czwartek, 28 marca 2013

Okruch i....beznadziejny wieczór :-/

To jest Okruch.
Ma 1.20 cm nie licząc nóg.
Bije mu mocno serduszko.
Rozwija się prawidłowo.
7tc4d (według USD jest o jeden dzień młodszy, pewnie dlatego, że ostatnia miesiączka rozpoczęła się pod wieczór).
Jest piękny, mądry, wrażliwy i dowcipny;-)
Ze mną też OK tylko tarczyca nawala i nie wyrabia. Szybkie zwiększenie dawki hormonów. Prócz tego nadal po 6 tabletek Duphastonu i Vigantoletten dziennie. Za 4 tygodnie włączamy Jodit 200. Mam całą listę badań i posiewów przeróżnych do wykonania do kolejnej wizyty 30 kwietnia.

Wczoraj płakałam i płakałam. Najpierw ze szczęścia i ulgi na leżance u gina. Byłam dobrej myśli. Czuję dotykiem, że macica się powiększyła więc sobie zdroworozsądkowo tłumaczyłam, że nie rosłaby gdyby Okruch się nie rozwijał. Ale i tak napięcie było. Po wszystkim w nagrodę pojechałam do sklepu i kupiłam sobie portki ciażowe na lato, bo po Piotrku mam tylko jedne cieńsze bojówki, a tak to grubsze spodnie. Wróciłam do domu i płakałam znowu pół nocy. Ze smutku i rozczarowania. Przez męża.

Mój mąż jest dobrym, pracowitym i uczynnym człowiekiem.
Ale nie jest aniołem.
Z różnych względów brakuje mu przyjaciół, kórych ja mu nie zastąpię (krakowscy okazali się interesowni, a paczka ze studiów rozjechała się po Polsce).
Moim zdaniem od kilku lat cierpi na nawracającą depresję, ale to typ nieufnego uparciucha i o leczeniu, ba - przyznaniu się do problemu mowy nie ma.
W związku z tym raz na jakiś czas wychodzi z niego Dr Jekyll i Mr Hyde. Zwykle w najmniej odpowiednich momentach, a przysłowiową słomką na grzbiecie wielbłąda potrafi być naprawdę drobiazg. Zazwyczaj wyczuwam, że zbliża się ten czas i usuwam by nie prowokować burzy. Zachęcam by sobie pograł w jakaś grę na kompie przez kilka wieczorów. Wtedy mam święty spokój, a on wraca do siebie.
Nie zawsze jednak wyczuwam ten moment. Wczoraj nie miałam powodów nic podejrzewać. We wtorek miałam wolne. Bolały mnie wiązadła. Zostawiłam Piotrka na kilka godzin u babci i przyjechałam do domu. On też. Mielismy kilka fajnych godzin tylko dla siebie. Było cudnie.
Czasem też nie jestem w nastroju do wycofywania się na tyły i przeczekiwania. Cierpliwość nie jest moją mocną stroną.
W takich momentach mój mąż robi się rozżalony na cały świat.
Pretensje o wszystko.
Rozdrapywanie starych ran.
Odwracanie kota ogonem.
Przeinaczanie każdego mojego słowa.
Doszukiwanie się piatego dna w tym co mówię, wytykanie mi nieścisłości chronologicznych.
Jak na ławie przesłuchanych.
Jest wtedy naprawdę upierdliwy i mam ochotę walnąć tym zakutym łbem o ścianą albo wyrzucić przez okno.
Najgorzej, że nie potrafi się zatrzymać i odpuścić. Idzie jak czołg.
Nikt, kto go zna, założę się, nie podejrzewa, że może się w tak beznadziejny i szczeniacki sposób wtedy zachowywać. Wygadywać takie głupoty. Inna twarz.
Nie potrafi odpuścić. Wyciągnąć ręki do zgody. Przeprosić.
Kilka dni dochodzi do siebie czym doprowadza mnie do szału, bo to takie małostkowe i niedojrzałe.
Nie jestem ideałem. Wiele mogę sobie zarzucić.
Ale potrafię sie przyznać do winy, odpuścic, przeprosić.
On tego nie potrafi absolutnie i to mnie boli.
Taka sytuacja jak wczoraj mogła zdarzyć się kiedykolwiek. Boli mnie bardzo, że zepsuł mi wieczór, kiedy tryskałam szczęściem. Nie myślałam o trudnościach, o kłopotach. Po prostu cieszyłam się, że Okruch żyje. Tylko tyle i aż tyle.
A on ten moment zbrukał.
Nie oczekiwałam łez zachwytu nad zdjęciem z usg. To nie ten typ. Jego niemowlaki nie wzruszają specjalnie. Z Piotrkiem ma świetny kontakt, ale dopiero od niecałych 2 la. On nie potrafi inaczej. Zajmie się niemowlakiem, ale nie wzrusza się. Akceptuję to i nie oczekiwałam kwiatów, romantycznej kolacji ani nic w tym stylu.
Na pewno jednak nie spodziewałam się w prezencie wieczoru pretensji do mnie o każdą pierdołę, która wydarzyła się w przeciągu ostatnich lat i żalów nad sobą. Nie wczoraj.
Nie wyczuł niestosowności chwili za grosz. A nawet jeśli to nie był w stanie się zatrzymać. Dopóki nie wyrzuciłam go na górę.
Pół nocy siedziałam ogłupiała, zmarnowana w salonie.

