piątek, 30 sierpnia 2013

ciąża-ostatnia prosta i pierwszy tydzień na zwolnieniu

Dzisiaj skończyłam 30 tydzień ciąży. Jestem w szoku jak ten czas leci.
Przede mną jakieś 7 tygodni w przypadku planowej cesarki i 7 do 12 jeśli będę rodzić naturalnie, myślę, że w tym drugim przypadku nie więcej niż 9 jednak (Piotrek urodził się w 39tc). Jednym słowem nastawiam się na przedział między 19 października a 1 listopada. 4 września mam USG, zobaczymy czy Tomiś się odwrócił, mam wrażenie, że tak ale na 100% pewna nie jestem. Potem pod koniec września ocena stanu blizny po cesarce i decyzja co z porodem. Ja czasem czuję, że urodzę teraz zaraz. Młody rozpycha się jak szalony, brzuch twardnieje raz mniej raz bardziej, napiera na wszystko tak, że momentami tak mnie wszędzie kłuje, że trudno mi chodzić. Weekend pod tym względem był koszmarny, potem do czwartku czułam się w miarę, a dzisiaj znowu nie za bardzo. Jestem stworzona do chodzenia w ciąży przez 6.5 miesiaca, nie dłużej ;-) III trymestr bardzo daje mi się we znaki, również jeśli chodzi o nastroje.
Za mną pierwszy tydzień na zwolnieniu. Czuje sie z tym trochę dziwnie. Brakuje mi rozmów z ludźmi w realu. W czwartek podjechaliśmy z Piotrem przy okazji na chwilę do pracy i czułam się tak jakbym nie była tam od co najmniej pół roku. Trudno mi przestawić się na domowy tryb, ale wiem, że trzeba - już nie te siły i nie te możliwości. Przykro mi, że nie mogę zbytnio spędzić z Piotrkiem czasu tak jak on lubi, że dużo oglądamy bajek, że po 15 minutach jazdy autkami po podłodze jestem obolała, że gra w piłkę polega na tym, że siedze na krześle i odbieram podania. Piotruś jednak jest cudowny w tym wszystkim. W tym tygodniu mój syn robił za aniołka niemalże. Był wyrozumiały dla mnie, ciagle próbował pomagać, wynajdywał sobie zajęcia gdy nudziło go stacjonarne spędzanie czasu ze mną. Kochany był po prostu.
Za nami tydzień adaptacyjny w przedzkolu. Oto mój dorosły syn :-)
Trochę boję się zapeszyć, ale chyba jest dobrze. Rzecz jasna ciężko wyrokowac na podstawie kilku 2-godzinnych pobytów z mamą w tle, ale póki co uspokoiłam się trochę. Piotr oczywiście z góry na dół ignoruje zabawy muzyczne w kółeczku etc, tak już ma, ale muszę brać poprawkę na fakt, że w adpatacji brały udział zarówno dzieci idące do grupy maluszków jak i nowi członkowie średniaków tak jak on i żę te zabawy były bardziej dostosowane do tych młodszych i zwyczajnie go nudziły. Nie było problemu z wejściem do budynku, rozebraniem się, po prostu szedł do sali, wybierał sobie zabawkę i się nią zajmował lub szalał na palcu zabaw anelkując panią Patrycję. Prawdę powiedziawszy mi bardziej do gustu przypadła pani Dorotka, ale Patrycja też jest OK. Afery były dwie. Jedna dotyczyła fartuszka do malowania. Piotrek nie cierpi takich fartuszków z rękawami. W czwartek chętnie usiał do stołu z dziećmi i chciał malować, ale kategorycznie odmówił zalożenia fartuszka, obraził się i wrócił do autek. Podejrzewałam, że tak się skończy. On jest trochę nadwrażliwy dotykowo, muszę mu wycinać wszystkie metki z ubrań, twierdzi, że nie lubi tych fartuszków bo sa nieprzyjemne, szeleszczą i jest mu gorąco. W domu do malowania zakładam mu zwykłą bawełnianą bluzę, którą przeznaczyłam na straty, a gdy było gorąco malował po prostu w samych majtkach. Za radą Kropki kupiłam mu dzisiaj w Biedronce fartuszek bez rękawów i w poniedziałek zaniosę go do przedszkola razem z tą domową bluzą do malowania. Poproszę by panie mu to zakładały. Druga afera dotyczyła resoraka, który uparł się zabrać ze sobą we wtorek i którym chciał pobawić się inny chłopiec.
