poniedziałek, 27 maja 2013

impreza urodzinowa




Już po imprezie. Do pewnego momentu była udana, ale powiem jedno. Nie ma mowy bym ponownie dała się wrobić w organizowanie tak dużej imprezy w domu przez najblizsze 6-7 lat. Aż Okruszek pójdzie do szkoły. Przeczucie niestety nie myliło mnie. Kilkanaście osób dorosłych i ośmioro dzieci to za dużo dla Piotrka i dla mnie na raz i nie ważne, że mamy duży dom, w którym wszyscy bez problemu się pomieścili. Nie i kropka. Ani my ani nasz syn nie przepadamy za takimi spędami, wolimy kameralniej. Nie obchodzi mnie czy zostanę uznana za odludka, mam w nosie obrazę części rodziny, już nigdy nie dam się namówić na zapraszanie całej rodzinki na raz na zasadzie "skoro zapraszam jednego kuzyna to drugiego też bo się obrazi" etc. i nie pódję na spontan "fajne będzie, wszyscy się zintegrujemy" - to jest dobre gdy nie ma małych dzieci. Jeśli już to na raty. Popełniłam też kilka poważnych błędów organizacyjnych, których już wiem, że muszę unikać. Ale po kolei.
Logistycznie poradziliśmy sobie nawet bez problemu choć Maciek większą część soboty pracował. Teściowa upiekła torty i ciasto, moja mama zajęła się barszczem i krokietami, a my całą resztą czyli czterema sałatkami, przekąskami, rozłożeniem wszystkiego i udekorowaniem domu. W sobotę przed południem odwiedziła nas chrzestna Piotrka z prezentem, który sprawił mojemu synowi nieopisaną radość, mężowi zresztą też ;-) Piotrek rok temu dostał od babci na drugie urodziny drewnianą kolejkę, którą bardzo lubi się bawić, a Marta podarowała mu rozszerzenie do tego zestawu - most zwodzony, wiadukt, przejazd ze szlabanami i trochę torów. Panowie dzięki temu zbudowali wielką dwupoziomową konstrukcję w salonie, Piotruś przyniósł resoraki i bawił się tym całą sobotę i super, bo po pierwsze było zimno, a po drugie nie bardzo mialam czas wyjść z nim na spacer, bo okupowałam kuchnię.
W niedzielę wszystko układało się świetnie. Piotruś obudził się o 6.15 w wyśmienitym humorze i o dziwo nie lało. Zgodnie z planem zebrałam się szybko i pojechałam z nim do parku Jordana na rower i place zabaw. Na razie bez prezentów, bo nie chciałby wyjść z domu, a zależało mi by przespał się w aucie w drodze powrotnej. Maciek w tym czasie odkurzył i wymopował dom, poznosił krzesła na dół, przyniósł ze spiżarni soki i wodę, rozłożył ciasteczka, a potem pojechał po moją mamę i kuzynkę i zajął się balonami. Ja intensywnie spędziłam z Piotrkiem czas i faktycznie spał w aucie ponad półtorej godziny, dzięki czemu był wyspany i w świetnym nastroju. Ucieszył się bardzo na widok dziadków i cioci Iwonki, którzy dotarli w międzyczasie i do około 16.30 impreza była bardzo udana. Pierwotnie nie chciałam czekać z dmuchaniem świeczek na kuzyna z Chrzanowa z rodziną i rodzinkę ze Skawiny, którzy mieli przyjechac później, ale Grażynka napisała mi sms-a, że oni też się spóźnią, bo Antoś zasnął i czekają aż się obudzi, a na nich to już obowiązkowo chcieliśmy poczekać. Było naprawde fajnie. Przyjechała moja druga kuzynka, przyszli sąsiedzi, potem dotarł Antoś z rodzicami i Piotruś super bawił się w jeszcze niedużej i znanej grupce osób. Rozpakowywał prezenty, my podjadaliśmy pyszności, były tańce. Kiedy zobaczył prezent od mojej mamy czyli ogromny dźwig myślałam, że oszaleje ze szczęścia, do tego remiza Duplo od nas, betoniarka, keyboard od chrzestnych, trzy książeczki z serii "Świat w obrazkach". Koło 16 jubilat zaczął być znużony i teraz wiem, że powinnam wtedy imprezę zakończyć, no ale połowa zaproszonych gości jeszcze nie dotarłą. Zaczęłam wyciszać towarzystwo bajkami, ale w tym momencie praktycznie jednocześnie pojawiła się moja rodzinka ze Skawiny i kuzyn z Chrzanowa, czyli sześcioro dorosłych i pięcioro dzieci, z czego cztery osoby kompletnie Piotrkowi nieznane. To go zdezorientowało. Wytrwał jeszcze i zdmuchnął świeczki, ale już gdy rozbrzmiało gromkie "sto lat" zatkał uszy rękami i wszedł pod stół. A potem synkowie kuzyna, ci nieznani mu, zaczęli rozwalać jego pociąg, którym wcześniej ładnie bawił się z gośćmi i to już było za dużo. Wpadł w taką histerię, że Maciek musiał zanieść go do jego pokoju, a potem siedziałam z nim i dopiero po dłuższej chwili szlochając wyznał mi, że "on już nie chce gości, że on chce być w domu sam z mamą i tatą". Płakał strasznie i trudno było mi go utulić, na dodatek dzieciarnia co chwilę próbowała ładować mu się do jego pokoju, co go doprowadzało do furii. On tak ma, że w ciężkich chwilach zmyka do swojej twierdzy i zamyka drzwi. W końcu