piątek, 31 maja 2013

chora :-(

Przechorowany długi weekend :-(
W środę w swoje urodziny Piotr dostał kataru. Niewielkiego, ot trochę wody. Za tydzień jedziemy nad morze, więc zapodałam resztkę Neosine z apteczki by zdusić ewentualne choróbsko w zarodku + Rutinaceę + witaminę C i faktycznie - w czwartek wieczorem był już zupełnie zdrowy i rześki. Niestety zaraził mnie. Czuję się fatalnie. Potwornie boli mnie gardło i głowa. Byłam dzisiaj u internisty i stwierdził początek anginy. Muszę, muszę doprowadzić sie do stanu używalności do końca weekendu, bo w przyszłym tygodniu MUSZĘ chodzić do pracy. Od piątku urlop i mam mnóstwo spraw do pozamykania i przygotowania, do tego czasu mało bo de facto jedzień dzien z tych czterech mi wypadnie z powodu badań i lekarza.
Póki co jestem słaba jak kot, staram sie separować od Piotrka ile mogę, zresztą nie mam siły się z nim bawić :-( Szkoda mi. Jutro dzień dziecka, mieliśmy się wybrać w miasto na festyny a tu kicha. W czwartek cały dzien kisiliśmy się w domu, bo pomijajac samopoczucie mimo najszczerszych chęci wyjść sie nie dało - w ciagu dnai nad naszą wsią przeciagnęły chyba ze cztery burze, takie porządne ulewy i praktycznie non stop lalo jak z cebra. Maciek jutro pracuje. Teściowa zgodziłą się pojechać z Młodym na jakis spacer, a potem to nie wiem. Nie mam siły na nic.
Ból gardła w połączeniu z permamentną zgagą to zabójcza sprawa :-/

A z weselszych spraw to ruszyły nareszcie znowu prace domowe. 1/4 podmurówki obłożona już jest kamieniem, a w międzyczasie pan montuje framugi do drzwi w piwnicy. Oby stolarz faktycznie do sierpnia uwinał sie z balustradami. Wtedy będę cała happy mogąc normalnie korzystać z tarasu :-)))))

wtorek, 28 maja 2013

29.05.2010. - 3 lata

3 lata temu 29 maja 2010 o 18.45 w 39 tc przez cc przyszedł na świat Piotr Maciej. 52 cm, 3250 g, 9 pt.
Mój syn. Uwielbiam to słowo.
Nie potrafię wyrazić słowami mojej miłości do niego i dumy z niego.
Jest świetny. Inteligentny, sprytny, dowcipny, uczuciowy, wygadany.
To również wrażliwy introwertyk. Czasem choleryk.
Zdecydowanie trzeci rok jego życia był najciekawszym w naszej dotychczasowej wspólnej podróży. Głównie dlatego, że Piotruś ruszył z kopyta z mową. Kiedy dzisiaj z nim rozmawiam trudno mi uwierzyć, że jeszcze rok temu dopiero zaczynał wymawiać pierwsze słowa. Możliwość porozumienia werbalnego przeniosła naszą relację na wyższy level i chociaż czasem mam dość niekończących się pytań i dywagacji to tak naprawdę je kocham.
Nadal pasjonuje się motoryzacją, znakami drogowymi i kodeksem drogowym (to już mała obsesja), z zapałem buduje z klocków Lego, szaleje na laufradzie, uwielbia się wspinać i wycinać z papieru nożyczkami. Chętnie ogląda mapy i plany miast, rozpoznaje większość znaków drogowych i piktogramów typu "uwaga prąd", liczy do 12 łącznie z liczebnikami porządkowymi, ale generalnie literkami gardzi. Zna kilka i dopytuje się o znaczenie słów, które widzi, lecz nie garnie się do nauki liter. Fascynują go budowle, konstrukcje, wszelkie mechanizmy i schematy. Zaczyna zadawać coraz bardziej wnikliwe pytania dotyczące zjawisk fizycznych czy chemicznych - tutaj oddaję pałeczkę tacie, bo moja wiedza kuleje. Nową pasją jest taniec. Od pewnego czasu Piotr namiętnie tańczy, z tym, że zawsze solo. Nie lubi tańców towarzyskich ani w kółeczku. Przepada za albumem "Granda" Moniki Brodki. Z Maćkiem potrafią przeskakać ją całą, a Piotrek demonstruje naprawdę fajne kroki. Naśladuje taniec z teledysków i śpiewa sam. Jeszcze kilka miesięcy temu nastawiony był wyłącznie na słuchanie, więc to nowość. Jest coraz bardziej samodzielny. Kilka razy dziennie słyszę "mamo kocham cię najbardziej na świecie, ale nie lubię jak mi przeszkadzasz" ;-)
Przed nami nowe wyzwania - przedszkole i narodziny młodszego rodzeństwa.
Życzę Ci synku byś zawsze wierzył w siebie, żebyś był szczęśliwy w zgodzie ze swoim charakterem i temperamentem, byś spotkał na swojej drodze prawdziwych przyjaciół i miał w życiu pasje, które będą dawały Ci radość i satysfakcję.




