Tak w ogóle to z 5 dni adaptacji zrobiły nam się 3. W środę na zajęcia nie dotarliśmy. Pół godziny przed wyjściem zastałam taki widok no i pozamiatane.....
Dzisiaj podobnie. O 14 miał być teatrzyk. Po drodze chciałam wstąpić do Biedronki po ten fartuszek, więć droga wydłużyła nam sie o 15 minut i Piotr usnął w aucie. Nie było sensu go budzić, zwłaszcza, że podejrzewałam, iż teatrzyk raczej nie przypadnie mu do gustu - to jest teatr jednego aktora, wybrałam się z nim już na trzy takie spektakle i za każdym razem był płacz, więc może to lepiej.
W przyszłym tygodniu Piotr zostanie w przedszkolu sam. Plan jest taki, że od sniadania o 8.30 do około 11, czyli będę odbierać go przed obiadem, chyba, że będzie chciał zostaćdłużej sam z siebie. Potem wydłużę mu czas do obiadu, czyli 13, a docelowo chciałabym by spędzał tam czas tak do około 15-15.30 (chyba, że maż będzie w delegacji a ja będę musiała coś załatwić póżniejszym popołudniem). Dzięki zwolnieniu i potem urlopowi macierzyńskiemu nie musi przynajmniej do maja spędzać w przedszkolu czasu do 17.30 (chyba, że będzie sam chciał). Na razie widzę to tak, że 15 to będzie dobra godzina. Wątpię by odbył drzemkę w przedszkolu w godzinach ich czasu relaksu, bo to dla niego za wcześnie, więc o 15 będzie padał, dokładnie tak jak jak zasnął na podłodze w środę. Widzę więc, że jeśli męża nie będzie jeszcze wtedy w domu (a w 90% nie będzie) to odbierając go razem z młodszym bratem będę musiała od razu szybko wracać do domu zagadując go by nie usnął w samochodzie. Inaczej klops. On będzie spał w garażu, więc będę musiała z nim w samochodzie siedzieć (z domu garażu nie widzę i nie słyszę co się w nim dzieje, a niania elektroniczna nie ma zasięgu bo to ziemianka), a jednocześnie trzeba będzie coś począc z cieplej ubranym niemowlakiem, który zapewne będzie się mocno denerwował w stojącym pojeździe. Tak samo nie ma raczej mowy o jeździe do parku po przedszkolu bo skończy się tak samo, będziemy musieli z Tomisiem czekać aż Piotr się prześpi. W sumie i tak zimą ściemnia się wcześnie, więc strata niewielka. Zamierzam też porozmawiać z paniami czy jest możliwość wzięcia do domu obiadu na wynos. Piotr na pewno o 12.30 nie zje dwóch dań, a skoro płacę za posiłki to szkoda by drugie danie sie zmarnowało.
No ciekawa jestem jak to będzie. Przeczuwam, że w przyszłym tygodniu nie powinno być większych problemów z zostaniem na krótko, schody zaczną się gdy pobyt zacznie zahaczać o porę zmęczenia w środku dnia i obiad. Może być też tak, że Piotrek pozytywnie podszedł do zajęć adaptacyjnych ze względu na to, że odbywąły się po południu a on, co tu ukrywać, był trochę znudzony przedpołudniem ze mną i jawiły mu się one jako atrakcja. Gdy minie ten urok nowości, gdy stwierdzi, że w domu ma jednak więcej i fajniejsze resoraki etc to zacznie się bunt na pokładzie. Cóż - pożyjemy zobaczymy