Rozmawialismy dzisiaj. Jest lepiej. Mam nadzieje, że do Świąt atmosfera wróci do normy. Może przeprosi. Ja za to, za co powinnam przeprosiłam. Nie potrafię chować urazy. Zaleta i wada.
Niesmak jednak pozostaje.
Mam wrażenie, że zeszła ze mnie cała energia. Napięcie przed tym USG i wczorajsze nerwy przez niego.
Nie mam siły na Wielkanoc. Nie mam na nic siły.
Nie mam ochoty iść z koszyczkiem do kościoła. Nie mam ochoty nic przygotowywać na świąteczne śniadanie ani jechać na nie. Najchętniej zamknęłabym się z Piotrkiem w domu na 3 dni i nie wychodziła. A męża wysłała na Antypody.
Serio. Mam ochotę zawinąć się w kokon i zahibernować na parę dni.
Może to ta zima, która nie chce odpuścić i prognozy śniegu w niedzielę. To lodowate powietrze.



poniedziałek, 25 marca 2013

mój bodyguard

Wiecie co? Mam fantastycznego syna! Piotrek chyba czuje coś przez skórę, bo jest ostatnimi czasy w stosunku do mnie bardzo opiekuńczy i łaskawy. Przyzwyczaił się, że nie podnoszę go, że nie skaczę z nim i nie biegam. Na razie tłumacze mu, że mama jest zmęczona, że boli mnie brzuszek czy coś w tym rodzaju. Jeśli nie mam pomocy Maćka przy wieczornym kąpaniu przystawiam mu stołeczek do wanny i sam do niej wchodzi i wychodzi a ja go jedynie asekuruję. Już od jakiegoś czasu Piotrek potrafi bawić się całkiem długo sam w swoim pokoju bez asysty. Dzięki temu nasze poranki sa teraz spokojne. Myjemy zęby , pomagam mu sie ubrać, potem ma trochę czasu dla siebie na zabawę w swoim pokoju, a ja w tym czasie spokojnie się ogarniam. Wie, że jeśli nie będzie wariował przy ubieraniu to zostanie mu na zabawę sporo czasu.  Jeśli ma ochotę pobawić sie autkami idzie sam na górę do siebie i się bawi. Nareszcie! Tatę nadal zaprasza do wspólnego jeżdżenia resorakami, ale mnie już nie i bardzo dobrze, bo akurat ta czynność nudzi mnie przeokrutnie. Taka wyrodna matka ze mnie.Sam korzysta z toalety od początku do końca jeśli tylko nie ma spodni zapinanych na guzik, bo z tym sobie jeszcze nie radzi. Nasza sąsiadka była zaskoczona w sobotę, że dziecka nie ma z nami na dole. A Piotrek sobie siedział spokojnie w pokoju i się bawił. Jej Wiktor, który w lipcu skończy 5 lat pozwala jej co najwyżej wyjść do innego pomieszczenia na tym samym poziomie, ale nie ma mowy by zeszła pietro niżej. Ale akurat tutaj uważam, że sama sobie jest winna bo jest typem matki bardzo nadopiekuńczej.
Piotrek bardzo polubił sprzątanie.W sobotę pucował aż się kurzyło
Umył również oba sedesy i wypolerował tralki w balustradach. Szkoda tylko, że brakuje mu zapału do zamiatania okruszków po sobie ;-)
Kiedy schodzę po schodach podbiega i podaje mi rękę "żebyś się nie sturlała". Takiego mam bodyguarda! Nie budzi mnie już bezceremonialnym podnoszeniem powieki jak miał w zwyczaju (okrutnik) tylko delikatnie głaszcze mnie po głowie. Pilnuje bym umyła ręce po skorzystaniu z toalety "bo zarazki cię zjedzą mamo". Karmi mnie owocami "bo to zdrowe witaminki mamo". Normalnie przekochany jest :-) OK, wiem, czytałam, że po okresie buntu dwulatka przychodzi okres spokojnieszy, pogodniejszy i że to przejściowe i pewnie w wieku 3.5 roku akurat gdy urodzi się Okruszek znów zacznie zgrzytać, ale póki co delektuję się chwilą oddechu.

