piątek, 28 czerwca 2013

Krakusy centusie mistrzowie prowizorki

Od niemalże 10 lat z konieczności uprawiamy nieustanną mieszkaniową prowizorkę w różnym stylu i zostaliśmy w tym mistrzami ;-) Jako rasowi Krakusi nie znosimy marnować pieniędzy i zwykle przede wszystkim zwracamy uwagę na praktyczność danych rozwiązań. Rzadko kiedy pozwalamy sobie na fanaberie. Mój mąż-harcerz to złota rączka i ma głęboko zakodowane, że wiele rzeczy można zrobić samemu i tego też nauczyłam się przy nim.
Nasze podejście podyktowane jest głównie względami finansowymi. Od 2004 r. większość naszych decyzji mieszkaniowych podporządkowana jest perspektywie kupna mieszkania/budowy domu i kredytowi. Założyliśmy sobie, że ile się da odkładamy na ten cel, że to jest absolutny priorytet i nie czynimy żadnych inwestycji ponad konieczne w żadnym miejscu gdzie przyjdzie nam mieszkać do momentu przeprowadzki na własne śmieci. Chcieliśmy też za wszelką cenę uniknąć konieczności wynajmu mieszkania i płacenia odstępnego, bo byłoby to pakowanie funduszy, które moglibyśmy przeznaczyć na własny dom to czyjejś prywatnej kieszeni. Ze względów rodzinnych i innych nie planujemy przeprowadzki w inną część Polski lub za granicę, co też rzutowało na nasze podejście.

wtorek, 25 czerwca 2013

drugi synek :-)






Dzisiaj miałam USG połówkowe. Młodzież zdrowa, wszystko w porządku.
Spodziewamy się drugiego synka :-)
Okruszek waży ok. 363 g i jest zdrowy.
Szczerze - w głębi duszy tliła się nadzieja na dziewczynkę, choć rodzina mojego męża to typowi "męscy krawcy". Od 3 pokoleń urodziła się w niej tylko jedna dziewczynka. Czułam, że to będzie chłopczyk. Myślałam, że będę zawiedziona a jednak nie. Przeciwnie cieszę się jak wariatka, że będę mamą dwóch łobuzów :-) Umieram z ciekawości jaki ten mój drugi synek będzie. Czy będzie podobny do brata. Czy będą mieli podobne temperamenty czy przeciwnie - ogień i woda.
Piotruś jest zadowolony. Kilkakrotnie kategorycznie zaznaczył, że nie chce siostrzyczki tylko braciszka.
Zawiedziona trochę jest moja teściowa. Trudno jej się dziwić. Brakowało jej małej dziewczynki. Dwóch synów, dwóch wnuków, chciała zakosztować babciowania wnuczce. Moja mama się cieszy, ale ona ma mnie. Obie zdają sobie sprawę, że to koniec "produkcji" Ani my ani szwagier nie planujemy więcej dzieci. No i szwagier trochę się podłamał, on marzył o córeczce, miał nadzieję choć na bratanicę, a tutaj same chłopaki :-) jak to określił - realna siła klanu.
Ja się cieszę.
Termin porodu - według miesiączki 9 listopada, według USG 7 listopada, w praktyce wszystko zależy od usg i oceny grubości blizny po poprzedniej cesarce i od tego czy powtórzy się zatrucie ciążowe z końca poprzedniej ciąży. Jeśli blizna okaże się zbyt cienka to czeka mnie planowa cesarka w II połowie października, tak samo w drugim przypadku.

Siedzi na razie głową do góry i rusza się coraz żwawiej. Wczoraj w nocy podczas burzy pierwszy raz kopał tak mocno, że czułam go dłonią. Żywo reaguje na czekoladę i sok pomarańczowy i, chyba, głos brata.
Ja czuję się dobrze, choć zaczynam odczuwać ciężar brzucha, kręgosłup boli mnie trochę przy dłuższym chodzeniu, a podczas ostatnich upałów kilka razy stwardniał mi brzuch. Pewnie na kolejnej wizycie u mojego gina włączy mi tak jak poprzednio fenoterol i isoptin do końca ciąży. Zgaga zelżała, pojawiły się za to niestety i tym razem bolesne skurcze nóg. W nocy budzi mnie ból, mięsień twardy jak kamień, który trudno rozmasować. Łykam magnez i potas i wiem jak sobie z tym mniej więcej radzić (unikać gwałtownych ruchów w nocy między innymi).
I czekamy.