poniedziałek, 26 sierpnia 2013

adaptacja przedszkolna dzień pierwszy i mężowskiej emigracji wewnętrznej ciąg dalszy

 Pierwsze koty za płoty. Szafkę i znaczek juz mamy. Ze strażą pożarną ofkors.
Jak było? Nienajgorzej, ale ten tydzień naprawdę nie jest decydujący, bo rodzice są obecni. Obawiałam się, że Piotrek nie będzie chciał w ogóle wyjść do przedszkola. Adaptacja jest po południu, więc musiałam mądrze wycyrklować plan dnia wcześniej. On gdy jest w domu nie śpi już w dzień, ale ma trudniejszy okres w środku dnia, akurat gdy mielibyśmy się zbierać do wyjścia. Śpi w zasadzie tylko w samochodzie. Zabrałam go więc na spacer, na plac zabaw - miło, ale bez nadmiernej ilości atrakcji by nie był zbyt zmęczony, przespał się trochę w samochodzie, zjadł obiad i w sumie bez szemrania ubrał sie i wyruszyliśmy.

Piotrek przedszkole dobrze zna, byliśmy tam wielokrotnie na dniach otwartych i festynach rodzinnych. Pierwsza grupa to dzieci w wieku 2-3.5 roku. Zwykle jest pół na pół, dwie panie i dzieci razem fajnie współpracują - częściowo bawią się w podgrupach, częściowo młodsze uczą się od troche starszych, a starsze muszą wykazać sie opiekuńczością w stosunku do młodszych. W tym roku tak się złożyło, że oprócz Piotrka, wszytskie dzieci z nowego nabory mają między 2 a 2.5 roku. Piotrek mówiąc kolokwialnie olał je z góry na dół, nie chciał uczestniczyć w przywitaniu w szatni, nie interesowała go kompletnie wędrowka z wężem i zwiedzanie przedszkola tylko poszedł od razu do sali średniaków i zaczął bawić się garażem. Gdy przyszły dzieci z adaptacji i zaczęły się zabawy na poziomie takich maluchów najpier je ignorował, a potem sie złościł, zę próbowano go w nie zaangażować. Znam to zachowanie az nadto dobrze. Tak samo było na zajęciach z Kreatywki, które go nudziły. Za to na placu zabaw wyraźnie się ożywił i zapałał sympatią do pani Patrycji z grupy średniaków, radośnie się z nią bawił, wręcz ją anektował. Generalnie nie był w żaden sposób onieśmielony przedszkolem, raczej poirytowany tym, że nie ma towarzystwa w swoim wieku i że proponowane zabawy są nudne. Rozmawiałam z dyrektorką i zasugerowała by umieścić go w takim razie w drugiej grupie gdzie są dzieci w wieku 3.5-4.5 roku (Piotrek skończy 3.5 roku pod koniec listopada). Musiałby trochę równać do starszych, ale intuicja mi mówi, że przebywanie z maluchami to kiepski pomysł, znudzi się, zniechęci i nie będzie chciał przychodzić w ogóle do przedszkola.Myślę, że tak zrobimy.
Tacie po powrocie opowiadał, ze w przedszkolu mu się podobało, że lubi panią Patrycję, gdy pociagnęłam go za język stwierdził, że mogę w przysżłym tygodniu iść do pracy (taka wersja oficjalna dla niego), a on zostanie z panią Patrycją i bedzie się bawił. Zobaczymy co z tego wyjdzie.

Mąż niestey nadal przebywa na emigracji wewnętrznej. Na weekend pojechał w Gorce na Gorcstok czyli śpiewanki turystyczne na polanie pod Turbaczem. Proponował, że zabierze ze sobą Piotra i to był generalnie bardzo dobry pomysł, ale z uwagi na jego stan psychiczny stwierdziłam, że lepiej jednak gdy pierwszy wyjazd pod namiot odbędzie sie z dwójką rodziców. Za rok poprosimy babcię by została na jedną noc z Tomisiem i pojedziemy we trójkę. Głównie chodziło mi o to, że Maciek bardzo lubi takie wieczorne posiadówki przy ognisku i spiewanie, zwykle go to relaksowało i odstresowywało, a nie byłam w stanie przewidzieć jak zachowa się Piotrek, czy Maciek nie będzie musiał spedęić całego wieczora z nim w namiocie. Ja takich śpiewów nie lubię więc gdyby nie ciąża chętnie bym pojechała i się nim wieczorem zajęła. Poza tym bałam się zimnej nocy w góry i przeziębienia akurat na adaptację przedszkolną. Mąż jednak nie odstresowął się zbytnio, nadal jest nieobecny duchem i przygnębiony z małymi przerwami i ma nadzieję, że do niedzieli mu przejdzie bo mamy wtedy rocznicę ślubu!

 Weekend spędziłam wiec z Piotrem, a sobotę dodatkowo z moją przyjaciółką, która przyjechała na obiad  i została do późnego wieczora, bardzo mnie odciążyła, wybawiła się z Piotrkiem porządnie :-) W niedzielę zaś po raz enty wybralismy się do Ogrodu Doświadczeń.

Dzisiaj zaś przed przedszkolem Piotr uskuteczniał wspinaczkę, czyli to co lubi najbardziej oprócz samochodów, maszyn budowlanych i klocków.




