niedziela, 28 kwietnia 2013

moja pasja - diagramowe zadania logiczne

Od małego uwielbiałam puzzle, klocki i mozaiki. Potrafiłam ślęczeć nad nimi godzinami. Mama kupowała mi mnóstwo książeczek z łamigłówkami typu łączenie punktów, labirynty i takie tam. W szkole moim ulubionym przedmiotem była matematyka, na pewno po części dlatego, że miałam szczęście w podstawówce trafić na wspaniałą nauczycielkę z pasją. Nie mam wielkiego talentu matematycznego, nic z tych rzeczy. Bardziej abstrakcyjne zagadnienia typu przestrzenie wektorowe nie przemawiają już do mnie. Jestem po prostu sprawnym rozwiązywaczem zadań, równań, całek, a że posiadam dobrą pamieć zapamiętanie wzorów nigdy nie sprawiało mi problemów. Lubiłam ślęczeć nad skomplikowanymi równaniami i nigdy nie traktowałam tego jako zadania do odrobienia. Raczej relaks i przerwę w nauce.Zaszokowałam pół szkoly gdy jako trzeci przedmiot do zdawania ustnego na maturze w klasie dwujęzycznej, obok obowiązkowgo polskiego i angielskiego wybrałam matematykę zamiast drugiego języka.Byłam jedyną osobą w całym językowym liceum zdającą ten przedmiot. Wyszłam z założenia, że przygotowanie sie do tego egzaminu stanowić będzie miły przerywnik w kuciu historii na egzamin na studia.
Jakieś 10 lat temu w Polsce wybuchła moda na obrazki logiczne i sudoku, a ja wsiąkłam. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób czytając to uśmiechnie się z pobłażaniem kojarząc jedynie generowane komputerowo sudoku z pisemek wylewających się z półek w kioskach. Szybko przekonałam się, że sudoku to jedynie czubek góry lodowej i wywodzących się z Japonii logicznych zadań diagramowych jest dużo więcej, zaś sudoku bynajmniej nie jest najciekawszym z nich. Przekonałam się również, że zadanie zadaniu nierówne i że na rynku pełno jest nic nie wartego chłamu i warto poszperać głębiej by znaleźć coś naprawde dobrze skonstruowanego. Diagramowe zadania logiczne to również moje ulubione Nurikabe i Heywake, Hashi, Slitherlink, Yajilin, Masyu, kakuro i wiele innych, również pochodzących z USA i Europy Zachodniej. Wszystkie je łączy prostota zasad i fakt, że do ich rozwiazania wystarczy tylko i wyłącznie czysta logika. Nie trzeba wykazywać się wiedzą encyklopedyczną w przeciwieństwie do krzyżówek, nie ma barier językowych, liczy się jedynie umiejetność myślenia analitycznego. Logika w czystej postaci. To jest właśnie to co mnie w nich pociąga. Oprócz książek jest to dla mnie największy relaks. Spokojne chwile z ołowkiem w dłoni i główkowanie nad rozwiązaniem, to uczucie , że doszło się do ślepego zaułka, a potem przebłysk kiedy zauważa się jakiś szczegół, który wcześniej nie zwrócił uwagi, coś na czym można oprzeć rozumowanie i ruszyć znów do przodu. Daje mi to niesamowitą satysfakcję.
 Jak wspomniałam niełatwo jest znaleźć na rynku wartościowe pozycje i zadanie zadaniu nierówne. Te tworzone z pasją przez japończyków mają się tak do komputerowo generowanych śmieci jak domowa pieczeń do gotowego dania z mikrofali. Zupełnie inna kategoria i rozwiązawszy kilka zadań naprawdę to czuć. Nie cierpię niechlujnych zadań tworzonych naprędzce byleby zapełnić pisemko. Większość z nich wymaga na pewnym etapie uciekania się do metody prób i błędów, co uważam za zaprzeczenie idei zadania logicznego. Dobrze skonstruowane diagramy zawsze, nawet w najbardziej trudnym i zawiłym momencie zawierają ukryty haczyk, który trzeba odnaleźć by móc rozwiazywać je dalej. Nie ma miejsca na żadne zgadywanie.
W tym momencie na rynku polskim jedynym moim zdaniem godnym uwagi cperiodykiem poświęconym tej tematyce jest "Logimania".

 Większosc moich zbiorów książkowych pochodzi z Amazon. Najlepszymi zbiorami zadań typowo japońskich są ksiażki japońskiego wydawnictwa Nikoli od lat specjalizującego się w takich łamigłowkach. Są absolutnie rewelacyjne. Każda z nich zawiera około 50 sudoku i przynajmniej drugie tyle zadań innego typu, przykładowo:
http://www.amazon.com/Shikaku-Sudoku-Nikoli/dp/1402757557/ref=sr_1_43?ie=UTF8&qid=1367186611&sr=8-43&keywords=nikoli+puzzles
Warte uwagi i swojej ceny są również dwie pozycje Mensy:

oraz bardzo przyzwoity zbiór Kakuro Mensy
Miłośnikom sudoku polecam książki Thomasa Snydera, byłego mistrza świata w sudoku. Sudoku klasyczne szybko się nudzi. Autor bawi się konwencją wymyślając przeróżne jego odmiany, wszystkie bardzo ciekawe i co ważne - każde zadanie jest dopieszczone i dokładnie przetestowane pod kątem rozwiązywalności na logikę.