niedziela, 23 czerwca 2013

moje MUST HAVE z punktu widzenia mamy 3-letniego dziecka

Rzeczy, bez których nie przetrwałabym tych 3 lat (przy naszej specyfice życia) za wyjątkiem spraw oczywistych typu pieluchy etc.

lekka parasolka mieszcząca się w małym bagażniku, łatwa i szybka w składaniu, rozkładana na płasko - nie dałabym sobie bez niej absolutnie rady. Mogłam wyjść na spacer na cały dzień nie przejmując się wypadającą w międzyczasie drzemką, unieruchomić buntownika w niebezpiecznym miejscu, podczas deszczowych wakacji w Zakopanym w koszu zawsze woziłam kalosze, gumowe spodnie i płaszczyk przeciwdeszczowy i moją kurtkę

aspirator do nosa Katarek, ten podłączany do odkurzacza

termometr do ucha - rewelacja, pomiar w kilka sekund, przez sen dziecko nawet niczego nie zauważa. Nigdy nie stosowałam żadnego innego, a już całkowicie nie przemawiaja do mnie termometry do pupy

termos stalowy Primus - dla mnie, mamy dziecka od urodzenia na mm sprzęt pierwszej potrzeby. Nie bawiłam się w żadne podgrzewacze ani odmierzone ilości letniej wody w butelkach. Rano rozgrzewałam termos przelewajac go wrzątkiem, a następnie wlewałam do niego letnią wodę i spokojnie do wieczora ta temperatura się utrzymywała. Mam litrowy, wystarczał na cały dzień w okresie gdy Piotr pił samo mleko. W chłodniejsze dni można wlać wrzątek i wykorzystać go do podgrzania obiadku w plenerze, wystarczy zabrać ze sobą kubeczek, wlać wrzątek, wstawić sloiczek. Inwestycja na lata.

Zapięcie do roweru - pomysł podsunięty mi przez Kropkę :-) Na spacerach przypinałam wózek do ławki czy latarni i spokojnie biegałam za Piotrkiem nie martwiąc się, że ktoś mi go gwizdnie

Turystyczna saszetka na pasku - z powodów jak wyżej. W chłodniejsze dni dokumenty, pieniądze, komórkę i klucze mogłam trzymać w kieszeni kurtki, latem brakowało mi kieszeni więc zamiast biegać wszędzie z plecaczkiem czy oglądać się na wózek miałam wszystko przy sobie i obie ręce wolne

Średniej wielkości plecaczek turystyczny z dużą ilością kieszeni -  na zakupy (w parasolce wiele się nie zmieści), na dłuższe wyprawy z dzieckiem bez wózka i męża, zwłaszcza po odpieluchowaniu gdy na wszelki wypadek noszę ze sobą dwa komplety ubrań na zmianę. Poza tym lubię mieć wolne ręce.

Pieluszki tetrowe - do spania, przykrywania w upalne dni, jako moskitiera i przede wszystkim po dziś dzień do przytulania i pocieszania