czwartek, 22 sierpnia 2013

trochę smutów, żalów i o weekendzie

Nienajlepiej znoszę większe zmiany. albo inaczej - kiepsko znoszę czas oczekiwania na duże zmiany w moim życiu. Wolę działać niż czekać. Czekanie mnie wykańcza. Być może stąd mój fatalny nastrój od niedzieli wieczorem.
Jutro mój ostatni dzień pracy do maja/czerwca 2014 lub dłużej. Od poniedziałku L4 i początek adaptacji przedszkolnej. Zupełna zmiana mojego trybu życia. Bardzo stresuje się tym przedszkolem. Przez tydzień mamy przychodzić razem na 2 h dziennie, od września mam nadzieję, że Piotrek da radę zostawać tam stopniowo beze mnie na godzinę, dwie, coraz dłużej. Nie martwię się rozstaniem z nim. Wróciłam w końcu do pracy gdy skończył 7 miesięcy. Martwię się jak on się tam zaaklimatyzuje, jak da sobie radę. Do tej pory otrzymywał mniej lub bardziej indywidualną uwagę. Mam nadzieję, że polubi panie, że ktoś lub coś go nie zrazi. On ma takie fazy, że odmawia wejścia gdzieś lub zrobienia czegoś i dopiero po pewnym czasie tłumaczy o co mu chodziło, trudno wyciągnąć od niego przyczynę od razu by jakoś zaradzić, wytłumaczyć, rozwiać obawy. Uparciuch. Na przykład odmawia wejścia do Lidla, do innych sklepów wchodzi bez problemów, do Lidla nie i nie potrafi powiedzieć dlaczego.
Martwię się tym i stresuję też ze względu na siebie. Źle się czuję fizycznie. Często twardnieje mi brzuch. Nie daję rady za długo chodzić, ruszać się. Powinnam więcej leżeć i odpoczywać. W pracy siedzę, pracuję głową i fizycznie odpoczywam. Od jutra to się zmieni. Cały czas poza pobytem Piotrka w przedszkolu do wieczora spędzać będę z synem i w tym momencie jest to dla mnie bardzo wyczerpujące fizycznie. Nie dam rady iść z nim na rower czy dłuższy spacer, nie dam rady bawić się z nim tak jak on lubi (wyścigi, wspólny taniec, jeżdżenie autkami po podłodze). Piotr ma aktualnie focha na zajęcia plastyczne, ciastolina zajmuje go na chwilkę, książki lubi czytać wieczorem, więc gdy nie wyrabiam fizycznie a jestem sama z nim puszczam mu bajki. Niepedagogicznie, zdaję sobie z tego sprawę, ale momentami jest mi tak słabo i tak kiepsko się czuję, że nie widzę innego wyjścia zwłaszcza gdy Młody odrzuca moje propozycja spokojniejszych, stacjonarnych zajęć. Muszę też myśleć o Tomku i sobie. Im szybciej, łatwiej, lepiej Piotrek się zaadaptuje w przedszkolu, im więcej czasu będzie w nim spędzał tym więcej atrakcji będzie miał w ciągu dnia, tym łatwiej będzie mi umówić się na KTG czy do lekarza, zrobić badania, odpocząć trochę i mieć siłę dla niego po odebraniu z placówki. Bardzo boję się tych ostatnich dwóch miesięcy ciąży. Bardzo.
I jeszcze tak zupełnie egoistycznie powiem, że dziwnie smutno mi iść na to zwolnienie. Nie mieć możliwości pogadania chwilę w ciągu dnia z ludźmi z pracy. Nie mieć odskoczni od domu. Nie jestem typem kobiety domowej. Gotowanie i takie tam nudzą mnie śmiertelnie. Będzie mi bardzo brakowało tej odskoczni, przynajmniej do porodu bo potem to wiadomo - przez pewien czas pewnie nie będę miała nawet czasu zastanowić się jaki mamy dzień tygodnia.Z drugiej strony we wrześniu zaczyna się sezon. Latem było spokojnie. W sezonie pracy jest bardzo dużo, więc to dobry moment na zwolnienie - kończę 7 miesiąc ciąży i pozamykałam wiele spraw, a te bardziej skomplikowane jeszcze się nie rozpoczęły. Przekazuję pałeczkę z w miarę czystą kartą. Nie lubię zostawiać w połowie rozgrzebanych tematów. Nie da się tego na moim stanowisku uniknąć, ale te, których nie dokończyłam nie są zbyt skomplikowane, więc daje mi to swoistą satysfakcję, że wszystko "posprzątałam" jak umiałam.
Mam nadzieję, ze ten nastrój prędko minie bo chodzę zdenerwowana, wkurzona albo płaczę. Nie lubię siebie takiej. Na pewno przyczyniają się do tego różne problemy i problemiki, finansowe i inne które na nas spadły. Mój mąż od powrotu ze wsi w niedzielę ma doła. Smutny lub zły. Zwija się w kulkę jak jeż, wyolbrzymia pewne sprawy i rani. Rani tym bardziej, że jestem w tym momencie bardzo podatna na ukłucia, boli tym mocniej, że od jutra będziemy de facto skazani na swoje towarzystwo. Do tej pory w takich chwilach gdy on udawał się na emigrację wewnętrzną usuwałam się w cień, zajmowałam swoimi sprawami, przeczekiwałam. Tak było dobrze. Od jutra zaczynam bardziej domowe życie i jest to dla mnie strasznie trudne. Zero odskoczni. Nawet fizycznie ciężko mi gdzieś wyskoczyć z domu bo brzuch twardnieje, najlepiej mi gdy siedzę lub leżę. Może do czasu porodu ktoś wpadnie, może raz czy dwa z kimś się spotkam, ale tak to już raczej dom, przedszkole, lekarz. Jestem wściekła na niego za atmosferę przygnębienia jaką wytworzył w domu. Bawi się z Piotrkiem, a potem zamyka w pokoju i gra. Zawsze to robi gdy się martwi lub boi. Czy wspominałam, że nienawidzę gier komputerowych, a zwłaszcza strzelanek? No nienawidzę. Przeraża mnie do jakiego stopnia potrafią człowieka wciągnąć tak ze zapomina o bożym świecie. Mój mąż był od nich uzależniony. Chodził na terapię. Przez te cholerne gry o mało nie rozpadł się nasz związek. Teraz gra raz na jakiś czas. Nie ma już ciągów 2-tygodniowych gdy mieszkając z nim w kawalerce widziałam de facto tylko jego plecy przed komputerem, a rozmowa ograniczała się do kłótni późnym wieczorem gdy spać nie dawał mi migający ekran monitora i w kółko słyszałam "zaraz" na pytanie kiedy skończy. Te czasy już na szczęście za nami, ale gdy widzę teraz jak siedzi z nosem wlepionym w ekran, kompletnie nieobecny to jeśli akurat bardzo go potrzebuję wracają złe wspomnienia, ogarnia mnie złość i smutek, że migające piksele są ważniejsze od żony. Gdy go o coś zapytam czy poproszę po dłuższej chwili odwraca w moją stronę nieobecny wzrok i zadaje suche pytanie, którego nienawidzę: "o co chodzi?". W takich chwilach jest robotem bez emocji. A ja teraz potrzebuję uśmiechniętego ciepłego faceta. A mam robota i pewnie jeszcze przez kilka dni tak będzie. Najchętniej bym wyszła z domu i pojechała gdzieś na kilka dni ale nie mogę. Że też taki moment wybrał sobie na chandrę!
Zdaję sobie sprawę, ze to co piszę jest strasznie egoistyczne, że piszę o sobie, o swoich potrzebach i wiecie co? Mam to gdzieś. Taki czas. Jest mi źle. Zwłaszcza, że nastrój zmienił mu się jak zwykle nagle po naprawdę fajnym weekendzie. Nie cierpię takich huśtawek. Nie mam jak mu pomóc. Wsparcia emocjonalnego ode mnie w tym momencie nie chce. Finansowo w tym momencie niewiele zdziałam, za 2 miesiące będę dostawała z ZUS marne grosze. Fizycznie nie mogę mu pomóc. Wręcz dokładam mu obowiązków ze względu na moje ograniczenia  ciążowe.
Jest do dupy chwilowo.

