sobota, 28 września 2013

o tym co mnie cieszy

Dziś będę się chwalić i pisać o tym co mnie cieszy :-)
Powodów do radości dostarcza mi w tym momencie mój dzielny przedszkolak. Pamiętacie jak pisałam o trudnej adaptacji? Pierwszy tydzień września był koszmarny, drugi też bardzo trudny. Po miesiącu chodzenia do przedszkola mogę, odpukać, powiedzieć, że jest dobrze. Wręcz bardzo dobrze - małymi kroczkami. Piotrek dalej trzyma się jeszcze na uboczu, nie włącza w większość grupowych gier i zabaw, bardziej przygląda się z boku, ale wiem, że to minie. Taki ma styl. Trzeba dać mu czas. Ale chodzi do przedszkola chętnie, wręcz biegnie z samochodu, żegna się ze mną z uśmiechem, spędza tam czas obecnie od 8 do około 14.30, je a właściwie pochłania śniadanie, obiad i podwieczorek i chętnie uczestniczy w zajęciach plastycznych. Codziennie dostaję od niego nowe prace. Poczatkowo były to w kółko samochody z naklejonymi znaczkami. Było to w okresie gdy nie integrował się z grupą w ogóle i panie musiały poświęcać mu bardzo dużo indywidualnej uwagi by nie myślał o mnie. Rysował sobie sam z nimi. Teraz dostaję prace zgodne z tematyką danego dnia, siada do pracy razem z całą grupą. To ogromny postęp.
To, że udało nam się przedłużyć pobyt w przedszkolu wynika w dużej mierze z procesu rezygnowania Piotrka z drzemki oraz zmiany organizacji dnia w przedszkolu. Piotr od tygodnia nie śpi w dzień (no chyba, że po południu jedziemy gdzieś dalej samochodem, wtedy pada), za to dodał sobie czas drzemki do snu nocnego. Wcześniej spał od ok. 21.00 do 6.30, teraz już o 19 jest zmęczony i zwykle o 20.00 już chrapie i śpi do 7.00 - 7.15. W przedszkolu zaś panie doszły do wniosku, że w chłodniejszej, pochmurnej połowie roku wyjście na plac zabaw czy na spacer praktykowane będzie u średniaków po obiedzie zamiast rano i to był strzał w dziesiątkę. Pierwotnie po obiedzie miał być czas relaksu, czytania bajek i większość dzieci bardzo kiepsko znosiła ten czas. Tęskniły, płakały. Generalnie nie współpracowały. Pani Patrycja i pani Dorotka postanowiły więc zrobić w tym tygodniu eksperyment i popołudniowe zajęcia dydaktyczne przeniosły na przedpołudnie, a wyjście na popołudnie i świetnie się to sprawdza, zwłaszcza u Piotrka. Dzieci dużo lepiej funkcjonują do południa i wtedy jest sens zachęcać je do zajęć muzycznych czy plastycznych, a po obiedzie dostają porcję świeżego powietrza, zapominają o tęsknocie i potem jedzą podwieczorek w dużo lepszym nastroju i z dużo większym apetytem. Krakowskie dzieci to znani meteopaci, coś w tym naprawdę jest. W każdym razie w poniedziałek porozmawiałam z paniami i powiedziałam im wprost, że moim zdaniem przedłużanie odbierania Piotrka po obiedzie jest błędem, że mogę naprawdę niedługo trafić do szpitala i okres gdy będzie w życiu Piotrka działo się dużo, gdy będzie pod opieką taty i babć nie będzie raczej sprzyjał przedłużaniu pobytu i w końcu na amen utrwali sobie to wyjście po obiedzie i klops. Bo mnie to nie urządza to po pierwsze, a i on wiele straci. Postanowiłyśmy spróbować i poszło zadziwiająco gładko dzięki zmianie planu dnia. Od środy słyszę, że było super, że przez cały dzień ani razu o mnie nie wspominał, ba - paniom udało się go nawet przekonać do założenia fartuszka do jedzenia i malowania a to nie lada wyczyn!
Myślę, że przedszkole to strzał w dziesiątkę mimo, że przystosowanie kosztowało nas trochę nerwów. Po tym miesiącu widzę jak Piotrek rozwinął się in plus, choć przecież przebywał tam w ograniczonym zakresie godzin. Zrobił się samodzielniejszy. Już wcześniej potrafił się rozbierać, zakładać buty, ale zwyczajnie mu się nie chciało. Teraz nie pozwala sobie pomagać - i bardzo dobrze! Zaczyna podśpiewywać piosenki z przedszkola, recytuje wierszyki. Taki angielski na przykład. Niby nie włącza się w zajęcia, we wspólne śpiewanie tylko siedzi z boku, bawi się autkiem i obserwuje kątem oka. Niby nic, a jednak! Jeszcze miesiąc temu wykazywał zerowe zainteresowanie językami obcymi, teraz wypytuje nas co chwilę o różne słówka po angielsku i sam sporo z przedszkola przynosi. Mała główka jednak koduje. Zaczyna opowiadać o innych dzieciach, wypytuje nas gdzie rosną banany, papryka - też niby nic, ale do tej pory interesowały go wyłącznie samochody i maszyny, mimo wielu prób lekceważył inne tematy. Widzę, że jest dumny gdy dostanie gwiazdkę za dobre zachowanie, opowiada, że jest duży, że jest dzielnym przedszkolakiem. Wydoroślał. Nie twierdzę, że przedszkole w tym wieku jest dobre dla wszystkich dzieci, ale dla mojego syna na pewno.
W październiku dzieci będą obserwowane przez pedagoga i psychologa i pod koniec miesiąca mają być indywidualne rozmowy. Boję się, że osobiście nie dotrę na nią, a chciałabym. Pójdzie pewnie Maciek i babcia. Bardzo jestem ciekawa ich opinii. Dzisiaj byliśmy we trójkę na pikniku rodzinnym w przedszkolu - Święto Dyni. Piotrek był w sumie jedynym dzieckiem, które w średniakach siedziało z boku. Poszedł bardzo chętnie, cieszył się, że jest z nim tata i z boku wyglądało to tak jakby chciał się nim pochwalić i nie podobało mu się gdy Maciek bawił się ze wszystkimi w kółeczku. Chciał go mieć tylko dla siebie. Obraził się też gdy po skończonych warsztatach z ozdabiania dyń padło hasło do sprzątania stolików, bo podawana była zupa z dyni. Moim zdaniem wynika to z faktu, że kiedy spodoba mu się jakieś zajęcie to potrafi nad nim spędzić naprawdę dużo czasu i nie lubi być odrywany. Niemniej jednak tylko on strzelił focha.
Kilka fotek.
Dzielny przedszkolak rano

