piątek, 26 lipca 2013

raport ciążowy 25tc i przygotowania na przybycie Tomisia

To my w 25 tc (w szpitalnej toalecie, sorry ;-))))))


Waga 56kg (+4/5 kg w stosunku do stanu sprzed ciąży)
Obwód brzucha - nie mam pojęcia
Samopoczucie - różnie, ale raczej na plus
Lekami udało się opanować skurcze nóg, zgaga w normie. To co mi bardzo dokucza to puchnięcie nóg. Mam do tego niestety tendencję w ogóle gdy jest gorąco, a podczas ciąży szczególnie. Stopy jak serdelki, leżenie i ich unoszenie nie pomaga. Pojawiło się znane mi z poprzedniej ciazy uczucie ciężkości i niewygoda przy klękaniu. Ze względu na zatrucie ciążowe w poprzedniej ciąży zachowuję szczególną ostrożność - dwa razy dziennie pomiar ciśnienia, co 3 dni badanie moczu. Gdyby tylko (odpukać) ciśnienie zaczęło rosnąć lub pojawiło sie białko w moczu od rauz leki i leżę. Póki co jest OK.
Tomiś od wczoraj daje mi popalić. Do tej pory siedział główką do góry i buzią w strone kręgosłupa i czułam go delikatnie. Brzuch wieczorem falował, ale było to bardzo przyjemne. Wczoraj wieczorem chyba przekręcił się głową w dół, bo ciężko mi siedzieć. Kopie stopami w żebra i prostuje kończyny, a że jestem niska to za dużo miejsca tam nie ma. Przy Piotrku przez cały III trymestr miałam obolałą górę brzucha i uczucie jakby był cały posiniaczony od środka. Teraz jest powtórka z rozrywki ;-)
Na początku lipca włączył mi się instynkt wicia gniazda. nie śmiejcie się, ja zawsze działam z wyprzedzeniem. Korzystając z ładnej pogody wyprałam i wyprasowałam wszystko, pościel, kocyki, ubranka do 68 po Piotrku i te, które kupiłam i popakowałam w torby próżniowe. Wygrzebałam z szafy w piwnicy koszule szpitalne, zaopatrzyłam się w podkłady na czas połogu i takie tam i w zasadzie pozostaje nam tylko wynieść komputer Maćka do pokoju gościnnego a jego graty do piwnicy by zwolnić na poddaszu pokój przeznaczony dla Tomka, kupić do tego pokoju lampę bo na razie jest żarówka wisząca na kablu,  skręcić łóżeczko, przynieść ze strychu wanienkę, kupić pieluszki i coś do mycia, skontrolować apteczkę i spakować szpitalną torbę. Zdecydowaliśmy, że na samym początku łóżeczko będzie jednak w naszej sypialni, ze względu na mnie bym nie musiała w nocy latać po korytarzu nie w pełni sprawna jeszcze. Jeśli jednak Tomuś okaże się takim typem jak Piotrek to kiedy tylko poczuję się lepiej łóżeczko wędruje do jego własnego, docelowego pokoju. Na razie nie jest on jakoś urządzony. Ot pomalowane ściany i stara komoda, na razie nie mam kasy na docelowe meble czy kolorowy dywan, ale to stopniowo. Ciuszki, zabawki będę w nim trzymać od początku bo zwyczajnie nie ma gdzie ich upchnąć w naszej sypialni. I tak 2/3 naszych ciuchów trzymam w piwnicy gdyż nie mamy jeszcze porządnej szafy u nas.
Bardzo się cieszę, że uporałam się z tym wszystkim teraz póki jeszcze mam siłę, bo wrzesień i październik zapowiadają się trudne dla mnie. Maciek być może pójdzie do nowej pracy, więc zero urlopów, zwolnień podczas okresu próbnego, dużo do nauczenia się wieczorami,  opiekunka już nie będzie u nas pracować, moja mama będzie miała na głowie remont mieszkania, teściowa pracuje, więc zostanę z Piotrkiem przez większość dnia sama i wszystko zależy od tego jak zaaklimatyzuje się w przedszkolu, ile godzin dziennie będzie tam spędzał. Nie ukrywam, że zależy mi by jak najwięcej, bo w tym czasie będę jeździła na ktg, do lekarza i mam nadzieję trochę odpocząć i poleżeć, bo z nim na leżenie to szans nie ma raczej.

czwartek, 25 lipca 2013

na ile mamy prawo decydować za dzieci?

