czwartek, 28 marca 2013

Okruch i....beznadziejny wieczór :-/

To jest Okruch.
Ma 1.20 cm nie licząc nóg.
Bije mu mocno serduszko.
Rozwija się prawidłowo.
7tc4d (według USD jest o jeden dzień młodszy, pewnie dlatego, że ostatnia miesiączka rozpoczęła się pod wieczór).
Jest piękny, mądry, wrażliwy i dowcipny;-)
Ze mną też OK tylko tarczyca nawala i nie wyrabia. Szybkie zwiększenie dawki hormonów. Prócz tego nadal po 6 tabletek Duphastonu i Vigantoletten dziennie. Za 4 tygodnie włączamy Jodit 200. Mam całą listę badań i posiewów przeróżnych do wykonania do kolejnej wizyty 30 kwietnia.

Wczoraj płakałam i płakałam. Najpierw ze szczęścia i ulgi na leżance u gina. Byłam dobrej myśli. Czuję dotykiem, że macica się powiększyła więc sobie zdroworozsądkowo tłumaczyłam, że nie rosłaby gdyby Okruch się nie rozwijał. Ale i tak napięcie było. Po wszystkim w nagrodę pojechałam do sklepu i kupiłam sobie portki ciażowe na lato, bo po Piotrku mam tylko jedne cieńsze bojówki, a tak to grubsze spodnie. Wróciłam do domu i płakałam znowu pół nocy. Ze smutku i rozczarowania. Przez męża.

Mój mąż jest dobrym, pracowitym i uczynnym człowiekiem.
Ale nie jest aniołem.
Z różnych względów brakuje mu przyjaciół, kórych ja mu nie zastąpię (krakowscy okazali się interesowni, a paczka ze studiów rozjechała się po Polsce).
Moim zdaniem od kilku lat cierpi na nawracającą depresję, ale to typ nieufnego uparciucha i o leczeniu, ba - przyznaniu się do problemu mowy nie ma.
W związku z tym raz na jakiś czas wychodzi z niego Dr Jekyll i Mr Hyde. Zwykle w najmniej odpowiednich momentach, a przysłowiową słomką na grzbiecie wielbłąda potrafi być naprawdę drobiazg. Zazwyczaj wyczuwam, że zbliża się ten czas i usuwam by nie prowokować burzy. Zachęcam by sobie pograł w jakaś grę na kompie przez kilka wieczorów. Wtedy mam święty spokój, a on wraca do siebie.
Nie zawsze jednak wyczuwam ten moment. Wczoraj nie miałam powodów nic podejrzewać. We wtorek miałam wolne. Bolały mnie wiązadła. Zostawiłam Piotrka na kilka godzin u babci i przyjechałam do domu. On też. Mielismy kilka fajnych godzin tylko dla siebie. Było cudnie.
Czasem też nie jestem w nastroju do wycofywania się na tyły i przeczekiwania. Cierpliwość nie jest moją mocną stroną.
W takich momentach mój mąż robi się rozżalony na cały świat.
Pretensje o wszystko.
Rozdrapywanie starych ran.
Odwracanie kota ogonem.
Przeinaczanie każdego mojego słowa.
Doszukiwanie się piatego dna w tym co mówię, wytykanie mi nieścisłości chronologicznych.
Jak na ławie przesłuchanych.
Jest wtedy naprawdę upierdliwy i mam ochotę walnąć tym zakutym łbem o ścianą albo wyrzucić przez okno.
Najgorzej, że nie potrafi się zatrzymać i odpuścić. Idzie jak czołg.
Nikt, kto go zna, założę się, nie podejrzewa, że może się w tak beznadziejny i szczeniacki sposób wtedy zachowywać. Wygadywać takie głupoty. Inna twarz.
Nie potrafi odpuścić. Wyciągnąć ręki do zgody. Przeprosić.
Kilka dni dochodzi do siebie czym doprowadza mnie do szału, bo to takie małostkowe i niedojrzałe.
Nie jestem ideałem. Wiele mogę sobie zarzucić.
Ale potrafię sie przyznać do winy, odpuścic, przeprosić.
On tego nie potrafi absolutnie i to mnie boli.
Taka sytuacja jak wczoraj mogła zdarzyć się kiedykolwiek. Boli mnie bardzo, że zepsuł mi wieczór, kiedy tryskałam szczęściem. Nie myślałam o trudnościach, o kłopotach. Po prostu cieszyłam się, że Okruch żyje. Tylko tyle i aż tyle.
A on ten moment zbrukał.
Nie oczekiwałam łez zachwytu nad zdjęciem z usg. To nie ten typ. Jego niemowlaki nie wzruszają specjalnie. Z Piotrkiem ma świetny kontakt, ale dopiero od niecałych 2 la. On nie potrafi inaczej. Zajmie się niemowlakiem, ale nie wzrusza się. Akceptuję to i nie oczekiwałam kwiatów, romantycznej kolacji ani nic w tym stylu.
Na pewno jednak nie spodziewałam się w prezencie wieczoru pretensji do mnie o każdą pierdołę, która wydarzyła się w przeciągu ostatnich lat i żalów nad sobą. Nie wczoraj.
Nie wyczuł niestosowności chwili za grosz. A nawet jeśli to nie był w stanie się zatrzymać. Dopóki nie wyrzuciłam go na górę.
Pół nocy siedziałam ogłupiała, zmarnowana w salonie.