Z ciekawych stron gorąco polecam stronę wspomnanego wyżej wydawnictwa Nikoli.
http://www.nikoli.com/en/
Strona ma wersję dostępną dla wszystkich oraz dla zarejestrowanych użytkowników. Na stronie ogólnodostępnej można spróbować swoich sił w zadaniach testowych, które rozwiazuje się online w bardzo przyjazny sposób lub można je wydrukować i rozwiazywać tradycyjnie - ołowkiem (tak jak lubię najbardziej :-). Aby się zarejestrować i uzyskać dostęp do pełnej bazy zadań należy opłacać miesięczną skłądkę w wysokosci 550 JPY czyli mniej niż 20 PLN. Przez pewien czas byłam tam zarejestrowana, a składkę płaciłam za pomoca karty kredytowej i jakkolwiek szaleńczo to brzmi - warto! Można po miesiącu zrezygnować, a uzyskujemy dostęp do bogatej bazy zadań. Co lepsze na stronie regularnie organizowane są mistrzostwa i zadania z nich również są dostępne. Są to takie same diagramy jak standardowe, lecz dużo większe, trudniejsze i ciekawsze. Za te 20 PLN można sobie wydrukować przez miesiąc całe stosy zadań najwyższej jakości. Charakterystyczne jest, że każde zadanie ma autora i po pewnym czasie człowiek wychwytuje charakterystyczny styl każdego z nich. Można również poczytać z nimi wywiady. Szaleństwo.

Godna uwagi jest strona Sfinksa - polskiego przedstawiciela w World Puzzle Federation
http://www.worldpuzzle.org/
http://sfinks.org.pl/
Sfinks organizuje różne zawody łamigłowkowe i po okresie stagnacji po śmierci założyciala Jacka Szczapa wydaje się, że z powrotem odzyskął wigor. Na stronie są zadania z poprzednich mistrzostw. Warto zwrócić uwagę na dwa wydawnictwa Sfinksa.

Co jeszcze? Garśc ciekawych linków:

Łamiblog Marka Penszko - autora łamigłowek logicznych m.in. w "Wieszy i Życiu"
http://penszko.blog.polityka.pl/
Blog Thomasa Snydera
http://motris.livejournal.com/
Concepis Puzzles - nie wiem czy polecać, ale podaję. Za mojej ostatniej tam bytności zadania nie były najwyższych lotów i obraziłam się trochę na tę stronę za naruszanie w moim mniemaniu praw autorskich, ale być może coś się poprawiło
http://www.conceptispuzzles.com/

Od urodzenia Piotrka zaniedbałam mocno moją pasję i nie jestem już na bieżaco z nowinkami ksiażkowymi i zawodami na świecie. Dawniej śledziłąm fora na bieżąco i kiedy tylko gdziekolwiek organizowane były jakieś zawody zawsze drukowałam wszystkie dostępne w sieci zadania do rozwiazania w wolnej chwili. W zawodach raczej nie brałam udziału, bo nie lubię rozwiązywać na czas, ale chętnie gromadziłąm dokumentację Miałam dużo więcej ciekawych linków, ale niestety przepadły wraz z awarią komputera.














wtorek, 23 kwietnia 2013

po 1 USG genetycznym :-)

Oto Okruch w 12 tc

Denerwowałam się strasznie, ale na szczęście wszystko jest OK. USG genetyczne z Piotrkiem robiłam u tego samego lekarza w tym samym czasie i Okruch ma praktycznie identyczne parametry jak starszy brat na tym etapie życia.
akcja serca - 168 ud/mon
NT - 1.5 mm
CRL - 50.0 mm
Różnica jest taka, że tym razem łożysko jest wysoko, a poprzednio było nisko i Piotruś ciągle je uciskał, co ja odczuwałam bardzo nieprzyjemnie i było mi się ciągle słabo. Jest szansa, że tym razem będzie lepiej.

Ja czuję się, odpukać, bardzo dobrze. Nie wiem czy to już ten fajniejszy etap ciąży czy po prostu wiosna, ale nie jestem już taka senna jak jeszcze niedawno i mam dużo więcej energii. Nie mdli mnie. Jedyne dolegliwości jakie odczuwam to bóle pachwin i wiązadeł miednicy, no ale taka moja uroda. Bardzo mocno odczuwam takie sygnały z ciała. Czasem przez 2-3 dni nie czuję nic, a potem cały dzień mi to dokucza. Pozostaje się przyzwyczaić. Niestety powoli pojawia się też zgada - moja zmora z pierwszej ciąży.

Zaczynam się zastanawiać czy to jednak nie jest dziewczynka :-) Mówi się, że córka zabiera matce urodę. W ciąży z Piotrusiem miałam bardzo ładną cerę, a teraz niestety pojawił się trądzik.

Przepraszam, że Was ostatnio zaniedbuję. Czytam wszystko, ale strasznie zabiegana jestem. Praktycznie każdą chwilę staram się przeznaczyć na porządkowanie swoich spraw w pracy, tworzenie wzorów, konspektów, instrukcji. Kiedy skończę zabiorę się za przyjemniejsze sprawy typu wyprawka do przedszkola etc.
W trybie pilnym muszę zamówić na Allegro jakieś rybaczki czy krótkie spodenki. W piątek ma być 25 stopni, a ja mam dwie pary letnich spodni ciążowych ale długich. Ugotuję się. Na razie ratuje się sukienkami, w które jakoś się mieszczę, ale niedługo bo są dopasowane. Po domu mam jakieś wiązane rybaczki i krótkie spodenki, ale muszę je nosić z rozpiętym zamkiem i sorry ale do pracy tak nie wyjdę.

Mam w głowie wpis o moim hobby, tworzy się ;-)

piątek, 19 kwietnia 2013

ognisko w środku tygodnia + brzuch

Wiecie co robiłam wczoraj o północy? Piekłam kiełbaski na ognisku z moją przyjaciółką kilkanaście metrów od naszego domu :-)  Niezaprzeczalna zaleta mieszkania na względnym odludziu bez sąsiadów z trzech stron i na górce. Karolina przyjechała do nas na noc, a kiedy kładłam Piotrka rozpalili z Maćkiem ognisko. Było pięknie. Cisza, gwiazdy, co jakiś czas samolot nad głowami, moja ulubiona musztarda sarepska Kamisa i żytni chleb na głębokim zakwasie. Jak w licealnych czasach. Maciek chętnie by z nami został, ale nie naładowaliśmy elektronicznej niani, a jednak było to w pewnej odległości od domu i na górce - nic byśmy nie usłyszeli.
Mam ochotę na wielką imprezę. Najlepiej wesele. Takie z przytupem i tańcami do białego rana. Cóż skoro wszyscy już dawno hajtnięci, a ci niehajtnięci nastawieni do instytucji negatywnie. Ostatnio na takiej imprezie byłam na sylwestra 2011/2012.
Dobra, to mój brzuch. 10tc6d. W piżamce, bo się wstydzę.

wtorek, 16 kwietnia 2013

zszokowana

Uwaga - będę nieładnie obgadywać!
Mam znajomą na Taiwanie. Dziewczyna pracuje w firmie, z którą współpracujemy, ma 33 lata, bardzo fajna, miła. Była w Krakowie już dwa razy, spędziłyśmy trochę czasu prywatnie. Często rozmawiałyśmy na Skype zwłaszcza odkąd zaszła w ciążę. Już wcześniej wielokrotnie wspominała, że bardzo chce zostać mamą choć się boi, że mi zazdrości, pytała o Piotrka. Kiedy była w ciąży zasypywała mnie pytaniami odnośnie wyprawki i słit fociami niemowlaków przebranych za zwierzaki lub włożonych do koszy z piórami (tego akurat nie cierpię ;-), pisała, że jest przeszczęśliwa, że się doczekać nie może. Urodziła w połowie lutego i pisała o swoim szczęściu. Pisała, że nie może uwierzyć w to, że jej córeczka jest taka cudowna, wspaniała, że kocha ją nad życie. Normalne nie?
Wspominałam kiedyś o mikro urlopie macierzyńskim na Taiwanie. Wiem od niej, że opiekunki są bardzo drogie i że żłobki praktycznie nie istnieją. Jej mąż prowadzi jakiś kiosk z napojami i to nie wystarczy by utrzymać rodzinę, więc od początku zakładała, że wróci do pracy po 6-8 tygodniach. Nie miała tylko pomysłu co zrobić z dzieckiem.
Wczoraj zaczepiła mnie na FB informując, że dzisiaj wraca do pracy, a jej 2-miesięczną córeczką zajmie się jej siostra, która nie pracuje. Odpisałam, żeby się trzymała ciepło, że da radę, że przynajmniej wieczory i weekendy będą mieli dla dziecka. A ona na to, że siostra mieszka 3-godziny samochodem od nich, więc nie mogą sobie pozwolić na ODWIEDZANIE dziecka co tydzień, tylko co drugi weekend. I tak na stałe, a potem przedszkole.
Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Mieć kontakt z własnym dzieckiem tylko przez 4 dni w miesiącu, dwie noce. Przecież ta dziewczynka w ogóle nie będzie ich kojarzyła jako rodziców!
Najbardziej chyba jednak bulwersuje mnie to, że Christine twierdzi, że owszem będzie tęskniła, ale z jej wypowiedzi wynika, że nie jest to niczym niezwykłym w tym kraju i nie rozpacza jakoś specjalnie. Ot takie życie.
Porąbany kraj.....

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

weekendowe doładowanie baterii

Nareszcie słońce, nareszcie wiosna:-))))) Od razu chce się żyć. Przez weekend doładowałam baterie, również dlatego, że mogłam sobie pozwolić na drzemkę popołudniową. To właśnie jej brak powoduje, że począwszy od środy w drugiej połowie dnia czuję się jak dętka. Mam potrzeby dziecka. W niedzielę zaś dwie godziny spałam z Piotrkiem, zaś w sobotę półdrzemałam, bo Potwór zrezygnował z drzemki, ale jest już na tyle mądry, że zrozumiał kiedy uprzedziłam go, że muszę sobie trochę odpocząć i spokojnie ponad godzinę zajmował się sam sobą. Mąż całą sobotę pracował i nie było go w domu. Rany, jak to dobrze, że Okruszek pojawia się w naszym życiu teraz, a nie wcześniej. Gdybym miała ciążę przechodzić z Piotrem 2-letnim czy młodszym u boku byłaby to masakra bez męża w domu, a teraz mam małego mądrego pomocnika, który jeśli tylko nie ma złego dnia pozwala mi na weekendowy relaks. Super!
Weekend w zasadzie rozpoczął się od niezbyt ciekawych wiadomości, a mianowicie w piątek ogłoszone zostały wyniki rekrutacji do przedszkoli samorządowych w Krakowie i Piotr nie dostał się do żadnego. Jest 27 na liście rezerwowej, więc szans nie ma. Liczyłam się z tym, choć niesmak na system pozostał. Tak czy inaczej Piotrek już na 100% od września maszeruje do przedszkola prywatnego niedaleko nas bo gdzieś uczęszczać musi. I jestem coraz lepszej myśli odnośnie jego adaptacji, gdyż widzę jaki postęp zrobił w kontaktach społecznych w ciągu ostatnich paru miesięcy. Nadal jest to dziecko nieśmiałe, trzyma się zwykle na uboczu, ale nie histeryzuje już tak jak kiedyś i potrafi bawić się długo sam z dziećmi bez asysty dorosłych, co jeszcze jesienią było nie do pomyślenia. Na pewno przez pewien czas będzie co rano dramat gdy będę wychodziła, nie łudzę się, że nie, ale mogę założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że nie będzie trwał on godzinami.
W sobotę rano wybraliśmy się do naszego przyszłego przedszkola na dzień otwarty. Piotrek początkowo nie chciał przyłączyć się do dzieci, które trzymając węża zwiedzały przedszkole. Wolał bawić się sam w pustej sali. Potem jednak ośmielił się podejść do stolika, przy którym dzieci malowały farbkami koniki, dostał swojego i ładnie się bawił. Rozczarował się jedynie zabawą logopedyczną z Nutellą. Kiedy pani spytała się kto ma ochotę na coś pysznego wyrwał się pierwszy z okrzykiem "ja ja" sądząc, że dostanie łyżkę czekolady, a chodziło jedynie o posmarowanie warg i ich oblizywanie. Stwierdził, że to go nie interesuje bo będzie brudny. Potem z jakąś dziewczynką pół godziny bawili się w sklep. Generalnie nadal się wstydzi, ma takie fazy, że zakrywa oczy rękami i udaje, że go nie ma, cofa się gdy widzi tłum, ale jest o niebo lepiej, muszę też brać poprawkę na to, że każde z dzieci było z rodzicem przez co zrobił się sztuczny tłum wysokich dorosłych. Po wyjściu z przedszkola szybkie zakupy i do domu na relaks, a po południu pojechaliśmy do parku na rowerek i kolejna miła niespodzianka. Bałam się trochę tego spaceru, bo w zeszłym roku musiałam nieźle za nim biegać, na co teraz niekoniecznie mam siłę, ale Piotrek fajnie rozpędzał się, odjeżdżał kawałek nie znikając mi z oczu a potem czekał na mnie. Ani razu nie musiałam podbiegać. Zatrzymywał się przed każą ulicą. Wiadomo, trzeba na niego uważać, zwłaszcza jeśli teren jest pochyły, ale jest szansa, że dam radę z wielkim brzuchem zabierać go solo na rower latem. To była nasza pierwsza wycieczka w tym sezonie. Szkoda mi było rowerka zimą niszczyć jazdą po brei z solą.
Niedziela w połowie leniwa, w połowie towarzyska. Wstyd przyznać, ale z łóżka zwlekłam się dopiero o 9.30, a o 11.30 ponownie położyłam się z Młodym i spaliśmy do 14. Bardzo fajnie, że tak pospaliśmy, bo po obiedzie pojechaliśmy do Bochni do znajomych, Piotrek był wyspany i miał wyśmienity humor. Na wstępie tradycyjnie się trochę powstydził i nie chciał wejść do domu, ale nie trwało to długo, potem zaś dziecko normalnie zniknęło. Prawie 4 godziny bawił się z 5-letnim Jasiem i 2-letnia Basią, chodził po całym domu, przychodził do nas do stołu by coś przegryźć i się napić po czym znów znikał. Bez żadnych lamentów, afer, konfliktów. Super. Bardzo się cieszę, że odkrył, iż z dziećmi można spędzać czas równie przyjemnie jak z dorosłymi jeśli nie lepiej.
Kilka fotek mojego cyklisty. Jak wiecie jestem zadeklarowaną zwolenniczką rowerków biegowych i przeciwniczką wszelkich trójkołowców czy rowerków z podpórkami. Piotrek w tym sezonie będzie jeździł jeszcze na biegówce. Nie dorósł do rowerka z pedałami, a nie mam zamiaru sadzać go na rowerku z podpórkami bo po co skoro potrafi bez problemu utrzymać równowagę na biegowym. Walczę z teściową, która ma taki rowerek i chętnie by go woziła pchając na kiju. Moim zdaniem to niepotrzebne cofanie się w rozwoju. Po przemyśleniach nie kupujemy mu jeszcze w tym sezonie hulajnogi. To jest typ kaskadera, a hulajnoga dziecięca ma jednak mniejsze kółka niż rowerek. Trochę bym się o niego bała. Drugi powód to to, że wątpię bym go przekonała by odpychał się raz jedną, raz drugą nogą, a to ważne na tym etapie.
Na fotkach Piotr ma trochę za nisko siodełko. Maż mu podwyższył, ale ze 3 tygodnie temu, a od tego czasu Młodego nagle dość konkretnie wyciągnęło w górę, do tego stopnia, że fotelik 9-18 kg przestał być bezpieczny (pasy zaczęły się mu zsuwać z ramion, za wysoki już jest) i właśnie dotarł do mnie zamówiony fotelik 15-36 kg Jane Montecarlo R1. 




środa, 10 kwietnia 2013

pękam z dumy

Syn mój wczoraj na zajęciach po raz pierwszy został sam z dziećmi i panią na całą godzinę. Przywiozłam go i od razu musiałam zmykać do łazienki bo mi pęcherz pękał. Spodziewałam się, że zastanę go we łzach szukającego mamy, a tutaj nic z tych rzeczy. Nie wchodziłam już więc do sali, tylko dyskretnie obserwowałam go przez okienko. Bardzo ładnie się bawił, czekał na swoją kolej, słyszałam, że proponuje nowe zabawy, sprzątał zabawki. Byłam bardzo, bardzo dumna. Kiedy mój szef wróci z targów porozmawiam z nim o możliwości przychodzenia do pracy we wtorki wcześniej by móc Piotrka na te zajęcia zawieźć. Wczoraj wyjątkowo się zwolniłam. Do tego mamy w soboty zajęcia dwugodzinne z przekąską w środku. Nie zawsze chce mi się na nie jechać, ale się zmuszam, bo widzę, że dużo Piotrkowi dają. Poprzednie były zbyt monotonne, za dużo śpiewów, wierszyków, masażyków. On za tym nie przepada. Na tych też jest muzyka, ale poza tym dużo budowania z Duplo, zgadywanki, zabawy z papierem, malowanie, klejenie. Fajnie. Na pewno trochę zajęć mu przepadnie z różnych względów, chociażby nasz wyjazd nad morze, ale liczę, że do końca czerwca trochę pochodzi, potem na lipiec poszukam mu jakieś zajęcia wakacyjne tak by w miarę płynnie przejść do adaptacji przedszkolnej w połowie sierpnia. Jeśli polubi panie przedszkolanki tak jak polubił panią prowadzącą nasze zajęcia to może będzie dobrze. Mam nadzieję. Na szczęście nie czeka go rewolucja czyli adaptacja a potem od razu 9-10 godzin w przedszkolu, bo we wrześniu będę już na zwolnieniu i teoretycznie będzie mógł  niejako kontynuować adaptację stopniowo zostając w przedszkolu coraz dłużej. Nie ukrywam jednak, że mam nadzieję, że się zaadaptuje bo pewnie będę już ledwo zipieć i przydałoby mi się trochę wytchnienia w ciągu w dnia, zaś moja mama na wrzesień zaplanowała generalny remont w mieszkaniu i będzie zajęta. No i poród. Gin nastawia mnie raczej na planową cesarkę, a tą się robi po 37 tc. W moim przypadku ok 20 października. Fajnie by było gdyby Piotrek trochę przed tym do przedszkola pochodził. Nawet się zastanawiałam czy by mu tej adaptacji nie zrobić wcześniej i nie spróbować zacząć np od lipca, ale z różnych względów dobrze by było bym do tej połowy sierpnia popracowała (chociażby dlatego, że na zwolnieniu i macierzyńskim nie dostaję prowizji, a bez prowizji nie jesteśmy w stanie przeżyć bez uszczuplania oszczędności). Poza tym szkoda mi lata. Z moją mamą i nianią on spędza cały dzień na świeżym powietrzu, w przedszkolu mniej.

Kilka tekstów Piotrowych.

Spieszymy się na zajęcia i lekko go popędzam bo jesteśmy spóźnieni
P - "spokojnie mamo, niech pomyślę"

Innym razem też zachęcam go by przyspieszył kroku
P - "jak się Piotrus śpieszy to się diabeł cieszy"

"Wpadł mi do głowy pomysł. Jak położyć latarnie na chodniku. Ale nie mam tyle siły"

Piotr rozmawia z ciocią przez telefon
Ciocia - "Piotrusiu to jakie ciasto mam ci upiec - żółte czy brązowe?"
P - "brązowe, może być"

Jednym tchem - "babciu przepraszam, że uciekałem na spacerze, proszę zrób mi kanapkę"

"O, papierek. Co za niemądry człowiek tutaj szedł!"

"Mamo a co to znaczy, że nie grzeszę cierpliwością?"

"Mamo uważaj jak idziesz po schodach bo się sturlasz na placek. Z jabłkiem."

I z serii pomysłów gdy rodzice drzemią w weekendowy poranek. Piotr usiłował zmajstrować sobie z papieru hełm jak rycerz Mike. Chyba mu nie wychodziło w sposób tradycyjny bo powitał mnie potwór z twarzą i włosami umazanymi klejem, na czym poprzyklejane były kawałki papieru. Kreatywnie podszedł do tematu można powiedzieć.

Rozczula mnie wieczorami. Z powodu ciąży nie wyciągam go już z wanny i nie wycieram na blacie, tylko przystawiam do wanny wysoka podstawkę z Ikei i Piotruś sam wdrapuje mi się na kolana. Otulam go ręcznikami i tulimy się podczas wycierania. Taki nasz nowy wieczorny rytuał. Piotruś wtedy zawsze, choćby nie wiem jak był zbuntowany, zmęczony, zdenerwowany uśmiecha się i mówi "nawet nie wiesz jak bardzo cię kocham", albo "tak bardzo cię kocham na całym świecie". Potem robimy noski eskimoski, chwilkę rozmawiamy i dopiero potem zakładamy piżamkę. Uwielbiam te chwile.










poniedziałek, 8 kwietnia 2013

moja wiara i co myślę o dziecku w kościele

Rashly zmobilizowała mnie do wpisu, który noszę w głowie od dawna.
Czy jestem wierząca? Moim zdaniem tak.
Czy jestem religijna? Nie.
Głęboko wierzę, że świat, nasze życie ma sens. Nie wierzę w to, że wszechświat jest dziełem przypadku. Wierzę, że istnieje wiele równoległych wszechświatów, że przed Wielkim Wybuchem nie było Wielkiego Nic tylko raczej jakaś inna forma wszechświata i że ta cała materia, te wszystkie prawa fizyczne nami rządzące nie są jakimś przypadkiem, wybrykiem natury. Wierzę, że istnieje jakaś nadrzędna siła, jakaś zasada, jakaś moc, której nie jesteśmy póki co w stanie ogarnąć rozumem i którą dla uproszczenia nazywam Bogiem i czasem dla uproszczenia personifikuję choć zdaję sobie sprawę, że to tylko dowodzi jak bardzo ograniczone są moje zdolności pojmowania.
Celowo używam słowa "wierzę", bo to jest właśnie kwestia wiary. Logika nie ma tu nic do rzeczy. To jest moje głębokie wewnętrzne przekonanie i jest to jedna z tych kwestii, które moim zdaniem nie powinny być tematem do dyskusji.
Wierzę również w to, że świat, ludzie są z gruntu dobrzy.
Na poziomie bardziej przyziemnym nie wierzę w sens cierpienia per se. Koncepcja grzechu pierworodnego nie przemawia do mnie w ogóle. Myślę, że można, a wręcz trzeba, z cierpienia jeśli już nas dotknie wyciągnąć naukę czy jakąś siłę na przyszłość, ale cierpienie jest dla mnie li i jedynie karą i uważam, że należy dążyć do tego by nie cierpieć. Z tego względu wierzę w reinkarnację, ponieważ jest to dla mnie jedyne logiczne wytłumaczenie istnienia cierpienia.
Religia, przeróżne wyznania są dla mnie tylko i wyłącznie jednym z wielu przejawów kultury. Szanuję osoby, które identyfikują się z jakimś wyznaniem i faktycznie się go trzymają. Ja nie mam najmniejszej potrzeby identyfikować się bądź nie. Wierzę, że "Bogu" jest dokładnie obojętne czy i jeśli tak w jakich obrzędach uczestniczymy, bo wszystko sprowadza się do tego, czy żyjemy dobrze, a podstawowe zasady moralne każdy człowiek o normalnej niezachwianej psychice nosi w sobie i są one uniwersalne. Myślę, że człowiek dobry będzie żył tak samo jako wyznawca jakieś religii czy ateista. Ważne są czyny. Nie znaczy to, że nie uważam by religia była niepotrzebna. Wręcz przeciwnie. Sądzę, że zaspokaja ona naturalną ludzką potrzebę przynależności do grupy, pomaga radzić sobie z samotnością i lękami egzystencjalnymi. Traktuję ją jako formę, nie wiem jak to dobrze ubrać w słowa, zbiorowej i indywidualnej refleksji nad sobą, psychoterapii. Taka spowiedź w kościele katolickim na przykład. Ja nie praktykuję, ale myślę, że jeśli ktoś dzięki temu zatrzyma się, zastanowi nad swoim życiem, porozmawia z mądrym duchownym, poprawi się, zrobi w życiu dla kogoś coś dobrego to dla niego jest to właściwa forma obcowania z Bogiem. Dla innej osoby będzie to na przykład medytacja czy taniec szamański. Obrzędy religijne to dla mnie jeden z elementów kultury. Jedne z nich mi się podobają, inne mniej. Swobodnie wybieram.
Jak wspomniałam nie mam ani potrzeby określania się w stosunku do jakiegokolwiek wyznania ani odcinania się od czegokolwiek. Zostałam ochrzczona, byłam u komunii, siłą rozpędu przystąpiłam do bierzmowania, a potem zaczęłam się nad tym wszystkim głębiej zastanawiać i przez lata doszłam do wniosków jak wyżej. I kompletnie mi to nie przeszkadza. Nie zamierzam dokonywać apostazji z tego względu, że nie praktykuję religii katolickiej, a formalnie przynależę do tego kościoła, bo zwyczajnie nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia. Nie obchodzi mnie to kompletnie i szkoda mi na to czasu. Wierzę, że szkoda na to czasu.
Czasem odczuwam potrzebę personifikacji Boga. Ot taka ludzka słabość.  Bywa, że gdy w moim życiu dzieje się coś dobrego i pięknego w duchu szepnę "dziękuję". Czasem odczuwam potrzebę iść do kościoła, jakiegokolwiek, po to by posiedzieć w ciszy i pomyśleć, odczuć podniosłą atmosferę. Wzrusza mnie  zawołanie "Chrystus zmartwychwstał!" na Wielkanoc, bo odczytuję je metaforycznie jako zwycięstwo dobra nad złem. Może to dziecinne. Mi daje chwilę wzruszenia i to jest dla mnie ważne. Te dobre emocje. Z tego powodu też lubię Boże Narodzenie. To są dla mnie takie momenty wewnętrznej dziecięcej radości.
Nie mam najmniejszego problemu z uczestnictwem w obrzędach religijnych jeśli z jakiś względów jest to ważne dla mojej rodziny, jest to związane z kulturą. Po prostu idę do kościoła i słucham. Nie powtarzam modlitw, nie śpiewam, ale słucham i jestem pogrążona w swoich refleksjach. Nawet to lubię czasami.
Mój mąż uważa się za katolika i co niedzielę chodzi do kościoła. Nigdy mi to nie przeszkadzało. On od zawsze wiedział jakie jest moje podejście. Wzięliśmy jednostronny ślub w kościele katolickim. Nie miałam z tym problemu. Piotrek jest ochrzczony. Mężowi na tym zależało, a dla mnie to jest kompletnie obojętne.

Dzieci w kościele. Osobiście uważam, że msza w kościele katolickim trwająca około godzinę to przesada dla dziecka i nie jest to miejsce dla małych dzieci, ale to tylko moje zdanie. Niemowlęta w gondolkach przesypiające mszę - OK, choć np. ja bym się nie odważyła na taki manewr zimą, w sezonie grypowym, w zatłoczonym zamkniętym pomieszczeniu. Bez tłoku, w sprzyjającej atmosferze jeśli dziecko sobie spokojnie śpi - czemu nie. Ale nie uważam by był to dobry pomysł z dzieckiem rocznym, dwu-letnim, które zwyczajnie się nudzi i nic nie rozumie. Moja mama chodziła ze mną do kościoła co niedzielę. Jedyne co z tego pamiętam to bolące nogi, kolana i nudę. Nienawidziłam tego. Robiłam wszystko by się wymigać, albo przynajmniej spóźnić na mszę. Przestępowałam z nogi na nogę czekając na koniec kazania, bo to był punkt, od którego długości zależało ile jeszcze czasu zostało. Wyliczyłam sobie ile mniej więcej sekund trwa msza i w myślach liczyłam. Moim zdaniem nabożeństwa dla dzieci nie powinny trwać dłużej niż 20 minut, a nie praktycznie godzinę jak dla dorosłych. Mój mąż chciał by Piotrek był przyzwyczajany do kościoła. Ja nie mam nic przeciwko by z ojcem tam chodził, szanuję, że dla męża to ważne i ma prawo mieć potrzebę przekazywania tej tradycji synowi, ale dla mnie to kompletnie bez znaczenia. Powiem szczerze jednak - samej nie chce mi się uczestniczyć w procederze wychowywania Piotrka pod tym kątem. Zwyczajnie. Z lenistwa.
Kiedy Piotr był niemowlakiem nie zabierałam go do kościoła z powodów jak wyżej. Potem, nie ukrywam, między mną i mężem nastąpił bardzo trudny czas. Mieliśmy kryzys spowodowany przemęczeniem budową domu, jego spaniem na budowie, poświęcaniem każdej chwili na fizyczną pracę tam, stresem czy zdążymy. Było ciężko i nieciekawie. Maćka praktycznie nie było w domu. Nie miał wtedy najlepszego kontaktu z synem. Teraz jest rewelacyjnie, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Większość weekendów spędzał na budowie a ja z Piotrkiem siedziałam sama. Sami wędrowaliśmy na weekendowe spacery. Ostatnią rzeczą na jaką miałam ochotę było zabieranie go do kościoła  po to by przez 10-15 minut biegać za nim między ławkami pilnując kątem oka wózka, objuczona torbą z pieluchami, mlekiem i przekąskami, pilnować by nie hałasował i nie przeszkadzał innym, a potem wyjść przed końcem. Nie widziałam sensu robić tego dla zasady. A Maciek wtedy nie chciał wychodzić z nim sam. Najfajniej dla niego byłoby żebyśmy poszli tam razem przy czym on uczestniczyłby we mszy, a ja bym pilnowała dziecka a potem przed kościołem na niego czekała. Było kilka prób. Na początku nawet nienajgorzej, bo w okresie gdy Piotrka rajcowało chodzenie dla chodzenia i atrakcją był każdy kamień i patyk mogłam z nim teoretycznie chodzić naokoło kościoła nawet i godzinę, a dla niego było to jak spacer w parku. Maciek zaś jest taki, że on musi zawsze zostać do końca, do błogosławieństwa, do końca adoracji. Po prostu ma opory i krępuje się wyjść wcześniej. Wychodząc zawsze przepuszcza przodem wszystkich. Nie lubi się przepychać jak twierdzi. Szału dostawałam czekając i czekając na niego, aż w końcu się wkurzyłam i zapowiedziałam, że jeśli chce edukować religijnie syna to ma sam też się nim w kościele zająć. Nie radził sobie z tym kompletnie, denerwował się i do domu wracaliśmy wkurzeni na siebie i pokłóceni, więc temat upadł. Potem Piotrek wszedł w fazę różnych lęków, między innymi przed tłumami, obcymi ludźmi i przez długi czas do kościoła bał się nawet wejść. Od razu płakał. Rok temu w niedziele palmową tak się przestraszył tłumu, że całą mszę spędziliśmy na placu zabaw czekając na tatę. Teraz jest już lepiej, ale z mężem mam układ, że w najbliższym czasie zacznie sam jeździć z Młodym do kościoła, a ja mogę im owszem czasem towarzyszyć i częściowo się nim zająć, ale odmawiam robienia ze mnie opiekunki na czas mszy bo mnie to męczy i nudzi. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Piotrek powoli odkleja się ode mnie na rzecz kontaktu z ojcem, więc może to dobry plan.

A Młody i tak będzie wierzył w co chce. Jest mi to obojętne pod warunkiem, że będzie dobrym człowiekiem i tylko o tym myślę wychowując go. Nie o ideologii.

czwartek, 4 kwietnia 2013

o brzuchu

Dziwna sprawa z tym brzuchem.
W liceum i na studiach ważyłam 49-50 kg. Mogłam jeść wszystko, a waga była stabilna. Miałam płaski brzuch, szczupłe nogi, byłam filigranowa. 50 kg to moja idealna waga. Wyglądam wtedy super, czuję się lekko i noszę rozmiar 36/S.Po studiach odezwały się moje problemy z tarczycą, metabolizm zwolnił i zaczęłam tyć. Znaczy się wtedy sądziłam, że tyję, dziś wiem, że to organizm gromadził wodę. W przeciągu kilku lat dobiłam do 60 kg. Woda (tłuszcz jak wtedy sądziłam) zmagazynowała się głownie w biodrach i udach, wskutek czego zaczęłam przypominać gruszkę. Niską, przysadzistą gruszkę ze zgrabnymi ramionami i wielkim tyłkiem. Czułam się z tym fatalnie. Dzieci jeszcze nie mieliśmy, więc dysponowałam dużą ilością wolnego czasu na sport. I naprawdę sie starałam. Pływałam, biegałam, chodziłam na fitness, aerobik i co się dało. Odżywiałam sie zdrowo, miałam nawet jadłospis ułożony przez dietetyka. I co? I nic, pomimo rozpoczęcia leczenia hormonalnego. Miałam ogromne problemy z dobraniem ubrań. Góry musiały być w rozmiarze 36 ze względu na wąskie ramiona i mały biust, ale absolutnie bez lycry i najlepiej tunikowate, rozkloszowane dołem by nie opinały się na biodrach. Doły dobiły nawet do rozmiaru 40. Nie bylam w związku z tym w stanie kupić sobie kompletu żakiet i spódnica w jednym rozmiarze. Obraziłam się na Zarę po jednej wizycie podczas której nie byłam w stanie zmieścić się nawet w ich 42 (zaniżone!).
W ciąży z Piotrkiem startowałam z poziomu 60 kg i przytyłam tylko 12 kg. Mięśnie brzucha miałam silne ze względu na ćwiczenia, więc brzuszek długo był niewidoczny. Ot wzgórek u dołu, który łatwo było zamaskować (nie to żebym się wstydziła, ale to była jesień i zima, swetry, kurtki etc). Wracając do domu 10 dni po porodzie po tych dodatkowych 12 kg nie było już śladu, zaś w ciągu miesiąca ku mojemu zdumieniu wraz z opuchlizną, kóra pojawiła się pod koniec ciąży zeszła cała woda nagromadzona przez lata. Ważąc się półtora miesiąca po porodzie ze zdziwieniem przecierałam oczy widząc 50 kg. Rewolucja hormonalna.
Czułam się z tym rewelacyjnie. Brzuch wprawdzie był sflaczały, mięśnie mocno osłabione i daleko mu było do jędrności sprzed ciąży, ale łatwo było to zamaskować ubiorem, zaś ja odzyskałam talię i zgrabne nogi. Musiałam wymienić większość dolnej garderoby. Wszystkie spodnie wisiały na mnie jak worki, wszystkie nogawki nagle zrobiły się za szerokie. Mogłam nawet skusić się na rurki, których wcześniej z wiadomych względów unikałam jak ognia. Byłam szczęśliwa, że odzyskałam swoje dawne ciało i pomijając twarz, włosy w nieładzie i worki pod oczami czułam się atrakcyjna jak nigdy dotąd.
Utracona woda, odpukać, nie nagromadziła się jak do tej pory z powrotem. Przytyłam 3 kg i to już jest takie prawdziwe przytycie z obżarstwa, nieregularnych posiłków i braku ćwiczeń. Brzuch też nie wrócił do formy. Moja wina, moja wina - lenistwo i brak czasu. Niemniej jednak wyglądałam o niebo lepiej niż przed ciąża z Piotrkiem.
Natomiast teraz w drugiej ciąży z moim brzuchem dzieją się przedziwne rzeczy. Mimo, że startuję z niższej wagi brzuchol w 9 tc bywa, że wygląda na 4-5 miesiąc! A czasem nie widać go w ogóle. Czuję mały twardy wzgórek u dołu, tak samo jako 3 lata temu na tym etapie. Sęk w tym, że 3 lata temu mięśnie nad nim trzymały sztywno, a teraz są sflaczałe i ten wzgórek wypycha je tak jakby do przodu. Po posiłku wyglądam jak zaawansowana ciężarówka i mogę do woli chwalić się brzuszkiem, który jedynie w małym procencie jest ciążowy choć na taki wygląda ;-) No szok w trampkach normalnie. Boję się myśleć co będzie później. Już mnie koledzy pytali w pracy kiedy rodzę i byli zdziwieni odpowiedzią.
Noszę już portki ciążowe. Spokojnie mieszczę się jeszcze w zwykłe, ale jednak gdy siedziałam w pracy cały dzień robiło mi się niewygodnie, rozpinałam guzik, potem w pośpiechu go zapinałam gdy gdzieś wychodziłam i na dłuższą metę było to niepraktyczne. Ah, już zapomniałam jakim cudownym wynalazkiem są spodnie ciążowe. Wygodne jak dresy. Musiałam jednak oddać jej do przeróbki ze względu na szerokość nogawek. Kupując je wybierałam rozmiar 38 lub 40 ze względu na masywne uda, których już nie mam, więc teraz nogawki majtały mi na wszystkie strony jak dzwony.

wtorek, 2 kwietnia 2013

święta leniwca

Postanowiłam wsłuchać się w swój organizm i w święta głównie leniuchowałam. Mąż zaś starał się zrehabilitować po feralnym wieczorze. Głównie jadłam, gapiłam się bezmyślnie w TV i spałam. Praktycznie żadnych rodzinnych spacerów, atrakcji dla dziecka. Kompletna zlewka  i dobrze. Chyba pierwszy raz w życiu nie mam wyrzutów sumienia z powodu "zmarnowanego" wolnego czasu. Spędziłam te dni jak rasowy truteń, leń i pasożyt. Chyba przez ostatnie pół roku nie gapiłam się w TV tyle co przez te ostatnie trzy dni. Chyba naprawdę tego potrzebowałam. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku i dzisiaj wracam już do żywych.
W Wielki Piątek miałam normalnie iść do pracy, ale kiedy rano za oknem zobaczyłam TO olałam temat. Mam w końcu kilka dni niewykorzystanego L4.
Wszędzie, wszędzie to białe G. Sypało równo pół dnia. W pierwszej chwili po obudzeniu sądziłam, że to mgła, a to była regularna śnieżyca. Porażka, porażka, porażka. Maciek zawiózł Piotrka do opiekunki i pojechał do biura, a ja pół dnia robiłam NIC, a potem gdy przestało śnieżyć podjechałam do sklepu po niewielkie zakupy (bezczelnie zdaliśmy się w tym roku na rodziców w kwestii przygotowań kulinarnych), potem do myjni, a później do galerii gdzie szwędałam się bez celu, a potem zaszyłam się w kacie i czytałam prasę. Powiem wprost - nie miałam ochoty wracać do domu, nie miałam ochoty zajmować się dzieckiem ani spędzać czasu w towarzystwie męża, na którego byłam jeszcze mocno nafochowana. Taka wyrodna matka i żona ze mnie. Wróciłam wieczorem i poszłam spać.
W sobotę rano obudził mnie Śmigus Dyngus.