czwartek, 21 marca 2013

stajesz się odpowiedzialny za to, co oswoiłeś - w kontekście sportów ekstremalnych

Po wczorajszej lekturze artykułu o zmarłych himalaistach w Newsweeku kołacze mi się w głowie temat, nad którym rozmyślam od dawna. Jaka jest relacja między odpowiedzialnością za życie, które powołaliśmy a realizacją własnych ryzykownych pasji? Czytam o wdowach po himalaistach, o tym jak wyglądało ich życie przed tragicznym wypadkiem i po. O tym, że mężowie miesiącami byli nieobecni, o sporadycznym kontakcie, o nerwowym wyczekiwaniu wieści czy bezpiecznie weszli na szczyt i zeszli. OK, te kobiety wiedziały prawdopodobnie na co się decydują wybierając życie z człowiekiem o takich pasjach. Potem jednak przed oczami staje mi twarz mojego syna, któremu świat zawaliłby się gdybym teraz umarła lub gdyby zginał mój mąż i w głowie tłucze się pytanie: "czy mamy moralne prawo powoływać na świat dzieci wiedząc, że świadomie wpisujemy w nasze życie większe ryzyko niż gdybyśmy nie uprawiali sportów ekstremalnych?".
Z jednej strony rozumiem, że można mieć pasje i że rezygnacja z nich jest trudna. Bolesna. Z drugiej coś się we mnie wewnętrznie buntuje przeciwko szafowaniu własnym życiem w imię przygody, andrenaliny, pasji gdy w domu czekają dzieci..... Nie potrafię sobie tego wyobrazić.
Jestem typem ostrożnym. Nigdy nie ciągnęło mnie do tego typu rozrywek. Z jednej strony kłóci mi się to z przykazaniem "kochaj bliźniego swego jak siebie samego", no bo jak mówić o miłości bliźniego jeśli swojego życia nie szanujemy? Z drugiej mam w pamięci "cenne ludzkie ciało" z doktryny buddyjskiej.A z trzeciej jestem tchórzem. Odkąd zostałam matką jestem ostrożna podwójnie. Nie, nie wpadam w paranoję. Wiem, że wypadek może się zdarzyć zawsze i wszędzie i że choroba nie wybiera. Mam wiele przykładów na to we własnym otoczeniu. Jednak staram się nie zawyżać tego ryzyka świadomie tak, gdzie mogę tego uniknąć. Nie wsiądę do niesprawnego samochodu. Nie pojadę nigdzie bez zapiętych pasów. Mam bzika na punkcie bezpiecznych fotelików samochodowych. Nie skoczę na bungee ani na spadochronie, przynajmniej dopóki dziecko (dzieci) są małe. Mam dla kogo żyć. Nie chcę bezmyślnie tego stracić i zrujnować dziecku dzieciństwa. Dostałam od życia wiele i mam tego świadomość.
Prawda jest też taka, że że nie odczuwam tęsknoty za tym. Nie wiem jak to jest rezygnować z takich pasji. Mam inne pasje. Bardziej bezpieczne.
Zresztą - gdzie jest granica między rzeczami mniej i bardziej niebezpiecznymi?
Co z zawodami typu strażak, policjant, żołnierz, lekarz? Z jednej strony brzmi to lepiej. Ci ludzie pracują dla społeczeństwa, jeśli giną to ratując innych. Ma to zupełnie inny wydźwięk moralny niż śmierć osoby uprawiającej np kolarstwo górskie, o tego typu, po prostu dla sportu.
Z drugiej strony czy dla małego dziecka ma znaczenie czy rodzic zginął ratując kogoś z pożaru czy zdobywając kolejny szczyt z listy marzeń? Śmiem wątpić. Być może dla starszego tak, będzie to kwestia jakieś tam dumy z rodzica, ale dla maluszka liczy się przecież tylko to, że ukochana osoba nagle zniknęła i nie wróci. Nieważne dlaczego. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić uczuć mojego syna w takiej sytuacji. Dławi mnie w gardle na samą myśl.
Nikt nikogo nie zmusza do powoływania na świat dzieci. Gdy już są stajemy się za nie odpowiedzialni od tych przysłowiowych dwóch kreseczek na teście ciążowym. Kurczę, nie potrafię sobie wyobrazić że mogłabym świadomie zwiększać prawdopodobieństwo, że świat mojego dziecka nagle rozpadnie się na małe kawałeczki.....
To MOJE odczucia.


