pod kocem i przespała ten okres. Nie chodzi o to, że gustuję w upałach, wręcz przeciwnie, ale mróz mnie przeraża. Ogranicza. Sprawia, że jak zaszczute zwierzątko planuję każde wyjście z dzieckiem by mieć na trasie jakieś ciepłe miejsca, by zmienić pieluchę, skorzystać z toalety, zjeść posiłek. Na mrozie przecież się nie da. Pamiętam w jaką panikę wpadłam kiedyś w parku z kilkumiesięcznym Piotrkiem, który płakał z powodu pełnej pieluchy i głodu, a parkowa kawiarenka okazała się zamknięta. Byłam cała roztrzęsiona nie mogąc nic zdziałać na mrozie. Moja wyobraźnia podpowiada mi różne koszmarne sytuacje. Zepsuty samochód na autostradzie podczas zamieci śnieżnej z Piotrkiem w foteliku na przykład.

Za to wiosną - wiosną zrzucam kajdany i zachowuję się jak dziecko. Wiem, że jestem pod tym względem uważana za dziwaczkę i nie przeszkadza mi to zupełnie :-) Czuję, że moje łańcuchy opadają. Nagle mogę wyjść, siąść na ławce, nakarmić dziecko w plenerze, spędzić na powietrzu cały dzień, przebrać się. To może duperele, ale dla mnie istotne. Nienawidzę czuć się ograniczona. Dla mnie wiosna zaczyna się 1 marca - tak działa moja psychika. Luty jest dla mnie najgorszym miesiacem w roku. Jestem juz do tego stopnia zmęczona zimnem, szarością i brudem, że jedynie porządki wiosenne trzymają mnie w pionie. Tak, dobrze czytacie. Porządki wiosenne zaczynam w lutym.  Zawsze odzywa się we mnie wewnętrzny imperatyw i choćbym była nie wiadomo jak zalatana czy chora czuję, że musze wyopucować swój świat na powitanie wiosny. Najchętniej spłukałabym cały dom wężem. Nie cieprię gdy pierwsze wiosenne promienie zaglądają do zimowo-brudnego domu, dlatego zwykle do końca lutego caly dom jest juz gruntownie wymyty, pajęczyny zebrane, kurz z najdalszych zakamarków starty, a całe siaty niepotrzebnych rzeczy czekają na wyrzucenie lub oddanie. Jedynie mycie okien zostawiam na pierwsze ciepłe dni, z tego względu wolę by Wielkanoc wypadała jak najpóźniej. Od 1 marca czekam zwarta i gotowa. Celebruję mycie, pastowanie i chowanie zimowego obuwia, czapek i szalików do kartonów na górnej półce garderoby i układanie lżejszych butów w podręcznej szafce na ganku.

Już od dwóch tygodni odliczam dni do przedwiośnia, a potem będę wypatrywała pierwszych najdrobniejszych oznak wiosny, będę cieszyła się jak wariatka ze śpiewu ptaków i topniejących sopli. Już dzisiaj rano poczułam te znajome wiosenne motylki w brzuchy gdy uświadomiłam sobie, że o 6 rano w naszej sypialni nie panują już egipskie ciemności. W odróżnieniu od większości moich znajomych UWIELBIAM PRZEDWIOŚNIE pomimo błota, deszczu i psich kup po zimie na trawnikach. Uwielbiam, bo w powietrzu czuć wiosnę, ja ją czuję nawet jeśli jeszcze pada śnieg i pogoda niewiele różni się od tej w lutym. Dla mnie to już zupełnie inna, piękniejsza pora roku - wielkie zwycięstwo życia nad śmiercią że się tak górnolotnie wyrażę.

3 komentarze:

  1. Wyjątkowo w tym roku moje odczucia odnośnie pory roku są zbliżone...

    OdpowiedzUsuń
  2. Sama czekam na wiosnę z utęsknieniem, ale to co pozytywne, przedwiośnie czuć w powietrzu. Ostatnio nawet widziałam bazie :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja lubię pierwsze dni zimy, kiedy jest bajkowo jak z pocztówki, ale im dalej w las, tym bardziej mnie męczy. Wczoraj nawet moje dzieci powiedziały, że nie chcą już śniegu, tylko chcą wiosny.

    OdpowiedzUsuń