poniedziałek, 27 maja 2013

impreza urodzinowa




Już po imprezie. Do pewnego momentu była udana, ale powiem jedno. Nie ma mowy bym ponownie dała się wrobić w organizowanie tak dużej imprezy w domu przez najblizsze 6-7 lat. Aż Okruszek pójdzie do szkoły. Przeczucie niestety nie myliło mnie. Kilkanaście osób dorosłych i ośmioro dzieci to za dużo dla Piotrka i dla mnie na raz i nie ważne, że mamy duży dom, w którym wszyscy bez problemu się pomieścili. Nie i kropka. Ani my ani nasz syn nie przepadamy za takimi spędami, wolimy kameralniej. Nie obchodzi mnie czy zostanę uznana za odludka, mam w nosie obrazę części rodziny, już nigdy nie dam się namówić na zapraszanie całej rodzinki na raz na zasadzie "skoro zapraszam jednego kuzyna to drugiego też bo się obrazi" etc. i nie pódję na spontan "fajne będzie, wszyscy się zintegrujemy" - to jest dobre gdy nie ma małych dzieci. Jeśli już to na raty. Popełniłam też kilka poważnych błędów organizacyjnych, których już wiem, że muszę unikać. Ale po kolei.
Logistycznie poradziliśmy sobie nawet bez problemu choć Maciek większą część soboty pracował. Teściowa upiekła torty i ciasto, moja mama zajęła się barszczem i krokietami, a my całą resztą czyli czterema sałatkami, przekąskami, rozłożeniem wszystkiego i udekorowaniem domu. W sobotę przed południem odwiedziła nas chrzestna Piotrka z prezentem, który sprawił mojemu synowi nieopisaną radość, mężowi zresztą też ;-) Piotrek rok temu dostał od babci na drugie urodziny drewnianą kolejkę, którą bardzo lubi się bawić, a Marta podarowała mu rozszerzenie do tego zestawu - most zwodzony, wiadukt, przejazd ze szlabanami i trochę torów. Panowie dzięki temu zbudowali wielką dwupoziomową konstrukcję w salonie, Piotruś przyniósł resoraki i bawił się tym całą sobotę i super, bo po pierwsze było zimno, a po drugie nie bardzo mialam czas wyjść z nim na spacer, bo okupowałam kuchnię.
W niedzielę wszystko układało się świetnie. Piotruś obudził się o 6.15 w wyśmienitym humorze i o dziwo nie lało. Zgodnie z planem zebrałam się szybko i pojechałam z nim do parku Jordana na rower i place zabaw. Na razie bez prezentów, bo nie chciałby wyjść z domu, a zależało mi by przespał się w aucie w drodze powrotnej. Maciek w tym czasie odkurzył i wymopował dom, poznosił krzesła na dół, przyniósł ze spiżarni soki i wodę, rozłożył ciasteczka, a potem pojechał po moją mamę i kuzynkę i zajął się balonami. Ja intensywnie spędziłam z Piotrkiem czas i faktycznie spał w aucie ponad półtorej godziny, dzięki czemu był wyspany i w świetnym nastroju. Ucieszył się bardzo na widok dziadków i cioci Iwonki, którzy dotarli w międzyczasie i do około 16.30 impreza była bardzo udana. Pierwotnie nie chciałam czekać z dmuchaniem świeczek na kuzyna z Chrzanowa z rodziną i rodzinkę ze Skawiny, którzy mieli przyjechac później, ale Grażynka napisała mi sms-a, że oni też się spóźnią, bo Antoś zasnął i czekają aż się obudzi, a na nich to już obowiązkowo chcieliśmy poczekać. Było naprawde fajnie. Przyjechała moja druga kuzynka, przyszli sąsiedzi, potem dotarł Antoś z rodzicami i Piotruś super bawił się w jeszcze niedużej i znanej grupce osób. Rozpakowywał prezenty, my podjadaliśmy pyszności, były tańce. Kiedy zobaczył prezent od mojej mamy czyli ogromny dźwig myślałam, że oszaleje ze szczęścia, do tego remiza Duplo od nas, betoniarka, keyboard od chrzestnych, trzy książeczki z serii "Świat w obrazkach". Koło 16 jubilat zaczął być znużony i teraz wiem, że powinnam wtedy imprezę zakończyć, no ale połowa zaproszonych gości jeszcze nie dotarłą. Zaczęłam wyciszać towarzystwo bajkami, ale w tym momencie praktycznie jednocześnie pojawiła się moja rodzinka ze Skawiny i kuzyn z Chrzanowa, czyli sześcioro dorosłych i pięcioro dzieci, z czego cztery osoby kompletnie Piotrkowi nieznane. To go zdezorientowało. Wytrwał jeszcze i zdmuchnął świeczki, ale już gdy rozbrzmiało gromkie "sto lat" zatkał uszy rękami i wszedł pod stół. A potem synkowie kuzyna, ci nieznani mu, zaczęli rozwalać jego pociąg, którym wcześniej ładnie bawił się z gośćmi i to już było za dużo. Wpadł w taką histerię, że Maciek musiał zanieść go do jego pokoju, a potem siedziałam z nim i dopiero po dłuższej chwili szlochając wyznał mi, że "on już nie chce gości, że on chce być w domu sam z mamą i tatą". Płakał strasznie i trudno było mi go utulić, na dodatek dzieciarnia co chwilę próbowała ładować mu się do jego pokoju, co go doprowadzało do furii. On tak ma, że w ciężkich chwilach zmyka do swojej twierdzy i zamyka drzwi. W końcu nie mialam wyjścia, zamknęłam nas od środka na klucz i powolutku, powolutku go utuliłam. Był już taki zmęczony, że najchętniej bym się z nim położyła, ale nie było mowy by zasnął. W końcu wynegocjowałam, że goście mogą zostać, a ja będę pilnowała by na razie nie wchodzili do jego pokoju, później wspólnie z ukochaną ciocią Iwonką jakoś postawiłyśmy go do pionu i zszedł na dół, ale to już nie był ten sam Piotrek co przed godziną. Był rozdrażniony, ciagle się denerwowął i wkurzał, a tutaj dopiero 17, połowa gości dopiero co przyjechała, dzieciaki dopiero się rozkręcały, ciocia Iwonka musiała już wracać do domu. Przyznam się, że przez kolejne 2.5 godziny marzyłam już tylko by wszyscy sobie poszli i Maciek chyba też, bo zrobiło się już ciężko, dzieciaki dostały małpiego rozumu, zrobił się okropny harmider i trudno było je opanować. Piotrka rozstroił Wiktor, syn sąsiadów. Sytuacja: Piotruś właśnie dostał od wujka w prezencie piłkę do nogi, Wiktor rzucił sie by grać, więc zaproponowałam byśmy zeszli do piwnicy i tam zagrali w pomieszczeniu opróżnionym ze wszystkiego chwilowo. Wiktor to człowiek-policjant i strasznie rządzi. Ma 5 lat. Piotrek rzucił piłkę rękami, a on zaczał od razu mu ją zabierać, bo "tak się nie robi", "bo złamał zasady", wprowadzać podziały na przeciwne drużyny, jakieś punkty karne. Próbowałam z nim porozmawiać, wytłumaczyć, że Piotrek jest młodszy, nie rozumie jeszcze tych zasad, że możemy pograć w piłkę dla zabawy, ale nie bawimy się w żadne punkty ani przeciwne drużyny, nawet przyniosłam drugą piłkę, bo widziałam juz łzy w oczach Piotrusia. Ledwo poprawił mu sie trochę nastrój i dostał fajną piłkę, to Wiktor mu ją zabiera, nie pozwala się nią bawić i w ogóle. Do Wiktora moja argumentacja nie docierała kompletnie, zachowywał sie tak jakby Piotrek nie obchodził go w ogóle tylko chciał grać z nami, więc w końcu ostro oświadczyłam, że "dzisiaj są urodziny Piotrusia i dzisiaj gramy tak jak chce Piotruś" i koniec. Urodziny to nie jest moment na strofowanie mojego dziecka i uczenie go ustępowania, na pewno nie gdy był już taki skołowany i rozemocjonowany.
Goście rozeszli się o 19.30. Gdyby nie mama i teściowa nie dalibyśmy rady, bo i tak praktycznie nie usiadłam na tyłku za wyjątkiem samego początku imprezy. Był szwedzki stół, ale i tak mama pomogła mi bardzo z kawą, herbatą, bo ja kompletnie w tym kołowrocie nie miałam do tego głowy, a już na pewno nie pomyślałabym o popakowaniu ciasta i przygotowaniu paczek na wynos dla wychodzących gości - tutaj wielkie podziękowania należą się mojej teściowej;-) Z tego wszystkiego kompletnie zapomnialam o lodach i mam teraz pełną zamrażarkę sorbetów do zjedzenia ;-) Po wszystkim natychmiast zabrałam Piotrka na górę do pokoju i tak jak stał, nawet bez mycia zębów przebrałam w piżamę i położyłam. Padł, ale do północy spał bardzo niespokojnie, gadał przez sen i rzucał się.
Dzisiaj twierdzi już, że urodziny były fajne i cieszy się z prezentów, a goście ślą mi smsy z podziękowaniami i to jest miłe, ale jak już wspomniałam powtórki z rozrywki nie planuję. Nie w tej formie. Wiem, że w dużej mierze sama jestem sobie winna. Po pierwsze nie powinnam była zapraszać na tak dużą imprezę nieznanych lub słabo Piotrkowi znanych osób. Mam na myśli przede wszystkim kuzyna z Chrzanowa z żoną i Gniewkiem (3.5) oraz Ziemkiem (1.5). Jestem przekonana, że gdybyśmy spotkali sie przy innej okazji Piotruś nawiązałby kontakt z Gniewkiem, to jest najbardziej zbliżone wiekowo do niego dziecko z rodziny i taki sam rozrabiaka jak mój syn. Na pewno znaleźliby wspólny język, ale wczoraj po prostu nie było możliwości ze względu na tłum i zmęczenie. Po drugie impreza trwała zdecydowanie za długo. Ze względu na ulubioną ciocię Iwonkę, która po 17 miała autobus do domu zaczęliśmy ją wcześnie i trzeba było ją skończyć o tej 17. Byłoby akurat. Szkoda, że część gości przyjechała później. Teraz już wiem, że trzeba rozpoczynać albo później, albo jasno zapowiadać, o której urodziny się mają skończyć. 3-3.5 godziny to w sam raz dla takiego dziecka. Niepotrzebne zostawiliśmy w kącie salonu tę drewniana kolejkę. Konflikt wybuchł na tle resoraków przejeżdżających przed tory, a resoraki to konik i fetysz Piotrka. Nasza wina. Po prostu w sobotę cały dzień się nią bawił i nie mieliśmy serca jej rozbierać, zresztą przeniesienie jej do jego pokoju zajęłoby strasznie dużo czasu.
Ufffffff. Teraz jestem już mądrzejsza i wiem jak się zorganizować za rok.
A teraz kilka fotek, cykanych zanim zaczęło się sypać.

Z dziadkami



Torty były dwa i przy takiej ilości gości pochłonięte zostały momentalnie. Oba malinowo-truskawkowe na wyraźne życzenie solenizanta.


rano na placu zabaw



z moja kuzynką, słit fota z cyklu "lubisz mnie jeszcze?"

czwartek, 23 maja 2013

o wożeniu tyłka samochodem

Niedawno pewna "życzliwa" mi osoba zarzuciła mi, że wożę tyłek samochodem, a innych zachęcam do korzystania z komunikacji miejskiej, więc kilka moich refleksji na ten temat ;-)

Generalnie jestem dzieckiem wychowanym w autobusach i tramwajach. Moja mama nie ma prawa jazdy, więc od zawsze wszędzie jeździłyśmy komunikacją miejska, a na wakacje pekaesem lub pociągiem. Czasem od wielkiego dzwonu taxi, ale niezbyt często ze względów finansowych. Ten sposób przemieszczania się po mieście jest więc dla mnie naturalny i tłok czy dłuższe stanie nie robią na mnie wrażenia. Wyłączam się, słucham muzyki lub czytam. W ten sposób podróżowałam ponad 30 lat. Liceum, studia, czas gdy mieszkaliśmy w kawalerce, a potem w wynajmowanym mieszkaniu. W autobusach i tramwajach powtarzałam słówka, uczyłam się do egzaminów (nie, nie okupowałam na siłę miejsc siedzących, do perfekcji mam opanowane czytani i uczenie się na stojąco). Kiedy z konieczności zaczęłam więcej jeździć samochodem zaczęło mi nawet brakować tych chwil dla siebie w drodze do pracy.

