czwartek, 23 maja 2013

o wożeniu tyłka samochodem

Niedawno pewna "życzliwa" mi osoba zarzuciła mi, że wożę tyłek samochodem, a innych zachęcam do korzystania z komunikacji miejskiej, więc kilka moich refleksji na ten temat ;-)

Generalnie jestem dzieckiem wychowanym w autobusach i tramwajach. Moja mama nie ma prawa jazdy, więc od zawsze wszędzie jeździłyśmy komunikacją miejska, a na wakacje pekaesem lub pociągiem. Czasem od wielkiego dzwonu taxi, ale niezbyt często ze względów finansowych. Ten sposób przemieszczania się po mieście jest więc dla mnie naturalny i tłok czy dłuższe stanie nie robią na mnie wrażenia. Wyłączam się, słucham muzyki lub czytam. W ten sposób podróżowałam ponad 30 lat. Liceum, studia, czas gdy mieszkaliśmy w kawalerce, a potem w wynajmowanym mieszkaniu. W autobusach i tramwajach powtarzałam słówka, uczyłam się do egzaminów (nie, nie okupowałam na siłę miejsc siedzących, do perfekcji mam opanowane czytani i uczenie się na stojąco). Kiedy z konieczności zaczęłam więcej jeździć samochodem zaczęło mi nawet brakować tych chwil dla siebie w drodze do pracy.

Do czego zmierzam. Przyzwyczajenie i konieczność oszczędnego życia sprawiły, że postrzegam auto jako środek lokomocji może nie do końca luksusowy, ale coś w tym stylu. Dziwią mnie ludzie, którzy uważają je za JEDYNY MOŻLIWY środek lokomocji z góry, bez względu na warunki i okoliczności odrzucając możliwość poruszania się publicznymi środkami transportu choć w wielu wypadkach gdy się to przeanalizuje okazuje się, że to opcja jest wygodniejsza, szybsza i oczywiście tańsza. Wbrew pozorom sporo takich osób znam. Przykładowo moja koleżanka z pracy. Codziennie narzeka na korki i trudności ze znalezieniem miejsca do parkowania, a mimo wszystko z uporem maniaka codziennie przyjeżdża samochodem i codziennie jest wkurzona chociaż ma spod domu przyspieszony autobus, którym dojechałaby do biura w 2/3 tego czasu (autobus ma na znacznej części drogi osobny pas) i dużo taniej. Musiałaby jedynie przejsć te 5 minut na przystanek. Ona jednak w ogóle odrzuca taką możliwość, bo "nie będzie się tłukła autobusem skoro ma auto". Kiedy było zepsute mąż specjalnie ją do pracy odwoził i po nią przyjeżdżał.

Przeprowadzka pod Kraków zmusiła mnie do częstszego korzystania z samochodu, nad czym ubolewam ze względu na koszty paliwa i koszmar z parkowaniem w Krakowie, a w szczególności w okolicach mojej pracy. Dojeżdżają do nas autobusy, ale jest ich niestety niewiele i godzinowo kiepsko zgrane z naszym harmonogramem. Przykładowo gdybym chciała teoretycznie zawieźć Piotra autobusem do przedszkola i dotrzeć do pracy na 9, a potem odebrać go do 18 to jest to niemożliwe. Nawet gdybym zawiozła go wczesnym autobusem na 7.00 to potem musiałabym prawie godzinę czekać na następny z przesiadką i byłabym około 25 minut spóźniona do pracy, zaś by zdążyć na połączenie pozwalające mi pojawić się w przedszkolu do 18 musiałabym zwolnić się też około pół godziny wcześniej.W sytuacji awaryjnej mogę się tak umówić z szefem, ale na pewno nie codziennie. W ciągu dnia autobusy nie jeżdżą do nas prawie w ogóle. Dopóki nie zaszłam w ciążę mimo wszystko opracowałam plan by z auta korzystać tylko wtedy gdy jest ono niezbędne. Miałam bilet na dwie linie. W poniedziałki jechaliśmy na drugi koniec miasta do mojej mamy, zostawiałam auto pod blokiem i przez trzy dni dojeżdżałam do pracy autobusem, w środę wracaliśmy, a w czwartek i piątek zostawiałam samochód u teściów i też zwykle przesiadałam się na autobus. Raz w tygodniu jeździłam autem by zrobić na placu obok większe zakupy warzywno-owocowo-mięsne, czasem jeszcze wtedy gdy coś większego zamówiłam i musiałam odebrać z pracy. W weekendy na spacery czy wycieczki jeździliśmy samochodem lub metodą kombinowaną w zależności od tego jaki był nas cel. Jeżeli jechaliśmy do miasta to najsensowniejszą opcją było zaparkowanie na osiedlu przy wjeździe i przesiadka na tramwaj - unikaliśmy w ten sposób kluczenia po wąskich jednokierunkowych uliczkach szukając jakiegoś miejsca do wciśnięcia się. Nienawidzę tego.