Porządne rękawice zimowe - palce naprawdę grabieją gdy się prowadzi wózek

Pewnie sobie jeszcze coś przypomnę






sobota, 22 czerwca 2013

chorobowy weekend :-(

Maciek wyjechał, a ja z Piotrkiem siedzę w domu. Szkoda, bo akurat dużo w Krakowie imprez dla dzieci, trochę się ochłodziło i jest czym oddychać i można byłoby fajnie spędzieć czas, ale Piotrus niestety jest chory. Od wczoraj ma wysoką gorączkę prawie 40 stopni, która wraca gdy tylko paracetamol lub nurofen przestanie dzialać. Byliśmy dzisiaj w przychodni na dyżurze i jest osłuchowo czysty, gardło też, lekarz obstawiał udar słoneczny, wirusa lub zakażenie układu moczowego. Właśnie w necie pojawiły się wyniki badania ogólnego moczu zrobionego dzisiaj rano i niestety potwierdził sie ten ostatni scenariusz. Są liczne bakterie, więc jutro z rana znowu jedziemy na dyżur po antybiotyk.
Piotruś znosi chorobę dzielnie. Kiedy gorączka spada chwilę się bawi, a kiedy rośnie sam prosi o zmierzenie temperatury, ochłodzenie ręcznikami, które leżą w lodówce i lekarstwo. Kochany jest. Poleguje i śpi.
Maciek raportowął, że na kajach tak po pogryzły komary mimo sprayów i innych cudów, że jest jednym wielkim bąblem.
Od powrotu Piotrek zachowuje sie przyzwoicie, nie szaleje i nie histeryzuje. Ciekawe ile to potrwa. Tylko w piątek rano był na nie, ale tłumaczy go gorączka i nieprzespana noc.
Dzisiejszy test Piotrka - "mamo te komary są bezczelne!"

wtorek, 18 czerwca 2013

wakacje - relacja foto


Fotograficznie ;-)
Pierwsze spotkanie z morzem tuż po przyjeździe, koło 6.30 rano.

Padaka

Nasz domek
Domki szeregówki, ale dzięki dużej ilości iglaków było wrażenie prywatności
Wyjazd przełomowy jeśli chodzi o lęk Piotra przed wodą, który pojawił się jakiś czas temu ni stąd ni zowąd. Czwartego dnia wszedł do morza, tuż przed wyjazdem odważył się na rejs statkiem pirackim. W nagrodę dostał piracką flagę, która teraz dumnie powiewa w jego pokoju.
Bombowiec w Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu - plenerowa część wystawy to super sprawa dla chłopaków
Zabawa z tatą i wujkiem
Na promie do Świnoujścia
Wieczorne rozgrywki
Ja ;-)
W drodze na plażę, taczki obowiązkowo
Ziiiimna woda
Hasło przewodnie każdego ranka - KOPIDÓŁ
Potwór spacyfikowany Bobem Budowniczym
Port w Kołobrzegu
Szaleństwa z tatą

Zasypywanie taty
Latarnia morska w Kołobrzegu
Marina w Kołobrzegu

Okręt wojenny w Skansenie Morskim w Kołobrzegu. Skansen morski to część Muzeum Historycznego. Z ich strony ciężko było wywnioskować, czy okręt jest już udostępniony do zwiedzania, więc jak normalni turyści udaliśmy się do informacji turystycznej. Pani zapewniła nas, że zwiedzać jak najbardziej można do 18, ba - nawet miała to wydrukowane w segregatorze. Mackowi bardzo zależało, szliśmy tam ponad godzinę z portu by pocałować klamkę, ponieważ ta część skansenu jest jeszcze w budowie i w ogóle nie zanosi się na otwarcie w tym sezonie. Informacji turystycznej w Kołobrzegu zdecydowanie dziękujemy.
Krakersy najlepiej smakują z piaskiem.
Wilczek morski.
Fontanna w Kołobrzegu. Spodobała mi się.
Ciekawa fasada na starówce a'la witraż.
Amfibie w Muzeum Oręża Polskiego.
Czołgiści tamże.


Piotr świetnie zniósł drogę powrotną. Zasnął o 16 kiedy wyjeżdżaliśmy ze Śwonoujścia, obudził się o 17.30 i do 22 czuwał patrząc przez okno, rozmawiając ze mną i pilotując tatę za pomocą atlasu drogowego. Zero potrzeby bajek, zabawiania, DVD. Super. Przysnął po 23 na 1.5 h, obudził się w garażu, pomaszerował skarpą do domu prosto do swojego łózka i momentalnie zasnął. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, bo jednak jazda była męcząca. nie mamy klimatyzacji w samochodzie, więc wiadomo - albo zaduch z tyłu albo huk od uchylonych okien. To była ta fajna twarz Piotra. Natomiast poza tym niestety przechodzimy trudny okres. Piotr świetnie bawił się z dziećmi, ale poza tym dawał w kość ostro. Histerie, protesty. Gdyby nie wózek nie zwiedzilibyśmy nic w Kołobrzegu chyba. Ostatniego dnia dał w Świnoujściu taki popis, że musieliśmy nieść go drącego się przez cały deptak, a przechodnie patrzyli na nas jakbyśmy się nad dzieckiem znęcali. Nie mam pojęcia czemu. Spał cała noc do 7.30, o 10 w samochodzie zasnął na 2 h więc do jasnej anielki był wypoczęty! Już nie mogę go tłumaczyć potrzebą snu. Nie jest lekko :-/

środa, 12 czerwca 2013

relacja wakacyjna

Wakacje :-))))))
Dojechaliśmy bez najmniejszych problemów. Wyjazd o 20.00, na miejscu o 5.30. O 3 zmieniliśmy się za kierownicą. Piotrek okazał się pasażerem na medal i widzę jedno - nie ma sensu jeździć z nim na siłę w nocy, w przeciwieństwie do większości dzieci. On jest taki jak ja - ma problemy ze spaniem w aucie nocą. Swego czasu dużo jeździłam po Europie autokarami i scenariusz był zawsze ten sam. Przysypiałam na godzinkę przed północą, a potem do rana nudziłam się potwornie, bo po prostu nie byłam w stanie zasnąć mimo senności, całą noc słuchałam muzyki, bo nie chciałam zapalać światła do czytania i przeszkadzać współpasażerom, zasypiałam nad ranem gdy robiło się widno. Piotr identycznie. Z początku był trochę skołowany, mówił, że jest bardzo śpiący i prosił byśmy wrócili do domu bo chce do swojego łóżka, około 22 zasnął, obudził się koło północy i do 4 nad ranem w świetnym humorze komentował, gadał, śpiewał. Niepotrzebne były żadne bajki na laptopie ani inne zapychacze czasu. Na pewno przyczynił się do tego super wygodny (i bezpieczny!) nowy fotelik Besafe. Nawet na postoju koło Gorzowa Wielkopolskiego początkowo nie chciał wysiadać, bo twierdził, że mu wygodnie. Usnął nad ranem, ale za chwilę byliśmy już na miejscu i przez tę nocna jazdę zaliczyliśmy niestety trochę histerii pierwszego dnia, bo gość był po prostu niewyspany. Od razu po rozpakowaniu wyruszyliśmy na plażę i był zachwycony, ale o 11 zmęczenie wzięło górę. Nie było szans położyć go na drzemkę w namiocie ani w wózku, za dużo emocji i atrakcji dookoła, plus 5-letni Wiktor, w efekcie mąż razem z wujkiem Jackiem musieli we dwójkę zanieść go do domu bo kopał, wierzgał i sam nie wiedział czego chce, a tam padł i spał 4.5h. Nauczka na przyszłość - z Piotrem w długie trasy wybierać się normalnie w dzień bez żadnych ceregieli, tak by przyjechać na wieczór i iść spać. Pytanie jaki styl podróżowania preferować będzie Okruszek?
Pogodę mamy wspaniałą :-) Strasznie się cieszę, że uciekliśmy choć na ten tydzień od morowego powietrza krakowskiego, od tej wilgoci, wirusów i podtopień. Cały czas słońce, choć trzeba zawsze mieć ze sobą ciepłą bluzę bo wiatr od morza chłodny i w cieniu są niezbędne, no ale mi to akurat w zupełności nie przeszkadza. Upałów nie lubię. Chłopaki ryją w piasku na plaży i ciężko stwierdzić kto ma z tego większą radochę. Do wody Piotr wchodzić nie chce i dobrze bo jak dla mnie lodowata. Przynajmniej nie muszę się za nim uganiać ;-) Plaża w Grzybowie jest fantastyczna. Szeroka i sam piasek, bez kamieni. Do zabawy idealna. Z domku mamy do niej 10 minut. Jest też las i Kołobrzeg 15 minut od nas samochodem. Dzisiaj zrobiliśmy sobie przerwę w plażowaniu i spędziliśmy tam cały dzień - latarnia morska, port, marina i te sprawy. Dla nas krakusów to atrakcja nie lada ;-)
Ten wyjazd to dla mnie ciekawe pole do obserwacji syna w relacji z innymi dziećmi. Mieszkamy z sąsiadami i ich 5-letnim synem Wiktorem, o którym już kiedyś wspominałam. Chłopaki znają się już dość dobrze, ale ich relacje są takie powiedziałabym pół na pół. Przez pewien czas bawią się razem fajnie (zwłaszcza rano i wieczorem, w domku), natomiast bardzo często pojawiają się różnice zdań i poglądów, które zaobserwowałam już wcześniej na tle dyktatorskich i moralizatorskich zapędów Wiktora, które potwornie irytują nie tylko Piotrka ale nas również. Marta i Jacek twierdzą, że to efekt uboczny przedszkola i rywalizacji o miejsce w grupie i że Piotrek będzie taki sam. Trudno mi wyrokować, nie mam doświadczeń w tej kwestii. Pożyjemy zobaczymy. Faktem jest, że Wiktor ciagle próbuje być najlepszy i przybiera to zarówno formę werbalnych przechwałek ("a ja jestem starszy", "a mój zamek jest fajniejszy", "a Piotruś tego nie umie"), pouczania ("Piotrus nie biegaj", "Piotrus nie odchodź od stołu") jak i momentami agresywnych zachowań typu zabieganie drogi w biegu, chwytanie za kaptur byleby tylko być pierwszym, głośne mówienie i ściąganie na siebie uwagi mojego meża, którego bardzo lubi, próby odciągnięcia go od indywidualnej zabawy z Piotrkiem. Staram się nie ingerować, bo wiem, że dla mojego dziecka to fajna szkoła życia, ale kilka razy nie ugryzłam się w język i gdy np. Wiktor po raz n-ty perorował "Piotruś ty nie dostaniesz loda bo byłeś niegrzeczny" odparowałam "mama Piotrusia zdecyduje czy dostanie loda czy nie" i takie tam. No przyznam irytuje mnie to dziecko, zwłaszcza, że w ośrodku dzieci jest dużo, również w wieku Wiktora i z niektórymi naprawdę fajnie się bawię na wspólnym placu zabaw, zupełnie inaczej mi się z nimi rozmawia. Piotrek radzi sobie moim zdaniem całkiem fajnie, choc momentami trochę głupio mi przed sąsiadami z tego powodu. Potrafi na przykład odgryźć się Wiktorowi gdy dyryguje w zabawie autkami i zamiast płakać czy się złościć powiedzieć "ja się nie chcę tak bawić, idę do swojego pokoju poczytać książeczkę" albo "nie szarp mnie nie tak, nie podoba mi się to". Przyznam, że w takich momentach jestem z syna bardzo dumna. A głupio mi przed Martą i Jackiem, bo widzę, że stopniowo Wiktor zostaje sam. Piotrek poznał w ośrodku Miłosza, również 5-letniego, bardzo fajny chłopczyk i od dwóch dni rano olewa Wiktora tylko pyta czy może już iść bawić się z Miłoszem. Wczoraj wieczorem przyprowadził go do nas jak twierdzi na kolację. Sam chodzi po zamkniętym ośrodku, zaczepia inne dzieci, poderwał dwie niemieckie dziewczynki, kiedyś znalazłam go na kocu zajadającego ciastka z 2-letnią Helenką, i po prostu coraz częściej Wiktora olewa, a on nie chce wychodzić z domku sam, bez jakiegoś rodzica. Zachęcam go do wspólnej zabawy, ale wychodzę z założenia, że ma prawo do swoich sympatii i antypatii.
Żeby jednak nie było tak różowo to Piotr niestety też wariuje, histeryzuje i zachowuje się momentami nieznośnie. Całe szczęście, że wzięliśmy wózek parasolkę - dla 3-letniego starego konia! Marzę o tym, by w końcu przestał spać w dzień, bo kompletnie nam to wszystko dezorganizuje i powoduje jeden obowiązkowy atak szłąu dziennie. W domu bywa, że nie śpi, ale tutejsze morskie powietrze jednak działa na niego usypiająco. W nocy śpi jak zabity od 9 do 7.30 (nie ma szans położyć go wcześniej, mimo zaciagnietych rolet jest dla niego za jasno), i już koło 12 robi się senny i zmęczony, co oznacza, że albo jedno z nas musi się z nim ewanukować z plaży (na plaży jak wspomniałam nie zaśnie za chiny ludowe, próbowałam drugiego dnia i tylko pogorszyłam sprawę, im dłużej tym gorzej) przy akompaniamencie wrzasków i lamentów i wtedy śpi 2-3 godziny w domu (bez sensu, jedno z nas je obiad na wynos wtedy) albo trzeba go siłą dosłownie wsadzić do wózka i iść na spacer, wtedy pośpi około godzinę. Powiem szczerze - sama nie dałabym rady bo trzeba go wynosić z plaży na siłę, a ja w ciąży. Masakra. Wózek okazał się też niezbędny w Kołobrzegu i dobrze, że go wzięliśmy - raz ze względu na tę cholerną drzemkę!!!!! a po drugie unieruchamialiśmy go tam gdy włączało mu się mega maruderstwo, uciekanie na ulicę i takie tam. Chcieliśmy wyjść na latarnię morską. W połowie drogi odmówił całkowicie współpracy i Maciek musiał z nim zejść i czekać na mnie. Chciałam zafundować dziecku atrakcję w postaci półgodzinnego rejsu statkiem pirackim - kategorycznie odmówił argumentując, że boi się wody i wpadł w histerię gdy zaproponowałam, że sama popłynę (bo kurczę miałam ochotę!) a on pójdzie z tatą do parku. W restauracji bawi się jedzeniem jak niemowlak i doprowadza mnie momentami na skraj cierpliwości. Co za głupi wiek!!!!!! Rozdwojenie jaźni po prostu, w jednej chwili czułość i duma z dziecka, za chwilę zaciskanie zębów.
A ja? Ja czuję się świetnie. Wyjeżdżałam z okropnym męczącym poinfekcyjnym kaszlem, który szybko mi w morskim powietrzu przeszedł. Cały dzień chodzę, jestem aktywna i nie czuję zmęczenia. Chwilo trwaj :-) Okruszek chyba odwrócił się z powrotem buzią do świata bo znów zaczęłam go czuć i to w taki fajny sposób. Wieczorem i rano, bo tak to się ruszam i go/ją kołyszę no i to nie są jakieś kopniaki i w ruchu sie na tym nie koncentruję. Za to gdy się położę wyraźnie czuję w brzuchu przeciąganie, czuję, że brzuch z jednej strony jest twardszy i ta wypukłość się przesuwa, a wczoraj wieczorem na bank czułam pod dłonią przez moment rączkę lub nóżkę - taką chudziutką! Super uczucie :-) To już 19tc. W ostatnim tygodniu czerwca USG połówkowe i to dwa - jedno u specjalisty, drugie w poradni przyszpitalnej, to może dowiemy się kto tam siedzi.
Fotki wstawię po powrocie, bo nie cierpię robić tego z laptopa;-)



czwartek, 6 czerwca 2013

wakacje

Dziewczyny dzisiaj ok 20.00 jedziemy na wakacje :-)))))))))
Nasze pierwsze prawdziwe wakacje od 6 lat, od podróży poślubnej - w sensie, że trwające dłużej niż 3 dni i wspólne.
Podobno nad Bałtykiem ładna pogoda.
Nie obyło się bez nerwów, bo mąż w środę zachorował i ledwo zipiał, ale, odpukać, wygląda na to, że został postawiony do pionu (Kropko, tak wiem, juz nigdy więcej :-/
Ja czuję się dobrze za wyjątkiem tego, że kiedy złapie mnie atak kaszlu to nie wiem jak się nazywam, ale to pikuś w porównaniu z tym co było.
Piotr, puk puk w niemalowane, przetrwał epidemię bez szwanku.
Sąsiedzi dojadą dzień lub dwa później, czekają aż Rudawa opadnie, bo trochę dom im zalewało. No cóż nam górce zalanie nie grozi, zresztą nawet gdyby to i tak nikt by nam nie pomógł. Gdybyśmy zostali zalani oznaczałoby to, że połowa Krakowa stoi pod wodą i kto by się wtedy przejmował jakims domkiem na uboczu ;-)
Bety spakowane. Wracamy za tydzień. Trzymajcie kciuki, by Piotrek ładnie przespał noc w samochodzie bo to dla niego pierwsza taka długa trasa.