poniedziałek, 18 marca 2013

chroniczne roztargnienie, osłabienie i takie tam

Pamiętam, że pod koniec ciąży z Piotrem dopadło mnie potworne roztargnienie. Nie byłam w stanie skupić się na poważniejszej lekturze, wiecznie o czymś zapominałam, wylewałam, rozsypywałam. W tej ciąży roztargnienie pojawiło się już na samym początku i zaczynam się poważnie obawiać co będzie dalej. Przykłady:

wtorek, 12 marca 2013

jest dobrze

Powolutku oswajam się z myślą, że zostanę podwójną mamą. Nieśmiało snuję plany. Łykam Duphaston i inne leki. Czuję się dość dobrze. Z Piotrusiem do połowy 6 miesiąca tak naprawdę nie czułam, że jestem w ciąży. Jedynie rosnący brzuch, przykazanie polegiwania i L4 mi o tym przypominały. Tym razem jest trochę inaczej. Nie wymiotuję, cycki mnie nie bolą nic a nic (pamiętam jak mnie to martwiło w poprzedniej ciąży), ale jednak jestem bardziej zmęczona. Wtedy nie mieszkałam w domu na górce ;-) Teraz łapie mnie lekka zadyszka, także podczas chodzenia po schodach. Już teraz odczuwam pewne ograniczenia. Nie mogę na przykład sama wynieść do domu zakupów (garaż mamy na dole skarpy), nawet kilogram ziemniaków powoduje dużą zadyszkę. Muszę je mądrze planować. Póki jest zimno mogę je zostawić w garażu do powrotu Maćka, ale już niedługo kupując jogurty czy mrożonki trzeba będzie sie telefonicznie upewniać czy mąż jest akurat w domu :-) Piotr zadowolony, bo pozwoliłam mu samemu wchodzić do fotelika samochodowego by nie obciążać mięśni brzucha. Tylną kanapę mam w związku z tym kompletnie zafajdaną, bo Młody by sie do fotelika wdrapać musi stanąć na niej ubłoconymi butami.Trudno. Piotruś jeszcze o niczym nie wie. Unikamy też rozmów na ten temat w jego obecności, bo to jest dyktafon i papla, a rodzinie zamierzamy powiedzieć dopiero podczas śniadania wielkanocnego. Wtedy będziemy wszyscy razem, a ja będę po USG 27 marca, podczas którego mamy nadzieję usłyszeć serduszko. Na razie beta hcg przyrasta prawidłowo, więc jesteśmy dobrej myśli. Kolejne kłucie w czwartek.
Musiałam powiedzieć już o ciąży szefom.

piątek, 8 marca 2013

WIOSNA W SERCU, GŁOWIE I W BRZUCHU :-)))))))))))))))

Pisałam, że nienawidzę lutego? Chyba zmienię zdanie:-) W tym roku w lutym wydarzyło się coś pięknego.
Piotruś zostanie starszym bratem :-)
Na przełomie października i listopada.

Jestem szczęśliwa i jeszcze oszołomiona tym, że tak szybko się udało.
Wiem, że to dopiero początki i wszystko może się wydarzyć, ale podobnie jak w ciąży z Piotrkiem mam intuicyjną psychiczną blokadę na takie myśli. Będzie dobrze.Nie potrafię milczeć i trzymać język za zębami gdy radość mnie rozsadza :-) Niemniej jednak rozsądek każe nam wstrzymać się z informowaniem rodziny do wielkanocnego śniadania, będę wtedy po drugim USG. Z tego względu te z Was, które znają mnie na FB proszę chwilowo o dyskrecję, ponieważ jest tam aktywna przyjaciółka mojej mamy.