Żeby nie było już tak do końca pesymistycznie garść fotek z długiego weekendu.

W czwartek - prace obok domu.

 Na wsi - zabawa z kotami. Pierwszy raz Piotrek tak długo i z taka radością bawił się ze zwierzętami. Do tej pory odnosił się do nich przyjaźnie ale z dużym respektem.
 Baranów Sandomierski
 Pomoc cioci w myciu auta
 Z prababcią.
 Jak to w podkarpackim - placki ziemniaczane z twarożkiem i cebulką.
 Niezniszczalny Wader
 Dynia też służyła za piłkę
Kota można było głaskać
 Wozić w wózeczku, którym bawiły się wszystkie wnuki mojej babci ze mną włącznie, a teraz prawnuki (kot sam do wózka wskakiwał)
 Huśtać
 Można pomagać w naprawie traktora
 Trójkąt ostrzegawczy zawsze dobrze mieć przy sobie
 Jeszcze raz Baranów Sandomierski
 Zamyślony
 Najlepsza na świecie huśtawka z opony
 Na której można huśtać ciocię
 Chwila wspólnego rysowania rewelacyjnymi kredkami z Biedronki

niedziela, 18 sierpnia 2013

FUCK!!!!!!!!

Rozwaliłam wczoraj szybkę w moim służbowym samsung galaxy S III. Po prostu wypał mi z kieszeni na chodnik. Szybka cała w rysach, potrzaskana. Muszę na własny koszt ją wymienić, a to podobno jest sklejone z ekranem dotykowym, więc kilka stów ;-//////////  Ekran  dotykowy działa, ale staram się nie używać by tych szkiełek drobnych nie wgnieść w niego. Na dodatek jak wymieniałam kartę sim na micro sim zmieniając telefon zgubiłam te oprawkę plastikową pozwalająca używać micro sim w starszych telefonach jako zwykłą sim. Zgubiłam i tyle. Awaryjny telefon jaki mam to stara nokia i teraz szukam kogoś kto by taką ramkę miał i mi pożyczył na czas naprawy bo zostanę kompletnie bez telefonu i łączności ze światem, a tak jakby w ciąży muszę mieć. Nie ma aktualnie żadnego innego numeru. Fuck!!!!!!!!! Durna baba ze mnie, wkładać telefon do płytkiej kieszeni bez pokrowca. W najbliższym czasie będzie mnie w necie mniej.

piątek, 16 sierpnia 2013

środa, 14 sierpnia 2013

pociągi, nowe łóżko i zmęczenie III trymestrem

W niedzielę wybraliśmy się z Młodym do Skansenu Taboru Kolejowego w Chabówce Piotr był przeszczęśliwy oglądając każdy wagon, każdą lokomotywę, zaglądając do kotłów i kręcąc zaworami. Na koniec zafundowaliśmy sobie przejażdżkę pociągiem retro (tzn ciągniętym przez parowóz) ze skansenu do Mszany Dolnej. To była pierwsza podróż pociągiem Piotra, podobało mu się bardzo wszystko za wyjątkiem postojów. Polecam to miejsce na wypad z dziećmi, które gustują w maszynerii wszelakiej, natomiast tutaj garść uwag z punktu widzenia rodzica. Porównując to miejsce z Muzeum Drogownictwa w Szczucinie oraz Muzeum Przemysłu Naftowego i Gazowniczego w Bóbrce uważam, że za cenę dwóch biletów normalnych po 7 PLN + ulgowego za 5 PLN + 10 PLN za fotografowanie PKP mogło się dużo bardziej postarać. Tamte dwa muzea są wypieszczone, zwłaszcza muzeum w Szczucinie - trawa wypielęgnowana, maszyny wyczyszczone ze smaru, odmalowane, kolorowe, w budynku ciekawa ekspozycja i to wszystko za darmo.W Chabówce jest mnóstwo lokomotyw i wagonów i dzieciaki mają radochę, owszem, ale brakuje tabliczek objaśniających, jakiś schematów, nie ma żadnej ekspozycji pod dachem, a samo miejsce jest dość zaniedbane. Dość powiedzieć, że wjeżdża się przez zabłocone pole. Tabor jest brudny, dlatego radzę ubrać dziecko w najgorsze i najciemniejsze możliwie ubranie, bo będzie całe w smarze. No i przede wszystkim niezbędny jest jeden silny rodzic. Lokomotywy są bardzo wysokie, schodki wąskie, a między najniższym schodkiem a peronem przepaść. Gdybym była z Piotrkiem sama nie skorzystałby za wiele bo zwyczajnie nie dałabym rady go podsadzić. Sama weszłam tylko do jednej, najniższej lokomotywy. Piotr jest już duży i rozumiał, że najpierw tata musi zejść, a on czeka na górze aż zostanie ściągnięty. Rok temu bałabym się, że nie poczeka, zrobi krok do przodu zanim Maciek zejdzie i spadnie na beton, a nie ma opcji by w drzwiczkach zmieściły się dwie osoby obok siebie lub by rodzic zszedł z dzieckiem na rękach. Szkoda, że właściciele muzeum nie pomyśleli o jakiś podestach między peronem a najniższym schodkiem by było bezpieczniej - w końcu gośćmi są głównie rodziny z dziećmi. Kolejna sprawa to pociąg retro do Mszany Dolnej. Trasa trwa godzinę, ale wygląda to tak, że ze skansenu jedzie on chwilkę do Chabówki, po czym stoi on tam ok. 25 minut na dworcu czekając na odjazd. Nie muszę mówić, że Piotr się nudził, a wolałam nie spacerować z nim między wagonami, ponieważ był on zatłoczony, a ja byłam z nim sama - Maciek pojechał samochodem na dworzec by nas zgarnąć, bo stwierdziliśmy, że nie ma sensu pociągiem wracać. To tyle z uwag praktycznych.