Kilka dni temu brałam udział w dyskusji na FB na temat kolczyków u dzieci. Jestem zdecydowanie przeciwna, uważam trwałą, nieuzasadnioną względami medycznymi ingerencję w ciało innego człowieka, który ze względu na wiek nie jest w stanie podjąć w pełni świadomie takiej decyzji za ogromne nadużycie i brak szacunku do tej osoby. Jest to dla mnie kwestia o takim samym ciężarze gatunkowym jak tatuaże, przekłuwanie języka czy obrzezanie. Naruszenie integralności cielesnej innej osoby, z tym, że w naszym kręgu kulturowym akceptowane estetycznie. Nie o tym jednak tak naprawdę chciałam. Podczas dyskusji najbardziej uderzyły i mnie i zaszokowały wypowiedzi typu "każdy rodzic decyduje o swoim dziecku i nikomu nic do tego". Czy tak jest?
To strasznie delikatna kwestia. Powołując na świat dziecko bierzemy na siebie odpowiedzialność za jego wychowanie i przygotowanie do dorosłego życia. Jesteśmy jego opiekunami i przewodnikami w każdym sensie. Dziecko do 13 roku życia nie ma zdolności do czynności prawnych, po 13 jedynie ograniczoną, więc to my -  rodzice - podejmujemy te czynności za nie. Jednocześnie musimy, mamy obowiązek stopniowo je uczyć podejmowania decyzji i brać pod uwagę jego zdanie podejmując konieczne decyzje za nie. Tak trudno czasem odnaleźć równowagę i nadążyć za tempem rozwoju małego człowieka. Niemowlę może jedynie sygnalizować swoje potrzeby, a my na te sygnały odpowiadać, nie podejmie samo decyzji gdzie chce iść na spacer lub co ubrać, może jedynie dawać nam znać czy jest z naszego wyboru zadowolone czy nie, a my w miarę możliwośći na te sygnały odpowiadać (np. dziecko niezadowolone z wizyty u lekarza, faktu szczepienia czy jazdy w foteliku samochodowym niestety musi to jakoś przetrwać, ale już protest z powodu wizyty w hałaśliwym centrum handlowym jak najbardziej można wziąć pod uwagę, uszanować wolę malucha i przejść w spokojniejsze miejsce, zmienić mu niewygodne ubranie etc). Z wiekiem dziecko komunikuje się ze światem coraz efektywniej i coraz trudniejsze zadanie staje przed rodzicami. Wybór opiekunki czy przedszkola. Dziecko nie podpisze samo umowy, nie zapisze się samo  do placówki, ale to rodzice starają się wybrać taką, w której czułoby się maksymalnie dobrze. Wybór podstawówki i innych zajęć dodatkowych zgodnie z predyspozycjami i zainteresowaniami dziecka. Zachęcanie do podejmowania nowych wyzwań. Kwestia czy i kiedy pozwolić na wyjazd na kolonie. Czy pozwolić nocować u kolegi. Milion mniej i bardziej ważnych spraw, w których rodzice podejmują ostateczną decyzję, ale muszą, a przynajmniej powinni uwzględniać wolę dziecka w procesie decyzyjnym, a także pokazywać mu na czym polega ponoszenie konsekwencji za te decyzje.
No i wreszcie w moim mniemaniu są sprawy, w których rodzice nigdy nie powinni podejmować decyzji za dziecko jak chociażby trwałe okaleczanie ciała, gdzie powinni jedynie uświadomić mu, że jest to decyzja w zasadzie nieodwracalna, którą samo podejmie, w późniejszym czasie, gdy będzie pełnoletnie.

I to wszystko jeszcze przede mną.

czwartek, 18 lipca 2013

wygrzebane

To moje najwcześniejsze fotki. Niestety nie mam żadnych zdjęć z pierwszego roku życia kiedy mieszkałam z mamą na wsi u dziadków, a mój ojciec nie zdecydował się nas nawet odwiedzić. Dziadkowie nie mieli aparatu.