Do czego zmierzam. Przyzwyczajenie i konieczność oszczędnego życia sprawiły, że postrzegam auto jako środek lokomocji może nie do końca luksusowy, ale coś w tym stylu. Dziwią mnie ludzie, którzy uważają je za JEDYNY MOŻLIWY środek lokomocji z góry, bez względu na warunki i okoliczności odrzucając możliwość poruszania się publicznymi środkami transportu choć w wielu wypadkach gdy się to przeanalizuje okazuje się, że to opcja jest wygodniejsza, szybsza i oczywiście tańsza. Wbrew pozorom sporo takich osób znam. Przykładowo moja koleżanka z pracy. Codziennie narzeka na korki i trudności ze znalezieniem miejsca do parkowania, a mimo wszystko z uporem maniaka codziennie przyjeżdża samochodem i codziennie jest wkurzona chociaż ma spod domu przyspieszony autobus, którym dojechałaby do biura w 2/3 tego czasu (autobus ma na znacznej części drogi osobny pas) i dużo taniej. Musiałaby jedynie przejsć te 5 minut na przystanek. Ona jednak w ogóle odrzuca taką możliwość, bo "nie będzie się tłukła autobusem skoro ma auto". Kiedy było zepsute mąż specjalnie ją do pracy odwoził i po nią przyjeżdżał.

Przeprowadzka pod Kraków zmusiła mnie do częstszego korzystania z samochodu, nad czym ubolewam ze względu na koszty paliwa i koszmar z parkowaniem w Krakowie, a w szczególności w okolicach mojej pracy. Dojeżdżają do nas autobusy, ale jest ich niestety niewiele i godzinowo kiepsko zgrane z naszym harmonogramem. Przykładowo gdybym chciała teoretycznie zawieźć Piotra autobusem do przedszkola i dotrzeć do pracy na 9, a potem odebrać go do 18 to jest to niemożliwe. Nawet gdybym zawiozła go wczesnym autobusem na 7.00 to potem musiałabym prawie godzinę czekać na następny z przesiadką i byłabym około 25 minut spóźniona do pracy, zaś by zdążyć na połączenie pozwalające mi pojawić się w przedszkolu do 18 musiałabym zwolnić się też około pół godziny wcześniej.W sytuacji awaryjnej mogę się tak umówić z szefem, ale na pewno nie codziennie. W ciągu dnia autobusy nie jeżdżą do nas prawie w ogóle. Dopóki nie zaszłam w ciążę mimo wszystko opracowałam plan by z auta korzystać tylko wtedy gdy jest ono niezbędne. Miałam bilet na dwie linie. W poniedziałki jechaliśmy na drugi koniec miasta do mojej mamy, zostawiałam auto pod blokiem i przez trzy dni dojeżdżałam do pracy autobusem, w środę wracaliśmy, a w czwartek i piątek zostawiałam samochód u teściów i też zwykle przesiadałam się na autobus. Raz w tygodniu jeździłam autem by zrobić na placu obok większe zakupy warzywno-owocowo-mięsne, czasem jeszcze wtedy gdy coś większego zamówiłam i musiałam odebrać z pracy. W weekendy na spacery czy wycieczki jeździliśmy samochodem lub metodą kombinowaną w zależności od tego jaki był nas cel. Jeżeli jechaliśmy do miasta to najsensowniejszą opcją było zaparkowanie na osiedlu przy wjeździe i przesiadka na tramwaj - unikaliśmy w ten sposób kluczenia po wąskich jednokierunkowych uliczkach szukając jakiegoś miejsca do wciśnięcia się. Nienawidzę tego.

Poza tym wszystkim jestem zdania, że dziecko należy przyzwyczajać do różnych środków transportu. To czego nie znoszę to rozpieszczanie, roztkliwianie się i piecuszenie dzieci. Oczywiście nie mówię o jeżdżeniu w godzinach szczytu w sezonie chorobowym z chorowitym niemowlakiem czy tez pakowanie się do zatłoczonego autobusu w upale jeśli można tego uniknąć. To są sytuacje ekstremalne. Przyzwyczajałam jednak Piotrka do komunikacji publicznej już do czasów gondolki. Młody wie, że czasem trzeba poczekać, postać, przyzwyczaił się do zbiorowisk ludzi. Być może wiąże się to z moja obsesją bycia samodzielnej. Czuję się dobrze ze świadomością, że w razie czego, jeżeli mąż wyjedzie, auto się zepsuje to jestem w stanie sama sobie poradzić.Teraz w ciąży rzadziej korzystam z autobusów ponieważ boję się o mój brzuch oraz ciężko mi stać ze względu na bolące wiązadła. Nie chodzi nawet o ustępowanie miejsca, w razie potrzeby potrafię grzecznie o to poprosić, ale kiedy wracam z pracy autobusy są pełne i zanim w ogóle dopcham się do jakiegoś miejsca mój brzuch narażony jest na urazy i boję się tego. Unikam więc teraz chwilowo komunikacji publicznej w godzinach szczytu i szczerze mówiąc wcale nie mam wrażenia by samochodem było jakoś szczególnie wygodniej, bo wolę stać w korku w autobusie niż prowadzić w korku auto i nienawidzę parkowania w Krakowie, to miasto jest koszmarem pod tym względem, a od lutego gdy rozszerzone zostaną strefy płatnego parkowania będzie jeszcze gorzej. Boje się nawet to sobie wyobrażać. W sobotę 40 minut krążyłam szukając jakiego miejsca postojowego.

A poniżej zdjęcia obrazujące dlaczego tak często piszę, że auto jest mi niezbędne by wydostać się z dziećmi z domu, nad czym ubolewam i jest to jeden z niewielu za to ogromny minus mieszkania tam gdzie teraz mieszkamy. Z tyłu domu jest stroma skarpa, tak stroma, że ja mam problem by na nią wejść nie podpierając się kilka razy ręką. Odpada jako opcja spacerowa.  A kiedy zejdziemy na dół jest taka droga. Zwykle dużo bardziej ruchliwa. De facto bez pobocza. Do przystanku autobusowego idzie się około 10 minut. Niby niewiele i dla mnie solo to nie jest problem. Mamy odblaski. Ale z dzieckiem tym poboczem nie pójdę. Boję się z wózkiem. A tym bardziej z rozbrykanym trzylatkiem, który może mi się wyrwać. Nie dam rady go nieść taki kawał drogi, nawet gdybym nie była w ciąży. A już z wózkiem z Okruszkiem i Piotrkiem to w ogóle. Dlatego piszę o codziennym składaniu wózka do bagażnika. Miejcie jeszcze na uwadze, że teraz jest przyzwoita pogoda i wyobraźcie sobie tę drogę we mgle czy z zaspami śniegu po bokach. Samochody wyjeżdżające z zza zakrętu często gnają. Dziękuje postoję. Niestety nie zanosi się by sytuacja miała prędko ulec poprawie. Właściwa wieś znajduje się nad skarpą, my mieszkamy de facto na "przemieściach". Ponadto środkiem drogi przebiega granica między dwoma wsiami, co dodatkowo formalnie komplikuje sprawę. Na długim odcinku drogi jest niewiele domów, więc niewielka siła przebicia. Mój maż już od dawna lobbuje w gminie i zobowiązał się ze swojej strony bezpłatnie wykonać wszystkie konieczne prace geodezyjne. Przebąkuje się o budowie chodnika ok. 2017 r. Mam nadzieję, bo do tego czasu to ja nawet starszego dziecka samego autobusem do szkoły nie puszczę właśnie ze względu na niebezpieczne dojście na przstanek.