nie mialam wyjścia, zamknęłam nas od środka na klucz i powolutku, powolutku go utuliłam. Był już taki zmęczony, że najchętniej bym się z nim położyła, ale nie było mowy by zasnął. W końcu wynegocjowałam, że goście mogą zostać, a ja będę pilnowała by na razie nie wchodzili do jego pokoju, później wspólnie z ukochaną ciocią Iwonką jakoś postawiłyśmy go do pionu i zszedł na dół, ale to już nie był ten sam Piotrek co przed godziną. Był rozdrażniony, ciagle się denerwowął i wkurzał, a tutaj dopiero 17, połowa gości dopiero co przyjechała, dzieciaki dopiero się rozkręcały, ciocia Iwonka musiała już wracać do domu. Przyznam się, że przez kolejne 2.5 godziny marzyłam już tylko by wszyscy sobie poszli i Maciek chyba też, bo zrobiło się już ciężko, dzieciaki dostały małpiego rozumu, zrobił się okropny harmider i trudno było je opanować. Piotrka rozstroił Wiktor, syn sąsiadów. Sytuacja: Piotruś właśnie dostał od wujka w prezencie piłkę do nogi, Wiktor rzucił sie by grać, więc zaproponowałam byśmy zeszli do piwnicy i tam zagrali w pomieszczeniu opróżnionym ze wszystkiego chwilowo. Wiktor to człowiek-policjant i strasznie rządzi. Ma 5 lat. Piotrek rzucił piłkę rękami, a on zaczał od razu mu ją zabierać, bo "tak się nie robi", "bo złamał zasady", wprowadzać podziały na przeciwne drużyny, jakieś punkty karne. Próbowałam z nim porozmawiać, wytłumaczyć, że Piotrek jest młodszy, nie rozumie jeszcze tych zasad, że możemy pograć w piłkę dla zabawy, ale nie bawimy się w żadne punkty ani przeciwne drużyny, nawet przyniosłam drugą piłkę, bo widziałam juz łzy w oczach Piotrusia. Ledwo poprawił mu sie trochę nastrój i dostał fajną piłkę, to Wiktor mu ją zabiera, nie pozwala się nią bawić i w ogóle. Do Wiktora moja argumentacja nie docierała kompletnie, zachowywał sie tak jakby Piotrek nie obchodził go w ogóle tylko chciał grać z nami, więc w końcu ostro oświadczyłam, że "dzisiaj są urodziny Piotrusia i dzisiaj gramy tak jak chce Piotruś" i koniec. Urodziny to nie jest moment na strofowanie mojego dziecka i uczenie go ustępowania, na pewno nie gdy był już taki skołowany i rozemocjonowany.
Goście rozeszli się o 19.30. Gdyby nie mama i teściowa nie dalibyśmy rady, bo i tak praktycznie nie usiadłam na tyłku za wyjątkiem samego początku imprezy. Był szwedzki stół, ale i tak mama pomogła mi bardzo z kawą, herbatą, bo ja kompletnie w tym kołowrocie nie miałam do tego głowy, a już na pewno nie pomyślałabym o popakowaniu ciasta i przygotowaniu paczek na wynos dla wychodzących gości - tutaj wielkie podziękowania należą się mojej teściowej;-) Z tego wszystkiego kompletnie zapomnialam o lodach i mam teraz pełną zamrażarkę sorbetów do zjedzenia ;-) Po wszystkim natychmiast zabrałam Piotrka na górę do pokoju i tak jak stał, nawet bez mycia zębów przebrałam w piżamę i położyłam. Padł, ale do północy spał bardzo niespokojnie, gadał przez sen i rzucał się.
Dzisiaj twierdzi już, że urodziny były fajne i cieszy się z prezentów, a goście ślą mi smsy z podziękowaniami i to jest miłe, ale jak już wspomniałam powtórki z rozrywki nie planuję. Nie w tej formie. Wiem, że w dużej mierze sama jestem sobie winna. Po pierwsze nie powinnam była zapraszać na tak dużą imprezę nieznanych lub słabo Piotrkowi znanych osób. Mam na myśli przede wszystkim kuzyna z Chrzanowa z żoną i Gniewkiem (3.5) oraz Ziemkiem (1.5). Jestem przekonana, że gdybyśmy spotkali sie przy innej okazji Piotruś nawiązałby kontakt z Gniewkiem, to jest najbardziej zbliżone wiekowo do niego dziecko z rodziny i taki sam rozrabiaka jak mój syn. Na pewno znaleźliby wspólny język, ale wczoraj po prostu nie było możliwości ze względu na tłum i zmęczenie. Po drugie impreza trwała zdecydowanie za długo. Ze względu na ulubioną ciocię Iwonkę, która po 17 miała autobus do domu zaczęliśmy ją wcześnie i trzeba było ją skończyć o tej 17. Byłoby akurat. Szkoda, że część gości przyjechała później. Teraz już wiem, że trzeba rozpoczynać albo później, albo jasno zapowiadać, o której urodziny się mają skończyć. 3-3.5 godziny to w sam raz dla takiego dziecka. Niepotrzebne zostawiliśmy w kącie salonu tę drewniana kolejkę. Konflikt wybuchł na tle resoraków przejeżdżających przed tory, a resoraki to konik i fetysz Piotrka. Nasza wina. Po prostu w sobotę cały dzień się nią bawił i nie mieliśmy serca jej rozbierać, zresztą przeniesienie jej do jego pokoju zajęłoby strasznie dużo czasu.
Ufffffff. Teraz jestem już mądrzejsza i wiem jak się zorganizować za rok.
A teraz kilka fotek, cykanych zanim zaczęło się sypać.