 To 100 urodziny mojej prababci. Żyła 102 lata, 99 lat była bardzo sprawna fizycznie, do końca nie miała żadnej demencji i i umysłowo w pełni uczestniczyła w życiu rodziny. Ja jestem pierwsza z lewej.
 I w przebraniu chyba śnieżynki czy jagódki, nie wiem.

wtorek, 16 lipca 2013

Tomasz, Tomek, Tomuś, Tomcio, Tomiś

Takie imię będzie nosił nasz drugi synek ;-) A na drugie Maciej po tacie, tak jak starszy brat.
Miałam poczekać na narodziny z ujawnieniem imienia, ale w rodzinie już od pewnego czasu nazywamy go po imieniu i jakoś dziwnie mi było tutaj pisać o nim dalej "Okruszek".
Z wyborem imienia dla chłopca nie mieliśmy problemu. Mój mąż już podczas pierwszej ciąży postawił dwa warunki - imię ma być klasyczne i powinno posiadać trzy formy - dorosłą, kumpelską i zdrobniałą (Piotr-Piotrek-Piotruś). Do tego najlepiej krótkie,bo mamy długie nazwisko. Maćkowi od zawsze podobały się imiona Piotr i Tomasz, trudno mu było sie zdecydować i ostatecznego wyboru dokonałam ja podczas porodu. Rodzina o imieniu dowiedziała sie po porodzie i wtedy nieopatrznie opowiedzialam mamie o naszych wahaniach no i tym razem się domyśliła, że będzie Tomek. Piotruś też dopytywał się jak ma na imię braciszek i stwierdziliśmy, że łatwiej mu będzie przygotowywać się do jego nardzin jeśli będzie kimś takim bardziej konkretnym a nie tylko "dzidziusiem" czy "braciszkiem". No i jest Tomuś :-)
Ewentualnie w grę wchodził jeszcze Grzegorz albo Jerzy. Imię Jerzy bardzo mi się podoba w oficjalnej formie, uważam, że jest bardzo eleganckie, ale zdrobnienie już nie do końca, więc pomysł upadł.
Wiekszy problem mieliśmy z imieniem dla dziewczynki. Wiekszość imion spełniajacych kryterium trzech form jest długa (Katarzyna, Krystyna, Magdalena, Małgorzata), co w połączeniu z długim nazwiskiem i drugim imieniem po mnie (Elżbieta) byłoby przesadą. W zasadzie zostawała Anna i Joanna. Przez moment Asię braliśmy poważnie pod uwagę, ale w końcu przekonałam męża by w przypadku dziewczynki odszedł od swojej zasady i stanęło na tym, że dziewczynkę nazwalibyśmy Marta.To jedno z moich ulubionych imion.
No ale koniec końców czekamy na Tomka :-)


