czwartek, 22 sierpnia 2013

trochę smutów, żalów i o weekendzie

Nienajlepiej znoszę większe zmiany. albo inaczej - kiepsko znoszę czas oczekiwania na duże zmiany w moim życiu. Wolę działać niż czekać. Czekanie mnie wykańcza. Być może stąd mój fatalny nastrój od niedzieli wieczorem.
Jutro mój ostatni dzień pracy do maja/czerwca 2014 lub dłużej. Od poniedziałku L4 i początek adaptacji przedszkolnej. Zupełna zmiana mojego trybu życia. Bardzo stresuje się tym przedszkolem. Przez tydzień mamy przychodzić razem na 2 h dziennie, od września mam nadzieję, że Piotrek da radę zostawać tam stopniowo beze mnie na godzinę, dwie, coraz dłużej. Nie martwię się rozstaniem z nim. Wróciłam w końcu do pracy gdy skończył 7 miesięcy. Martwię się jak on się tam zaaklimatyzuje, jak da sobie radę. Do tej pory otrzymywał mniej lub bardziej indywidualną uwagę. Mam nadzieję, że polubi panie, że ktoś lub coś go nie zrazi. On ma takie fazy, że odmawia wejścia gdzieś lub zrobienia czegoś i dopiero po pewnym czasie tłumaczy o co mu chodziło, trudno wyciągnąć od niego przyczynę od razu by jakoś zaradzić, wytłumaczyć, rozwiać obawy. Uparciuch. Na przykład odmawia wejścia do Lidla, do innych sklepów wchodzi bez problemów, do Lidla nie i nie potrafi powiedzieć dlaczego.
Martwię się tym i stresuję też ze względu na siebie. Źle się czuję fizycznie. Często twardnieje mi brzuch. Nie daję rady za długo chodzić, ruszać się. Powinnam więcej leżeć i odpoczywać. W pracy siedzę, pracuję głową i fizycznie odpoczywam. Od jutra to się zmieni. Cały czas poza pobytem Piotrka w przedszkolu do wieczora spędzać będę z synem i w tym momencie jest to dla mnie bardzo wyczerpujące fizycznie. Nie dam rady iść z nim na rower czy dłuższy spacer, nie dam rady bawić się z nim tak jak on lubi (wyścigi, wspólny taniec, jeżdżenie autkami po podłodze). Piotr ma aktualnie focha na zajęcia plastyczne, ciastolina zajmuje go na chwilkę, książki lubi czytać wieczorem, więc gdy nie wyrabiam fizycznie a jestem sama z nim puszczam mu bajki. Niepedagogicznie, zdaję sobie z tego sprawę, ale momentami jest mi tak słabo i tak kiepsko się czuję, że nie widzę innego wyjścia zwłaszcza gdy Młody odrzuca moje propozycja spokojniejszych, stacjonarnych zajęć. Muszę też myśleć o Tomku i sobie. Im szybciej, łatwiej, lepiej Piotrek się zaadaptuje w przedszkolu, im więcej czasu będzie w nim spędzał tym więcej atrakcji będzie miał w ciągu dnia, tym łatwiej będzie mi umówić się na KTG czy do lekarza, zrobić badania, odpocząć trochę i mieć siłę dla niego po odebraniu z placówki. Bardzo boję się tych ostatnich dwóch miesięcy ciąży. Bardzo.
I jeszcze tak zupełnie egoistycznie powiem, że dziwnie smutno mi iść na to zwolnienie. Nie mieć możliwości pogadania chwilę w ciągu dnia z ludźmi z pracy. Nie mieć odskoczni od domu. Nie jestem typem kobiety domowej. Gotowanie i takie tam nudzą mnie śmiertelnie. Będzie mi bardzo brakowało tej odskoczni, przynajmniej do porodu bo potem to wiadomo - przez pewien czas pewnie nie będę miała nawet czasu zastanowić się jaki mamy dzień tygodnia.Z drugiej strony we wrześniu zaczyna się sezon. Latem było spokojnie. W sezonie pracy jest bardzo dużo, więc to dobry moment na zwolnienie - kończę 7 miesiąc ciąży i pozamykałam wiele spraw, a te bardziej skomplikowane jeszcze się nie rozpoczęły. Przekazuję pałeczkę z w miarę czystą kartą. Nie lubię zostawiać w połowie rozgrzebanych tematów. Nie da się tego na moim stanowisku uniknąć, ale te, których nie dokończyłam nie są zbyt skomplikowane, więc daje mi to swoistą satysfakcję, że wszystko "posprzątałam" jak umiałam.