Moi panowie ozdabiają dynię
Wyszła im taka
I raczą się konkursowymi ciastami na pikniku
A potem wspólnie oglądają przedstawienie na sali teatralnej. Byłam w szoku, bo Piotrek świetnie się bawił mimo tłoku i zamieszania. Do tej pory każda próba wyjścia na teatrzyk kończyła się spektakularną klęską.
Przedszkolna karta biblioteczna i torba na książki. Środa w naszym przedszkolu jest dniem bibliotecznym. W tym dniu dzieci wypożyczają do domu na tydzień dwie książki.
Praca pod tytułem "co lubię jeść"
Mały pomocnik przed domem
i w naprawach domowych
Na koniec ja w pierwszym dniu 35tc. Czuję się OGROMNA. Nawet położna na KTG wyznała mi, że była przekonana, że to już przenoszona ciąża ;-)
Ja jednak nie narzekam na niski a spiczasty brzuch. Dzięki temu zgaga jest znośna i nie mam problemów z siedzeniem. W ciąży z Piotrkiem nie byłam w stanie siedzieć dłużej niż 40 minut tak mnie bolał kręgosłup i łopatki, Piotrek był wysoko i strasznie naciskał na żebra i jakieś nerwy tak, że ból czułam w całych rękach. Teraz nie mam większych problemów z kręgosłupem, w zasadzie gdyby nie twardniejący brzuch i skurcze nóg czułabym się znośnie. Wczoraj miałam kolejne KTG i jest dużo lepiej niż tydzień temu. Skurcze są, ale dużo słabsze nie poprzednio, takie mogą być. Fenoterol działa. Niestety mam jakąś upartą infekcję dróg moczowych, furaginum nie pomogło w ogóle, więc zaczynam kurację monuralem. Zdaniem mojego gino-endo ta ta infekcja mogła spowodować ostatnie skurcze, więc koniecznie trzeba ją wyleczyć. Do tego doszły zastrzyki z clexane w brzuch. Czuję się lepiej niż tydzień temu ze względu na mniejsze skurcze, oszczędzam się.
Do donoszenia ciaży pozostały 2 tygodnie i 6 dni. Dziś teściowa przywiozła mi łożeczko turystyczne, które będzie mi służyć jako kojec na parterze. Pozostaje tylko przywieźć od niej z powrotem stelaż od wózka, ale to już Maciek zrobi gdy będę w szpitalu.








czwartek, 26 września 2013

sąsiedzi

Jakich macie sąsiadów? Utrzymujecie z nimi bliskie stosunki czy tylko zdawkowe „dzień dobry”, a może wojna podjazdowa? ;-) Moja mama ma w życiu ogromne szczęście do fajnych sąsiadów, a może po prostu ich przyciąga.

wtorek, 24 września 2013

będzie dobrze

Będzie dobrze i kropka.
Mam fantastycznego syna.
Za kilka tygodni na świat przyjdzie mój jesienny chłopczyk.
I tego się trzymam.
Byłam dziś u fryzjera. Zamierzałam przyciąć i zafarbować włosy tuż przed porodem, ale teraz już sama nie wiem czy nie urodzę wcześniej, czy nie będę musiała położyć się do szpitala. Wreszcie wyglądam jak cżłowiek.
Jutro przyjeżdża na noc moja przyjaciólka.
Zaprosiłam sąsiadów w czwartek wieczorem na karty.
W piątek kolejne KTG. mam nadzieję, że lepsze.

poniedziałek, 23 września 2013

czas spojrzeć prawdzie w oczy.....

Zapewne jutro będę żałowała, że napisałam tego posta i być może go skasuję. Trudno. Ten blog to moje miejsce i piszę tu gdy mam potrzebę. O wszystkim.
Od pewnego czasu jest mi bardzo smutno i przykro z powodu obcości, która wkradła się w nasz związek na zmianę z wściekłością i złością. Nie jestem ideałem. Mam wiele za uszami. Wiele razem przeszliśmy. Nie wiem kiedy zaczęło się psuć i szczerze mówiac nie mam teraz głowy by się nad tym zastanawiać. Nie chcę. Jestem w 34tc ciąży, bardzo źle się czuję, martwię się, boję się porodu, każda czynność sprawia mi trudność i zwyczajnei w świecie akurat teraz potrzebuję ciepła, taryfy ulgowej, troche przytulania, trochę rozpieszczania. Wlasnie tak. W ciąży z Piotrkiem czułam się piękna do końca. Teraz nie.
Wiem, że mamy teraz trudny okres, bardzo trudny finansowo, organizacyjnie. Mam tego dość. Mam dość tej całej cholernej rodzinki S a zwłaszcza teścia, z którym mój mąż pracuje i który doprowadza go do takich nerwów, że w naszym domu trudno wytrzymać. Mam dość tego, że w tej rodzinie nie mówi się rzeczy wprost tylko każdy okopuje się na swoim stanowisku i sonduje. Mój mąż jest najnormalniejszy z nich wszystkich, ale w chwilach przewlekłego stresu wychodzą z niego cechy teścia. Nie znoszę tego.
Bałam się iść na zwolnienie bo już od pewnego czasu było mocno stresująco, a wiedziałam, że brak odskoczni w postaci pracy, życia pozadomowego spowoduje, że będę to wszystko mocniej odczuwała i tak właśnie się stało. Ten miesiąc to adaptacja przedszkolna Piotrka i atmosfera grobowca w domu. Mąz bawi się z dzieckiem, pomaga owszem, ale potem zmayka się w sobie. Ucieka. Nijak nie da się z nim pogadać. Są fajne momenty, ale to dosłownie chwile. Przez większą część czasu czuję się razem z moim brzuchem jak kula u nogi. Kolejny ciężar i obowiązek, który przytłoczył akurat teraz. Czuję, że Tomek rodzi się w nieodpowiednim momencie, że mąż chcialby przesunać poród na styczeń czy luty, bo nie wyrabia ze wszystkim, a teraz jeszcze ja naprawdę potzrzebuję pomocy bo skurcze, nogi puchna, za chwilę urodzę. Czuję się jak ciężar. Odreagowuje przez komputerem lub TV. Mam wrażenie, ze Piotrkiem zajmuje się z obowiązku. Syn go uwielbia, mąż się do niego uśmiecha, szaleją, wygłupiają się, a gdy tylko pójdzie spać z jego twarzy znika maska.
Tak naprawdę normalnie rozmawiamy ze sobą tylko wtedy gdy do kogoś idziemy lub mamy gości.....
Czuję się jak trendowata. Przytulam się, a on stoi jak manekin. Jak robot. Kłócimy się, bo jestem teraz bardzo drażliwa i mam dość twarzy robota albo wiecznie przygnębionego malkontenta. Teraz potrzebuję silnego i uśmiechnietego faceta u boku. Adoracji. Jestem zawiedzona tym, że nie potrafi wziąć się w garść choć teraz. Że obrzydza mi tygodnie, które powinny być piękne. Na badania jeżdzę sama. Po powrocie nie usłyszę nawet pytania "czy wszystko w porządku", nie usłyszę bo siedzi przed monitorem lub śpi. Chyba nigdy w życiu nie czułam się tam samotna jak teraz, a jednocześnie świadomośc, że w tym momencie nie mam możliwości zgarnięcia Piotrka i wyprowadzenia się dobija mnie. Chciałabym mieć na tyle pieniędzy by kupić dla mnie i dzieci wygodne mieszkanie, urządzić je i mieć gdzie uciec. Ale nie mam. Nie jestem szlaona. Nie wyprowadzę się z dwójką dzieci do kawalerki. Zrealizuję swój plan, ale za parę lat. Potrzebuję teraz pomocy, fizycznej, za chwilę rodze, idzie zima. Boję się. Taki atawistyczny zwierzęcy strach.
Gdyby nie to uciekłabym lub przynajmniej wychodziła z domu ile się do, bo nie da się w nim wytrzymać w tej atmosferze nerwów i zniechęcenia. Jak tu uciec jak nawet chodzić za bardzo nie mogę. Pasowałoby iść na terapię małżeńską, ale siłą rzeczy musimy ten temat odłożyć na jakiś czas.
Próbuję żyć chwilą i zachęcam do tego męża, a on zarzuca mi, że jestem lekkoduchem i nie myślę o przysżłości i wraca do swoich smętów.
Czasem czuję, że on ma do mnie pretensje o to, że jestem niedołężna, że tak kiepsko znoszę 3 trymestr, że ciagle leki, badania, mój niepokój. Co mam na to poradzić? Przez ponad 6 miesięcy żyłam jak do tej pory, byłam aktywna, ze wszystkim dawałam sobie radę. Teraz przyszedł taki czas, że muszę liczyć na pomoc innych. Przy Piotrku było inaczej. Nie miałam jeszcze dziecka, leżałam sobie, nikomu nie wadziłam. Teraz jest inaczej. Panicznie boje się hospitalizacji przed porodem, modlę się by nie przyplątalo się znów zatrucie ciążowe, chcę uniknać rozstania z Piotrem. Męczy mnie to. Nienawidzę być niedołężna i uzależniona od innych. Boli mnie, że w aktualnym stanie emocjonalnym mojego męża wszelka pomoc, którą od niego dostaje wygląda na wymuszoną, z łaski.
Dzisiaj oglądał TV, ja leżałam obok. W pewnym momencie chwycił mnie potworny skurcz nogi, najgorszy jak do tej pory. Nie mogłam sobie z nim poradzić, nie dało się tego rozmasować, próbowałam chodzić na siłę, ale noga była jak z kamienia. Dlugo trwało zanim doszłam do siebie. Bolało tak, że płakałam z bólu.A on siedział. Dopiero jak poprosiłam rozmasował mi trochę noge, a potem dalej gapił się w TV. Dalej radziłam sobie sama, w pokoju obok. Pomyslałam sobie, że skoro TV jest ważniejsza niż atak bólu żony to chyba jestem obcą dla niego osobą. Że chyba nie ma tu już miłości. Tylko obowiązek.
Poważnie sie zastanawiam czy nie zrezygnować z porodu rodzinnego. Maciek bardzo mi pomógł gdy rodziłam Piotrka ale teraz.... teraz gdy nawet przytulenie odrzuca, gdy spokojnie ogląda film gdy ja walczę ze ścierpnietą nogą już nie jest dla mnei takie naturalne, że chciałabym by był obok w trakcie poorodu. Coraz mniejszą mam na to ochotę. Wiem, że będę bała się sama. Wiem, że czułabym się bezpieczniej ze swiadomością, że jest obok i w razie czgeo zawoła kogoś szybko. Ale tylko tyle. Nie chcę się na nim wspierać, dotykać go gdy będę zupełnie bezbronna. W kontekście tego jak się pochrzaniło między nami nie chcę.
Najgorsze w tym wszytskim jest to, że marzę o chwili gdy zobaczę mojego drugiego synka, że bardzo, bardzo chciałabym urodzić go naturalnie by przeżyć te pierwsze godziny z nim przytulonym do piersi, coś czego nie zaznałam przy cesarce, ale.... chyba nie chce by był wtedy z nami mój mąż. On długo dojrzewał do pokochania Piotrka. Wiem, że tak ma przy niemowlakach i zdaję sobie sprawę, jestem przygotowana psychicznie na to, że nie jest typem, który ćwierka nad maluszkiem. Ze nawiąże z Tomkiem kontakt nieco później. Taki jest. Dlatego na samą myśl, że miałabym przeżywać te chwilę z kimś tak obojętnym jak w tym momencie, z kimś kto na pewno nie będzie wzruszony, nie bezie tego rozumiał coś się we burzy.
Wiem też, że nie mogę mu tego zabronnić czy poprosić by nie było go z nami, bo wtedy do reszty schrzanię wszystko. Jeszcze niedawno obawiałam się tych jego delegacji w październiku ze strachu, że będę sama w momencie porodu i dalej się boję samotnej jazdy taxi do szpitala, samotonności na izbie przyjęć ale z drugiej strony rozwiąże to mój dylemat.
Straszne jest to co piszę, wiem. Sama nie wiem czego chcę, co czuję. Może jutro bedzie lepszy dzień.