poniedziałek, 15 lipca 2013

urodziny szwagranka i akcja drzemka-brzuch

W niedzielę świętowaliśmy 2 urodziny mojego szwagranka Antosia. Mówię Wam - przegość :-) Taka cicha woda. Niby spokojny, zdystansowany, a przy bliższym poznaniu dowcipniś jakich mało, niestrudzony wspinacz. Miłośnik wszelkich owoców. Maliny i borówki z jego tortu znikły w niecałą minutę. Bardzo dużo mówi jak na swój wiek i pięknie deklinuje.
Urodzinki dla Antosia bardzo udane, dostał piekne prezenty i cały czas usmiechał się od ucha do ucha. Piotrek niestety nie za bardzo...Powód - drzemka, drzemka, drzemka, ból brzucha i niedospanie.
Urodziny odbywały sie u teściów, bo Marek z Grażynką mają w sumie małe mieszkanie i u teściów wygodniej - jest ogródek, dzieciaki mogą pobiegać. Teściu pojechał do brata, więc zaplanowane były na ok. 16, po jego powrocie. Ja o 10.40 miałam wizytę u gina, nie wiedziałam ile czasu mi zejdzie, więc ustaliliśmy z Maćkiem, że pojedzie tam z Piotrkiem koło południa, by Młody w razie czego się przespał przed imprezą, a ja dojadę bezpośrednio od lekarza by pomóc Grażynce w przygotowaniach. Piotrek w sumie w sobotę nie spał w ogóle i może nie był w związku z tym w super świetnym nastroju, ale też bez tragedii, więc kiedy około 14 nie wykazywał chęci na drzemkę nie nalegałam. Naiwnie sądziłam, że wytrzyma do wieczora.Taaa. Chwile potem dostał takiego świra, że stało się jasne, że jeśli nie zdrzemnie się choć trochę to reszta dnia będzie porażką. Problem w tym, że nijak nie dało się go do drzemnki przekonać, choć potykał się o własne stopy i co chwilę buczał ze zmęczenia. No masakra. Maciek zaniósł go do pokoju na górę, siłą, położyłam się z nim na chwilę i w 2 minuty spał. Fajnie. Teściu wrócił, więc siedliśmy do obiadu nie czekajac na Piotrka, w końcu Antoś maly, lubi dmuchać świeczki, może je zdmuchiwać cały wieczór nawet kilkaset razy. Po około 45 minutach płacz z góry. Piotrek leży z zamknietymi oczami, nieprzytomny i płacze żałośnie, brzuch twardy, kulił sie przy nacisku więc było dla mnie oczywiste, że to wzdęcie. Przyniosłam Espumisan, rozbudziłam go odrobinę (co bynajmniej nie poprawiło jego humoru), podałam lek i wszystko powoli wracało do normy, ale powoli. W tym momencie dostałam wnerwa na teściową. Ja wiem, że chciała dobrze ale.....Ja znam moje dziecko. Wiem, że nienawidzi być wyrywany ze snu dopóki się nie wyśpi. A już zwłaszcza przez ostry ból brzucha. I ostatnią rzeczą na jaką ma wtedy ochotę to przebywać w pomieszczeniu pełnym ludzi w hałasie. On wtedy chce pobyć sam, albo posiedzieć ze mną lub z tatą, przytulić się , wypłakać się, wyżalić i wtedy powoli dochodzi do siebie. Lekarstwo nie działa w ułamku sekundy, a to jest dziecko, które też potrzebuje czasu by wrócił mu humor, nie? A sytuacja wyglądała tak, że ja siedzę w starym pokoju Maćka z Piotrkiem na kolanach, przytulam go, głaszczę po głowie, a w pokoju teściowa, szwagier i Antoś gapią się i komentują. Spokojnie wytłumaczyłam, że Piotrek dojdzie do siebie, że potrzebuje trochę czasu i posiedzimy sobie spokojnie sami. Marek od razu zrozumiał, teściowa nie. Stoi i gada, że to pewnie spodenki miał za ciasne, że co on mógł zjeść, zeby mu pić dać, do Piotrka zagaduje, że mu jakies motylki pokaże, żeby zszedł na dół bo tam tort. Spokojnie powiedziałam, że nie wiem co mu zaszkodziło, ale lekarstwo zaczyna działać i zejdziemy jak Piotrek dojdzie do siebie. Nic. dalej swoje. W końcu już stanowczo poprosiłam by nas zostawiła samych bo Piotrka jej propozycje zabawy i innych rzeczy tylko denerwowały - został wyrwany ze snu i chciał jeszcze dospać, poleżeć, ani w głowie mu były torty i urodziny. Teściowa się trochę obraziła. Trudno. Poprzytulaliśmy się, potem Młody stwierdził, że jeszcze pośpi, zostawiłam go samego, zeszłam na dół. Teściowa sfochowana. Na boku próbowałam jej jeszcze raz wytłumaczyć całą sytuację, ale ona niestety jest przekonana o swojej nieomylności i w kółko tłukła o za ciasnych spodenkach i że co on takiego w domu zjadł. A czy to do cholery takie ważne?
Na szczeście za chwilę Piotrek zszedł w normalnym nastroju, nic go już nie bolało i do wieczora bawił się z Antkiem w ogródku, tylko ja miałam lekko skwaśniały humor juz do końca. Teściowa kocha swoje wnuki nad życie, dogadza im i w ogóle, ale niestety ma tendencję do traktowania dzieci ciągle jak niemowlaków, którym humor poprawia noszenie i zabawianie. Troche nie rozumie, że Piotrek jest starszy i ma swój charakter i swój temperament i najlepiej mu dochodzi się do siebie w inny sposób. Dla niej wyznacznikiem jest by dziecko szybko przestało płakać, nie potrafi przeczekać histerii tylko wiecznie stosuje metodę zabawiania i odwracania uwagi, która w przypadku Piotrka jest kompletnym niewypałem.  A ja przeczekuję, zaś w sytuacjach takich jak ta po prostu rozumiem, że Młody musi się wyżalić, wypłakać, wyrzucić z siebie emocje i po prostu jestem obok i przytulam. To wystarczy, choć może dłuzej trwa i jest metoda "głośniejszą". Pozwalam mu posiedzieć w kąciku przez jakiś czas jeśli chce, nie podchodzę co chwila, nie zabawiam, nie wyciągam na siłę do zabawy. On sam przyjdzie gdy uzna to za stosowne.

Ufff
A tutaj chłopcy bawią się z Markiem ;-)


piątek, 12 lipca 2013

muszę to z siebie wyrzucić. O moich lękach

Pomarudzę trochę. Nachodzą mnie ostatnio lęki i obawy. Staram się nie zamartwiać na zapas i skupiać na pozytywach ale - wiecie - hormony..... Muszę to z siebie wyrzucić.

Bardzo boję się nie tyle porodu, co okresu tuż przed i tuż po. Modlę się bym nie miała jak ostatnio zatrucia ciążowego, bym nie musiała leżeć w szpitalu i byśmy szybko z niego wyszli. Niestety raczej kroi się planowa cesarka, wolałabym rodzić naturalnie by szybciej do siebie dojść, ale na ostatnim usg blizna po poprzedniej nie wyglądała na wystarczająco grubą by można było ryzykować taką próbę. A ja mam do domu pod górę, po cesarce każde wejście do domu i zejście do garażu będzie trudne przez pewien czas, a trzeba Piotrka do przedszkola wozić. Nie chcę długo leżeć w szpitalu ze względu na niego. Tęskniłby bardzo, a tam gdzie będę rodzić nie wpuszczają dzieci poniżej 12 lat w ogóle do szpitala, jedynie do mini poczekalni (zupełnie słusznie zresztą), nie ma ogrodu żeby wyjść gdzieś tylko parking. Boję się też cesarki ze względu na krwotok, który miałam po ostatniej. I bólu po cesarce się boję. Ostatnio było pod tym względem super bo przez kilka dni miałam po prostu znieczulenie, ale to ze względu na to, że wystąpiły komplikacje.

I boję się opieki nad niemowlakiem. Śmiesznie nie? Powinnam być zaprawiona w bojach. Ale wcale nie jestem. Piotruś mnie rozpuścił. Nie wiem tak naprawdę co to nieprzespane noce, bo co to znaczy przez 2 miesiące budzić się co 3-4 godziny na karmienie trwające 15 minut, a potem przesypiać spokojnie całą? Luksus. Bardzo rzadko zdarzały się cięższe noce. Nie wiem co to koszmar ząbkowania, bo Piotrek przeszedł je bardzo łagodnie. On ma cudowną zdolność przesypiania bólu jeśli tylko nie towarzyszy mu wysoka gorączka, a tę miał rzadko. Kilka razy zapodałam nurofen na noc i po sprawie. Nie wiem co to choroby w niemowlęctwie bo choroby nas na szczęście raczej omijają. Okruszka jednak na pewno nie ominą, w końcu będzie miał brata-przedszkolaka.

Boję się karmienia piersią. Mam nadzieję, że pójdzie gładko tym razem, bo szczerze mówiąc na samą myśl o laktatorze robi mi się niedobrze.

Boję się o kasę. Niestety zarabiam częściowo oficjalnie, częściowo nie. Na macierzyńskim dostawać będę rzecz jasna tylko tę oficjalną część, nie da się przeżyć bez zużycia oszczędności i wszystko spadnie na Maćka, będzie przez ten czas głównym żywicielem rodziny. Będzie bardzo ciężko. Na pewno na Boże Narodzenie prezenty tylko dla dzieci i to bardzo skromne żeby było z czego opłacić zimowy rachunek za gaz i takie tam smęty. Musze jak najszybciej wrócić do pracy, nie ma mowy o przedłużeniu macierzyńskiego o rodzicielski - 60% mojej oficjalnej podstawy to już w ogóle śmiech na sali, wychowawczy to głodowanie.Chciałabym ją zmienić. Moja obecna to coraz większa porażka. Mam wrażenie, że nic nie umiem i nie jestem nic warta na rynku pracy.

I zimy się okropnie boję. Nienawidzę jej i budzi we mnie lęk. Pisałam o tym kiedyś tu. Boję się, że siedząc w domu z Okruszkiem, odcięta od świata wpadnę w doła. Że będę się czuła jak w więizeniu i ze przysłoni mi to radość ze wspólnych miesięcy. Oby w tym roku nie było wielkich mrozów, oby można było w miarę swobodnie wychodzić.

 Martwię się jak Piotrek zaadaptuje się w przedszkolu. Mam nadzieję, że da radę. Zostało 6 tygodni do adaptacji. To już za chwilę. Nie ma raczej mowy byśmy siedzieli razem w domu. On umrze z nudów, a ja przecież nie dam rady z niemowlakiem zimą wychodzić na dłuższe spacery czy ciągnąc sanki pchając jednocześnie wózek, a zanim Maciek wróci z pracy będzie już ciemno. Boję się chorób przedszkolnych, ale wiem, że Piotr musi iść do przedszkola, że w domu nie rozwinie swojego potencjału, że jest mu to potrzebne.

I wreszcie, last but not least, może nie powinnam o tym głośno mówić ale napiszę obawiam się zniewolenia. Potrzebuję trochę czasu dla siebie, potrzebuję być sama. Z Piotrkiem miałam na to szanse. Zostawał z tatą lub babcią. Przy dwójce małych dzieci nie będzie to już takie proste. Mój mąż potrafi oczywiście wszystko zrobić, ale jak większość facetów ma problem z wielozadaniowością. Gubi się wtedy i denerwuje. Ogarnięcie dwójki małych dzieci przez niego przez kilka godzin raczej nie wchodzi w grę. Muszę więc nastawić się na to, że o samotnych wyjściach na jakieś  nie wiem rok-dwa mogę raczej zapomnieć, a jeśli już to będzie to wymagać zaawansowanych kombinacji logistycznych typu Piotr do babci, Okruch z tatą. Wiem, że to egoistyczne myśleć o tym ale tak właśnie czuję.

I nuda. Monotonia. Okrutne to co napiszę, ale niemowlaki czasem mnie nudzą. Mam na myśli zabawę z niemowlakami. Nic na to nie poradzę. bardzo lubię się teraz bawić z Piotrkiem, ale pamiętam, że gdy miał kilka miesięcy siedzenie z nim na macie szybko mnie nużyło. Nie jestem z tych kobiet, które zachwycają się każdym napotkanym dzieckiem, które godzinami mówią z przyjemnością do niemowlaka. Przepraszam ale nie. Tęsknię za przytulaniem, za ufnym małym łebkiem na moim ramieniem i dziecięcym zapachem ale nie za grzechotkami. Taka ze mnie wredna baba.

Kocham obu moich chłopców ogromnie. Bardzo chciałam drugiego dziecka i jestem szczęśliwa, że jest, że zyje we mnie, czekam na niego i czuję, że nasza rodzina będzie wtedy kompletna. Do tej pory brakowało tej czwartej osoby. Ale druga, ciemniejsza strona mojej natury napędza moje lęki i obawy.

Musiałam to z siebie wyrzucić.



poniedziałek, 8 lipca 2013

odzyskany spokój, odzyskane wieczory + foto

Będę szczera. Maj i czerwiec to były bardzo kiepskie miesiące w naszych relacjach z synem choć działo się tyle fajnych rzeczy - urodziny, wakacje nad morzem. Powrót buntu dwulatka, tyle że w wersji do sześcianu i to z dnia na dzień. Pisałam o tym. Krzyki, histeria, wariactwa. Momentami miałam serdecznie dość, zwłaszcza w ciąży. Czas spędzany z synem przestał mnie cieszyć..... Do tego zasypianie...
Z zasypianiem to była taka historia.

piątek, 5 lipca 2013

Jestem egoistką. Potrzebuję przestrzeni.

Dokładnie tak.

W pewnym momencie dojrzałam do tego by mówić wreszcie o swoich potrzebach. Mój ojciec za każdym razem gdy mu się sprzeciwiłam, gdy miałam inne zdanie tłukł mi do głowy, że jestem egoistką. Zakodowałam sobie, że mówienie o własnych potrzebach jest złe. Że to inni są ważniejsi. Długo trwało zanim zrozumiałam, że mam do swoich potrzeb prawo i mam prawo je spełniać.
 