Mam nadzieję, ze ten nastrój prędko minie bo chodzę zdenerwowana, wkurzona albo płaczę. Nie lubię siebie takiej. Na pewno przyczyniają się do tego różne problemy i problemiki, finansowe i inne które na nas spadły. Mój mąż od powrotu ze wsi w niedzielę ma doła. Smutny lub zły. Zwija się w kulkę jak jeż, wyolbrzymia pewne sprawy i rani. Rani tym bardziej, że jestem w tym momencie bardzo podatna na ukłucia, boli tym mocniej, że od jutra będziemy de facto skazani na swoje towarzystwo. Do tej pory w takich chwilach gdy on udawał się na emigrację wewnętrzną usuwałam się w cień, zajmowałam swoimi sprawami, przeczekiwałam. Tak było dobrze. Od jutra zaczynam bardziej domowe życie i jest to dla mnie strasznie trudne. Zero odskoczni. Nawet fizycznie ciężko mi gdzieś wyskoczyć z domu bo brzuch twardnieje, najlepiej mi gdy siedzę lub leżę. Może do czasu porodu ktoś wpadnie, może raz czy dwa z kimś się spotkam, ale tak to już raczej dom, przedszkole, lekarz. Jestem wściekła na niego za atmosferę przygnębienia jaką wytworzył w domu. Bawi się z Piotrkiem, a potem zamyka w pokoju i gra. Zawsze to robi gdy się martwi lub boi. Czy wspominałam, że nienawidzę gier komputerowych, a zwłaszcza strzelanek? No nienawidzę. Przeraża mnie do jakiego stopnia potrafią człowieka wciągnąć tak ze zapomina o bożym świecie. Mój mąż był od nich uzależniony. Chodził na terapię. Przez te cholerne gry o mało nie rozpadł się nasz związek. Teraz gra raz na jakiś czas. Nie ma już ciągów 2-tygodniowych gdy mieszkając z nim w kawalerce widziałam de facto tylko jego plecy przed komputerem, a rozmowa ograniczała się do kłótni późnym wieczorem gdy spać nie dawał mi migający ekran monitora i w kółko słyszałam "zaraz" na pytanie kiedy skończy. Te czasy już na szczęście za nami, ale gdy widzę teraz jak siedzi z nosem wlepionym w ekran, kompletnie nieobecny to jeśli akurat bardzo go potrzebuję wracają złe wspomnienia, ogarnia mnie złość i smutek, że migające piksele są ważniejsze od żony. Gdy go o coś zapytam czy poproszę po dłuższej chwili odwraca w moją stronę nieobecny wzrok i zadaje suche pytanie, którego nienawidzę: "o co chodzi?". W takich chwilach jest robotem bez emocji. A ja teraz potrzebuję uśmiechniętego ciepłego faceta. A mam robota i pewnie jeszcze przez kilka dni tak będzie. Najchętniej bym wyszła z domu i pojechała gdzieś na kilka dni ale nie mogę. Że też taki moment wybrał sobie na chandrę!
Zdaję sobie sprawę, ze to co piszę jest strasznie egoistyczne, że piszę o sobie, o swoich potrzebach i wiecie co? Mam to gdzieś. Taki czas. Jest mi źle. Zwłaszcza, że nastrój zmienił mu się jak zwykle nagle po naprawdę fajnym weekendzie. Nie cierpię takich huśtawek. Nie mam jak mu pomóc. Wsparcia emocjonalnego ode mnie w tym momencie nie chce. Finansowo w tym momencie niewiele zdziałam, za 2 miesiące będę dostawała z ZUS marne grosze. Fizycznie nie mogę mu pomóc. Wręcz dokładam mu obowiązków ze względu na moje ograniczenia  ciążowe.
Jest do dupy chwilowo.