Rozmawialismy dzisiaj. Jest lepiej. Mam nadzieje, że do Świąt atmosfera wróci do normy. Może przeprosi. Ja za to, za co powinnam przeprosiłam. Nie potrafię chować urazy. Zaleta i wada.
Niesmak jednak pozostaje.
Mam wrażenie, że zeszła ze mnie cała energia. Napięcie przed tym USG i wczorajsze nerwy przez niego.
Nie mam siły na Wielkanoc. Nie mam na nic siły.
Nie mam ochoty iść z koszyczkiem do kościoła. Nie mam ochoty nic przygotowywać na świąteczne śniadanie ani jechać na nie. Najchętniej zamknęłabym się z Piotrkiem w domu na 3 dni i nie wychodziła. A męża wysłała na Antypody.
Serio. Mam ochotę zawinąć się w kokon i zahibernować na parę dni.
Może to ta zima, która nie chce odpuścić i prognozy śniegu w niedzielę. To lodowate powietrze.



14 komentarzy:

  1. Trzymaj się i moje gratulacje najserdeczniejsze!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nessie gratuluję i cieszę się z Tobą. A faceci, cóż... mój też nie jest wylewny. Trzymaj się.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oby wszystko się ułożyło:)Gratulacje Okrucha!

    OdpowiedzUsuń
  4. Tule Cię i glaszcze po głowie... :-* bardzo mi przykro u nas takie akcje są /były bardzo często... Więc wiem co czujesz... A na święta machnij ręką od razu będzie Ci lżej ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Przesyłam moc ciepłych myśli i pozytywnej energii!!!
    Masz najwspanialszego Okrucha na świecie :-) Żyje i ma się świetnie!

    OdpowiedzUsuń
  6. Przykro mi :( Przytulam. Okruch bardzo fotogeniczny!

    OdpowiedzUsuń
  7. współczuję. tymbardziej ze sama choruję na depresję i wiem jakie jest moje zachowanie i jak ludzie reagują na mnie..., ja biorę leki i chodzę na terapię a co najważniejsze chcę się zmieniać. może udało by jakoś namówić się męża by na terapie poszedł? chociaż spróbować, albo na grupe wsparcia, telefon zaufania, cokolwiek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Vanitas, aby sie leczyć najpierw trzeba samemu przyznać, że ma się problem. Mój mąż tego nie widzi. Póbowałam już naprawdę wszystkiego.... Obawiam się, że jest to przypadek, gdy osoba musi dotknąć dna by się otrząsnąć :-(

      Usuń
  8. Przykro mi z powodu męża, którego zachowanie pewnie tym razem mocniej przez hormony zabolalo niż zwykle :( Okruch piękny, krewetkopodobny ;) Cieszę sie, ze rośnie jak trzeba, a takie bijace serduszko to najcudowniejszy widok na świecie :)

    OdpowiedzUsuń
  9. A może takie zahibernowanie przyda sie i Tobie i mężowi?
    Może musi dostac kopa żeby się opamiętać?
    Oczywiście że nikt nie jest świety, ale niektórzy sa bardziej a inni mniej :)
    Trzymam kciuki żeby się szybko polepszyło.

    A Okruch niech rosnie w siłę :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wzruszylam sie "rybką" a wkurzylam mężonem:( oni Kurwa maja czasami wyczucie jak slonie w składzie
    Porcelany...

    Strasznie sie cieszę ze Okruszek ma sie dobrze:)))))

    OdpowiedzUsuń
  11. Najważniejsze że Okruszek zdrowy i rośnie... reszta się ułoży...
    Przykro mi że nie było tak jak sobie to wymarzyłaś, wiem jak to jest...

    Przytulam.

    OdpowiedzUsuń
  12. Jak po Świętach? Lepiej? Tulę mocno!! :*

    OdpowiedzUsuń