Decyzja o drugim dziecku była dla nas bardzo trudna i w zasadzie to czyste wariactwo :-) Czasy są ciężkie, w branży męża bryndza, w mojej firmie też nieciekawie i raczej jeszcze przez dłuższy czas tak będzie. Finansowo będzie bardzo trudno, nie wiemy jeszcze jak zorganizować opiekę po moim powrocie do pracy etc. Z drugiej strony już od roku szukałam lepszej pracy - bez efektów. I co dalej? Dalej szukać, czekać na poprawę koninktury? Gdybym coś znalazła to też oznaczałoby to odłożenie planów rodzinnych na jakiś czas, a czas działa na niekorzyść. Mam chorobę Hashimoto, hiperprolaktynemię, a w tym roku kończę 34 lata. Wiedzieliśmy na pewno, że nie chcemy bo Piotruś został jedynakiem i baliśmy się obudzić za kilka lat z przysłowiową ręką w nocniku w przypadku odwlekania tej decyzji. Różnica wieku może nie będzie mała (zresztą i tak musiałam po cesarce odczekać dwa lata z rozpoczęciem starań), ale też nie bardzo duża. Mój mąż ma brata starszego o 8 lat i wielkiej pociechy z siebie w dzieciństwie nie mieli.
Na początku lutego mój endo wysłał mnie do szpitala na komplet badań hormonalnych i ustawił mi leki. Sądziliśmy (łącznie z nim), że może to potrwać minimum kilka miesięcy a tutaj proszę - wystarczył tydzień zażywania lekarstw i już:-) Zupełnie inaczej niż przy pierwszej ciąży.
Mam nadzieję, że będzie dobrze. Chciałabym pracować do lipca/sierpnia, w sierpniu zrobić Piotrkowi adaptację przedszkolną tak żeby poszedł do przedszkola od września. Mam nadzieję, że dzięki temu, że na zwolnieniu czy na macierzyńskim będę mogła odbierać go wcześniej łatwiej się przystosuje. Zresztą czas pokaże jak to wyjdzie w praniu.

Na razie się cieszę i nie pozwolę by nikt i nic zmąciło moją radość.