Poza tym wszystkim jestem zdania, że dziecko należy przyzwyczajać do różnych środków transportu. To czego nie znoszę to rozpieszczanie, roztkliwianie się i piecuszenie dzieci. Oczywiście nie mówię o jeżdżeniu w godzinach szczytu w sezonie chorobowym z chorowitym niemowlakiem czy tez pakowanie się do zatłoczonego autobusu w upale jeśli można tego uniknąć. To są sytuacje ekstremalne. Przyzwyczajałam jednak Piotrka do komunikacji publicznej już do czasów gondolki. Młody wie, że czasem trzeba poczekać, postać, przyzwyczaił się do zbiorowisk ludzi. Być może wiąże się to z moja obsesją bycia samodzielnej. Czuję się dobrze ze świadomością, że w razie czego, jeżeli mąż wyjedzie, auto się zepsuje to jestem w stanie sama sobie poradzić.Teraz w ciąży rzadziej korzystam z autobusów ponieważ boję się o mój brzuch oraz ciężko mi stać ze względu na bolące wiązadła. Nie chodzi nawet o ustępowanie miejsca, w razie potrzeby potrafię grzecznie o to poprosić, ale kiedy wracam z pracy autobusy są pełne i zanim w ogóle dopcham się do jakiegoś miejsca mój brzuch narażony jest na urazy i boję się tego. Unikam więc teraz chwilowo komunikacji publicznej w godzinach szczytu i szczerze mówiąc wcale nie mam wrażenia by samochodem było jakoś szczególnie wygodniej, bo wolę stać w korku w autobusie niż prowadzić w korku auto i nienawidzę parkowania w Krakowie, to miasto jest koszmarem pod tym względem, a od lutego gdy rozszerzone zostaną strefy płatnego parkowania będzie jeszcze gorzej. Boje się nawet to sobie wyobrażać. W sobotę 40 minut krążyłam szukając jakiego miejsca postojowego.

A poniżej zdjęcia obrazujące dlaczego tak często piszę, że auto jest mi niezbędne by wydostać się z dziećmi z domu, nad czym ubolewam i jest to jeden z niewielu za to ogromny minus mieszkania tam gdzie teraz mieszkamy. Z tyłu domu jest stroma skarpa, tak stroma, że ja mam problem by na nią wejść nie podpierając się kilka razy ręką. Odpada jako opcja spacerowa.  A kiedy zejdziemy na dół jest taka droga. Zwykle dużo bardziej ruchliwa. De facto bez pobocza. Do przystanku autobusowego idzie się około 10 minut. Niby niewiele i dla mnie solo to nie jest problem. Mamy odblaski. Ale z dzieckiem tym poboczem nie pójdę. Boję się z wózkiem. A tym bardziej z rozbrykanym trzylatkiem, który może mi się wyrwać. Nie dam rady go nieść taki kawał drogi, nawet gdybym nie była w ciąży. A już z wózkiem z Okruszkiem i Piotrkiem to w ogóle. Dlatego piszę o codziennym składaniu wózka do bagażnika. Miejcie jeszcze na uwadze, że teraz jest przyzwoita pogoda i wyobraźcie sobie tę drogę we mgle czy z zaspami śniegu po bokach. Samochody wyjeżdżające z zza zakrętu często gnają. Dziękuje postoję. Niestety nie zanosi się by sytuacja miała prędko ulec poprawie. Właściwa wieś znajduje się nad skarpą, my mieszkamy de facto na "przemieściach". Ponadto środkiem drogi przebiega granica między dwoma wsiami, co dodatkowo formalnie komplikuje sprawę. Na długim odcinku drogi jest niewiele domów, więc niewielka siła przebicia. Mój maż już od dawna lobbuje w gminie i zobowiązał się ze swojej strony bezpłatnie wykonać wszystkie konieczne prace geodezyjne. Przebąkuje się o budowie chodnika ok. 2017 r. Mam nadzieję, bo do tego czasu to ja nawet starszego dziecka samego autobusem do szkoły nie puszczę właśnie ze względu na niebezpieczne dojście na przstanek.