wtorek, 21 maja 2013

szykuje się mega impreza

Jestem lekko przerażona. Urodziny mialy być kameralne. Jak zwykle. Ja nie przepadam za wielkimi biesiadami i wielkimi imprezami. Moja mama, teściowie, brat Maćka, Grażynka i Antoś. Pomyślałam sobie jednak, że skoro moja kuzynka Iwonka ma akurat zajęcia w Krakowie, a Piotruś ją uwielbia to ją zaprosimy, będzie weselej. A potem się potoczyło.
Bo skoro zapraszamy Iwonkę to również inną kuzynkę Ewę, za którą Piotrek też przepada.
No i kuzyna Wojtka, czemu go pomijać skoro będzie jego rodzona siostra?
Potem pojawiła się kwestia mojej rodzinki ze Skawiny, o której pisałam już kilkakrotnie. W skrócie wygląda to tak, że w dwóch częściach jednego domu mieszka mój kuzyn Paweł z żoną i trójką dzieci, oraz mój wujek z ukochaną. Głupio ich pomijać. Wahałam się jak to rozegrać. Wujek często przyjeżdża do nas z partnerką i Mikołajem, swoim wnukiem i na ich przyjeździe mi zależało, bo Piotrek świetnie się z Mikolajem dogaduje. Chyba najlepiej ze wszystkich dzieci. Natomiast nie trawię żony Pawła. Po prostu nie trawię i już. To jest typ jazgodlitwej, prymitywnej przekupy. Byłam na 90% pewna, że nie będą mogli się pojawić bo zwykle w weekendy pracują, a tu jednak nie - chętnie przyjadą z dwójką pozostałych dzieci.
Sąsiedzi z Wiktorem. Sąsiadka dzwoniła w niedzielę, proponowała wspólny wypad na weekend, więc powiedziałam jej o urodzinach no i tak wyszło, że też są zaproszeni.
Matka chrzestna Piotrka. Ona niestety średnio się nim interesuje i mam do niej trochę o to żal. Chciała się umówić na weekend, więc z pewną złośliwą satysfakcją odmówiłam uzasadniając to urodzinami chrześniaka. No i Marta poczuła sie w obowiazku i zapowiedziala przybycie.
A prawdziwa bomba wybuchła dzisiaj. W Chrzanowie mam kuzyna z żoną i dwójką dzieci - 4 lata i 1.5 roku. Krzysiek od ponad roku siedzi na kontrakcie w Zambii i przyjeżdża co parę miesięcy na chwilę. Nie mam z nim zbyt bliskiego kontaktu odkąd się ożenił, nawet nie byłam na jego ślubie. Nigdy nie widziałam jego dzieci. Zapraszaliśmy ich kilkakrotnie, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Krzysiek przyjechał do Polski w niedzielę i aktualnie jest z rodziną na wsi u mojej babci. Tak jak Maciek, który ma zlecenie w pobliżu. Od słowa do słowa powstał pomysł, że oni wreszcie chcą nas odwiedzić i akurat urodziny to świetna okazja.
W sumie w wersji max wychodzi 17 dorosłych i 8 dzieci.
Trochę mnie to przeraża. Nie zrozumcie mnie źle. Ja wszystkich bardzo serdecznie zapraszam, tylko wolałabym jakoś bardziej na raty.  Nie jestem dobrą organizatorką w tych kwestiach. Maciek w sobotę pracuje, a Piotrek odstawia aktualnie takie cyrki, że niewiele jestem w stanie przy nim zdziałać. Pozostaje wieczór sobotni po 21. Powiem szczerze - nienawidzę gotować. A już na pewno nie takie ilości. To jest moja najbardziej znienawidzona czynność domowa, nic na to nie poradzę. Mogę prasować góry prania i sprzatać, próbowałam nauczyć się radości z pichcenia, ale nic z tego. Gotuję, bo muszę i podobno nawet smacznie, ale męczy mnie to. Z tego względu pierwotnie zapraszałam poobiednie. Jednak gości będzie tyle, że coś konkretnego trzeba przygotować, zwłaszcza, że ma być 5 stopni i deszcz, więc grill odpada. W niedzielę rano muszę gdzies Piotra wywieźć, bo jeśli on nie prześpi się przed taką imprezą imprezą to będzie jedna wielka masakra, a w domu zasypią koło 13-14, akurat wtedy będa się schodzić goście, będzie ruch , zamieszanie, no problem. Musimy więc gdzies iść, a potem zapakować się do auta, pojeździć aż padnie i odczekać aż się obudzi. To jedyna opcja by to miało ręce i nogi. Przetestowana wielokrotnie. Przyjadę więc z nim na styk, tyle by zabłocone ciuchy przebrać. Imprezę musimy zacząć wcześnie ze względu na Iwonę, która ma bodajże o 17 autobus do domu (w poniedziałek rano do pracy). Gdyby nie pomoc mamy i teściowej nie dałabym rady albo bym się zaharowała. Idę na totalną łatwiznę więc. Teściowa piecze tort, moja mama ma przywieźc kapuśniaczki i sałatkę, ja zrobię jakieś dwie inne + koreczki, kupię barszcz czerwony Krakusa w kartonach do podgrzania, ciastka w Buczku, a zastawa będzie plastikowa - nie chce mi się potem bawić w pakowanie tego do zmywarki, układanie, zresztą nawet nie mam na tyle talerzy. Krzeseł i blatów zresztą też nie ;-)))))))

poniedziałek, 20 maja 2013

Okruch luzak, urodziny i ciuchowe szaleństwo

Okruszek napędził mi trochę stracha.Czułam go już od pewnego czasu. Wiadomo, na tym etapie nie za często i delikatnie, ale jednak codziennie wysyłał matce jakiś sygnał. A od wczoraj nic. Miałam dzisiaj wizytę kontrolną u gino-endo, więc dla uspokojenia zrobił mi USG. Ufff wszystko gra. Okruch po prostu wypiął się na świat. Dosłownie - odwrócił tyłkiem do świata, a buzią do kręgosłupa, dlatego nie czuję jego łapek, bo nie są jeszcze wystarczająco silne. Płci podejrzeć sie nie dało. Skubaniec spał skulony ze skrzyżowanymi nóżkami pupą do nas i nie miał zamiaru się obrócić. Może na USG połówkowym w ostatnim tygodniu czerwca coś sie dowiemy. No dobra będe szczera. W głebi serca marzę o córce. Cała rodzina w zasadzie czeka na dziewczynkę. Tak rzadko sie zdarzają w rodzinie męża. Wiem, że jeśli to chłopiec to pierwszą reakcją wszystkich za wyjątkiem Maćka będzie lekkie zawiedzenie.
To my tydzień temu ;-)

Dzisiaj miałam dzień "wolny". Potwór pojechał do babci na noc, a ja wóciłam do domu, by ogarnać chatę. Już dawno dom nie był tak zapuszczony, a mąż wyjechał na kilka dni. W niedzielę robimy urodziny Piotrusia, 3 dni wcześniej, ale to ze względu na moją kuzynkę - ukochaną ciocię Potwora - która akurat w weekend będzie miała zajęcia w Krakowie. Miało być kameralnie tzn dziadkowie, brat Maćka z rodziną i Iwonka, ale wychodzi na to, że pojawi się też inna kuzynka, wujek z ukochaną i dwójką wnucząt i może jeszcze sąsiedzi z Wiktorem, więc czeka mnie w sobotę sporo pracy. Niby tort zobowiązała się upiec teściowa w ramach prezentu, no ale mimo wszystko - jakieś sałatki, przekąski. Nie zamawiamy w tym roku tortu. Rok temu mieliśmy rewelacyjny spychacz, Piotr był zachwycony tylko nikt z gości go nawet nie spróbował, bo solenizant kategorycznie zabronił niszczyć maszynę;-) W tym roku stanowczo domaga się tortu malinowego i taki dostanie.
Ogarnęłam dom, a potem miałam w planach podjechać do przychodni w sąsiedniej wsi dowiedzieć się czy na pewno możemy się tam przepisać (teściowa popytała wśród znajomych i polecono nam tam pediatrę), ale zrobiło się późno, więc odpuściłam. Zamiast tego postanowiłam przed wizytą u gina wybrać się do polecanego w książkach i na blogach sklepu dla dzieci Czarodziej w Nowej Hucie. Dla niewtajemniczonych - Nowa Huta to dzielnica Krakowa, która jest raczej osobnym miastem, jest ogromna, przedziwnie zaplanowana (np. zamiast ulic na planie są osiedla i jako adres figuruje np. os. Złotej Jesieni 13 i człowieku szukaj odpowiedniego budynku wśród uliczek), jakieś ronda, agrafki, cuda na kiju. Pamietam, że trasy w Nowej Hucie budziły postrach podczas egzaminu na prawo jazdy. Bardzo rzadko się zapuszczam w te rejony, częściowo dlatego, że nie mamy tam znajomych. Bałam się jechać tam samochodem, więc zaparkowałam pod przychodnią mojego gina, sprawdziłam w necie autobusy i wyruszyłam z przesiadką. Jechałam i szłam w sumie półtorej godziny coraz bardziej wściekła, bo autobus wlókł się przez korki i roboty drogowe, ale postanowiałam, że skoro już sie wybrałam to nie odpuszczę. I dotarłam. Sklep jak sklep. Fajny, ale szału nie ma. Na pewno nie jest wart tego by specjalnie się tam wybierać z drugiego końca Krakowa. Wróciłabym pewnie wkurzona, ale na szczęście obok odkryłam bardzo fajną ciucharnię. W zapyziałym zardzewiałym pawilonie, ale mówię Wam - grzechu warta:-) Jestem na etapie kompletowania garderoby dla Piotrka na przyszły sezon i w ramach oszczędności zanim rozpoczną się konkretne wyprzedaże odwiedzam ciucharnie. Tym sposobem na wyprzedażach będę polować już tylko na to, czego nie znalazłam. Sęk w tym, że nie potrafię długo wytrwać w ciucharni, nie lubię grzebać w koszach, drażni mnie ciasnota i szybko się tym męczę. Tam wszystko ładnie wisiało na wieszakach, posegregowane rozmiarami, alejki szerokie - super. Obkupiłam piotra w T-shirty, koszule i spodnie i oczywiście zajrzałam też na dział niemowlecy. Mam troche rzeczy do dokupienia, bo Piotruś i Okruch będą z różnych pór roku. Po Piotrku z ubranek na 56 i 62 mam głownie body z krótkim rękawem i jakieś cienkie sweterki i spodenki, a Okruch urodzi się jesienią. Będę potrzebowąła chociażby cieplejszych pajaców czy body z długim rękawem. Z kolei na 68 po Młodym mam praktycznie same zimowe rzeczy. No nie mówiąc o tym, że to może być przecież  dziewczynka :-) Wtedy już na bank zakupy mnie czekają, bo dużo rzeczy mam typowo chłopięcych i.... no bez przesady. Kiedy tylko dowiem się kto tam siedzi na bank jade do tej ciucharni, choćby i te półtorej godziny, bo dla niemowlaków mają świetne ciuchy. Bodziaki po 2-3 PLN jak nowe, ogromny wybór a sukieneczki to już w ogole marzenie, piekne, kolorowe po 5 PLN. Rozmarzyłam się ;-)

