wtorek, 2 lipca 2013

jak ciężarówka przebalowała weekend :-)

Ostatnio weekend to w zasadzie jedna wielka impreza :-)
Piątek wieczór już od dawna zaplanowany był jako wieczór dla nas. Wychodne tak zwane. W kwietniu kupiliśmy bilety na koncert Carmina Burana, wyjątkowy bo na dziedzińcu Wawelu. Mój mąż jest wielbicielem tej kantaty. Ma kilka płyt z różnymi wykonaniami, więc kiedy dowiedzieliśmy się, że opera krakowska zagra trzy koncerty na Wawelu od razu oczy mu się zaświeciły. Piotruś miał zostać u teściów na noc, a my modliliśmy się by nie padało, bo w kasie uprzedzono nas, że koncert zostanie odwołany w razie deszczu. Niestety cały piątek w Krakowie był pochmurny. Po południu wprawdzie przestało mżyć, ale szare chmury nadal wisiały na niebie i niestety o 20.15 lunęło. A koncert zaczynał się o 21! Poszliśmy na Wawel, Maciek przekonany, że dowiemy się o jego odwołaniu, ale ja nie traciłam nadziei. Z powodów finansowych zresztą. Zakładałam, że scena będzie zadaszona i organizatorzy zrobią wszystko by widowisko się odbyło bo szkoda tracić 1/3 wpływów z biletów. I tak się stało. Dostaliśmy płaszcze przeciwdeszczowe i było REWELACYJNIE. Uprzedzono wprawdzie widzów, że jeśli opady przybiorą na sile to koncert dokończony zostanie w wersji oratoryjnej, bez choreografii jednak tancerze do samego końca dzielnie wytrwali. Byłam pełna podziwu.
W sobotą po południu umówiłam się ze szwagierką i jej synkiem Antosiem w parku po drzemce dzieciaków. Rano zadzwoniłam do teściowej, okazało się, że Piotrus świetnei się bawi, wstał bardzo wcześnie i doszłyśmy do wniosku, że w takim układzie wcześniej też zrobi się senny, więc najlepiej położyć go u teściów, a ja przyjadę po niego później i pojedziemy prosto do parku. Po telefonie położyłam sie jeszcze na chwileczkę i.... spałam do 11! Szok. Jak za dawnych dobrych lat. Potem rundka po sklepach budowlanych, bo zepsuła się nam dokumentnie bateria w zlewie kuchennym i szukamy czegoś porządniejszego.
Wieczorem znowu wychodne, tym razem już moje solo. Mój najlepszy przyjaciel, najbliższa mi osoba po Maćku, mieszkajacy w Barcelonie przyjechał do Polski na miesiąc i umówiliśmy się ze wspólnymi znajomymi. Mogę nie widziec go 1.5 roku tak jak teraz, a za każdym razem cuzje się jakbyśmy wczoraj skończyli liceum. Marcin obrobnił w Barcelonie doktorat z socjologii i mieszka tam od lat ucząc angielskiego, prowadząc prace badawcze i aplikując na przeróżne post-doki. Nie jest łatwo. Przez ostatnie pół roku mając dość pracy na czarno pracował na infolinii Axa, gdzie dzwonili głównie poszkodowani w wypadkach rugając go, wyzywając od najgorszych i wyładowując na nim swój stres. Opowiadał, że kiedy trafiła się trudniejsza sprawa wymagająca wykonania od niego kilku telefonów to najczęściej nawet nie miał jak jej załatwić bo non stop miał rozmowy przychodzące, które musiał przyjmować, a na koniec dnia wyzywany był od najgorszych.  Założył, że musi wytrzymac te pół roku by zyskać prawo do zapomogi, a następnie razem ze swoim chłopakiem wyjechali na 2 miesiące na farme ekologiczną pracować w zamian za mieszkanie i wyżywienie by odzyskać równowagę, uciec od wyścigu szczurów i przemyśleć swoje życie. Teraz przez miesiąc jest w Krakowie i pomaga ojcu odbudować zrujnowany warsztat, potem razem z Alessandro jadą na 3 tygodnie do Tybetu zrealizować swoje marzenia, a potem planują zatrzymać się na jakiś czas w Tajlandii i uczyć tam angielskiego.Zupełnie inny tryb życia niż mój. Słuchając go czułam się z jednej strony jak kosmitka z innej planety, a z drugiej nadal rozumiemy sie bez słów. Do domu wróciłam koło 4, bo jako osoba niepijąca zaofiarowałam się, że wszystkich odwiozę. Zjeździłam caluteńki Kraków, bo towarzystwo mieszka na 3 różnych końcach miasta :-) W niedzielę grill u nas.
Niedziela to znowu impreza. Tym razem urodziny sąsiada, 5-letniego Wiktora. Trochę nie dopisali goście. Jedni wyjechali na wakacje, drugim przesunął się mecz i ostatecznie byliśmy tylko my, dziadkowie i dwójka kuzynów. Piotruś fajnie się bawił i byłam z niego bardzo dumna, bo nie daje sobie w kaszę dmuchać. Wiktor jak to Wiktor demonstrował jak zwykle, że jest najlepszy, ma najlepsze zabawki i w ogóle jest naj oraz miał jakieś fazy na zabranianie wstępu do poszczególnych pokoi. Piotr w pewnym momencie chciał przyjść do nas do salonu, a Wiktor zagrodził mu drogę i nie pozwalał przejść. Piotr zdecydowanym ruchem odsunął go na bok i oznajmił "nie możesz zabraniać mi iść do mojej mamy bo wszyscy pójdziemy do domu". Parę miesięcy temu by się po prostu rozpłakał. Brawo synu!

2 komentarze:

  1. Super weekend!
    Ale najbardziej super Syn :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. uwielbiam Carminę Buranę! byliśmy na tym pół roku temu w Dortmundzie:)

    co do spotkań towarzyskich. też mam takich znajomych, co jeżdżą do Tybetu, są weganami, mają artystyczne zawody itp. zawsze jak się spotykamy jest świetnie, aczkolwiek moje poukładane życie wydaje się dziwnym przy ich trybie ;) a może nudne? ale nieważne jak się "prowadzisz" grunt, ze jesteś w tym szczęśliwy. i w myśl tej zasady funkcjonuje nasz przyjaźń.

    i brawo dla Synka za dzielność!

    OdpowiedzUsuń