22 komentarze:

  1. Ja to wrecz lubie jezdzic komunikacja miejska - to jesyny czas, gdy moge poczytac. W Helsinkach parkingi sa drogie, wiec w weekendy, jesli sie wybierzemy do miasta, to zawsze autobusem i kolejka podmiejska. Teraz mam sluzbowe auto oraz oplacone miejsce parkingowe w centrum, wiec oczywiscie z tego korzystam, bo jednak w moim przypadku to szybsze rozwiazanie (autem - 30-40 minut, komunikacja miejska minimum 45, raczej blizej godziny w jedna strone) ale szkoda mi tego, ze ksiazek czytam teraz duzo mniej. W Finlandii matki z wozkiem podrozuja komunikacja za darmo, wiec na 100% nie zamierzam w niedalekiej przyszlosci czesto z auta korzystac, jedyny problem czasem sie pojawiajacy, to tylko dwa miejsca dla wozkow w kazdym autobusie, jesli na przystanek podjedzie autobus, w ktorym a juz dwa, jesli tez sie z wozkiem podrozuje, trzeba poczekac na nastepny. Ale ja do naszego autobusu wsiadam na tyle wczesnie (z domu na trzecim przystanku od petli, do domu - na petli wlasnie), ze nie sadze, by ten problem czesto sie pojawil.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja takimi dróżkami spaceruje u rodziców. ;)
    Jak był śnieg to zjeżdżałam całkiem na bok i czekałam aż auto przejedzie. Spaceruję i z wózkiem i z Zuzką za rękę. Mała wie że nie wolno po drodze iśc "samopas" i nie sprawia kłopotów a po jakichś 15 minutach możemy skręcić w mniej uczęszczane dróżki z kazdej strony.
    Ale ja pół zycia spędziłam w miejscowości do której takie drogi prowadziły, w dodatku w podstawówce chodziliśmy sami na nogach z powrotem do domu a to ok 3 km było.

    Spaceruj tak jak Ci wygodnie, wolisz autem to jeździj autem :)
    W ciązy bałam sie jeździć autobusami zwłaszcza że u mnie brzucha nie było widac i mało kto był ostrożny :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas nie da się zjechać na bok. Z jednej strony są skarpy, z drugiej barierka. Tylko taki rowek odwadniający. Nie ma kompletnie gdzie, auto zjeżdża na przeciwległy as gdy człowieka wymija. A jak jest śnieg to w ogóle człowiek idzie środkiem drogi. Nie mam zamiaru ryzykować.

      Usuń
    2. U nas też nie ma gdzie zjechac jesli patrzeć takimi kategoriami, ja zjeżdżam najbardziej jak się da na drodze, czasem jest wieksza przestrzeń z trawą zamiast rowu zaraz obok to wtedy wjeżdżam w trawę. :P
      Mnie jak auta wyprzedzają również zjeżdżaja całkiem na przeciwległy pas skoro stoję na pewnej przestrzeni na jezdni. ;)
      Tylko dla mnie zwyczajnie to nie jest problem więc patrze na to inaczej :P

      Usuń
    3. Kararelko ja nie będę ryzykować ;-) Wystarczy sekunda nieuwagi. Chodzimy poboczem do sąsiadów i to wystarczy. Dziecko musi iść za rękę, a jak będę prowadziła jeszcze wózek to wystarczy sekunda nieuwagi i tragedia gotowa.

      Usuń
    4. Kurcze poczułam sie przez sekunde jak wyrodna matka która ryzykuje chwilą nieuwagi :P

      Usuń
    5. A daj spokój, nie jesteś żadną wyrodną matką, to ja mam taką fobię, ze panicznie boję się aut przejeżdżających centymentry ode mnie, a mój syn bywa narwany.No i na naszej drodze jest ciemno po zmroku. Bardzo ciemno. Na odcinku od przystanku autobusowego do naszego domu nie ma żadnych domów, pojedyncze dwie lampy z jednej strony, z drugiej stawy rybne i las. Po zmroku ciemno strasznie i nawet jeśli człowiek obwieszony jest odblaskami to przy kiepskiej pogodzie czy we mgle jest słabo widoczny, mało ludzi tamtędy chodzi i kierowcy nie spodziewają się ich, a na pewno nie matki z wózkiem i dzieckiem za rękę.

      Usuń
    6. Hahaha ok to Ty masz fobie ;)
      Nie musze pisac że po zmroku i nawet zimą ok 19-20 łaziłam z wózkiem po tych dróżkach, jak moja mama szła z psem a Zuzka nie chciała inaczej zasnąć? :)

      Dlatego myśle, że dla każdego cos innego stanowi problem.
      Ja sie trzęsę jak widze Małą na jakimkolwiek balkonie, mimo że jest pilnowana :P

      Usuń
    7. Widzisz nad dzieckiem w wozku masz duzo wieksza kontrole niz nad chodzacym samodzielnie a moj syn jest typem uciekiniera choc walcze z tym wszystkimi sposobami.