W weekend Piotr stał się również posiadaczem nowego łóżka. Od ponad roku spał na zwykłym dorosłym sosnowym łóżku o szerokosci 90 cm, z którego korzystał kiedyś mąż. Wcześniej to łózko stało w pokoju gościnnym. Gdy zaanektował go Piotr przestaliśmy dysponować spaniem dla gosci sensu stricte. Mieliśmy duży materac w jednym z pokojów, w razie potrzeby użyczaliśmy swoją sypialnię i tam się przenosiliśmy, jest jeszcze tymczasowa kanapa w salonie, ale caly parter za wyjątkiem pokoju gościnnego to open space, więc to raczej kiepska opcja. Zorganizowanie łóżka w pokoju gościnnym powoli stawało się koniecznością, zwłaszcza w kontekście mojego porodu. Na pewno poproszę moją mamę by przez jakiś tydzień z nami pomieszkała i pomogła mi przez kilka dni zanim nie dojdę do siebie na tyle by ogarnąć dwójkę dzieci w ciągu dnia, jeździć autem do przedszkola, bo Maciek będzie musiał od razu wrócić do pracy. Mama mieszka daleko od nas, nie ma prawa jazdy, więc najsensowniejszą opcją jest nocleg u nas. Na materacu na podłodze przecież spać nie będzie, ani ja po porodzie. Docelowo planowaliśmy przenieść do pokoju gościnnego kanapę z salonu, a tam kupić ładny, porządny narożnik, ale na niego nas w tym momencie nie stać, poza tym nad tym trzeba się porządnie zastanowić, pasowałoby stworzyć jakąś koncepcję umeblowania salonu w przyszłości, kominka, a ja teraz nie mam do tego głowy ani siły na jeżdżenie po salonach i zbieranie inspiracji. Zamiast tego postanowiliśmy przenieść tam z powrotem łóżko Piotrka, a jemu kupić nowe, też sosnowe ale z tej samej kolekcji co jego meble by bardziej pasowało kolorem. Za jakieś 2 lata łóżko z gościnnego znowu powędruje na górę, tym razem dla młodszego brata, a wtedy kupimy narożnik. Tym sposobem Piotr stał się posiadaczem nowego, szerszego bo 120 cm łożka, które w niedzielę dzielnie z tata skręcał. Łóżko dość szerokie, więc w razie czego nawet dwie osoby się tam w miarę wygodnie zmieszczą.

Ja zaczynam się niestety kiepsko czuć. Bardzo, bardzo się cieszę, że przygotowałam już praktycznie wszystko za wyjątkiem rzeczy, które musi zrobić Maciek i spakowania torby do szpitala. Coraz częściej mi słabo, nawet po przejściu kilku stopni z piwnicy na parter, boli mnie kregosłup. Ostatnią rzecza na jaka mam teraz siłę i ochotę jest wielkie pranie, prasowanie i układanie czy zakupy. Przy Piotrku miałam identycznie. Samopoczucie zupełnie nieprzewidywalne. Raz czuję się OK, za chwilę nogi jak z waty i kołatanie serca. Energia i instynkt wicia gniazda w 5 i 6 miesiącu i totalny spadek formy od 7. W sobotę pół dnia po prostu leżałam. Zaczynam się cieszyć, że za tydzień idę na L4 i przestanę jeździć do pacy. Do tej pory trochę mnie to dołowało, bo kontakt z ludźmi jest mi potrzebny, ale organizm sam mówi pas.

Oby wreszcie stolarz Łaskawie wyszlifował balustrady bo patrzeć już nie mogę na brudne okna w salonie, kuchni, u nas w sypialni. całe pokryte pyłem :-/ Chcę je wreszcie umyć!

Kilka fotek.

Pociągi








Wieloryb i pociągi ;-)



 Chłopaki skręcają łóżko (nie patrzcie na brak spodenek, Piotrek przez upały przyzwyczaił się do latania po domu w majtkach)

I w nowym łożu

Wyścigi kuzynów u babci
W drodze do babci z tusią




piątek, 9 sierpnia 2013

"a ja kiedyś widziałem"

Przez dwa lata nie mogłam się doczekać, aż Piotruś zacznie mówić, potem czekałam na dłuższe wypowiedzi i konwersacje i doczekałam się. Piotr wszedł teraz w etap fantazjowania. Co chwile zasypuje nas niestworzonymi historiami, już nie tylko rano po przebudzeniu gdy opowiadał nam sny, ale przez cały dzień. Zazwyczaj wstęp brzmi "a ja kiedyś widziałem/słyszałem/spotkałem..." i opowieść toczy się wartko. Często z mężem kwiczymi ze śmiechu, bo zadając mu pytania pomocnicze tworzymy naprawdę surrealistyczne historie.