piątek, 17 maja 2013

poskromienie Potwora, działka i dinozaury

Na wstępie chciałam się Wam pochwalić. Ponad miesiąc wykorzystywałam każdą sekundę w pracy, przyjeżdżałam wcześniej, siedziałam po godzinach, pisałam nocami w domu i tadaaam - skończyłam spisywać kompendium procedur i mojej wiedzy na temat mojego stanowiska. Spisałam wszystko jak, za przeproszeniem, dla debila. Wszystkie namiary, procedury krok po kroku, każdy najmniejszy szczegół. Prawie 200 stron + załączniki poglądowe. Urobiłam sie po pachy, no ale teraz mam spokojne sumienie. Oczywiście szefostwu wydaje się, że połowa sierpnia jeszcze daaaaleko i nie mają bladego pomysłu kto ma mnie zastąpić i jak, już mam lekko dość drążenia tego tematu, ale przynajmniej jestem teraz spokojna. Myślę, że jeśli ktoś z kompletnie innego działu będzie musiał coś załatwić to na podstawie moim notatek powinien jakoś dać sobie radę Konspektu jeszcze nie wydrukowałam na wypadek gdyby coś jednak wpadło mi jeszcze do głowy, ale jest zarchiwizowany w kilku miejscach i przesłany na wszelki wypadek na moją prywatna pocztę. Pozostanie mi w sierpniu spisanie listy spraw w toku i opisanie na jakim są etapie. ufffff.

W temacie Potwora nastał znowu trudniejszy okres. Spodziewałam sie tego. Posiłkuję się tą książką i wiele spraw w rozwoju Piotrka się zgadza. Okresy równowagi przeplatane okresami nierównowagi trwającymi po około pół roku.


Książka wspomina wprawdzie o okresie nierównowagi w wieku około 3.5 lat, a Piotrek za 2 tygodnie kończy dopiero 3 lata, ale też i sławetny bunt dwulatka rozpoczął się u niego wcześnie. Od grudnia faktycznie mieliśmy dobry okres. Piotr się uspokoił, przestał wymuszać pewne zachowania, histerie zdarzały się sporadycznie, potrafił długo zająć się sam sobą, bez protestów spokojnie przyjmował leki, ubierał się. Wygląda na to, że wchodzimy teraz w okres nierównowagi. Zaczęło się po powrocie z weekendu majowego i początkowo zmianę w jego zachowaniu kładłam na karb zmiany środowiska i faktu, że przez kilka dni non stop ktoś się nim interesował i rozpieszczał. To chyba jednak poważniejsza i bardziej długofalowa sprawa i w sumie dobrze, że zaczęło się teraz, gdyż jest w tym układzie szansa, że do porodu sytuacja się unormuje i znowu przeżyjemy kilka bardziej harmonijnych miesięcy. Na razie Piotr bardziej marudzi, zdarzają mu się ataki histerii jak z zeszłego roku, takie z rzucaniem się na podłogę i wyciem, odstawia cyrki przy ubieraniu, pyskuje, ciężko zaciągnąć go do kąpieli i zaczął okropnie rozczulać się nad sobą. To ostatnie  to nowość. Do tej pory zachowywał się twardziel, a teraz byle zadrapanie i nawet nie tyle placz co nieustanne mówienie o tym, chodzenie z paluszkiem do góry, przypominanie wszystkim, że mają być ostrożni. W sumie zabawne to dość. Do tego coś, czego nie znoszę, a mianowicie ciągnięcie mnie za ubranie i nudzenie gdy się myję, maluję czy czeszę. Nie cierpię tego i walczę z tym, zwłaszcza, że przez kilka miesięcy był z tym spokój.

Znamy nasze dziecko dobrze i mądrzejsi o doświadczenia ostrego buntu dwulatka wiemy mniej więcej jak reagować by opanować sytuację. Poza "oczywistymi oczywistościami" typu poświęcanie dziecku więcej uwagi, rozmowy o emocjach i sytuacjach, które mu się przytrafiają, wspólnie spędzany czas Piotrowi niezbędna jest konsekwencja i ostra, bezwględna dyscyplina jakkolwiek by to brzmiało. Na niego kompletnie nie działają metody typu kucnięcie obok rozhisteryzowanego dziecka, tłumaczenie, rozmowy typu "wiem, że jesteś zły", "rozumiem, że jesteś zły". To wszystko po fakcie, nie w trakcie zdarzenia. Odwracanie uwagi , rozśmieszanie - nie ma to sensu w ogóle. Im bardziej człowiek próbuje odwrócić jego uwagę czy rozśmieszyć czy rozmawiać  tym bardziej Piotrek się zafiksowuje zadowolony, że ma widownię i uwagę. To droga do nikąd, a jest on bardzo uparty. Tylko dyscyplina, jasne zasady i żelazna konsekwencja. Brutalne, ale przy jego charakterze i temperamencie to jedyne wyjście, jak przyznała psycholog jakiś czas temu. W zeszłym roku stosowaliśmy metodę brania wyjca na ręce i odnoszenia w inne miejsce. Tym razem metody tej stosować nie możemy - jestem w ciąży i nie będę go dźwigać, mój mąż tez nie powinien, bo potworek oczekiwać będzie tego ode mnie. No sorry ale ja narażać bezpieczeństwa Okrucha z powodu histerii starszego brata nie zamierzam. Nie podchodzę też do Piotra gdy szaleje, skacze i wariuje bo nie mam ochoty oberwać w brzuch. Stosujemy system 2-krotnego ostrzeżenia i konkretnych,namacalnych konsekwencji. Jeśli rzuca zabawką dwukrotnie uprzedzam go, że jeśli nie przestanie to ją zabiorę i za trzecim razem faktycznie to robię. Uprzedziłam go, że za każdym razem gdy wariuje podczas kąpieli traci wieczorne czytanie bajki i konsekwentnie się tego trzymam. Za cyrki przy ubieraniu konfiskuję po jednym resoraku. Ponieważ nie mogę ubrać go na siłę gdy się rano spieszymy ze względu na Okrucha, a zwykle to ja go rano ubieram (mąż wcześniej wychodzi do pracy) to w sytuacji ekstremalnej po prostu ubieram się sama i informuję go, że wychodzę i wrócę wieczorem, po czym faktycznie wychodzę i zamykam drzwi na klucz. Po chwili rozlega się wołanie, a Piotr ubiera się potulnie jak baranek. Wiem, że brzmi to okrutnie, ale nie mam innego wyjścia - boję się o brzuch, on jest silny, uparty, a ja nie mogę sobie pozwolić by czekać 2h aż łaskawie sam z siebie się ubierze. Jeżeli siada na środku chodnika to klękam obok niego, rozmawiam z nim, tłumaczę dlaczego musimy gdzieś iść, ale jeśli widzę, że się zafiksował to po prostu odchodzę tak by mieć go w zasięgu wzroku. Cała sztuka polega na tym by o pewnych konsekwencjach uprzedzać go z kamienną twarzą, bez uśmiechu, bez podtrzymywania rozmowy, w razie potrzeby ostrym tonem, krótko i konkretnie. Wtedy wie, że nie żartuję i że histerie nie mają sensu.. Jakoś dajemy radę.

A poza tym?
W sobotę Maciek z moją mamą zabrali się za prace na naszej działce. Kupili sadzonki różnych iglaków i porostów i zaczęli obsiewać skarpę. Niby tylko 14 krzaczków, a pracowali od 12 do prawie 21 z małą przerwą na obiad. Dołek pod każdą roślinkę trzeba było wykuć kilofem w skale, dosypać ziemi, a to wszystko na stromej skarpie. Ja z Piotrem pojechalam do miasta i spędziłam większość dnia na placach zabaw z moją szwagierka i Antosiem. Dlaczego? Ano dlatego, że pilnowanie Piotra podczas takich prac ogrodowych jest delikatnie mówiąc męczące. On bardzo chce pomagać i trochę pomagał, bo niepotrzebnie wróciłam po 18, za wcześnie, ale to jest męka - wspina się na skarpę co grozi sturlaniem się na dół na ulicę, wygrzebuje roślinki, rozrzuca wszędzie kamyczki - normalne zachwanie ciekawskiego, energicznego trzylatka, ale ileż można powtarzać i słuchać w kółko "tutaj nie wchodź", "tego nie ruszaj". Lepiej go w tym czasie gdzieź wywieźć bo prace wyglądały mniej więcej tak, sami widzicie.

a tutaj Piotrek z kuzynem i w piaskownicy

W niedzielę wybraliśmy się zaś do parku rozrywki w Zatorze - Lunapark, Park Dinozaurów, Park Bajek, Ogród Mitologii, Ogród owadów. Fajnie tylko tradycyjnie kiedy tylko dojechaliśmy zaczęło padać :-/ Ja chyba normalnie wytwarzam jakieś pole elektromagnetyczne, które przyciąga chmury deszczowe gdziekolwiek poza Kraków wyjadę :-/ Do tego zrobiło się strasznie zimno i w tym zimnie i deszczu oglądaliśmy dinozaury. Piotrek nie bał się nic a nic, biegał od jednego do drugiego krzycząc "cześć przyjacielu", dopiero pod koniec trasy zaczął świrować i rzucać kamieniami, więc za karę stracił szansę na przejażdżkę autkami na monety. Pół godziny siedział w samochodzie i nudził, a my siedzieliśmy obok jedząc frytki.


Po wszystkim poszliśmy jeszcze do Parku Bajek. Bardzo sympatyczne miejsce z figurkami krasnoludków, księżniczek i takich tam, z drewnianymi chatkami, w których można było posłuchać bajek i na samym końcu fantastycznym placem zabaw z wielką piaskownicą i super spiralnymi zjeżdżalniami. Piotrkowi tak się spodobały, że nie dąło się go stamtąd wyciągnąć mimo, że zjeżdżał w kałuże i po zabawie musiałam go przebrać od stóp do głow w toalecie. Bałam sie trochę czy to szaleństwo w mokrych ciuchach w temperaturze około 10 stopni nie skończy się żle, ale wszystko jest w porządku. Na placyku rozwieszone były do dyspozycji dzieci hula hop, skakanki, paletki do badmingtona - nie uświadczy sie tego na publicznym placu. My znaleźlismy takie coś i świetnie sie bawiliśmy. Akurat dla mnie teraz gdy jestem w ciąży, bo nie trzeba dużo biegać. W poniedziałek wybieram się do Lidla, bo z tego co widzę w gazetce będa mieli w promocji to właśnie ustrojstwo i zamierzamy je wzbrać ze sobą nad morze. Stare konie, a bawiliśmy się jak dzieci :-)





piątek, 10 maja 2013

druga ciąża vs pierwsza

Zupełnie inne jest to czekanie na Okrucha niż czas oczekiwania na Kropka. Inne pod każdym możliwym względem.
Ciążę z Piotrusiem spędziłam na zwolnieniu ze względu na zagrożenie. Teraz pracuję i mam zamiar pracować do połowy siódmego miesiąca. Ma to swoje dobre i złe strony. Nie mam czasu tak bardzo wsłuchiwać się w siebie. Dbam o nas, ale jest też Piotrek, praca... Dzięki temu mniej we mnie strachu. Poprzednio drżałam przy każdym ukłuciu, teraz wiem, że to normalne, że taka moja uroda, że czuję bardzo wyraźnie każde naciągnięcie wiązadła i nie przejmuję się tym tak bardzo. Wychodzę z założenia, że robię wszystko co mogę, jestem po opieką świetnego lekarza, biorę leki, robię wszystkie badania i stosuję się do jego zaleceń, a reszta już nie w moich rękach.
Paradoksalnie jednak bardziej się tą ciążą delektuję. Wiem, że te chwile się już nie powtórzą, bo więcej dzieci nie planujemy i staram się cieszyć każdym momentem. Przy Piotrusiu byłam owszem megaszczęsliwa, ale bałam się. Czekałam na II trymestr by ryzyko poronienia było trochę mniejsze, potem czytałam od którego tygodnia wcześniaki można uratować, później czekałam by przekroczyć ten magiczny 37 tc. Teraz nie popędzam czasu. Cieszę sie każdym dniem, zwłaszcza, że zdaję sobie sprawę, że na razie jest fajnie, ale od 7 miesiąca pewnie zacznie się twardnienie brzucha, opuchlizna, ból kręgosłupa. Cieszy mnie brzuszek, który pojawił się wyjątkowo szybko, cieszy mnie wiosna i lato, dzięki czemu mogę wyglądać ładnie. Ciażę z Piotrusiem przechodziłam głownie jesienią i zimą w ciężkich buciorach okutana w kurtkę puchową. Obecnie odzywa się moja kobieca próżność, która kazała mi nawet zakupić jedną nową sukienkę ciążową i kilka używanych na Allegro za niewielkie pieniądze.Raz się żyje nie?
W pierwszej ciąży  byłam kompletnie zielona, spanikowana i podatna na marketing okołodzieciowy. Nie miałam bladego pojęcia o opiece nad niemowlęciem, bo w swoim życiu bardzo niewiele stykałam się z małymi dziećmi. Moje "zboczenie zawodowe" polega na tym, że muszę być do każdego nowego wyzwania przygotowana na tip top z dużym wyprzedzeniem. Zaczęłam więc czytać książki o opiece nad dzieckiem, czasopisma i kiedy obecnie to wspominam to pękam ze śmiechu. To musiało naprawdę komicznie wyglądać - cieżarówka w skupieniu studiująca poradniki z markerem w ręku zakręślająca ważne fragmenty. Serio! Popłakałybyście się ze śmiechu.Stworzyłam listę potrzebnych rzeczy (z kórych przynajmniej połowa była totalnie zbędna, o czym wiem teraz) i zaczęłam przekopywać się przez rynek wózków, fotelików, butelek etc. I to jest kolejna sprawa, która mnie w tej drugiej ciąży cieszy - że nie muszę już tego robić. To nie jest tak, że sprawiało mi to ogromną przyjemność. Męczyło mnie to i nudziło, ale mój wewnętrzny imperatyw kazał mi sprawdzić co się da przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji. Teraz pełen luz. Wózki mamy. Może nie są idealne, ale muszą wystarczyć, bo na nowe nie mamy pieniędzy. Foteliki 0-13kg i 9-18 kg mamy. Ubranka po Piotrku posegregowałam, odłożyłam te, które nadają się jeszcze do użytku (niestety nie wszystkie, bo korzystał z nich potem jego kuzyn i niektóre są mocno zniszczone), zrobiłam w Excelu tabelki według rodzajów, rozmiarów oraz tego czy są neutralne czy czysto chłopięce i wiem na czym stoję i co tzreba dokupić. Kiedy dowiemy się kim jest Okruch ruszam w rajd po ciucharniach i komisach i odpalam Allegro oraz Szafkę. Obiecałam sobie, że jeśli to jest dziewczynka, to rzeczy które kupię będą na maksa dziewczęce byle nie całkowicie różowe, i tak będzie miała mnóstwo neutralnych ubran po Piotrku. Sporządziłam listę rzeczy do dokupienia i załatwienia i kiedy tylko odrobie się ze sporządzaniem konspektów na czas mojego macierzyńskiego w pracy zacznę działać. Rzecz pierwsza i najważniejsza to wybór nowego pediatry i położnej środowiskowej. Z naszej pediatry zrezygnuję z bólem serca, bo jest świetna, ale niestety przyjmuje tylko w jednej przychodni, gdzie system rejestracji jest chory i o ile dało się to przeżyć gdy mieszkaliśmy niedaleko, a nawet później, bo Piotrek rzadko chorował to jednak nie wyobrażam sobbie czestych wypraw tam z niemowlakiem. Rozpytuję się w sąsiednich wsiach. Muszę też wybrać położną z jakieś przychodni z gminy, bo mieszkamy teraz poza granicami Krakowa i żadna położna na NFZ z Krakowa do nas nie przyjedzie.
Kompletnie inna będzie organizacja naszego życia. Kiedy urodził się Piotruś mieszkaliśmy w centrum Krakowa. 5-10 minut od kamienicy miałam bardzo fajne parki i place zabaw, a że Piotrek urodził się w maju to większość macierzyńskiego spędziliśmy w plenerze. Chodziliśmy pieszo na rynek, w większość miejsc mogliśmy dojechać łatwo i prosto niskopodłogowym tramwajem. Z tego powodu Piotrek jako niemowlak bardzo niewiele jeździł samochodem, bo nie było takiej potzreby. Tyle co do jakiegos dalszego lekarza, do mojej mamy, do teściów i raz na wieś. Dla Okrucha podróże samochodem będą chlebem codziennym. No nie będzie wyjścia, bo u nas nie da się wyjść z wózkiem na spacer - wąziutkie pobocze, wieś ulicówka, rzadko jeżdżace autobusy w stronę cywilizacji i jakiś parków. Kiedy tylko dojdę do siebie Okruszek co rano będzie ze mna odwoził starszego brata do przedszkola, a potem zapewne będziemy jeździć dalej na spacer czy zakupy. Mam nadzieję, że nie będzie zbytnio protestował, bo szczerze mówiąc nie ma innego wyjścia. W kontekście samochodu sen z powiek spędza mi tylko jedna sprawa. Będę musiała Okryucha najwcześniej jak sie da przesadzić z normalnego wózka na parasolkę. Powód prozaiczny. Jeżdże Toyotą Yaris, która ma mały bagażnik. Parsolka wchodzi na styk, ale wszelkie inne stelaże albo się nie mieszczą, albo wchodza pod warunkiem przesuniecia 2/3 tylnej kanapy do przodu. Wtedy na tej cześci nie da się zamontować żadnego fotelika - za krótkie pasy i za mało miejsca. Zostaje więc tylko jedno miejsce z tyłu, a drugie dzieko niestety będzie musiało przez ten niemalże rok podróżować z przodu z wyłączoną poduszką powietrzną. Nie jestem z tego powodu szczęśliwa, ale nie widzę innej mozliwosci, a wózek jest mi niezbędny - nosiło czy chusta jest fajne na krótki wypad do sklepu, ale nie na spacer a zwłaszcza zimą. Biorąc pod uwagę, że nasze spacery to będą zawsze wyprawy samochodem nie wyobrażam sobie noszenia dziecka + torby z pieluchą, chusteczkami i jakims innym ekwipunkiem, co normalnie można załadować do wozka. W sumie dobrze, że mam już doświadczenie z niemowlakami i wyprawami samochodem. Przy pierwszym dziecku mieszkając tu gdzie obecnie chyba bym zginęła w chaosie organizacyjnym;-)
Przy Piotrku dużo było prowizorki. Wiedzieliśmy, że za rok z hakiem się wyprowadzamy, więc wszystko było zorganizowane trochę po łebkach. Tym razem wszytsko możemy od początku zorganizować docelowo. Okruch może od urodzenia mieć swój własny pokój, może nie z docelowymi meblami, bo na to na razie nie mamy kasy tylko łożeczko po Piotrku i stara komoda z poprzedniego mieszkania, która obecnie służy nam do przechowywania segregatorów i dokumentow, ale będdzie miał swój własny docelowy kat. I szczerze mówiąc poważnie rozważam własny pokój od urodzenia, jeśli okaże sie takim typem do spania jak Piotrek i jego kuzyn. To może być uwarunkowanie genetyczne i modlę sie o to. Zarowno Maciek jak i jego brat oraz teraz ich dzieci nie miały żadnych problemów ze snem. I Piotr karmiony od urodzenia mlekiem modyfikowanym i Antek wyłącznie na piersi przez pól roku budzili się co 3-4 godziny konkretnie na karmienie po czym od razu zasypiali sami, a w wieku 3 miesiecy przesypiali cała noc. W tym kontekście nie widzę potrzeby umieszczania łożeczka w naszej sypialni. I tak w ciągu dnia nie siedziałabym w niej przecież patrząc na śpiace dziecko, bo jest Piotrek, któremu muszę poświecic czas i dom do ogarniecia, więc w ruchu będzie non stop elektroniczna niania. Tak samo wieczorami. W nocy budzę się na każde kwękniecie z pokoju Piotra, tak samo obudzę się slysząc Okrucha i też będę miała nianię. Sama zaś nie mam potrzeby spania z dzieckiem. No ale pożyjemy zobaczymy.
W ciaży z Piotrusiem obawiałam się nieznanego. Teraz obawę przed nieznanym zastąpił strach zwiazany z tym, że wiem co mnie czeka. Szczerze mówiac boję się trochę macierzyńskiego jesienią i zimą. Pamiętam, że cieżko zniosłam odcięcie od znajomych, od pracy gdy Piotr był maleńki, ale wtedy było ciepło, ładna pogoda, a teraz do tego wszystkiego dojdzie depresyjna zima której nienawidzę czyli wiezienie bo nie oszukujmy się - zima z niemowlakiem to właśnie więzienie, przynajmniej dla mnie. Do tego pierwszy rok przedszkola Piotra i zwiazane z tym z pewnością choroby. No ale o tym może w innym wpisie.
Tym co chyba jednak najbardziej odróżnia tę ciążę od poprzedniej jest to, że chyba mniej skupiam sie na Okruchu jako takim, a bardziej na "dopasowaniu" go do naszej codziennej logistyki i mam z tego powdu trochę wyrzuty sumienia. O wielu sprawach myślę przede wszystkim w kontekście Piotrka. Na przykład bardzo sie boję bym nie trafiła do szpitala na dłuższy czas ze względu na niego, bo to by oznaczało rozłakę i jego tęsknotę, a do tego duże utrudnienia w codziennym życiu. Wrzesień i październik nie kojarzą mi się z końcówką ciąży, tylko z początkiem przedszkola i tym głównie się przejmuję. Mój mąż dużo pracuje, wyjeżdża zwłaszcza w ciepłych miesiącach, na dodatek latem będziemy robili podmurówkę, balustrady, drzwi w piwnicy, moja mama we wrześniu też remontuje mieszkanie, więc z wieloma sprawami zostaję sama, bo on już nie jest w stanie sie rozdwoić i roztroić. Z tego względu modlę się bym jak najdłużej była na chodzie, byśmy spokojnie i bez perturbacji organizacyjnych pokończyli nasze prace, remont mamy. Kiedy dowiedziałam się o ciąży jedną z pierwszych myśli było "o rany to jak ja będe chodził z Piotrkiem na rower" mając w pamięci bieganie za nim rok temu. Na szczęście Piotr zmądrzał i już mi nie ucieka. Mam nadzieję, że szybko dojdę do siebie po porodzie by móc zawozić Piotrka do przedszkola na 9, bo inaczej będzie musiał jeździć tam z tatą na 7 -  mój maż wcześnie zaczyna pracę. Nie byłabym sobą gdybym się nie zamartwiała sprawami typu jak ja pójdę za rok z Piotrkiem na koncert czy do teatru jeśli akurat mąż będzie w delegecji. Przecież z niemowlakiem nie wejdę wszędzie. Nie zastanawiam się czy Okruch będzie lubił jazdę samochodem, po prostu wiem, że bez względu na protesty jeździć będzie bo inaczej musielibyśmy się z Piotrkiem i z nim zamknąć w domu. A przy Piotrusiu zawsze kombinowałam by wyjechać w dogodnej dla niego porze, by nie jechać za długo etc. Tym razem pewnie nie obędzie sie bez naruszania snu Okrucha z uwagi na zajecia starszego brata. Kocham to dziecko bardzo, bardzo i czasem mam wyrzuty, że za duzo myślę o wpasowaniu go w nasze życie codzienne i zajęcia starszego brata, a za mało o nim samym :-/

niedziela, 5 maja 2013

deszczowy weekend

Powoli robi się ze mnie ekspertka od deszczowych wakacji ;-)W końcu juz trzecie pod rząd. Gumowe ciuchy dla dziecka rzecz absolutnie niezbędna;-)
1 maja pogoda była jeszcze jako taka, a ja nie traciłam nadziei. Po południu odwiedziliśmy mojego wujka w Skawinie, który wraz ze swoją ukochaną stanowią bardzo rozrywkowy tandem i przepadają wprost za imprezami i biesiadami. Generalnie niezbyt lubię jeździć tam w chłodne miesiące ze względu na dziki tłum w domu i hałas, który przyprawia mnie o ból głowy, ale jeśli impreza organizowana jest w plenerze to chętnie. Mieszkają oni po sąsiedzku z moim kuzynem i jego rodziną, prowadzi on z żoną firmę zajmującą się organizowaniem imprez dla dzieci etc mają więc na stanie dmuchany zamek, dużą trampoline i tym podobne gadżety. Gości co niemiara. Momentami miałam wrażenie, że na imprezie zjawiła się połowa populacji Skawiny zwabiona gwarem i śmiechami tylko każdy wychodził z założenia, że nieznana mu osoba została zaproszona przez innego członka rodziny;-) Piotruś w każdym razie poszalał w zamku z kuzynem w drugiej linii Mikołajem, pobiegał i dobrze się bawił.



W czwartek 2 maja tak jak pisałam przeżyłam rano załamkę spojrzawszy za okno i zapoznawszy się z prognozą pogody. Mój syn generalnie błoto uwielbia i na deszcz nie zwraca specjalnej uwagi, a ja nie mam nic przeciwko temu by taplał się w błocie i hartował, ale po 3 dniach deszczu z małymi przerwami miałam serdecznie dość tego brudu. Lubię jeździć do mojej rodziny gdy jest ładna pogoda ze względów logistycznych. To jest wiejskie gospodarstwo. Drzwi do domu non stop są otwarte, bo ciagle ktoś wchodzi z podwórka, ze stajni, z garażu. Przed domem jest trochę płytek, ale tak to zwyczajne podwórko. Gdy jest ciepło nie ma problemu. Piotrek sobie wchodzi kiedy chce, wychodzi kiedy chce i nikomu nie przeszkadza chodzenie po domu w tenisówkach. Jednak pogoda deszczowa wszystko komplikuje. Co chwilę trzeba było mu ubierać gumowe gacie, kalosze i płaszczyk, bo inaczej zużywałby 10 par spodni dziennie, potem łapać go w drzwiach pilnując by z rozpędu cały ubłocony nie wbiegł do pokoju na dywan, za chwilę powtórka z rozrywki by nie poleciał do błota w samych skarpetkach – brud, syf i malaria. Nie znoszę tego. W domu co innego. Wychodzimy, taplamy się w błocie do woli, wracamy. Tam się tak nie da i strasznie tego nie lubię, nie znoszę błota w domu. Nie mówiąc o myciu. Tam generalnie trzeba myć się ekspresowo, bo chętnych wielu a ciepłej wody w bojlerze zawsze wieczorem brakuje.W każdym razie Piotrek spędził 3 dni szalejąc w błocie, biegając, grzebiąc łopatą, jeżdżąc na rowerze po kałużach i był szczęśliwy, a ja gdyby nie pomoc kuzynki i mamy chyba bym padła na ryj ;-)
Muszę się pochwalić, że całą drogę tam i z powrotem SAMA prowadziłam golfa. Nie jest to może wielki wyczyn i też nie o sama trasę chodziło (2h), bo przejechałam ją już kiedyś yariską. Golfem jeździłam czasem do momentu, kiedy nie zepsuło się w nim sprzęgło AKURAT gdy ja siedziałam za kierownicą, akurat gdy stałam pod górę przez znakiem Stop przy wjeździe na drogę krajową. Co ja się wtedy nerwów najadłam to moje. Jakoś po wielkich trudach wrzuciłam wtedy dwójkę i na tej dwójce doturlałam się do teściów. Cały czas bałam się, że przypadkowo wcisnę sprzęgło za mocno i zamiast jedynki wrzucę wsteczny wjeżdżając w auta za mną. Od tamtej pory panicznie bałam się jeździć tym autem, ale musiałam się jakoś przemóc bo za miesiąc jedziemy nad morze i muszę choć na parę godzin zmienić Maćka za kierownicą. Udało się! Dojechaliśmy sprawnie i bez żadnych kangurków mimo ulewnego deszczu. Jestem z siebie bardzo, bardzo dumna:-)
Trasa była też testem nowego fotelika Besafe (Kropko dziękuje za polecenie). Mamy już Jane Montecarlo, ale potrzebowaliśmy drugiego do drugiego auta i ten fotelik jest strzałem w dziesiątkę. Przede wszystkim bezpieczny, bo oceniony na 4 w testach zderzeniowych, chyba najłatwiej z fotelików 15-36 kg rozkłada się do pozycji spoczynkowej i jest mega wygodny dla dziecka. Podjęliśmy decyzję, że przepinamy go na stałe do yariski, bo Piotr najczęściej ze mną jeździ, a Jane będzie drugim fotelikiem w aucie męża.

Korzystając z faktu, że wyruszyliśmy w dzień roboczy odwiedziliśmy po drodze Muzeum Drogownictwa w Szczucinie. Jeśłi bylibyście w okolicach to gorąco polecam. Muzeum prowadzone jest przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad. Wstęp jest bezpłatny. Mnóstwo maszyn drogowych na wolnym powietrzu, wszystkie wyczyszczone ze smaru, pięknie odmalowane, można na nie wejść. Dla Piotra to raj. Był tam już po raz drugi. Prócz tego jeśli zbierze się grupa można zwiedzić ekspozycję o tematyce geodezyjnej. Jedyny szkopuł to godziny otwarcia – tylko w dni powszednie od 10 d0 15. Choć mamy rodzinę w tych stronach nie jest nam łatwo się wstrzelić jeśli jedziemy na weekend lub w piątek po południu. Tym bardziej ucieszyliśmy się, że akurat ulewa przeszła w mżawkę i można było tam wstąpić.
Kilka fotek z muzeum.




I u mojej rodziny.



 Jednego wieczoru musieliśmy wsadzić go do wanny tak jak stał w ciuchach ;-)

 Z prababcią Tosią


Jedynym zgrzytem podczas tego wyjazdu była wizyta u naszych znajomych – kolegi i koleżanki Macka ze studiów z rodziną. Ostatni raz widzieliśmy się 6 lat temu na naszym ślubie. Rozmawiało nam się super, to są bardzo fajni ludzie, a raczej rozmawiałoby się nam super gdyby nie dzieciaki. Wiem, że to nieładnie tak krytykować, ale kurczę nigdy jeszcze nie spotkałam tak rozwydrzonej, niewychowanej 5-latki jak ich Patrycja. Piotrek naprawdę potrafi już ładnie bawić się z dziećmi. Od dłuższego czasu jeśli jedziemy do znajomych nie ma z nim problemów. Niedawno byliśmy w Bochni u znajomych z dziećmi w tym samym wieku (5 i 2-3 lata) i dzieciarni po prostu nie było. Zgodnie się bawili. Tak samo u mojej rodziny. Pełna komitywa z 4.5-letnim Mikołajem i jego starszą siostrą. Tutaj to była jak dla mnie jakaś masakra. Miałam ochotę to dziewuszysko wytargać z kudły, przysięgam. Była bardzo złośliwa, w ogóle nie dało się z nią nawiązać sensownego kontaktu, rozrzuciła prezenty, które od nas dostała, zabierała Piotrkowi każdą zabawkę, którą wziął do ręki, straszyła go, szturchała, złośliwie wrzucała mu kredki pod autko, którym jeździł, a potem przeraźliwie piszczała, że je łamie, skakała po ławie, wspinała się na telewizor. Przypadek dla super niani. Byłam zszokowana i zaskoczona postawą rodziców. Mateusz na studiach był typem lidera, przewodniczył wszystkim projektom, działał w samorządzie i miał posłuch. Tymczasem u dzieci zero autorytetu, Anka również. Może mam małe doświadczenie, ale jeśli dzieciaki demolują mi dom to łagodne przemowy typu „oj Patusia, dziwnie się zachowujesz” i powtarzanie w kólko „choć porysujemy tutaj, nie tam” gdzie słowa spływają jak po kaczce są bez sensu. Zabrać zabawkę, postawic do kąta, nie wiem – coś zrobić zamiast strzepić język. Było mi Piotrka bardzo żal, a nam trudno było porozmawiać bo gniotą się u teściów w dwóch małych pokoichach z dwójką dzieci i trzecim w drodze, a że było deszczowo to nie chcieli wychodzić do ogródka i tak na kupe w tym ryku i wrzaskach siedzieliśmy. Piotrek moim zdaniem zachował się super. Cierpliwie to wszystko przeczekał, choć widziałam, że ma dość, dopiero kiedy wychodziliśmy poskarzżł mi się, a potem momentalnie zasął w foteliku.
A dzisiaj cóż…. Back to reality. Mój mąż tak mnie wkurzał cały dzień, że jesteśmy aktualnie na wojennej ścieżce ;-/ Oddam meża w w miarę dobre ręce i dopłacę :-/