      Usuń
  3. Podoba mi sie Twoje podejscie do wychowania syna, nie tylko jezeli chodzi o komunikacje..ciekawa jestem Twojego zdania jezeli chodzi o mamisynkow, o ktorych pisalam dzis na blogu..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaatje nie mogę odnaleźć Twojego bloga :-(

      Usuń
  4. mam zamkniety, zaraz Ci wysle dostep..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  5. wyslalam, na bloxie podaje sie tylko nick podalam nessie79:)

    OdpowiedzUsuń
  6. U mnie jeszcze węższa droga, oczywiście też bez chodnika, a auta rozwijają niebezpieczne prędkości. Też korzystamy z odblasków, a Młoda albo w wózku albo za rękę przez cały czas. Nie zawsze jej się to podoba, no ale cóż zrobić. Musi się nauczyć chodzić jak najbliżej pobocza, tym bardziej, że w przyszłości tą drogą będzie chodziła sama do i z szkoły (jakieś 1,5 km w jedną stronę). Minusy mieszkania "na przedmieściach". A i na przystanek autobusowy mamy tą samą drogę , co do szkoły :D

    OdpowiedzUsuń
  7. A i w ogóle nie dziwię Ci się, że w będąc w ciąży omijasz komunikacje miejską.

    OdpowiedzUsuń
  8. Lubię jeździć samochodem. Nie uważam tego za jakieś "wygodnictwo". Nie lubię komunikacji miejskiej, tłoczno, gorąco, śmierdząco... To ostatnie to nie jakaś moja fanaberia, ze względów zdrowotnych miewam (a zwłaszcza miewałam w przeszłości, przed podjęciem leczenia) nadwrazliwość na zapachy. Bywało że pare razy zwymiotowałabym niemal w autobusie kiedy ktoś "nieświeży" wszedł, albo wręcz przeciwnie wypachniony przesadnie...
    Z dziećmi mi wygodniej autem.
    Z resztą, jak tylko zrobiłam prawo jazdy i dostałam od ojca pierwszy samochód to zakochałam się w tej wolnosci jaką daje własny transport.

    Uważam że to trochę niesprawiedliwe osoby wybierające auto uważać za jakieś "wielkopaństwo" któremu nie chce się tyłka ruszyć - każdy wybiera co lubi i co mu wygodnie.
    A już za bardzo niesprawiedliwe uważam nazywanie mojego synka "piecuchem", który w swoim 4 miesięcznym życiu już zaliczył kilka infekcji i szpital z zapaleniem płuc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Natomiast faktycznie uwazam, ze niezapoznawanie dziecka z roznymi formami transportu i wozenie go wszedzie tylko komfortowo autem gdy brak wskazan medycznych czy zwiazanych z miejscem zamieszkania za przejaw rozpieszczania i spiecuszania. To taka sama lekcja jak nauka mycia toalety.

      Usuń
  9. Aniol dopowiadasz sobie i niepotrzebnie bierzesz wszystko do siebie. Wpis powstal pod wplywem komentarza S, ktora jak widac czyta mojego bloga a ujawnic jej sie nie chce.
    Po pierwsze wspominam o nieprzesadzaniu w zadna strone. Sama w ciazy unikam tloku.
    Po drugie gdzie niby nazwalam Twojego synka po chorobie piecuchem?
    A po trzecie faktem jest ze to co dla Ciebie normalne dla wielu ludzi w tym dla mnie to luksus i nic na to nie poradzisz. Zyjemy w roznych swiatach.

    OdpowiedzUsuń
  10. "Poza tym wszystkim jestem zdania, że dziecko należy przyzwyczajać do różnych środków transportu. To czego nie znoszę to rozpieszczanie, roztkliwianie się i piecuszenie dzieci." - jako że wpis odnosisz do komentarzy pod moim wpisem (w których pisałam że nie jeździłabym z synem autobusem), przyznasz ze miałam prawo przypuszczać że odnosisz to też do mnie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Sonia jechała kilka razy komunikacją miejską jak była młodsza i nie jest to dla niej jakaś egzotyka. Natomiast nie widzę sensu robienia sobie i dzieciom "szkoły przetrwania" i przeprawiania się przez miasto z wózkiem i całym naręczem rzeczy, kiedy możemy wygodniej i sprawniej jeździć samochodem.
    Nie widzę problemu.
    Natomiast Aleksandra do komunikacji miejskiej nie przyzwyczajam i jeszcze długo nie będę.

    OdpowiedzUsuń