Czytam mu ksiażkę o pociagach i wspominam o starych parowozach napędzanych węglem i słyszę
"A ja kiedyś widziałem lokomotywę na kamienie, nie na węgiel tylko na kamienie, i te kamienie tak wlatywały do kotła a z kotła buchała para taka... no taka kamieniowa, taka szara aż się chmury robiły z kamienia"

Wycieram zaparowane lustro w łazience
"A ja kiedyś widziałem lustro w kolorze czerwonym, całe zamalowane farbą i musiałam ją zdrapać żeby coś zobaczyć, a jak zdrapałem to zobaczyłem pana, kóry to lustro pomalował i on był zdenerwowany, że zdrapałem farbę i przyniósł wałek i zaczął znowu malować"

Czytamy o dentystce, wspominam o kuzynie Antosiu, który ukruszył zęba
"A ja kiedyś ukruszyłem sobie wszystkie zęby bo jadłem noże i pani dentystka musiała te noże wyrzucić, ale one były ostre i zrobiły dziurę w podłodze aż do piwnicy i wpadliśmy tam wszyscy aż do kanału"

I tak w kólko ;-)

Balustrady się robią w tempie ślimaczym. Niby są juz zamontowane, ale nadal nie korzystamy z tarasu ani balkonu, bo nie są do konca przykręcone, i strasznie tam brudno, a sprzątać w kółko nie ma sensu, nie w te upały . Gość pracuje 2-3 godziny dziennie, powolutku, nie pytajcie mnie dlaczego, bo nie mam juz do tego siły. Oby skończył do końca września, bo z powodu tych balustrad połowa okien w domu jest brudna na max, wszystkie, które z nimi sąsiadują. Czekam aż skończy je szlifować, bo wtedy się właśnie potwornie brudzą..

A to nasz 3-latek wraca do domu


piątek, 2 sierpnia 2013

rodzeństwo

Temat "rodzeństwo" to dla mnie tabula rasa. Jestem jedynaczką. Nie wiem jak to jest posiadać brata lub siostrę. Mieszkać z nim w jednym domu, widzieć go codziennie, wspólnie  z rodzicami spędzać czas, bawić się, kłócić, bić. Nie mam pojęcia. Byłam dzieckiem-samotnikiem, a jedyną namiastką były tygodnie spędzane z kuzynami na wsi podczas wakacji. Zawsze bardzo chciałam mieć rodzeństwo, najlepiej brata.
Wielką niewiadomą i zagadką jest dla mnie nasze życie za 3 miesiące. Jaka będzie relacja Piotrka i Tomka? Czy z czasem staną się sobie bliscy? Ile będzie zazdrości? Czy będą podobni z charalteru czy przeciwnie?
Relacja braterska ma dla mnie w sobie coś z magii, pewnie ją idealizuję bo sama tego nie doświadczyłam. Czytam na ten temat, rozmawiam ze znajomymi, ale i tak wiem, że bedę blądzić po omacku. Mam nadzieję, że nie popełnię jakiś kardynalnych błędów... Patrzę na Piotra i czasem trudno mi uwierzyć w to, że będą na mnie kiedyś patrzyły jeszcze raz oczka takiego szkraba. Boję się, że zaniedbam starszaka, albo za bardzo podporządkuję młodszego potrzebom logistycznym starszego brata. Na przykład będę musiała go budzić bo nadejdzie pora zawiezienia lub odebrania Piotrka z przedszkola.
Piotr o tym, że będzie miał rodzeństwo dowiedział się bardzo wcześnie i podszedł do sprawy naturalnie i dość entuzjastycznie. Chętnie czytał wspólnuie ze mną książeczki na ten temat i dopytywał się o kwestie "techniczne". W tym momencie jest już całkiem porządnie uświadomiony w temacie. Widzę jednak, że dopiero teraz, gdy brzuch mam już duży to wszystko tak naprawdę zaczyna do niego docierać. Sam wspomina o braciszku, dotyka brzucha, sam z siebie wychodzi z inicjatywą oddania maluszkowi jakiś zabawek. Myślę, że duża w tym zaśługa Antosia. Odwiedzaliśmy go czesto gdy był malutki, a od półtora roku Piotrek spędza z nim dwa dni w tygodniu. Z rozmów z nim wnioskuję, że pamięta, że Antoś kiedyś tylko leżał, potem raczkował, że nie umiał mówić.Twierdzi, że będzie mi pomagał, a jeśli dzidziuś będzie płakał to damy mu mleczka albo tusię do przytulenia. Sam z siebie mówi, że w bruzszku mamy jest braciszek Tomek, zaakceptował bez problemu, że nie moge go podnosić ani z nim biegać. Niestety do tej pory nie miał okazji poczuć Tomka. Nie jest cierpliwy, a Tomek zwykle wyczynia harce, gdy Piotrek już śpi, a tak to kopie jednorazowo. Nie zgrywają się.
Na pewno wiem jaki prezent Piotr dostanie od brata gdy się urodzi, tutaj Piotr jest konkretny - duży wóz strażacki z wężem i pompą ;-)