sobota, 21 września 2013

no to przechodzimy w tryb stacjonarny......

Cieszyłam się, że w drugiej ciąży czuję się ogólnie lepiej niż w pierwszej. Owszem, biorę te same leki, ale byłam aktywniejsza, do niedawna brzuch czasem twardniał ale nie tak jak przy Piotrku gdy od 6 miesiąca było mi słabo z powodu skurczy, a w efekcie tak się do nich przyzwyczaiłam, że gdyby nie to, że leżałam już na patologii ciąży jak nic przegapiłabym skurcze porodowe. Zapisywały się bardzo wyraźnie na KTG, położne i lekarz byli w szoku, że w nocy nikogo nie zaalarmowałam, że rodzę, a ja naprawde nie czułam się ani odrobinę inaczej niż przez 8 i większość 9 miesiąca. Poczułam gdy miałam już 6 cm rozwarcia, więc gdybym czekała w domu na poród to byłaby jazda bez trzymanki.
Niestety koniec tego dobrego. Juz wczoraj wracając z Piotrkiem ze spaceru czułam się kiepsko. Dzisiaj rano miałam KTG, na którym zapisały się dwa wyraźne mocne skurcze. Mój gino-endo zbadał mnie, zrobił USG. Na szczęście z Tomkiem wszystko OK, szyjka też dobrze, ale mam zwiększoną dawkę fenoterolu i isoptinu na wyhamowanie skurczy i zalecenie daleko posuniętego oszczędzania się. Na szczęście macica stawia się tylko gdy jeste w pozycji wertykalnej. Nie muszę leżeć cały czas, siedzenie wystarczy, ale chodzenie mam ograniczyć do koniecznego minimum. Jednym słowem gdzie się da jeździć samochodem, parkowac najbliżej jak się da, dłuższe spacery z dzieckiem sobie odpuścić - ot do piaskownicy i na ławeczkę. Gdy Maciek będzie wyjeżdżał muszę poprosić mamę lub teściową o pomoc. Nie mam już po prostu innego wyjścia.
Najadłam się dziś nerwów.
Całe szczeście, że wszystko mam już przygotowane i że Piotrek obkupiony na zimę. W poniedziałek pościelę łżeczko,a spakowana torba od dziś zawędrowała do mojego bagaznika i będzie ze mną jeździć na wszelki wypadek.
Dzisiaj zaczęłam 34 tc, więc musze jeszcze 4 pociągnąć.

piątek, 20 września 2013

wicie gniazda



Wpadłam po uszy w wir wicia gniazda ;-)

Pamiętam jak czekając na narodziny Piotrka usiłowałam przygotować co się da, zaopatrzyć we wszystko tak jakby po porodzie mieli odłączyć internet, zamknąć ulice i sklepy. Śmiałam się potem z samej siebie i uspokajałam koleżanki, że „życie po porodzie naprawdę istnieje”. No i co? Znowu dopadło mnie to samo.

Już od dawna mam praktycznie wszystko przygotowane dla Maluszka. Gondola, fotelik i leżaczek umyte, zaimpregnowane, śpiwór zimowy wyczyszczony, pościel, ręczniki, kocyki, ubranka – wszystko wyprane, wyprasowane i posegregowane. Zrobiłam razem z Piotrkiem przegląd zabawek niemowlęcych. W pokoju Tomka czeka spakowana torba do szpitala oraz karton z rzeczami do dowożenia mi w razie potrzeby – zapasowe koszule, podkłady, figi jednorazowe, ubranie dla Maluszka na wyjście ze szpitala. Pozostałe zniesienie biura Maćka i komputera z pokoju Tomka do gościnnego i przeniesienie mojego do naszej sypialni, z tym się nie spieszmy bo na razie tak jest wygodniej a i tak przez jakiś miesiąc łóżeczko będzie stało u nas. Niemniej jednak zrobić to trzeba, bo być może będe wieczorami/w nocy pracowała na macierzyńskim i musze mieć jakieś miejsce do pracy.  Trzeba jeszcze znieść ze strychu wanienkę i przywieźć od teściowej stelaż od wózka, chwilowo służy on Antkowi by szwagier nie musiał wozić tam jego wózka-parasolki ani tym bardziej zwykłej spacerówki, z której korzystają na co dzień bo ona im się nie mieści w aucie. Aha, jeszcze teściowa ma nam przywieść swoje łóżeczko turystyczne aby służyło za kojec na parterze a szwagierka laktator. I finito.

