czwartek, 21 marca 2013

stajesz się odpowiedzialny za to, co oswoiłeś - w kontekście sportów ekstremalnych

Po wczorajszej lekturze artykułu o zmarłych himalaistach w Newsweeku kołacze mi się w głowie temat, nad którym rozmyślam od dawna. Jaka jest relacja między odpowiedzialnością za życie, które powołaliśmy a realizacją własnych ryzykownych pasji? Czytam o wdowach po himalaistach, o tym jak wyglądało ich życie przed tragicznym wypadkiem i po. O tym, że mężowie miesiącami byli nieobecni, o sporadycznym kontakcie, o nerwowym wyczekiwaniu wieści czy bezpiecznie weszli na szczyt i zeszli. OK, te kobiety wiedziały prawdopodobnie na co się decydują wybierając życie z człowiekiem o takich pasjach. Potem jednak przed oczami staje mi twarz mojego syna, któremu świat zawaliłby się gdybym teraz umarła lub gdyby zginał mój mąż i w głowie tłucze się pytanie: "czy mamy moralne prawo powoływać na świat dzieci wiedząc, że świadomie wpisujemy w nasze życie większe ryzyko niż gdybyśmy nie uprawiali sportów ekstremalnych?".
Z jednej strony rozumiem, że można mieć pasje i że rezygnacja z nich jest trudna. Bolesna. Z drugiej coś się we mnie wewnętrznie buntuje przeciwko szafowaniu własnym życiem w imię przygody, andrenaliny, pasji gdy w domu czekają dzieci..... Nie potrafię sobie tego wyobrazić.
Jestem typem ostrożnym. Nigdy nie ciągnęło mnie do tego typu rozrywek. Z jednej strony kłóci mi się to z przykazaniem "kochaj bliźniego swego jak siebie samego", no bo jak mówić o miłości bliźniego jeśli swojego życia nie szanujemy? Z drugiej mam w pamięci "cenne ludzkie ciało" z doktryny buddyjskiej.A z trzeciej jestem tchórzem. Odkąd zostałam matką jestem ostrożna podwójnie. Nie, nie wpadam w paranoję. Wiem, że wypadek może się zdarzyć zawsze i wszędzie i że choroba nie wybiera. Mam wiele przykładów na to we własnym otoczeniu. Jednak staram się nie zawyżać tego ryzyka świadomie tak, gdzie mogę tego uniknąć. Nie wsiądę do niesprawnego samochodu. Nie pojadę nigdzie bez zapiętych pasów. Mam bzika na punkcie bezpiecznych fotelików samochodowych. Nie skoczę na bungee ani na spadochronie, przynajmniej dopóki dziecko (dzieci) są małe. Mam dla kogo żyć. Nie chcę bezmyślnie tego stracić i zrujnować dziecku dzieciństwa. Dostałam od życia wiele i mam tego świadomość.
Prawda jest też taka, że że nie odczuwam tęsknoty za tym. Nie wiem jak to jest rezygnować z takich pasji. Mam inne pasje. Bardziej bezpieczne.
Zresztą - gdzie jest granica między rzeczami mniej i bardziej niebezpiecznymi?
Co z zawodami typu strażak, policjant, żołnierz, lekarz? Z jednej strony brzmi to lepiej. Ci ludzie pracują dla społeczeństwa, jeśli giną to ratując innych. Ma to zupełnie inny wydźwięk moralny niż śmierć osoby uprawiającej np kolarstwo górskie, o tego typu, po prostu dla sportu.
Z drugiej strony czy dla małego dziecka ma znaczenie czy rodzic zginął ratując kogoś z pożaru czy zdobywając kolejny szczyt z listy marzeń? Śmiem wątpić. Być może dla starszego tak, będzie to kwestia jakieś tam dumy z rodzica, ale dla maluszka liczy się przecież tylko to, że ukochana osoba nagle zniknęła i nie wróci. Nieważne dlaczego. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić uczuć mojego syna w takiej sytuacji. Dławi mnie w gardle na samą myśl.
Nikt nikogo nie zmusza do powoływania na świat dzieci. Gdy już są stajemy się za nie odpowiedzialni od tych przysłowiowych dwóch kreseczek na teście ciążowym. Kurczę, nie potrafię sobie wyobrazić że mogłabym świadomie zwiększać prawdopodobieństwo, że świat mojego dziecka nagle rozpadnie się na małe kawałeczki.....
To MOJE odczucia.