Żeby nie było już tak do końca pesymistycznie garść fotek z długiego weekendu.

W czwartek - prace obok domu.

 Na wsi - zabawa z kotami. Pierwszy raz Piotrek tak długo i z taka radością bawił się ze zwierzętami. Do tej pory odnosił się do nich przyjaźnie ale z dużym respektem.
 Baranów Sandomierski
 Pomoc cioci w myciu auta
 Z prababcią.
 Jak to w podkarpackim - placki ziemniaczane z twarożkiem i cebulką.
 Niezniszczalny Wader
 Dynia też służyła za piłkę
Kota można było głaskać
 Wozić w wózeczku, którym bawiły się wszystkie wnuki mojej babci ze mną włącznie, a teraz prawnuki (kot sam do wózka wskakiwał)
 Huśtać
 Można pomagać w naprawie traktora
 Trójkąt ostrzegawczy zawsze dobrze mieć przy sobie
 Jeszcze raz Baranów Sandomierski
 Zamyślony
 Najlepsza na świecie huśtawka z opony
 Na której można huśtać ciocię
 Chwila wspólnego rysowania rewelacyjnymi kredkami z Biedronki

14 komentarzy:

  1. Dziękuję Ci za ten wpis...dziękuję że pokazujesz prawdziwe życie, prawdziwe co nie znaczy łatwe i przyjemne emocje..

    OdpowiedzUsuń
  2. trudny czas dla Ciebie dla Was,ale to mija..

    OdpowiedzUsuń
  3. Uważaj na siebie.
    Rzeczywiście egoizm wyłazi z tego posta z kazdej dziury i literki-egoizm Twojego męża.
    Niech sie kur..a weźmie w garśc :/

    OdpowiedzUsuń
  4. Będzie lepiej, zobaczysz....a placki ziemniaczane hmm aż mi ślina pociekła do pasa i chyba jutro zrobię!:) Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
  5. chciałam coś Ci mądrego napisać, ale nie wiem co.
    przykro mi, ze macie cięższe dni. mam tylko nadzieję, że szybko się Twój mąż ogarnie. a Ty dbaj o siebie.

    co do zdjęć- taka wieś to najlepsze wakacje dla dziecka prawda? najprostsze rzeczy, a tyle przyjemności!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja już od dawna nie pracuję, bo problemy z ciążą mam od początku. Dziś były u mnie koleżanki z pracy i było miło bardzo - aż do momentu gdy wyszły. Poryczałam się, bo uświadomiłam sobie że strasznie mi ich brakuje i tych zwykłych zawodowych spraw też. Także rozumiem Cię i wiem jak Ci ciężko.
    Mam tylko nadzieję, że wszystko się poukłada.

    OdpowiedzUsuń
  7. Napisałaś, że mąż gra, kiedy martwi się lub boi... A wiesz, czym tym razem się martwi, lub czego się boi?

    Każdy ma jakąś odskocznię, ja np. wpadam w nocne ciągi czytelnicze, zastanowiłam się właśnie, jak święty musi być mój maż, zasypiając wtedy przy świetle, trzymając mnie za stopę i mówiąc nieprzytomnie "czytaj sobie kochanie", a rano zajmując się dziećmi, zanim nie odeśpię i przynosząc mi kawę do łózka... A ja bez tych ciągów dostałabym wrzodów lub zawału. Mąż też gra lub trenuje, to są nasze wentyle... Stres jest duży, staramy się sobie nie dokładać...

    OdpowiedzUsuń
  8. Maz pewnie martwi sie tym samym co Ty, ze finansowo bedzie gorzej i to na jego barkach bedzie zadbanie by na wszystko wystarczylo, o Ciebie pewnie tez sie martwi, tylko pogadac o tym nie potrafi. Wiem, to go noe do konca tlumaczy, ale sama wiesz, ze to jego sposob na odskoczenie od trosk... Nie wiem, czu sygnalizujesz mu, ze go potrzebujesz, moze tylko czekasz az sie sam domysli. Ja mam do tego tendencje , przez co teraz, gdy macierzynski sie zbliza, a z nim rowniez dolek finansowy, plus hormony daja o sobie znac, zamiast powiedziec czego mi trzeba, zamykam sie w lazience i rycze...

