poniedziałek, 8 lipca 2013

odzyskany spokój, odzyskane wieczory + foto

Będę szczera. Maj i czerwiec to były bardzo kiepskie miesiące w naszych relacjach z synem choć działo się tyle fajnych rzeczy - urodziny, wakacje nad morzem. Powrót buntu dwulatka, tyle że w wersji do sześcianu i to z dnia na dzień. Pisałam o tym. Krzyki, histeria, wariactwa. Momentami miałam serdecznie dość, zwłaszcza w ciąży. Czas spędzany z synem przestał mnie cieszyć..... Do tego zasypianie...
Z zasypianiem to była taka historia.
Piotrek bardzo dobrze śpi w nocy, głęboko, bardzo rzadko się wybudza. W rodzinie męża krążą takie super geny, i mąż i jego brat i butelkowy Piotrek i Antek praktycznie wyłącznie na piersi, wiszący na niej w dzień  przez 6 miesięcy przesypiali całe noce od 2-3 miesiąca życia (to daje mi nadzieję na przyszłość ;-). Tak że noce super. Z usypianiem też przez ponad półtora roku nie było żadnego problemu. Od razu zaznaczam, że nie czuję potrzeby spania z dzieckiem (poza jakaś sporadyczną drzemką w ciągu dnia, wyjazdami czy chorobą)  i jak nadmieniłam w poprzednim poście jestem rasową egoistką pod względem potrzeby przestrzeni dla siebie ;-) Piotrek w każdym razie od urodzenia był odkładany do łożeczka zanim usnął i spokojnie w nim zasypiał bez naszej asysty, również po przeprowadzce do własnego pokoju. Nie było z tym najmniejszego problemu. Mleko, ząbki, bajka i spać. Kiedy miał niecałe dwa lata system się posypał. Wszysko rozeszło się o łożeczko i jego zapędy kaskaderskie. Niestety mieliśmy łóżeczko z opuszczanym bokiem zamiast wyjmowanych szczebelków (błąd błąd i jeszcze raz błąd!). Piotrek zaczął wyłazić górą i nawet po opuszczeniu boku było to niebezpieczne. Musieliśmy bok całkowicie odkręcić i przez miesiąc z hakiem, zanim nie dostał normalnego łóżka z ogranicznikiem spał w w takim niemowlęcym otwartym, a obok leżała góra kołder i poduszek amortyzujących ewentualny upadek. Wtedy zaczęłam przy nim siedzieć aż zaśnie, bo przed snem dość mocno sie kręci. Syn niestety nie wiem kiedy przyzwyczaił się do tego i zaczął ostro protestować przed wychodzeniem z pokoju, pojawił się lęk przed ciemnością, mój mąż często wyjeżdżal w delegacje i suma sumarum rozpoczął się mój etat pełnowymiarowego usypiacza wieczornego. Nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi o to, że było to dla mnie nieprzyjemne. Pokój Piotrka jest najbardziej kameralnym pomieszczeniem w całym naszym domu, sąsiedzi daleko, cisza, buczenie lądujących samolotów, latem żaby kumkajace w stawie. W sumie to relaksujące posiedzieć tak sobie w ciemności. Sęk w tym, że padnięta po całym dniu coraz częściej zaczęłam z Piotrkiem zasypiać. Na krześle, bo wtedy przynajmniej budziłam się przed północą, jakbym się z nim położyła to prawdopodobnie obudziłabym się rano nieumyta, w przepoconym ubraniu i bez szans na ranny prysznic bo czasu za mało. Piotrek coraz więcej czasu potrzebował na wyciszenie. Bez problemu zasypiał z tatą czy babcią gdy mnie nie było, ale jeśli tylko wiedział, że jestem gdzieś w domu nie było o tym mowy - mama i koniec. Najwcześniej wychodziłam z jego pokoju o 21.30, a zwykle przysypiałam i budziałam się połamana na tym krześle, zgięta wpół około 23 lub później. Dodam jeszcze, że wracam z pracy o 18, jeśli odbieram Piotra od opiekunki to zanim razem dotrzemy do domu jest prawie 19, więc siłą rzeczy ten czas przed kąpielą i spaniem przeznaczaliśmy dla siebie, a nie na prace domowe bo niby kiedy? Jeśli mąż wieczorem był w domu to budził mnie o tej 22, ale czasem sam tracił poczucie czasu, albo byłam sama, wychodziłam z sypialni Młodego półprzytomna,  połamana i zła przed północa, wściekła, że jeszcze tyle rzeczy jest do zrobienia, że znowu kolację będę jeść po północy i nie położę się przed 2 i miałam tego coraz bardziej powyżej uszu. Nawet umawianie się na głupi telefon z przyjaciólką trwało kilka dni nie mogłam się umówić bo zwykle budziłam się gdy ona już spała. Zrobiliśmy z mężem kilka podejść w kwestii nauki ponownego samodzielnego zasypiania, ale kończyły się mega histerią i odpuszczaliśmy. Coraz bardziej mnie to martwiło ze względu na Okruszka. Czułam, że musimy się tym zająć jak najszybciej, bo kiedy Okruch sie urodzi i będę go karmić piersią to naprawdę wieczorem się nie rozdwoję i Piotrek po prostu będzie musiał zasypiać z tatą lub sam, albo skończy się na wspólnym spaniu w sypialni czego chcę uniknąć i jeśli nie zadziałamy wcześniej to skojarzy tę zmianę z pojawieniem się brata i nastawi do niego negatywnie. Planowałam to od początku ciąży, ale najpierw byłam mega zmęczona, potem odkładałam to na "poświętach", potem na "pourodzinach" potem "po wakacjach" aż w końcu gdy w środę 3 lipca po raz kolejny obudziłam się w mega niewygodnej pozycji na krześle o godzinie 23.40 powiedziałam DOŚĆ.