Mój instynkt wicia gniazda znajduje teraz ujście w inny sposób. Maciek się śmieje, że przygotowuję się jak na wojnę i ma trochę racji, ale nic nie mogę na to poradzić. Tak już mam ;-) Piotrek przepisany do innej pediatry. Rachunki popłacone do grudnia. Okna pomyte na zimę. Posegregowałam ciuchy Piotrka, odłożyłam za małe do kartonu do piwnicy, z szafki, w której trzymam rzeczy kupowane na wyprzedażach na wyrost przyniosłam ubrania na jesień i zimę, wyniosłam do piwnicy ubrania typowo letnie. Zrobiłam przegląd w jego czapkach, szalikach, dokupiłam rękawiczek i do wszystkich powszywałam podpisy (przedszkole). Kupiłam mu dwie pary butów wysokich na jesień i buty na zimę, zostały mi jeszcze do kupienia jakies tanie śniegowce jako zimowe obuwie awaryjne na wypadek przemoczenia głównego i jest zaopatrzony do wiosny. Może to śmieszne, ale nie sądzę bym miała do tego głowę w listopadzie. Dokupiłam sobie ciepłych skarpet i rajstop. Zrobiłam przegląd w biblioteczce Piotrka i schowałam do kartonu książki, które są już dla niego zbyt dziecinne. Poczekają na brata. Wyrzuciłam tonę niepotrzebnych papierów i szpargałów z naszej sypialni. Wyniosłam segregatory, których nie potrzebujemy na co dzień i książki kucharskie z pokoju gościnnego do piwnicy robiąc miejsce na rzeczy  mamy w czasie gdy będzie u nas nocować. W szafce czeka na wszelki wypadek sterylizator, kilka butelek i pojemniki na pokarm. W piwnicy dobrze schowany prezent dla Piotrka od braciszka. Pochowałam buty typowo letnie, wyciągnęłam cieplejsze, zaimpregnowałam co trzeba było zaimpregnować. Pochowałam do sprzedaży lub oddania letnie ubrania ciążowe, a te zwykłe letnie wyniosłam do piwnicy zastępując je w sypialni cieplejszymi. Przejrzałam lekarstwa, posprzątałam w szafkach w łazienkach. Zrobiłam przegląd "techniczny" zabawek po Piotrku i wymieniłam baterie.

Nie potrafię się zatrzymać w tym pędzie przygotowań Okruszkowo-zimowych. Za chwilę sfiksuję na dobre i ubiorę na zapas choinkę ;-))))))))

poniedziałek, 16 września 2013

książki 3-latka

Ciąg dalszy serii ku pamięci - kontynuacja postów o biblioteczce Piotrka rozpoczęta tym wpisem
Tym razem o ulubionych pozycjach w okresie 2.5-3.5 roku.
Najbardziej, ale to absolutnie najbardziej Piotr lubi "czytać" wszelkie encyklopedie obrazkowe czy słowniki obrazkowe zawierające schematy i przekroje pojazdów, maszyn wszelakich czy urządzeń codziennego zutyku. To jest absolutny hit. Wszystkie książki, które opisuję poniżej plasują się na drugim miejscu ;-) Seria o Kajtusiu/Kamyczku już dawno odeszła w zapomnienie. Tupcio Chrupcio ciągle w łaskach, ale najulubieńszy jest Franklin. Mamy dużo pozycji o nim i ciągle wypożyczamy z biblioteki nowe. Piotrek jest tylko zdziwiony dlaczego w starszych wydaniach rodzice Franklina chodzą na czterech łapach i spią w skorupach, a w nowszych chodzą jak ludzie ;-)
Świetna jest seria "Świat w obrazkach" i gorąco ją polecam. To dość grube książeczki ze szczegółowymi ilustracjami i stosunkowo dużą ilością tekstu. Myślę, że będą w użyciu przez dobrych kilka lat bo świetnie nadają się zarówno właśnie do przeglądania z trzylatkiem jak i jako pomoc naukowa dla dziecka u progu szkoły podstawowej (informacje są dość szczegółowe, sama wiele się z nich dowiedziałam, zawierają rys historyczny dotyczący danego tematu etc). Kosztują niewiele, od 10 do 20 PLN w zależności od tego czy okładka jest miękka czy twarda. Biorąc pod uwagę, że za byle badziewne pisemko dla dzieci z kiosku trzeba zapłacić kilkanaście PLN, a wiele tzw. encyklopedii dla dzieci kosztuje nawet i stówę, a zawierają mniej informacji i bardziej infantylne ilustracje - naprawdę warto. W serii jest ich o wiele wiecej niż na fotce.
Nasza ulubiona to ta o strażakach, bo Piotr fascynuje się wszystkim z tym związanym.
A "Dzieci świata" czytamy razem z "Mapami" Mizielińskich. Piotrek lubi wszelkie mapy i chętnie je ogląda. Wybieramy sobie dziecko z jakiegoś kraju, odszukujemy go na mapie, opowiadamy sobie o nim i Młody kojarzy już calkiem sporo faktów z dziedziny geografii i kulturoznawstwa.
Kolejną ukochaną serią jest cykl "Mam przyjaciela/przjaciólkę..." Mądrej Myszy. Dużo szczegółowych informacji zwłaszcza o strażakach, śmieciarkach i ciężarówkach. Dla równowagi przemycam też coś o weterynarzu czy kucharzu, czasem się udaje ;-)



Z pbardziej beletrystycznych pozycji  nieśmiertelne "Poczytaj mi mamo", Piotrek gustuje najbardziej w wierszach i wierszowanych opowieściach ("Daktyle", "Niebieska dziewczynka")
Wróbelek Elemelek
I


I nieśmiertelny Miś Uszatek - staroć, którą wylicytowałam na Allegro.

Rewelacyjna jak zawsze Małgorzata Strzałkowska i "Bajka o ślimaku kacperku". Uwielbiamy ją oboje. O tym, żeby mówić wprost o swoich obawach, nie bać się o coś poprosić o o tym, że wiele problemów można rozwiązać bardzo prosto jeśli nie zaczyna się od ataku, zakładania, że ktoś ma złe intencje czy owijania w bawełnę. Polecam.


Czytujemy też opowiadania o Elmerze słoniu w kratkę. Z obserwacji widzę, że Elmera albo się kocha albo nienawidzi, Piotrek go lubi, a mi przyjemność sprawia oglądanie zakręconych ilustracji, choć same opowieści moim zdaniem nie są zbyt wciągające i dla mnie nudne.
Fajne są krótkie rymowanki w zbiorze "Pan Pierdziołka spadł ze stołka". Szczerze mówiąc nie byłam przekonana do tej pozycji, choć jakiś czas temu głośno było o niej na blogach czytelniczych. Wydawała mi się przereklamowana i nie miałam zamiaru jej ani kupowac ani wypożyczać. Zrobiła to za mnie teściowa a Piotrkowi się spodobała.
 I na koniec "nowy przewodnik po świecie aut" - prezent od sąsiadów na trzecie urodziny. Rodzice małych miłośników Zygzaka Mcqueen'a wiedzą o co chodzi ;-)
Ciekawe jakie fascynacje ksiażkowe przyniesie pierwszy rok przedszkola. Na dniach zapisujemy się do biblioteki w przedszkolu całkiem przyzwoicie zaopatrzonej. Będzie nam łatwiej wypożyczać ksiażki stamtąd przy okazji niż jeździć zimą specjalnie do biblioteki wojewódzkiej.
A Wy co polecacie dla chłopca w 4-tym roku życia?

 

niedziela, 15 września 2013

niesamowite

Weekend spędziłam sama. W piątek po powrocie z KTG zaczęło mi się dosłownie ciurkiem lać z nosa. Nie byłam pewna czy to efekt przemoczenia nóg na spacerze czy jakieś wirusowe sprawy, więc na wszelki wypadek wysłałam męża z Piotrkiem do babci na weekend by Młodego nie zarazić (zależy mi żeby jeszcze przez pewien czas przynajmniej pochodził do przedszkola i przyzwyczaił się bez przerw chorobowych, a męża zapisałam na czwartek na szczepienie na grypę, więc też dobrze by się trzymał zdrowotnie), a sama zaległam w łożku. I tak leżałam przez 2 dni, coś czytałam, przysypiałam, oglądałam TV. Czuję się już dobrze.
Tomiś był spokojny przez ten czas, leniwy. Kiedy tylko Piotrek wrócił w niedzielę i tradycyjnie buzia mu się nie zamykała Tomiś momentalnie się ożywił słysząc brata. Jestem pewna, że to o to właśnie chodziło :-) Niesamowite prawda? Stęsknił się.
I łóżeczko stanęło w naszej sypialni. Mam nadzieję, że tylko na czas połogu. Trzeba je pomalować w kilku miejscach, zupełnie zapomniałam, że Piotr je dosłownie obgryzł ;-)


sobota, 14 września 2013

2 tygodnie przedszkola - bilans

Jestem niesamowicie dumna z mojego małego-dużego dzielnego chłopczyka. To był trudny i ważny dla nas czas. Wiem, że są dzieci, które z marszu zostają w przedszkolu na cały dzień bez zbędnych ceregieli. Wiem, że gdybym nie była aktualnie w 8 miesiącu ciąży na L4 prawdopodobnie też musiałabym rzucić Młodego szybko na głęboką wodę, botrzeba pracować. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie tego. Mój syn dojrzewa do bycia przedszkolakiem powoli, ale dojrzewa. Cieszę się, że życie tak się nam potoczyło, że możemy mu ten czas dać.
Stan na poniedziałek 2 września - tragedia, płacz, zero jedzenia bo wstydził się wejść do jadalni z dziećmi, noszenie i uspokojanie przez dwie panie + dyrektorkę, rozpaczliwe "mamo już nigdy mnie nie zostawiaj" gdy go odbierałam, totalne rozkojarzenie emocjonalne i moja załamka oraz wątpliwosci czy nie za wcześnie na przedszkole
Stan na piątek 13 września - od 4 dni bez łez w domu i szatni, spokojnie i z uśmiechem o 8.20 pomaszerował do sali, zjadł ze wszystkim śniadanie, bawił się, był na spacerze i nie wyrywał się ani nie uciekał, szalał na placu zabaw, zjadł wspólny obiad, umył zęby i uśmiechniety o 13.00 pomachał na pożegnananie swojej pani, a mi opowiadał co robił.
Wszystko małymi kroczkami. Cały zeszły tydzień za wyjątkiem feralnego poniedziałku zawoziłam go na 2 godzinki od 9.00 do 11.oo, bez posiłków, tak samo w zeszły poniedziałek, we wtorek został do 12.00, w środę pami Dorotka poszła z nim na jadalnię trochę wcześniej by zjadł pierwszy obiad zanim zejdą się dzieci, w czwartek zjadł go normalnie z grupą, a dzisiaj doszło śniadanie.
Uważam, że jest naprawdę dobrze :-)
Wiem od pań, że w ciągu dnia nie płacze, jest uśmiechniety i zadowolony i straszny z niego gaduła. Włącza się tylko w te zabawy grupowe, na które ma ochotę czyli autka, budowanie, rysowanie, klejenie, malowanie. Dobrze czuje się na placu zabaw. Nie chce uczestniczyć w zajęciach muzycznych ani tanecznych póki co - to nie jest dla mnei zaskoczeniem, znam temat dobrze z zajęć, na które chodziliśmy razem.Póki co nie akceptuje osób z zewnątrz i nie chce uczestnczyć w zajeciach przez nie prowadzonych (angielski, szachy). Panie twierdzą, że to normalne i ze z czasem się włączy. Pracują nad odklejeniem go od pani Patrycji, którą od poczatku zaanektował. Starają się by ufał i lubił też panią Dorotkę. Największy problem jest z.... fartuszkami. Piotrek od zawsze nienawidzi wszelkich fartuszków do malowania czy jedzenia, a je niestety jak świnka. Kategorycznie odmawia założenia jakiegokolwiek mimo, że  proponują mu różne. Po obiedzie nadaje się do przebrania, ale mam nadzieję, że z czasem zacznie jeśc ładniej. To jest jego pięta achillesowa. Potrafi wykonywać naprawdę precyzyjne czynności typu wkręcanie małych śrubek, a do dzisiaj nie radzi sobie z łyżką. Mam nadzieję, że przedszkole mu w tym pomoże. W sumie chodzi zaledwie 2 tygodnie i to tylko kilka godzin i już bez problemu zakłada sam buty, rozbiera się. Wiem, że umiał to już wczesniej, ale w domu zwykle trudno było go na to namówić.
W środę jest zebranie, mam nadzieję dowiedzieć się więcej. W tej chwili odbieram go w ciągu dnia, więc panie nie mają zbyt wiele czasu na rozmowę ze mną, bo muszą zająć się innymi dziećmi. na zebraniu spokojnie porozmawiamy.
Wydaje mi się, że póki co zostaniemy przy tych 4.5h pobytu i będę odbierała go po obiedzie. Boję sie przedobrzyć, przeciągnąć strunę i go zniechęcić, bo czas relaksu jest trochę kryzysowy. Widzę po Piotrku kiedy go odbieram, że jest zmęczony. Jeśli od razu gdzieś jechaliśmy typu spacer momentalnie zasypiał w aucie i potrafił spać nawet 45 minut. Natomiast jeśli wracaliśmy do domu to kłaść się nie chciał, ale między 15 a 16 padał na chwilę podczas zabawy. Ja sama z siebie nie próbuję go kłaść, bo mija się to z celem, walczylibyśmi z godzinę bez efektów, nie jestem w stanie go wyciszyc ani zachęcić. Wieczorem zasypia wcześniej, około 20.30 i śpi do 6.30-7.00. Teraz jest taki trochę trudny okres rezygnacji z drzemki po prostu. W średniakach nie ma drzemki jako takiej. Jest relaks po obiedzie, czytanie bajek, spokojna zabawa, ale bez leżenia na leżaczkach. Leżakowanie mają maluchy i jeśli Piotrek miałby wtedy potrzebę snu to może się jak najbardziej tam położyć. Ma piżamkę i pościel. Biorąc pod uwagę jednak fakt, że on w domu nie potrafi się o tej porze wyciszyć i zasypia jedynie na zasadzie klapnięcia na podłogę podczas zabawy mocno wątpię by dał radę położyć się w przedszkolu, na dodatek w innej grupie, w innym pokoju, z innymi mniej znanymi paniami. Dochodzi tez kwestia pieluchy. Piotrek jeszcze kompletnie nie kontroluje się podczas snu. Pani musiałaby wyczaić dobry moement by dyskretnie założyć mu pieluszkę inaczej nawet jeśli zaśnie to po góra kwadransie obudzi się całkowicie mokry, zdezorientowany, zawstydzony, z płaczem.
W każdym razie myslę, że być może podejme próbę odbierania go około 13.30-14.00, ale nie później. Kiedy urodzi się Tomek spacery z nim będę odbywała w trakcie godzin przedszkola, bo jeśli po przedszkolu pojedziemy gdzieś razem to Piotr momentalnie uśnie i będe musiał brutalnie go budzić lub chodzić z wózkiem naokoło samochodu.
Mam w ciągu dnia te 4h na odpoczynek lub lekarza, w piątek byłam na 2h w pracy. Wiem, że kiedy będę w szpitalu pomoc babci będzie niezbędna bo Maciek nie jest w stanie Piotrka odebrać tak wcześnie. Trudno. Może zimą dojdziemy do tej 15.00, zimą Maciek ma mniej pracy i wtedy mógłby po niego przyjeżdżać. Albo jeździć trochę później do biura i zawozić go na 8.00 bym nie musiała budzić i szykować Tomka tylko po to by spędził 10 minut w samochodzie i parę minut na dworze "odprowadzając" starszego brata.
Teraz tylko modlić się bym nie musiała położyć się plackiem lub zagościć na patologii ciąży i by choroby przedszkolne nas przez jakiś czas omijały lub przynajmniej ograniczały się do 2-3 dniowych katarów tak by Piotr się na dobre przyzwyczaił do nowej sytuacji bez dłuższych przerw. Ja wczoraj przemoczyłam nogi i leje mi się z nosa, więc Młody pojechał na sobotę do teściowej, na wszelki wypadek, z czego był zresztą bardzo zadowolony bo nie widział jej od 2 tygodni i bardzo się stęsknili za sobą oboje. Ja mam zamiar do wieczora doprowadzić się do stanu używalności.

Po przedszkolu - karmimy gołębie na rynku.







czwartek, 12 września 2013

ciążowo i stresowo

Kończę 32 tc. Brzuch jak dla mnie ogromny. Zdecydowanie większy niż przy Piotrku i inny. Niższy i bardziej spiczasty. Ma to swoje plusy bo zgaga znacznie mniej mi dokucza niż 3 lata temu.Wczoraj ledwo dopięłam się w kurtkę przeciwdeszczową i od dzisiaj chodzę w mężowskiej. Wyglądam jak w ciuchach po starszym bracie, ale trudno. Jakoś wytrzymam te kilka tygodni, szkoda mi pieniędzy na kupowanie większej kurtki czy kurtki ciążowej na tak krótki czas.
Tomek jest bardzo aktywny, wcale nie wygląda na to jakby miał mniej miejsca, brzuch faluje praktycznie non stop, dużo bardziej niż w II trymestrze. Siedzi głową w dół prawidłowo.
Podjęłam decyzję, że nie będę się upierać przy cesarce jeśli tylko będzie możliwość porodu siłami natury, a wygląda na to, że tak będzie. Skomplikuje nam to życie logistycznie (o tym później), ale nie wspominam dobrze cesarki, uważam, że jest to operacja a nie zabieg, długo po niej dochodziłam do siebie i planowej mówię stanowcze nie. A było to tak. Chodzę de facto do trzech lekarzy. Do mojego gino-endo, któremu ufam bezgranicznie, ale nie mam zamiaru rodzić w szpitalu, w którym pracuje. Na USG genetyczne i przepływowe do innego lekarza, bo mój nie ma tak nowoczesnego sprzętu. Dodatkowo zapisałam się do poradni przy szpitalu, w którym rodziłam i teraz też zamierzam, na NFZ, ot tak, żeby być u nich w systemie, poza tym wtedy jest zniżka za poród rodzinny i gdyby była konieczność położenia się na patologii ciąży to nie będę kimś obcym z zewnątrz tylko lekarka stamtąd mnie skieruje. Bardzo fajna mi się trafiła zresztą. W zeszłym tygodniu byłam na samym USG i tamten lekarz z miejsca stwierdził, że po cesarce to cesarka. Następnego dnia miałam wizytę u mojego gino-endo oraz w szpitalu i dwukrotnie usłyszałam to samo. Że jedynym wskazaniem w moim przypadku do planowej cesarki może być za cienka blizna po poprzedniej, ale to można wiarygodnie stwierdzić dopiero na USG około 36tc i po upływie 3 lat od operacji rzadko się to zdarza. Poza tym moja historia nie predysponuje mnie per se do cięcia. Poprzedni poród rozpoczął się sam, o czasie, postępował prawidłowo i we właściwym tempie, dziecko było ułożone prawidłowo (teraz też jest), ot po prostu trafił się taki przypadek jeden na około tysiąc porodów, że pod sam koniec Młody się obrócił i zaklinował głową. Pech po prostu. Cesarkę miałam przy pełnym rozwarciu, gdyby nie to to jeszcze trochę wysiłku i urodziłabym naturalnie. Piotrek ważył trochę ponad 3200 g, nie był wielkoludem, nie było dysproporcji między nim a moją budową, a Tomek póki co ma praktycznie identyczne parametry jak starszy brat. Zarówno mój gino-endo jak i lekarka ze szpitala są zdania i z tym się w pełni zgadzam, że dla dziecka najlepiej jest jeśli akcja porodowa zacznie się sama, nawet jeśli skonczy się cesarką. Dziecko dostaje od matki andrenalinę i inne hormony, to jest ważne, a planowa cesarka to szok - siedzi sobie nieświadome niczego i nagle je wyciagają. Poza tym planową cesarkę wykonuje się najpóźniej na początku 39tc, a ciąża prawidłowo może trwać nawet i 42  tygodnie, więc jest ryzyko, że dziecko tak naprawde będzie niedojrzałe, że potrzebowałoby jeszcze trochę czasu (np. mój szwagranek urodził się w ostatnim dniu 42 tc, gdyby szwagierka miała planową cesarkę wyciągnęliby go miesiąc za wcześnie tak naprawdę). Takie dzieci czesto mają problemy z kolkami etc. Na pewno nie zawsze i nie wszystkie, ale ryzyko jest większe. W każdym bądź razie zamierzam rodzić naturalnie jeśli tylko spełnione zostaną dwa warunki;
1 - USG w 36tc nie wykaże, że blizna jest zbyt cienka
2 - poród rozpocznie się sam i sam będzie postępował oraz nie przenoszę powyżej 41tc, ponieważ po cesarce nie wolno stosować kroplówek z oksytocyną ani innych wspomagaczy ze względu na ryzyko błyskawicznego skokowego rozwinięcia akcji porodowej. Gdyby poród nie postępował lub konieczne było wywołanie wtedy natychmiast mnie tną.
Podobno ten lekarz od USG znany jest z tego, że wszystkich kieruje na cesarki.
Daleka jestem od idealistycznych wyobrażeń na temat porodu naturalnego, nie jestem eko-mamuśką, wiem czym to pachnie bo Piotrka rodziłam prawie do końca naturalnie, wiem jaki to ból pomiędzy jednym a  drugim znieczuleniem, ale postanowiłam, że jeśli nie pojawią się wskazania medyczne  nie będę prosiła o planową operację. To poważna operacja, a nie żaden zabieg. Nie zamierzam rodzić bez znieczulenia, co to to nie, ale w moim szpitalu dostaje się je bez problemu, wiem, też, że nie zwlekaja z cięciem w razie komplikacji.
Czemu wspominam o tym, że skomplikuje nam to logistycznie życie?
Ano praca, i przede wszystkim kasa, kasa, kasa.......
Mój mąż chodzi smutny lub podenerwowany, bo cieniutko w tym temacie. Ja już za chwilę będę dostawała marne pieniądze z ZUS (zarabiam częściowo oficjalnie, częściowo nie, więc siłą rzeczy na urlopie macierzyńskim będę dostawała tylko to co było wykazywane formalnie). To nie są kwoty pozwalające na opłacenie rachunków i jedzenia, nie wspominając o innych potrzebach, więc wszystko spoczywa teraz na barkach męża. Niestety nie udało się z nową pracą od września, na razie po staremu zostaje przy własnej działalności, która jest sezonowa i zimą są tylko małe zlecenia. W tym momencie wygląda na to, że jesienią będzie miał tylko jedno większe, takie które pozwoli opłacić rachunki w zimie, gaz, ogrzewanie etc tyle, że pod Jelenią Górą. Daleko. Kilka godzin drogi autem. Wymaga ono kilku wyjazdów 2-3 dniowych i jednego na ponad tydzień i trzeba to zrobić tak do połowy listopada, przed pierwszymi śniegami. Maciek najchętniej robiłby to teraz, ale nie może ruszyć z miejsca z powodu biurokracji. Dopóki ośrodek nie wyda mu dokumentów, pozwoleń ma związane ręce.. .Wszystkie znaki na niebie i i ziemi wskazuja na to, że będą to wyjazdy w październiku, oby w I połowie miesiąca. Oby.  Jeśli później to czeka mnie czekanie na poród z mężem daleko. Za daleko by codziennie jeździć tam i z powrotem, zjadłyby nas koszty paliwa i całe zlecenie straciłoby sens. Ja 11 października kończę 36tc. Gdyby cesarka była planowa wiedzielibyśmy kiedy nastąpi, między 12 a 25 października i można by było te wyjazdy jakoś zaplanować. Tak to nic nie wiadomo. Mogę zakładać, że Tomek urodzi się w 39tc na przełomie października i listopada, bo tak wychodzi z USG i w tym czasie mniej więcej urodził się Piotrek, ale wiadomo - to tylko przypuszczenia. Nie wiadomo będzie co robić - czy jechać czy czekać. Nawet jeśli mąż będzie akurat w trakcie porodu, to co potem  - chyba lepiej by pojechał gdy będziemy w szpitalu niż potem kiedy wrócimy do domu. Będę bardziej go potrzebować. No ale taki lajf. Można oczywiście mówić, że praca nie jest najważniejsza, że pieniądze nie mogą przysłonić wszystkiego, ale to jest jedyne zlecenie jakie Maciek ma i jeśli z niego zrezygnuje lub podzleci komuś innemu to zwyczajnie zabraknie nam pieniędzy w zimie na podstawowe rachunki. Brutalna rzeczywistość. Co innego gdyby chodziło o ekstra kasę. Mowię więc sobie - trudno. Piotrkiem ma się kto zająć. Moja mama przyjedzie do nas na czas mojego pobytu w szpitalu i zajmie się nim, teściowa czy szwagierka zawsze mi w razie czego jakoś dowiozą potrzebne rzeczy a gdyby odpukać Macka nie było w dniu 0 , gdyby nie zdążył dojechać to trudno, jakoś dam radę sama. Nie ja pierwsza i nie ostania, choć wiadomo że w takich chwilach człowiek czuje się bardziej komfortowo z najbliższą osobą u boku.
Nie ukrywam jednak, że cała ta sytuacja stresuje mnie i przygnębia momentami. Ryczę z byle powodu, wyobrażam sobie siebie samotną na porodówce, bo nie chcę obecności kogokolwiek innego poza mężem.

wtorek, 10 września 2013

moderowanie, komentarze i anonimy

Kwestia niejednoznaczna.
Nie mam nic przeciwko moderowaniu komentarzy. Rozumiem, że zdarzają się hejterzy lub po prostu osoby chamskie. Mój blog na szczęście nie jest popularny i jeszcze się z tym, odpukać, nie spotkałam. Nie moderuję też z lenistwa. Nie chce mi się. Kilka razy zdarzył się spam to po prostu usunęłam i już.
Czasem mam wrażenie, że moderowanie w niektórych przypadkach przeistacza się w kreację rzeczywistości na blogu i tego nie lubię. Jest wiele blogów, których autorki zamieszczają posty ciekawe, trudne, kontrowersyjne, takie które wręcz wołają o rozpoczęcie dyskusji po czym publikują jedynie komentarze osób z podobnym światopoglądem, ewentualnie czytelników proszących o radę w danej kwestii, a wszelkie inne wyrzucają lub publikują wyrywkowo opatrując własnym, złośliwym lub wyszydzającym komentarzem. Tego nie znoszę. OK, każdy pisze bloga tak jak lubi i potrafi, ale w takicm razie bądźmy konsekwentni i zamiast na końcu posta umieszczać formułkę typu "zapraszam do komentowania" piszmy wprost "zapraszam osoby, które sie ze mną zgadzają, spijajmy sobie z dziubków" lub umieśmy guziczek "lubię to". Omijam takie blogi nawet jeśli są mi bliskie światopoglądowo, bo świadomość, że dyskusja tam jest na zasadzie audiencji i dopuszczania przed oblicze twórcy jest lekko odstręczająca.
I anonimy. Bardzo, bardzo nie podoba mi się traktowanie anonimów jak gorszego gatunku czytelników. Formułki typu "anonimom dziękujemy" albo "bycie anonimowym nie zwalnia z kultury" lub " anonimowy czytelniku miej odwagę się podpisać". Sama przez długi czas nie miałam konta na google, czasem zapominałam się podpisać. Dla mnie anonim to taki sam czytelnik jak każdy inny i nie podoba mi się robienie z nich jakieś gorszej kategorii i stawianie na wstępie pod ścianą na zasadzie strofowania "no dobra pisz ale pamiętaj - masz się podpisać".
Miłego dnia :-)

sobota, 7 września 2013

światełko na końcu tunelu?