    OdpowiedzUsuń
  9. Wiem co go martwi, tak sądzę, ale on zwykle rozmawia dopiero po pewnym czasie, a wcześniej ucieka w TV lub gry. Dlatego zazwyczaj usuwam się w cień. Niemniej jednak przeraża mnie gość, który siedzi z nosem wlepionym w monitor, tracąc poczucie czasu, który potrafi przez kilka godzin nie tknąć podstawionego pod nos jedzenia choć o nie prosił bo nie może ręki oderwać od myszki, który siedzi w zaduchu bo nie sięgnie do klamki okna. Swoje potrzeby werbalizuję, jak najbardziej, ale choćbym stała obok i mówiła coś to on jest w innym świecie i słyszę tylko zdawkowe "o co chodzi?", "OK". W kontekście naszych przejść przeraża mnie to. Ja też mam pasje, swoje ciągi , ale zawsze jestem w stanie oderwać się dla człowieka, zadrukowana kartka nie jest dla mnie ważniejsza od człowieka.
    Na szczęście zachęciłam go by wyjechał na weekend w góry, mam nadzieję, ze wróci w lepszym nastroju.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no tak, odskocznie odskoczniami, hobby to hobby, ale kiedy człowiek nie potrafi zrezygnować z pewnych rzeczy, lub w nie ucieka, nie ogarnia "rzeczywistości", nie reaguje na najbliższych, to jest to poważny argument do niepokoju. to, że męża coś gryzie, to jest pewne. to, że wiesz co, też. pytanie jak go wyciągnąć z tego niebytu, aby zaczął funkcjonować tak, jak wymaga tego sytuacja.

      a sytuacja jest taka, że potrzebujesz go przytomnego i zaangażowanego.


      wyszedł mi chyba jakiś pseudo naukowy bełkot, ale wiesz o co mi chodzi Ness?

      Usuń
  10. Rozumiem że ci ciężko, końcówka ciąży z maluchem jest trudna, wiem coś o tym- Julek urodził się jak Nela miała 1,5 roku, a Ada jak Julek miał 2,5. Ponieważ zostało Ci jeszcze sporo czasu, myślę że wyrobisz sobie z Piotrkiem pewną rutynę wspólnego czasu, gdzie podczas Twojego odpoczynku będzie bawił się sam, np autkami. u nas tak się stało, a Julek też jest bardzo żywy. Nie bój się też tak bardzo o przedszkole, dzieci dają sobie radę lepiej niż nam się wydaje, a Piotrek jest przyzwyczajony do Twojej nieobecności. Wbrew pozorom, panie przedszkolanki poświęcają dużo uwagi każdemu z dzieci.
    Co do męża, sama wiesz najlepiej jak z nim postępować; mój też zamyka się w sobie jak coś go martwi, ale ja już wiem, że trzeba go wtedy do oporu pociągać za język..na innych to by fatalnie działało. Życzę żeby się poprawiło w tym względzie!

    OdpowiedzUsuń
  11. Wiem co czujesz gdy piszesz o facecie siedzacym w grze tak ze niewie co dzieje sie w okol. Raz czy dwa to przechodzilam, wtedy jeszcze nie mielismy dzieci, teraz mamy 14 msc synka, i od tamtego czasu juz sie nie powtrzylo ale to bylo straszne, jak zycie z kims na ciągu - niewazne ze nie alkoholowym ani narkotykowym (oczywiscie lepiej ze nie na takim) bo jakby nie bylo podbny stan: nie bylo go dla mnie, dla nikogo, potrfil wylaczyc sie tak bardzo jakby tracil poczucie wszystkiego: czasu, przestrzeni, tego kom on czy ja jestem.. nie da sie tego opisac a bardzo przykro obserwowac. Zycze Ci aby wszystko sie ulozylo tak jak chcesz a męzowi minal zly okres.

    OdpowiedzUsuń
  12. Trzymam kciuki za wcielanie zmian. Na początku jest naprawdę trudno zmienić tryb zycia, ale można się przyzwyczaić...
    A co do męża.. Znam tę sytuację zbyt dobrze. Faceci mają coś takiego, że gdy się czymś stresują, martwią, denerwują, po prostu się odcinają od rzeczywistości. Bardzo to jest irytujące.
    Pozdrawiam
    gabi-mum.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń