poniedziałek, 8 kwietnia 2013

moja wiara i co myślę o dziecku w kościele

Rashly zmobilizowała mnie do wpisu, który noszę w głowie od dawna.
Czy jestem wierząca? Moim zdaniem tak.
Czy jestem religijna? Nie.
Głęboko wierzę, że świat, nasze życie ma sens. Nie wierzę w to, że wszechświat jest dziełem przypadku. Wierzę, że istnieje wiele równoległych wszechświatów, że przed Wielkim Wybuchem nie było Wielkiego Nic tylko raczej jakaś inna forma wszechświata i że ta cała materia, te wszystkie prawa fizyczne nami rządzące nie są jakimś przypadkiem, wybrykiem natury. Wierzę, że istnieje jakaś nadrzędna siła, jakaś zasada, jakaś moc, której nie jesteśmy póki co w stanie ogarnąć rozumem i którą dla uproszczenia nazywam Bogiem i czasem dla uproszczenia personifikuję choć zdaję sobie sprawę, że to tylko dowodzi jak bardzo ograniczone są moje zdolności pojmowania.
Celowo używam słowa "wierzę", bo to jest właśnie kwestia wiary. Logika nie ma tu nic do rzeczy. To jest moje głębokie wewnętrzne przekonanie i jest to jedna z tych kwestii, które moim zdaniem nie powinny być tematem do dyskusji.
Wierzę również w to, że świat, ludzie są z gruntu dobrzy.
Na poziomie bardziej przyziemnym nie wierzę w sens cierpienia per se. Koncepcja grzechu pierworodnego nie przemawia do mnie w ogóle. Myślę, że można, a wręcz trzeba, z cierpienia jeśli już nas dotknie wyciągnąć naukę czy jakąś siłę na przyszłość, ale cierpienie jest dla mnie li i jedynie karą i uważam, że należy dążyć do tego by nie cierpieć. Z tego względu wierzę w reinkarnację, ponieważ jest to dla mnie jedyne logiczne wytłumaczenie istnienia cierpienia.
Religia, przeróżne wyznania są dla mnie tylko i wyłącznie jednym z wielu przejawów kultury. Szanuję osoby, które identyfikują się z jakimś wyznaniem i faktycznie się go trzymają. Ja nie mam najmniejszej potrzeby identyfikować się bądź nie. Wierzę, że "Bogu" jest dokładnie obojętne czy i jeśli tak w jakich obrzędach uczestniczymy, bo wszystko sprowadza się do tego, czy żyjemy dobrze, a podstawowe zasady moralne każdy człowiek o normalnej niezachwianej psychice nosi w sobie i są one uniwersalne. Myślę, że człowiek dobry będzie żył tak samo jako wyznawca jakieś religii czy ateista. Ważne są czyny. Nie znaczy to, że nie uważam by religia była niepotrzebna. Wręcz przeciwnie. Sądzę, że zaspokaja ona naturalną ludzką potrzebę przynależności do grupy, pomaga radzić sobie z samotnością i lękami egzystencjalnymi. Traktuję ją jako formę, nie wiem jak to dobrze ubrać w słowa, zbiorowej i indywidualnej refleksji nad sobą, psychoterapii. Taka spowiedź w kościele katolickim na przykład. Ja nie praktykuję, ale myślę, że jeśli ktoś dzięki temu zatrzyma się, zastanowi nad swoim życiem, porozmawia z mądrym duchownym, poprawi się, zrobi w życiu dla kogoś coś dobrego to dla niego jest to właściwa forma obcowania z Bogiem. Dla innej osoby będzie to na przykład medytacja czy taniec szamański. Obrzędy religijne to dla mnie jeden z elementów kultury. Jedne z nich mi się podobają, inne mniej. Swobodnie wybieram.
Jak wspomniałam nie mam ani potrzeby określania się w stosunku do jakiegokolwiek wyznania ani odcinania się od czegokolwiek. Zostałam ochrzczona, byłam u komunii, siłą rozpędu przystąpiłam do bierzmowania, a potem zaczęłam się nad tym wszystkim głębiej zastanawiać i przez lata doszłam do wniosków jak wyżej. I kompletnie mi to nie przeszkadza. Nie zamierzam dokonywać apostazji z tego względu, że nie praktykuję religii katolickiej, a formalnie przynależę do tego kościoła, bo zwyczajnie nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia. Nie obchodzi mnie to kompletnie i szkoda mi na to czasu. Wierzę, że szkoda na to czasu.
Czasem odczuwam potrzebę personifikacji Boga. Ot taka ludzka słabość.  Bywa, że gdy w moim życiu dzieje się coś dobrego i pięknego w duchu szepnę "dziękuję". Czasem odczuwam potrzebę iść do kościoła, jakiegokolwiek, po to by posiedzieć w ciszy i pomyśleć, odczuć podniosłą atmosferę. Wzrusza mnie  zawołanie "Chrystus zmartwychwstał!" na Wielkanoc, bo odczytuję je metaforycznie jako zwycięstwo dobra nad złem. Może to dziecinne. Mi daje chwilę wzruszenia i to jest dla mnie ważne. Te dobre emocje. Z tego powodu też lubię Boże Narodzenie. To są dla mnie takie momenty wewnętrznej dziecięcej radości.
Nie mam najmniejszego problemu z uczestnictwem w obrzędach religijnych jeśli z jakiś względów jest to ważne dla mojej rodziny, jest to związane z kulturą. Po prostu idę do kościoła i słucham. Nie powtarzam modlitw, nie śpiewam, ale słucham i jestem pogrążona w swoich refleksjach. Nawet to lubię czasami.
Mój mąż uważa się za katolika i co niedzielę chodzi do kościoła. Nigdy mi to nie przeszkadzało. On od zawsze wiedział jakie jest moje podejście. Wzięliśmy jednostronny ślub w kościele katolickim. Nie miałam z tym problemu. Piotrek jest ochrzczony. Mężowi na tym zależało, a dla mnie to jest kompletnie obojętne.

Dzieci w kościele. Osobiście uważam, że msza w kościele katolickim trwająca około godzinę to przesada dla dziecka i nie jest to miejsce dla małych dzieci, ale to tylko moje zdanie. Niemowlęta w gondolkach przesypiające mszę - OK, choć np. ja bym się nie odważyła na taki manewr zimą, w sezonie grypowym, w zatłoczonym zamkniętym pomieszczeniu. Bez tłoku, w sprzyjającej atmosferze jeśli dziecko sobie spokojnie śpi - czemu nie. Ale nie uważam by był to dobry pomysł z dzieckiem rocznym, dwu-letnim, które zwyczajnie się nudzi i nic nie rozumie. Moja mama chodziła ze mną do kościoła co niedzielę. Jedyne co z tego pamiętam to bolące nogi, kolana i nudę. Nienawidziłam tego. Robiłam wszystko by się wymigać, albo przynajmniej spóźnić na mszę. Przestępowałam z nogi na nogę czekając na koniec kazania, bo to był punkt, od którego długości zależało ile jeszcze czasu zostało. Wyliczyłam sobie ile mniej więcej sekund trwa msza i w myślach liczyłam. Moim zdaniem nabożeństwa dla dzieci nie powinny trwać dłużej niż 20 minut, a nie praktycznie godzinę jak dla dorosłych. Mój mąż chciał by Piotrek był przyzwyczajany do kościoła. Ja nie mam nic przeciwko by z ojcem tam chodził, szanuję, że dla męża to ważne i ma prawo mieć potrzebę przekazywania tej tradycji synowi, ale dla mnie to kompletnie bez znaczenia. Powiem szczerze jednak - samej nie chce mi się uczestniczyć w procederze wychowywania Piotrka pod tym kątem. Zwyczajnie. Z lenistwa.
Kiedy Piotr był niemowlakiem nie zabierałam go do kościoła z powodów jak wyżej. Potem, nie ukrywam, między mną i mężem nastąpił bardzo trudny czas. Mieliśmy kryzys spowodowany przemęczeniem budową domu, jego spaniem na budowie, poświęcaniem każdej chwili na fizyczną pracę tam, stresem czy zdążymy. Było ciężko i nieciekawie. Maćka praktycznie nie było w domu. Nie miał wtedy najlepszego kontaktu z synem. Teraz jest rewelacyjnie, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Większość weekendów spędzał na budowie a ja z Piotrkiem siedziałam sama. Sami wędrowaliśmy na weekendowe spacery. Ostatnią rzeczą na jaką miałam ochotę było zabieranie go do kościoła  po to by przez 10-15 minut biegać za nim między ławkami pilnując kątem oka wózka, objuczona torbą z pieluchami, mlekiem i przekąskami, pilnować by nie hałasował i nie przeszkadzał innym, a potem wyjść przed końcem. Nie widziałam sensu robić tego dla zasady. A Maciek wtedy nie chciał wychodzić z nim sam. Najfajniej dla niego byłoby żebyśmy poszli tam razem przy czym on uczestniczyłby we mszy, a ja bym pilnowała dziecka a potem przed kościołem na niego czekała. Było kilka prób. Na początku nawet nienajgorzej, bo w okresie gdy Piotrka rajcowało chodzenie dla chodzenia i atrakcją był każdy kamień i patyk mogłam z nim teoretycznie chodzić naokoło kościoła nawet i godzinę, a dla niego było to jak spacer w parku. Maciek zaś jest taki, że on musi zawsze zostać do końca, do błogosławieństwa, do końca adoracji. Po prostu ma opory i krępuje się wyjść wcześniej. Wychodząc zawsze przepuszcza przodem wszystkich. Nie lubi się przepychać jak twierdzi. Szału dostawałam czekając i czekając na niego, aż w końcu się wkurzyłam i zapowiedziałam, że jeśli chce edukować religijnie syna to ma sam też się nim w kościele zająć. Nie radził sobie z tym kompletnie, denerwował się i do domu wracaliśmy wkurzeni na siebie i pokłóceni, więc temat upadł. Potem Piotrek wszedł w fazę różnych lęków, między innymi przed tłumami, obcymi ludźmi i przez długi czas do kościoła bał się nawet wejść. Od razu płakał. Rok temu w niedziele palmową tak się przestraszył tłumu, że całą mszę spędziliśmy na placu zabaw czekając na tatę. Teraz jest już lepiej, ale z mężem mam układ, że w najbliższym czasie zacznie sam jeździć z Młodym do kościoła, a ja mogę im owszem czasem towarzyszyć i częściowo się nim zająć, ale odmawiam robienia ze mnie opiekunki na czas mszy bo mnie to męczy i nudzi. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Piotrek powoli odkleja się ode mnie na rzecz kontaktu z ojcem, więc może to dobry plan.

A Młody i tak będzie wierzył w co chce. Jest mi to obojętne pod warunkiem, że będzie dobrym człowiekiem i tylko o tym myślę wychowując go. Nie o ideologii.

17 komentarzy:

  1. Ja również nie rozumiem ,,ciągania'' małych dzieci do kościoła, szczególnie kiedy jest ruchliwe i chce bardzij poznawać świat niż takie kilkutygodniowe które przesypia całą mszę (ale też zgadzam się po co takiemu kilkutygodniowemu dziecku styczność z kaszlącymi na lewo i prawo emerytami). Moja Córka nie sądzę że wytrzymałaby siedząc w wózku godzinę, musiałabym jeździć wokół kościoła i symulować zwykły spacer. Obecnie jest tak, że jeśli chcę iść do kościoła (np w Palmową niedzielę), Mąż zostaje z Córką a ja idę na mszę. Mąż nie lubi chodzić do kościoła i po prostu nie praktykuje więc u nas sprawa jest prosta, ja chodzę sama a On zostaje z dzieckiem i OK. Jak Mania będzie starsza będziemy chodzić, a teraz po prostu nie widzę sensu. Podczas Niedzieli palmowej stałam koło małżeństwa z 2 letnim dzieckiem które przez 30 minut wrzeszczało, nie płakała tylko wrzeszczało a wszelkie próby uspokajania, dokarmiania ciasteczkami oraz bujanie (!!!) wózkiem jak noworodka kończyły się wrzaskiem jeszcze większym, ludzie łapali się za głowę a szanowni rodzice wyszli dopiero po 30 minutach:/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozumiem, dlaczego nie wyszli wcześniej, skoro dziecko się tak zachowywało. Masakra!

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  3. Hm.. a ja wierzę i praktykuję. Dziecko moje dwuletnie chodzi ze mną, bo i dlaczego by nie? Nie biega po kościele, nie krzyczy. Zachowanie dziecka zależy od tego, na ile rodzice mu pozwolą. Zresztą u nas jest nawet specjalna kaplica przy kościele, gdzie dzieci mogą chodzić "luzem" i rozmawiać nie przeszkadzając innym :) aaa i oczywiście jak dziecko jest przeziębione to zostawało w domu, z dziadkami na przykład :)

    Myślę, że dla Twojego Męża ważne jest też to, co dla mnie - by dziecko oswoiło się z Kościołem, by potem nie było wstydu, że nie wie jak się zachować - co widać po niektórych dzieciach przygotowujących się do wczesnej komunii ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pelni to rozumiem dlatego jak wspomnialam choc dla mnie meka bylo ogarnianie Piotrka miedzy 1 a 2 rokiem zycia w kosciele nie mam absolutnie nic przeciwko by maz co niedziele z nim na msze chodzil. Nic. Maz jednak nie potrafil sie nim w kosciele zajac i wszystko spadalo na mnie a ja mialam serdecznie dosc wchodzenia na 10 gora minut a potem spacerowania do konca mszy naokolo kosciola czekajac na niego.Nie do konca zgodze sie z Twoja opinia, ze zachowanie dziecka zalezy od tego na ile rodzice mu pozwola. Zalezy tez od jego temperamentu i etapu rozwoju. Moj syn bardzo ostro przeszedl okres buntu dwulatka, jest ponadto wielkim outsiderem. Pisalam o tym jakis czas temu. Moze dziewczynki przechodza to lagodniej. Obecnie nie ma z nim problemow w miejscach publicznych, ale w tym czasie histerie, rzucanie sie na podloge, ryk i inne pokazowki byly na porzadku dziennym. Do tego lek przed tlumem. Umialam sobie z tym radzic, nie mialam problemu z przeczekiwaniem tych napadow w sklepie czy na spacerze, ale unikalam zabierania go w miejsca gdzie takie przeczekiwanie w znaczacy sposob zaklocaloby komfort innych - dluzsze posiedzenia w restauracji solo gdy nie ma drugiej osoby ktora moglaby z dzieckim wyjsc, teatr czy wlasnie kosciol.
      Nie robie i nie mam najmniejszego zamiaru robic jakichkolwiek przeszkod w wychowaniu syna przez ojca pod tym katem ale uwazam ze to on powinien wziac na siebie glowna odpowiedzialnosc za opieke nad nim podczas nabozenstwa i nauke dobrych manier a nie zostawiac tego na moich wylacznie barkach. Moge im towarzyszyc podczas swiat lub gdy z innych wzgledow bedzie taka potrzeba, ale na pewno nie co niedziele bo nie mam takich potrzeb i bylby to dla mnie powrot do traumy coniedzielnej nudy z dziecinstwa. Naz wiedzial z kim sie wiaze i ze do kosciola chadzam, nie chodze. Przedstawilam sprawe jasno takze w kontekscie wychowywania dziecka i zgodzil sie na to przed slubem.

      Usuń
    2. Rozumiem, jeśli dziecko ma ciężki okres i że nie miałaś na to siły. Mnie raczej chodzi o dzieci, którym wszystko wolno, a rodzic nawet nie zwraca uwagi na to co dziecko robi.

      Usuń
  4. Bardzo ważny temat :-)
    A ja tym razem prawie-się zgadzam z Tobą :-) Podobnie jak Ty, byłam ochrzczona, u komuniii i bierzmowania, potem obserwowałam sobie kościół katolicki na ziemi i zaczęło mnie od niego odpychać. Wierzę w Boga, myślę, że mogę nazwac się chrześcijanką, nie skupiam się na dookreśleniu precyzyjnym bo to nie ma dla mnie znaczenia. Uważam, że chodzi przeciez o to, aby starac się być dobrym człowiekiem, aby żyć jak najlepiej, poza tym każdy jest wyposażony w lepiej lub gorzej działające sumienie :-)
    Młody jest ochrzczony, jego ojciec jest ateistą i choć wyraził zgode na wychowywanie Młodego w kościele katolickim, to palcem nie kiwnie w tym kierunku. Ja z Młodym nie chodzę do kościoła (ostatnio powiedział, że tam jest po prostu nudno i szczerze to ja się z nim całkowicie zgadzam!!!) ale zamierzam to zmienić, powoli szukam "atrakcyjnego" dla nas miejsca aby we wspólnocie się modlić. Zobaczymy jak rozwinie się sytuacja. Nie mam ciśnienia wielkiego, choć chce aby poznał kościół i obrządki katolickie. A za ileś lat i tak sam wybierze :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie że tak :) Tu się zgadzam, że każde dziecko mając naście lat wybiera swoją drogę. Co do kościołów, to jest masa takich, gdzie nie ma nudnego kazania (raczej różne zabawy i rozmówki z księdzem) a msze są skrócone do minimum. W mojej rodzinnej parafii na wszy są samoloty i auta sterowane radiem nawet :) Dzieciaki lgną jak pszczółki do miodu :)

      Usuń
  5. bardzo przemawia do mnie Twój wpis, rozumiem Cię doskonale.
    my chodzimy z dziećmi do kościoła, ale nie co niedzielę i nie na całe nabożeństwo. Wychodzimy z kościoła na czas trwania kazania. zostaje więc dwa razy po 20 minut, z przerwą na pobieganie w przykościelnym ogrodzie, i to taka atrakcyjniejsza część, dużo śpiewania i muzyki. Julek od około 3 urodzin dokładnie rozumie jak należy się zachować w kościele, Ada zaczyna łapać jak się ją ucisza co jest cenną nauką :) Z Nelą byliśmy ostatnio na nabożeństwie Wielkopiątkowym, była na całym bez problemu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetnie Cię rozumiem. Wiara i kościół są dla mnie ważne, ale kiedy dzieci były młodsze, msza była dla mnie gehenną: msze dla dzieci, na których dzieci mogły zwisać z żyrandoli, WCALE nie uczyły ich, jak się zachować w kościele, a ksiądz odprawiał sobie a muzom. Tymi mszami w chaosie byłam czasem bardziej umęczona, niż tymi klasycznymi, bo dzieci siedziały w konfesjonałach, zwiedzały prezbiterium, trzeba było za nimi biegać, żeby nie spadły, nie wlazły gdzie nie trzeba, bo co z tego, że formuła mówi, "że wolno"? Schody i tak są śliskie i kamienne... Msze dla dorosłych - pokrzykujące roczniaki i dwulatki nie pomagają w modlitwie. Jedne i drugie msze są za długie. Jedno dobre, że u nas każde z rodziców miało swojego ananasa do opieki, ale i tak wychodziłam czasem, nie wiedząc, jakie były czytania, ot, po prostu być. Teraz dzieci zachowują się dobrze, słuchają księdza, zgłaszają się do odpowiedzi (kazania są dialogowane), lecą do modlitwy powszechnej pomodllić się "za mamusię, tatusia, babcie, ciocię Zuzę i pieska". Do zachowania w kościele nie musiały się PRZYUCZYĆ tylko DOROSNĄĆ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak do wielu rzeczy ;-) Nie rozumiem wymagania od małego dziecka spokojnego, cichego zachowania przez długi okres czasu i zabierania go w miejsca gdzie NA PEWNO będzie przeszkadzać większości. To egoizm. Pamiętam jaka byłam wściekła gdy poszliśmy na koncert japońskich bębniarzy, bilety drogie, kilka miesięcy czekania i oprócz nich przez dwie godziny słuchaliśmy pokrzykiwania dwulatka.

      Usuń
    2. A ja tak ze zwykłej babskiej ciekawości ciekawa jestem w jakim wieku dzieci mogą dorosnąć? Mój niespełna czterolatek jeszcze nie dorósł i zastanawiam się jak długo jeszcze? Wiem, że nie ma jednego wieku dla wszystkich, jasne! Ale - ciekawa jestem Waszych OPINII a nie jakiejś wyroczni i pewnika - jaki to orientacyjnie może być przedział wiekowy?

      Usuń
    3. Cóż, w sprawie dorastania ja zawsze mam dwa swoje pocieszacze: 1. "Jak przyjdzie czas" i 2. "No, przecież przed osiemnastką zdążymy" :D

      Usuń
    4. Ooo, ten punkt 2 to ja (za moją mamą) powtarzam sobie też nagminnie :-)

      Usuń
  7. Ooo jaki pan wygodny: JA chcę ale TY rób żeby było jak ja chcę :P
    Skoro mąż chce uczyć dziecka na czym polega jego wiara, to chyba powinien sie wykazać w tym temacie. Wiadomo, że małe dziecko nie będzie siedziec grzecznie w kościele, chyba dopiero takie które ida do szkoły jakos przetrwają ok godz...

    OdpowiedzUsuń
  8. U nas też jest tak, że mąż chodzi do kościoła i chciałby wychować syna po katolicku, a ja jestem niewierząca i od razu mu powiedziałam, że nie będę dziecku opowiadała o czymś w co nie wierzę. Dla męża to jest oczywiste, że jeżeli chce chodzić z synem do kościoła to musi się nim wtedy zająć. Uważam, że dobrze robisz odmawiając niańkowania, nie rozumiem czemu mąż nie chce sam jeździć z Piotrem? Boi się, że sobie nie poradzi? :) Spakuj torbę, daj instrukcję i ciesz się godziną świętego spokoju. Ja uważam, że każda nawet najbardziej oddana mama, musi mieć chociaż trochę czasu tylko dla siebie. Od czasu do czasu myslę, można jechać razem, ale mąż powinien mieć świadomość, że to on się podjął trudu wychowania po katolicku, a nie ty.

    Uważam też, że zmuszanie 1, 2 a może i 3-letnich dzieci do uczestanictwa we mszy jest pomyłką. To po prostu niemowżliwe, żeby były w stanie się skupić i nie przeszkadzać innym, bo nawet jeżeli zachowują się w miarę spokojnie to opiekun i tak mało wynosi z mszy, bo musi cały czas na nie uważać. No chyba, że ktoś idzie po żeby po prostu być, no ale to już nie komentuję ;p

    OdpowiedzUsuń