Kocham mojego męża, ale nie czuje potrzeby spędzania z nim całego czasu wolnego choć mamy go tak niewiele. Z racji specyfiki jego pracy rzadko spędzamy razem urlopy. Kiedyś mi to przeszkadzało, teraz już nie. Idealny weekend dla mnie to taki spędzony częściowo razem, a częściowo osobno (no, jedno z nas z Piotrkiem). Podobnie na jakiś wyjazdach.

Uwielbiam wychodzić SAMA. Uwielbiam być SAMA w domu. Oczywiście nie przez dłuższy okres czasu, ale naprawdę nie miałabym nic przeciwko by Maciek wyjechał z Piotrkiem gdzieś w piątek na weekend i posiedzieć spokojnie w domu.

Mamy osobne konta, nie znamy haseł do swojej poczty. Pamiętam jaka byłam zdziwiona gdy moja koleżanka po ślubie zrezygnowała z konta na GG i podpięła się pod męża bo tak wygodniej. Nie potrafiłam już do niej pisać wiedząc, że niekoniecznie to ona pierwsza przeczyta moją wiadomość.

Muszę mieć własną przestrzeń tam gdzie przebywam. Zawsze źle się czułam nocując czy mieszkając ze współlokatorami w jednym pokoju, za wyjątkiem męża.

Na wyjazdach służbowych celebruję moment, gdy wieczorem zamykam za sobą drzwi pokoju hotelowego.

Nie znosiłam przeszklonych drzwi w mieszkaniu w bloku i w domu mamy wszędzie za wyjątkiem łazienek i garderoby pełne drewniane drzwi tak by każde pomieszczenie stanowiło zamkniętą całość.

Bardzo się cieszę, że mamy dwa osobne pokoje przeznaczone dla dzieci.

Kocham obu moich synków nad życie, i 3-latka i brzuszkowca, ale wiem, że nie nadaję się do pójścia na urlop wychowawczy. Pomijając kwestie finansowe oszalałabym. Jak powietrza potrzebuję chwili dla siebie, choćby 15 minut wieczorem i robienia w życiu czegoś poza wychowywaniem dzieci i prowadzenia domu.

Nie mam potrzeby spania z dzieckiem. Idea co-sleepingu jest mi kompletnie obca.

Piotruś zostawał z babciami na parę godzin od maleńkości a ja nigdy nie czułam się źle z tym, że wychodzę i przysięgam nigdy nie czułam tęsknoty ani potrzeby telefonowania do domu. Delektowałam się resetem.

Zamierzam karmić piersią Okruszka, ale nie ukrywam, że powody mojej decyzji są czysto racjonalne - odporność w towarzystwie brata-przedszkolaka i finanse. Wiem również, że w razie poważniejszych problemów nie będę szaleć, odciągać, siedzieć z laktatorem, podawać moje mleko butelka, bo wolę ten czas poświęcić na zabawę z dziećmi, prace domowe lub odpoczynek. Tak, nie mam zamiaru "walczyć" do upadłego i w razie czego pójde na łatwiznę.





wtorek, 2 lipca 2013

jak ciężarówka przebalowała weekend :-)