I wiecie co? SURPRISE! Nastawialiśmy się na trudne kilka tygodni. Zwłaszcza w kontekście ciężkiego okresu, który przechodziliśmy, ale to już 6 miesiąc ciąży i czas naglił. A tutaj kompletne pozytywne zaskoczenie. W czwartek 4 lipca wrócił mój kochany słodki mądry synek. Tak po prostu przestał histeryzować i znowu zaczęliśmy się normalnie po ludzku dogadywać. Nauka samodzielnego zasypiania, o ile można nazwać to nauką trwała jeden wieczór. Pogadałam z nim, zostawiłam włączone światło na korytarzu, półotwarte drzwi i wytłumaczylam, że idę na dół wyprasować ubrania i wziąć prysznic. Przez pierwszy wieczór trochę marudził ale bez płaczu i Maciek do niego chodził. Drugiego nie było problemu. Trzeciego sam mnie pożegnał i obrócił do ściany. W niedzielę to samo. Nie zawołał mnie ani razu choć drzwi do jego pokoju były dość szeroko otwarte a my nie zachowywaliśmy się jakoś specjalnie cicho. Robiliśmy to co zwykle - rozładowywanie zmywarki, rozmowy. Jestem w pozytywnym szoku. Czuję sie jakbym odzyskała wolność. W piątek o 22 mieliśmy ugotowany obiad na sobotę, zrobione pranie, wszystko poprasowane, dom ogarnięty, kolacja na stole a my wyprysznicowani mieliśmy chwilę czasu dla siebie. Dla mnie to bardzo dużo i ogromnie mi tego brakowało, tych 2 godzin wieczorem na relaks, prace lub naukę, a za kilka miesięcy w kontekście Okruszka - na wszystko czego nie da się zrobić przy niemowlaku.
Poza tym wspaniały, spokojny weekend z uśmiechniętym Piotrem, tak bardzo mi tego brakowało, takich spokojnych radosnych chwil zamiast awantur i walki o wszystko. W sobotę Maciek pracował, a my wybraliśmy się najpierw do Muzeum Lotnictwa, a potem do Ogrodu Doświadczeń, w międzyczasie drzemka w samochodzie i pizza na obiad. Piotrkowi bardzo się podobało, dorósł do tego miejsca bo rok temu niewiele rozumiał i trochę się nudził. Mnie najbardziej podobało się wejście do kalejdoskopu. Posiedzielibyśmy tam dłużej, ale wygnał nas skwar. Wyjeżdżaliśmy z domu w mżawce, muzeum zwiedzaliśmy w kurtkach i kaloszach bo padało, a potem ni stąd ni zowąd zaskoczył nas upał, a my w dżinsach. W niedzielę próba rodzinnego wyjścia do kościoła. O moim stosunku do sprawy pisałam już tu Wybraliśmy z Maćkiem kościól w mieście żeby można było iśc z dzieckiem na spacer gdy się znudzi i ku naszemu zdumieniu Piotrek, który jeszcze niedawno nie chciał w ogóle wejść do żadnej świątyni, wytrwał w dobrej kondycji do końca kazania. Wprawdzie zatykał na początku uszy, bo generalnie nie gustuje w organach i kościelnych śpiewach, ale było OK. W pewnym momencie spytał tatę na cały głos : "tato a widziałeś prawdziwego Jezusa????". Połowa kościoła lała ze śmiechu :-) Po mszy rodzinne lody i do domu, bo na 15 zaprosiliśmy znajomych na grilla. Było miło. Moja przyjaciółka zajęła sie zaprowiantowaniem w mięsiwo i najedliśmy się pysznych kiełbasek i karkówki, a Piotrek jeździł autkiem, budował z desek i kamieni, rysował kredą po naszym pseudo-skalniaku i do wieczora byl w szampańskim humorze. Naprawdę jestem przeszczęśliwa, że minął ten trudny okres, może skok rozwojowy, i znowu jest jak kiedyś. Kiedy zbieraliśmy się do domu autko na którym jeżdził było całe brudne, więc nie pozwoliłam zabierać go na górę zanim go nie umyję i wysuszę. Jeszcze tydzień temu byłaby z tego powodu afera z leżeniem na podłodze, wyciem i innymi cudami na kiju, a wczoraj spokojnie synkowi wytłumaczyłam, że kiedy tylko silnik wystygnie umyję dokładnie koła i karoserię i rano będzie niego czekało przed pokojem a on to zaakceptował bez problemu. Moża to takie nic, ale dla mnie tak wiele :-)

Kilka fotek.
Powolutku montują się nasze balustrady i miejmy nadzieję, że w sierpniu będziemy mogli jeść posiłki na tarasie. Balustrady zostaną obłożone od spodu przeźroczystym plexi dopóki dzieci są małe ze względu na otwory. Tylko takie jednak pasowały do naszego domu. Metalowe odpadły w przedbiegach zaś pionowe odpowiednio gęsto ułożone bardzo zeszpeciłyby dom, co było doskonale widoczne na symulacjach. Jego ozdobą jest stolarka ze szprosami w bardzo ładnym naszym zdaniem kolorze komponującym się z dachówką. Dom jest na wysokiej piwnicy, więc patrząc z doły gęste balustrady kompletnie ją przysłoniłyby i zepsuły cały efekt, zaś od wewnątrz zasłoniłyby piękny widok na stawy rybne.

Lokum Okrucha w 23tc. Masakra, brzuch na początku 6 miesiąca mam jak pod koniec siódmego z Piotrem. Przez ostatnie 2 tygodnie tak urósł.

Malowanie skały kredą.
Mistrzu z lodami.
Ogród Doświadczeń








8 komentarzy:

  1. Wiesz, że czasem nawet dorosli mają problemy z usypianiem? Dzieciom sie zdarzają takie okresy, że wola towarzystwo. :)
    U nas ostatnio było tak, że Mała zasypiała ponad 2 godz, w końcu uruchomiłam maszynę zwaną wózkiem :)
    A od wczoraj znowu luz, zasypianie w 15 min :)
    Akurat u nas łózko pojawiło się dośc wcześnie, bo Zuzka nie miała nawet 1,5 roku ale to był luksus.... ten sen bez dziecka :PPPP
    Ja Cie rozumiem w 100%, chociaz teraz sama śpie z Małą bo ona tego potrzebowała po chorobie. Ja nie lubię spac z kimś, z dzieckiem w dodatku czuwam czy sie nie rozkrywa... no masakra :P

    Gratuluje tak szybkich postepów i oby bunty was juz nie nawiedzały :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja wiem i rozumiem, że czasem tak bywa. Spałam z Piotrkiem gdy miał gorączkę, gdy był pobudzony na wakacjach. Ale siedzenie cały wieczór przy łóżku gościa, który naprawdę nie jest już malutkim dzieckiem od roku to przesada jak dla mnie, nocny tryb życia zaczynał się odbijać na moim zdrowiu, relacjach z mężem i otoczeniem (niewyspanie i rozdrażnienie) i pracy. Nie mam nic przeciwko, że czasem w nocy do nas przychodzi i śpi do rana, ale to nie jest reguła.
      Bunty na pewno będą ;-)

      Usuń
  2. Ten ogród doświadczeń to chyba super sprawa...

    Balustrady... mam baaardzo podobne :D Z braku laku i finansów wyłożone od środka siatką (przeciw kretom bodajże ;)) :D

    Moja córka też zasypia we własnym pokoju, we własnym łóżeczku (z wyciętymi szczebelkami). Przed świętami dostanie "dorosłą" pościel i przeniesiemy ją na rozkładaną rogówkę, którą ma w pokoju.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja akurat jestem zwolenniczką odpowiadania na potrzeby dziecka. To oczywiscie nie znaczy że trzeba dać się terroryzować i ulegać za kazdym razem kiedy dziecko mówi "tylko mama a nie tata!" (lub na odwrót), ale uważam że akurat obecność rodzica przy zasypianiu nie jest jakims widzimisie. Może wynika z tęsknoty dziecka, z potrzeby bliskości (absolutnie rozumiem że po pracy, zwłaszcza teraz jesteś strasznie zmęczona, ale może Piotrek po całym dniu jest za Tobą bardzo stęskniony?), bywa że na różnych etapach rozwoju pojawiają się u dzieci jakieś lęki (zwłaszcza że Piotrek jest w sytuacji pojawiających się zmian które też może odreagowywać lękami, nadpobudliwoscią itd).
    Dobrze, że udało Wam się dogadać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Totez odpowiadalam na te potrzebe ponad rok :-) ale za chwile pojawia sie potrzeby Okruszka, ktore bede musiala zaspokoic i to bylo nie do pogodzenia. Mysle ze gdyby bylo cos nie teges Piotr by teraz protestowal tak jak poprzednio a przyjal to spokojnie, wiec wyglada na to ze po prostu dojrzal.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestes madra Mama, wiesz?
    Ladny macie domek, podoba mi sie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Trafiłam do Ciebie i wysyłam zaproszenie :)

    OdpowiedzUsuń