wtorek, 5 marca 2013

weekend, uczłowieczanie Potwora, hulajnoga i spanie

Weekend dość intensywny. W czwartek i piątek czuć już było wiosnę w powietrzu i miałam w planach w sobotę zainaugurować z Młodym sezon rowerowy. W piątek jednak wróciłam z pracy bardzo późno,chłopaki już spali. Przyniosłam z garażu rowerek biegowy, umyłam i naoliwiłam, ale nie dałam rady podwyższyć siodełka i kierownicy. Maciek strasznie mocno zakręcił śruby. Nie było mowy o dobudzeniu go, a wcześnie rano miał jechać do pracy, więc zrezygnowałam z planów. Zamiast na rower poszliśmy na spacer po prostu. Na spacer zamiast na Kreatywkę, choć to sobota, ponieważ z Kreatywki zrezygnowaliśmy. Wypowiedziałam umowę i przepisałam Piotrka na sobotnie warsztaty w Placu Rozwoju
http://www.placrozwoju.pl/oferta/z-rodzicami.html
ale te ruszają dopiero od przyszłej soboty. Teoretycznie mogliśmy jeszcze pójść na Kreatywke w ramach okresu wypowiedzenia, ale odpuściłam. Zrezygnowałam z niej, ponieważ moje dziecko niechętnie na nie chodziło i się nudziło. Nie mówię, że to złe zajęcia. Nie. Są piosenki, wierszyki, zabawy dla dzieci 2-3-letnich typu kółko graniaste, granie na jakiś grzechotkach, taniec. Innym dzieciom się to podoba, Piotrkowi nie. Nie odpuszczałam jakiś czas bo zależy mi na jego uspołecznieniu, wychodziłam z założenia że zabawę klockami czy farbami jestem w stanie zorganizować mu indywidualnie w domu dopóki nie chodzi do przedszkola, a zabaw muzycznych z dziećmi nie, martwiłam się, że Piotrek nie chce w nich uczestniczyć. Miałam nadzieję, że któregoś dnia "zaskoczy". Ja nie z tych co to odpuszczają po pierwszym niepowodzeniu, zdaję sobie sprawę, że dziecko często potrzebuje czasu. Chyba jednak za bardzo próbowałam upodobnić go do statystycznego 2.5-latka, a za mało skupiłam się na jago indywidualności. On ma w głębokim poważaniu wszelkie grupowe piosenki typu pokazywanie części ciała (nie rozumie po co ma je pokazywać i o nich śpiewać skoro je zna - tak mi to wytłumaczył ), jakieś masaże piłeczkami, wierszyki. taki już jest. Trochę zajęć nam przepadło ze względu na chorobę (można odrabiać w innych lokalizacjach Kreatywki ale tylko nasza odpowiada mi czasowo). Na ostatnich zajęciach widziałam już wyraźnie, że on się nudzi. Do tego zmieniła się prowadząca, teraz to taka subtelna młoda dziewczyna, delikatna - jak dla mnie nadaje się do śpiewania kołysanek. Piotrek siedział znudzony w kącie, ożywił się gdy można było pobawić się piłeczkami, a potem zaległ na podłodze i zaczął przysypiać. No ja nie mam zamiaru męczyć dziecka i płacić 100 PLN miesięcznie za coś co się nie sprawdza. Pogrzebałam w pamięci i uzmysłowiłam sobie, że ja sama też szczerze nie cierpiałam takich zabaw. Mój syn jest podobny. W Placu Rozwoju byliśmy raz na warsztatach zanim zaczęła się Kreatywka i pamiętam, że Piotrkowi się podobało. Trochę zabaw muzycznych, ale nie tylko, były też farby, klocki i trampolina, coś bardziej dostosowanego do temperamentu mojego dziecka. Mam nadzieję, że podjęłam słuszną decyzję. I że uda nam się regularnie tam uczęszczać do czerwca, bo bardzo mi na tym zależy w kontekście przedszkola od września.

Generalnie weekend to miał być taki trochę eksperyment. Postanowiłam nie kłaść Piotrka na drzemkę i zobaczyć co z tego wyniknie, zastąpić ją jakimś relaksem za radą blogowej koleżanki. Wkurza mnie ta drzemka bo strasznie dezorganizuje to dzień i znacznie ogranicza ofertę weekendowych zajęć. No i ten wózek, który wszędzie ze sobą ciągniemy żeby nie wracać w środku dnia do domu na spanie (mieszkamy za miastem, to uciążliwe, jeśli jest ładna pogoda to bezsensem jest wracanie do domu koło 12 na 3 godziny). Eksperyment zakończył się kompletnym fiaskiem ;-)