9 komentarzy:

  1. Rozumiem Twój punkt widzenia, ale tak sobie myślę, że nie można się uchronić od niebezpieczeństw. Jeździsz samochodem Zobacz jaka jest śmiertelność w tym środku transportu. Używasz go codziennie. Pasje takie jak chodzenie po górach to jednak zajęcie okresowe. Choćbyśmy nie wiem jak chcieli - nie ustrzeżemy się codzienności, która często jest niebezpieczniejsza niż takie ekstremalne pasje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niby tak ale.... z jezdzenia samochodem nie moge zrezygnowac bo inaczej nie moglabym pracowac czyli nie utrzymalabym rodziny. Piotrek nie chodzilby do przedszkola czy szkoly. A ze sportu ekstremalnego moge. Tak definiuje minimalizowanie ryzyka. To tak samo jak z dobrym lekarzem prowadzacym ciaze. Ryzyko zawsze jest ale mozna starac sie odpowiednimibadaniami i lekami je maksymalnie zminimalizowac.

      Usuń
  2. Nie jestem aż taką panikarą jak Ty i mam nieco luźniejsze podejście. Jednak w kwestii sportów ekstremalnych mam podobne zdanie i w zasadzie mając małe dziecko nie wyobrażam sobie, żeby mój chłop wyruszał na jakieś wypady dla podbudowania własnego ego narażając życie... wiem wredna jestem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. T ciekawe co piszesz.... Choć nie znam odpowiedzi na te pytania. Nie wiem nawet jako katolicka czy Kościół w jakiś sposób sie do nich ustosunkowuje. Na ile mamy prawo ryzykować? Na ile nie? Świadomi tego, ze mamy nie zabijać, w tym siebie tez..... Ile takiego ryzyka podejmujemy na codzień jadąc za szybko, nie zapisałam pasów czy na przykład namiętnie pałac papierosy.... Trudne to....

    OdpowiedzUsuń
  4. Dokładnie to samo pisałam w kontekście śmierci dwóch polskich himalaistów pod wpisami na dziennikach.
    Wiesz jak zostało to skomentowane? Że żony (co do cholere mają do tego żony??!) same widziały co biorą i z kim sobie dzieci robią...:(
    Jakby to kobiety były jedynymi odpowiedzialnymi osobami za dzieci i to one (nie ojcowie) ponosiły całkowitą odpowiedzialność za ryzykowne zachowania ojców dzieci, bo takich partnerów sobie wybrały - absurd.
    Ach! no i jeszcze argument że to taki piękny sport, mierzenie się z własnymi słabościami i inne takie banialuki... jakby tym dzieciom miało to pomóc w życiu że ich ojciec tak "pięknie" zginął.
    Dla mnie to dokładnie tacy sami narwańcy jak idioci śmigający 200km/h na motorach. Taka sama głupota. I nie porównywałabym tego z pracą strazaka czy policjanta, bo oni ratują ludzkie życie, a za tym przedsięwzięciem nie idzie nic, poza karmieniem własnego ego.

    OdpowiedzUsuń
  5. Od kiedy mam Cami, nawet wsiadac do samolotu bez niej nie lubie. Nie wyobrazam sobie narazac zycia, gdy jestem jej potrzebna.

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej! Pisałam na ten temat u siebie jakoś ostatnio. Myślę podobnie.. Bardzo podobnie.
    Owszem, są ludzie, którzy przekonują, że nawet wyjście z domu to ryzyko (bo może Cię ktoś potrącić na przejścu dla pieszych, albo spaść Ci na głowę wielki sopel) ba... nawet w domu można się zabić - poślizgnąć się na płytkach i roztrzaskać czaszkę.
    Tylko że to są jakieś ułamki procentów, a pójście na osmiotysięcznik zimą to opcja fifty-fifty mniej więcej - uda się lub się nie uda.
    Jak ktoś ma zamiar podejmować ryzyko powinien mieć w sobie chociaż tyle przyzwoitości zeby nie powoływac na swiat dzieci, ktore maja ogromną szansę na pół sieroctwo. Co innego jest zginąć po prostu, w losowym wypadku, a co innego igrać z losem mając świadomość z jakim to się wiąże ryzykiem.
    Ostatnio weszłam na stronę himalaisty który już wcześniej zginął w górach - jest tam prośba o 1% podatku dla jego dzieci, które zostały osierocone mając lat 3 i 1.
    Czy to jest odpowiedzialność? Realizować swoje marzenia, bez względu na wszystko. Skoro już miał pieniądze na wspinaczkę powinien chociaż zatroszczyć się o los swoich dzieci, a nie liczyć że po jego śmierci ktoś będzie musiał dokładać do jego wychowania.
    Ja ludzi którzy ryzykują własne życie w imię wygórowanych ambicji i chęci poczucia adrenaliny nie podziwiam. Nie szanują swojego życia- trudno. Szkoda tylko, że swoich bliskich mają głęboko w d...

    Co innego taki strażak np. Wchodzi w ogień, ale nie po to, żeby mu się endorfiny podniosły, tylko po to, żebyś kogos uratować.


    Reasumując - zgadzam się w stu procentach.
    pozdrawiam i gratuluję Okrucha:-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dokładam linka do posta
      http://klarowny.blogspot.com/2013/03/ryzyko.html

      Usuń
  7. Wlasciwie twoje słowa tu tondokładnie to co ja myślę...

    OdpowiedzUsuń