Z dziadkami



Torty były dwa i przy takiej ilości gości pochłonięte zostały momentalnie. Oba malinowo-truskawkowe na wyraźne życzenie solenizanta.


rano na placu zabaw



z moja kuzynką, słit fota z cyklu "lubisz mnie jeszcze?"

9 komentarzy:

  1. No zaszalałaś! Nie mogę się doliczyć ile gości mieliscie ;) My zapraszamy tylko najbliższych a i tak wychodzi ok 15 osób. Rok temu zrobiliśmy garden party w tym roku będzie nieco inaczej ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podziwiam Cie Nessie, ja jestem totalnym odludkiem i dla mnie pare osob to juz tlum. Masz racje, nie opgladaj sie na innych, jezeli widzisz, ze takie spedy nie dla Was to nie ma sensu ich robic. Ale twoj synek jest przystojny!!:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Podziwiam Cię, że się porwałaś na taką imprezę! Były potknięcia, ale podołałaś, więc jest dobrze :) No i przeżyłaś swoje i wiesz jak w przyszłości się sprawdzą dane rozwiązania!
    A dla Piotrusia wszystkiego najlepszego! :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja bardzo lubię gości, ale w mniejszych partiach ;-) Lubię mieć możliwość porozmawiania z nimi, a w niedzielę z nikim nie zamieniłam więcej niż parę słów. ciągle tylko biegałam. To nie dla mnie. Z kolei mój wujek w takiej atmosferze czuje się jak ryba w wodzie. To typ biesiadny, wodzirej i najchętniej organizowałby wielkie grille co tydzień.

    OdpowiedzUsuń
  5. Imprezy z duza iloscia dzieci trzymaja sie w kupie 1,5-2 godziny maksymalnie. Potem zaczyna sie sajgon. Teraz tez juz to wiesz... Doskonale sobie poradzilas, jestem pelna podziwu :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Przede wszystkim taka impreza byłaby mniej obciążająca gdyby wszyscy przybyli mniej więcej w tym samym czasie a nie tak partiami...
    Ale na szczęście ja juz wiem jak to wygląda i nigdy czegos takiego nie zrobię :P Dzieki za wrażenia. :P

    Szczerze mówiąc mnie takie imprezy męczą jak trwają za długo a takie małe dziecko to juz w ogóle. :/

    Ważne że już po, że Piotrek nie ma urazu a mama z urazami sobie poradzi :P

    OdpowiedzUsuń
  7. dobrze ze choc troche urodziny sie udały. my za tydzień mamy drugie urodziny synka, ale to będzie bardzo kameralnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zycze udanych urodzin :-)
      Czy mogłabyś przesłać mi jeszcze raz uprawnienia do Twojego bloga? Dostałam, ale link wyświetlił mi sie jak błędny. Dzięki!

      Usuń
  8. dałaś radę :) dla synka to było istne tornado emocji: dużo gości, prezentów, innych dzieci.....
    znasz swoje dziecko najlepiej. skoro Piotrek nie lubi spędów i harmidru ..
    jak na takiego malucha też sobie poradził. nie dziwię się, że śpiąc nadal przeżywał cały dzień.
    grunt, że macie za sobą, a w przyszłym roku będziesz bardziej zaprawiona w boju ;)

    OdpowiedzUsuń