piątek, 1 marca 2013

przytulak

Mój syn w niemowlęctwie nie był typem dziecka-przylepy. Nie przepadał za długim noszeniem na rękach. To się akurat bardzo dobrze złożyło, gdyż ze względu na podwyższone napięcie mięśniowe najkorzystniejsze dla jego rozwoju było podłogowe życie. W chuście nie mógł być noszony, podejrzewam zresztą, że wcale nie przypadłoby mu to do gustu. Nie był dzieckiem, które lubi długie pieszczoty, przytulanie, mizianie. Zdecydowanie nie. Krótko, na chwilę, a potem zaczynało go to nudzić, gdy dorósł po prostu odbiegał do swoich ważnych, nie cierpiących zwłoki spraw.W zasadzie jedyne chwile takiej dłuższej bliskości przeżywaliśmy gdy był naprawę maleńki, mniej wiecej do końca drugiego miesiąca. Wtedy zwykle przysypiał po karmieniu na moim ramieniu, a ja delektowałam się jego zapachem, cieplem, całowałam tę maleńką głowkę i korzystałam ile się da. Później przestał przysypiać i po jedzeniu natychmiast się odginał, zaczynał się bawić łapkami, skakać. Nie spaliśmy razem poza sporadycznymi przypadkami i już wtedy zaobserwowałam, że Piotr jest taki jak ja. Nie lubi zasypiać przytulony. Przytulał sie przed zaśnięciem, a po wyciszeniu odwracał na drugi bok i zasypiał. Ja zachowuję się identycznie. Nie cieprię gdy ktoś, nawet najbardziej ukochana osoba dotyka mnie gdy odpływam w sen. Mój mózg nie potrafi się wtedy zresetować, pozostaje w stanie czujności i nie potrafię usnąć. Płytsze, krótkie drzemki w ciągu dnia owszem, ale sen nocny to dla nas świętość.
Piotrek późno zaczął też mówić. Przez 2 lata nie doświadczyłam słowa " mama" skierowanego do mnie. Wprawdzie z mową wystartował nagle i jak z kopyta, jednak dużo bardziej niż wyznania miłości interesowała go terminologia typu "koło zębate", "pasza", "kołpak". Umysł analityczny jak nic.
Biorąc to wszystko pod uwagę dużym zaskoczeniem była dla mnie przemiana Piotrka w przytulaka jakieś 2 miesiące temu. Przechodzi etap przyklejenia do mamy, tęsknoty za mną i werbalizowania swoich uczuć. Mięknę gdy wielokrotnie w ciagu dnia slyszę spontaniczne "tak bardzo Cię kocham mamo". Przerywa zabawę autkami mowiąc "muszę się przytulić do mamy", podchodzi i ładuje mi się na kolana ściskając mnie z całej siły za szyję Nie przepada za buziakami, ale przytulańce są na porządku dziennym. Uwielbiam to! Podchodzi i oświadcza, że "pokaże mi jak bardzo mnie kocha" po czym ściska mnie z całej siły. Wyznaje miłość również tacie, chociaż z nim ma bardziej kumpelską relację. Tata jest od zabawy, tłumaczenia świata i wspólnego majsterkowania. Potrafi jednak podczas wyścigów po salonie ni stąd ni zowąd odwrócić się i wypalić "wiesz tata, że bardzo Cię kocham?". A już najbardziej rozbraja mnie gdy bierze moją dłoń i przykłada sobie do policzka.Wiem, że to taki etap w rozowju. Zbiegło się to z czasem intensywnych marzeń sennych. Piotrek od razu po obudzeniu dostaje słowotoku i opowiada niestworzone historie, myślę, że to sny które pamięta na bieżąco. Zdarzają się też koszmary. Wczoraj obudził się z płaczem koło północy (a on ma twardy sen i naprawdę rzadko się budzi) i zanim zdążyłam wejść na górę on już stał na schodach skarżąc się, że miał "okropny sen", a kiedy go przytuliłam momentalnie się rozchmurzł i oświadczył "już mi się humor poprawił". Ostatnio często przychodzi do nas nad ranem i chwilkę dosypia. Tusia czyli ukochana tetrowa poduszka, która przez pewien czas służyła już tylko do zasypiania, wróciła do łask i jeździ z nami wszędzie. na ostatnim Smykowym Graniu Piotr był jedynym dzieckiem na sali przytulającym ukochaną szmatkę.
Upajam się tym okresem, ale nie byłabym sobą gdybym jednocześnie się nie zamartwiała. Przedszkole. Mam obawy jak Piotrek się zaadaptuje, a to już za pół roku. Czas tak szybko płynie. Nie, nie mam wątpliwości co do wyboru, którego dokonaliśmy. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na małe, kameralne przedszkole prywatne niedaleko nas prowadzone przez znajomych teściowej - dla nieśmiałego indywidualisty, który w głębokim poważaniu ma tańce i zabawy przedszkolne i źle się czuje w tłumie to najlepszy wybór. Wiem, że da mu to szansę na wyjście ze swojej skorupki, wiem, że w tym przedszkolu otoczony będzie życzliwymi osobami, a za względu na małe grupy (10 dzieci w grupie, w maluszkach 2 opiekunki na grupę) możliwe będzie indywidualne podejście do mojego dziecka, a nie zmuszanie go na siłę w zabawę w balonika czy kółko graniaste, których nie znosi lub zostawienie go samemu sobie w tym czasie.Naturalnym jest jednak, że denerwuję się, bo wiem, że będzie to dla niego wielka zmiana i trochę się boję, czy ta faza na przylepienie do mamy, zachwyt mamą, potrzeba kontaktu fizycznego ze mną i jasno werbalizowana tęsknota za mną nie utrudnią nadmiernie tego przejścia. Nie jestem nadopiekuńczą matką kwoką, naprawdę, ale kiedy ten mały chłopczyk wtula się we mnie całym sobą zaczynam ze ściśniętym sercem myśleć o tym, że oto wpouszczam go w świat i będzie mnie potrzebował coraz mniej.

Zamyślony