Ostatnio weekend to w zasadzie jedna wielka impreza :-)
Piątek wieczór już od dawna zaplanowany był jako wieczór dla nas. Wychodne tak zwane. W kwietniu kupiliśmy bilety na koncert Carmina Burana, wyjątkowy bo na dziedzińcu Wawelu. Mój mąż jest wielbicielem tej kantaty. Ma kilka płyt z różnymi wykonaniami, więc kiedy dowiedzieliśmy się, że opera krakowska zagra trzy koncerty na Wawelu od razu oczy mu się zaświeciły. Piotruś miał zostać u teściów na noc, a my modliliśmy się by nie padało, bo w kasie uprzedzono nas, że koncert zostanie odwołany w razie deszczu. Niestety cały piątek w Krakowie był pochmurny. Po południu wprawdzie przestało mżyć, ale szare chmury nadal wisiały na niebie i niestety o 20.15 lunęło. A koncert zaczynał się o 21! Poszliśmy na Wawel, Maciek przekonany, że dowiemy się o jego odwołaniu, ale ja nie traciłam nadziei. Z powodów finansowych zresztą. Zakładałam, że scena będzie zadaszona i organizatorzy zrobią wszystko by widowisko się odbyło bo szkoda tracić 1/3 wpływów z biletów. I tak się stało. Dostaliśmy płaszcze przeciwdeszczowe i było REWELACYJNIE. Uprzedzono wprawdzie widzów, że jeśli opady przybiorą na sile to koncert dokończony zostanie w wersji oratoryjnej, bez choreografii jednak tancerze do samego końca dzielnie wytrwali. Byłam pełna podziwu.
W sobotą po południu umówiłam się ze szwagierką i jej synkiem Antosiem w parku po drzemce dzieciaków. Rano zadzwoniłam do teściowej, okazało się, że Piotrus świetnei się bawi, wstał bardzo wcześnie i doszłyśmy do wniosku, że w takim układzie wcześniej też zrobi się senny, więc najlepiej położyć go u teściów, a ja przyjadę po niego później i pojedziemy prosto do parku. Po telefonie położyłam sie jeszcze na chwileczkę i.... spałam do 11! Szok. Jak za dawnych dobrych lat. Potem rundka po sklepach budowlanych, bo zepsuła się nam dokumentnie bateria w zlewie kuchennym i szukamy czegoś porządniejszego.
Wieczorem znowu wychodne, tym razem już moje solo. Mój najlepszy przyjaciel, najbliższa mi osoba po Maćku, mieszkajacy w Barcelonie przyjechał do Polski na miesiąc i umówiliśmy się ze wspólnymi znajomymi. Mogę nie widziec go 1.5 roku tak jak teraz, a za każdym razem cuzje się jakbyśmy wczoraj skończyli liceum. Marcin obrobnił w Barcelonie doktorat z socjologii i mieszka tam od lat ucząc angielskiego, prowadząc prace badawcze i aplikując na przeróżne post-doki. Nie jest łatwo. Przez ostatnie pół roku mając dość pracy na czarno pracował na infolinii Axa, gdzie dzwonili głównie poszkodowani w wypadkach rugając go, wyzywając od najgorszych i wyładowując na nim swój stres. Opowiadał, że kiedy trafiła się trudniejsza sprawa wymagająca wykonania od niego kilku telefonów to najczęściej nawet nie miał jak jej załatwić bo non stop miał rozmowy przychodzące, które musiał przyjmować, a na koniec dnia wyzywany był od najgorszych.  Założył, że musi wytrzymac te pół roku by zyskać prawo do zapomogi, a następnie razem ze swoim chłopakiem wyjechali na 2 miesiące na farme ekologiczną pracować w zamian za mieszkanie i wyżywienie by odzyskać równowagę, uciec od wyścigu szczurów i przemyśleć swoje życie. Teraz przez miesiąc jest w Krakowie i pomaga ojcu odbudować zrujnowany warsztat, potem razem z Alessandro jadą na 3 tygodnie do Tybetu zrealizować swoje marzenia, a potem planują zatrzymać się na jakiś czas w Tajlandii i uczyć tam angielskiego.Zupełnie inny tryb życia niż mój. Słuchając go czułam się z jednej strony jak kosmitka z innej planety, a z drugiej nadal rozumiemy sie bez słów. Do domu wróciłam koło 4, bo jako osoba niepijąca zaofiarowałam się, że wszystkich odwiozę. Zjeździłam caluteńki Kraków, bo towarzystwo mieszka na 3 różnych końcach miasta :-) W niedzielę grill u nas.
Niedziela to znowu impreza. Tym razem urodziny sąsiada, 5-letniego Wiktora. Trochę nie dopisali goście. Jedni wyjechali na wakacje, drugim przesunął się mecz i ostatecznie byliśmy tylko my, dziadkowie i dwójka kuzynów. Piotruś fajnie się bawił i byłam z niego bardzo dumna, bo nie daje sobie w kaszę dmuchać. Wiktor jak to Wiktor demonstrował jak zwykle, że jest najlepszy, ma najlepsze zabawki i w ogóle jest naj oraz miał jakieś fazy na zabranianie wstępu do poszczególnych pokoi. Piotr w pewnym momencie chciał przyjść do nas do salonu, a Wiktor zagrodził mu drogę i nie pozwalał przejść. Piotr zdecydowanym ruchem odsunął go na bok i oznajmił "nie możesz zabraniać mi iść do mojej mamy bo wszyscy pójdziemy do domu". Parę miesięcy temu by się po prostu rozpłakał. Brawo synu!