Dziękuję Wam za komentarze pod poprzednim wpisem ;-)
Nie chcę zapeszać, ale chyba widzę światełko na końcu tunelu.
Środa była koszmarna. Kryzys. W poniedziałek i wtorek Piotruś płakał w ciągu pobytu w przedszkolu, ale do pani Patrycji rano szedł chętnie i z uśmiechem. W środę po raz pierwszy zaliczyłam to, co bardziej doświadczone mamy dobrze znają - płacz przy rozstaniu, wtulanie się we mnie i wielką rozpacz. Serce mi się krajało, a w głębi duszy wpadałam w panikę. Pomyslałam, że skoro Piotrek nawet na panią Patrycję tak reaguje to już gorzej być nie może, rozum i intuicja podpowiadały mi jednak, że muszę się szybko pożegnać i wyjść. Tak zrobiłam. Poprosiłam panie by zadzwoniły do mnie jeśli nie uda im się Piotrka uspokoić w ciągu 15 minut. Kiedy tylko wyszłam z przedszkola sama zaczęłam ryczeć, siedziałam w aucie i płakałam załamana. Potem pojechałam do domu i o 11 zebrałam się po syna przekonana, że usłyszę, iż dla niego za wcześnie na przedszkolną adaptację, że znajdę go z twarzą zapuchniętą od płączu. Tymczasem kiedy zadzwoniłam domofonem czekał na mnie w sztani z panią Dorotką (tą bardziej doświadczoną), przytulał misia i wręczył mi obrazek. Pani Dorotka powiedziała, że szybko się uspokoił i w ciągu dnia było dobrze z jednym małym kryzysem. W czwartek miałam przed południem wizytę u lekarza i odebrała go moja mama. Rano sytuacja się powtórzyła, choć zawieźliśmy go wspólnie z Mackiem, ale panie zrelacjonowały jej, że w uspokoił się błyskawicznie i potem było bardzo dobrze. Ani jednej łzy. W piątek płacz rano, ale przy odbieraniu usłyszałam komentarz "było super" i dostałam kolejne obrazki. Panie stwierdziły, że to ten typ, który musi rano wykrzyczeć i wypłakać napięcie, ale później jest naprawdę dobrze, bawi się z dziećmi, szaleje na placu zabaw. W poniedziałek zostawię go ponownie na 2h, bo to na pewno będzie kryzysowy dzień, a później spóbujemy wydłużyć pobyt i stopniowo zachęcać go do zjedzenia obiadu w przedszkolu.To jest główne wyzwanie w tym momencie. Staram się rano by zjadł treściwe śnaidania, ale i tak o tej 11 jest wygłodniały i rzuca się w aucie na banana.
Może jakoś to pójdzie.
Taki obrazek dostałam - Piotr uparł się, że samochód musi mieć "znaczek" więc z panią Dorotką drukowali loga w gabinecie pani dyrektor.
 Zaś w piątek Młody poszedł do niej sam i podobno wypytywał się czy nie trzeba czegoś naprawić albo skręcić szafkę bo on umie i pomoże - a to dlatego, że dzień wcześniej skręcał z tatą szafkę nocną.

wtorek, 3 września 2013

trudne początki przedszkolne.....

W weekend byłam bardzo optymistycznie nastawiona co do poniedziałku. Piotrek chętnie chodził ze mną na adaptację do przedszkola, bardzo polubił jedną ze swoich pań, wprawdzie bawił się raczej na boku, ale wiem, że to normalne u niektórych dzieci. W każdym razie mniej było w mnie mniej stresu niż tydzień wcześniej przed adaptacją. Sam zainteresowany spokojnie mówił, że pójdzie do przedszkola, że zostanie, a mama pójdzie do pracy (wersja dla niego). Wydawało się, że jest OK.

Ale nie jest. W ogóle nie jest :-( Nie wiem co bym poczęła gdybym nie była teraz na zwolnieniu, gdybym musiała iść do pracy na cały dzień. Naprawdę nie wiem

W przedszkolu śniadanie dla średniaków i starszych grup jest o 8.30, dla maluszków o 9.00. Jest wspólna jadalnia. To małe przedszkole, więc na jadalni jest w sumie może tyle dzieci co w jednej grupie w przedszkolu samorządowym. Panie prosiły by przychodzić albo na śniadanie albo po, ale nie później niż na 9.00 za wyjątkiem sytuacji wyjatkowych by dzieci nie wchodziły w środku zajęć. Piotrek w poniedziałek rano spokojnie wstał i napił się odrobiny mm. Pobawił się chwilę. Zaproponowałam śniadanie, ale stwierdził, że zje z dziećmi w przedszkolu. Zebraliśmy się więc na 8.30. Pobiegł radośnie. W szatni pierwsze rozczarowanie - nie ma jeszcze pani Patrycji. Wcześniej jest pani Dorotka, a pani Patrycja przychodzi na 9.00 bo nie ma innych możliwości dojazdu.Piotr sie speszył. Pobawił się chwilę w sali, a potem dzieci wzięły węża i poszły do jadalni. Poszedł za nimi, wszedl, ale zawstydził się, wyszedł i już nie chciał wracać. Przyszła pani Patrycja, ucieszył się, zasugerowała bym przyszła na poczatek o 12, przed obiadem, który jest o 12.30. Miała próbowac namówić go na śniadanie jak większość dzieci zje.
Pojechałam do sklepu, do domu, posprzątałam i w dobrym nastroju stawiłam się po Piotrka. Jak tylko zauważyłam, że siedzi z panią Patrycją i dyrektorką w sekretariacie od razu wiedziałam, że nie było dobrze. Bardzo płakał. Bawił się, a za chwilę przypominał sobie, że mnie nie ma i płakał, pani Patrycja szczerze powiedziała mi, że pod koniec to już była kaplica. Ustaliłyśmy, że musimy adaptować powoli i delikatniej, krócej. Kiedy wychodziliśmy Piotr spontanicznie powiedział "już nigdy mnie nie zostawiaj"....A ja nie zniknęłam mu z oczu, rozmawialiśmy, wiedział, że idę do pracy, pożegnałam się z nim, powiedziałam, że przyjadę po niego jak wróci z placu zabaw i słowa dotrzymałam. Pani Patrycji potem mówił, że do niej wróci, w domu też opowiadał, że jutro pojedzie do przedszkola, ale widać było, że jest bardzo zmeczony emocjonalnie. Był taki, nie wiem jak to opisać, rozkojarzony, mówił o różnych rzeczach bez ładu i składu, w aucie od razu zasnął. OK, stwierdziłam, że pierwsze koty za płoty, że 3h to za dużo dla niego na początek, poza tym nie jadł śniadania i był głodny.

Dzisiaj rano zrobiłam mu ulubione naleśniki, najadł się porządnie i w przedszkolu byliśmy o 9 - po śniadaniu i od razu przyszła po niego do szatni pani Patrycja. Poszedł z nią do sali chętnie, pożegnał się ze mną. Umówiłyśmy się, że przyjadę za 2h, o 11.00 Byłam punktualnie, Piotr był na placu zabaw, bawił się, ale na mój widok bardzo się ucieszył i próbował wręcz wspiąć się na płotek by się do mnie dostać zamiast biegnąć do bramki. Pani Patrycja mówiła, że dzisiaj krócej wytrzymał na sali bez płaczu, że się trochę rozkleił, potem na placu zabaw było OK. No ale nie ma co się oszukiwac - jest jedynym dzieckiem, które w tym momencie ma problemy z adaptacją.

To nawet nie chodzi o to, że nie chce się póki co włączać w zabawy grupowe na sali. Ma do tego prawo. On bardzo się rozkleja kiedy ktoś mu coś zabierze, nie walczy o swoje - to dla mnie dziwne, na wszystkich zajęciach, na które chodziliśmy potrafił się bez problemu upomnieć, wymienić, nawet odebrać coś. Wtedy jednak miał chyba świadomosć, że jestem w pobliżu, na korytarzu, a tutaj w takich momentach dociera do niego, że mnie nie ma i wraca tęsknota. Źle się czuje w sali gdy zaczyna być większy gwar a to naprawdę jest kameralne przedszkole, na ten moment w jego grupie jest 8 dzieci. To naprawdę niewiele. Tylko pani Patrycji ufa.

Jestem podłamana szczerze mówiąc. Jutro znowu jedzie na 2 h, po śniadaniu, bez obiadu. Liczę na to, że stopniowo uda się te 2h wydłużyć do 3h, a potem zahaczyć o obiad. Póki nie zje obiadu nie może być dłużej niż do 13 bo będzie głodny. Martwię się o niego. Chodziliśmy  na różne zajęcia dla dzieci, odwiedzaliśmy to przedszkole przy różnych okazjach, nie szedł w nieznane miejsce. Najdziwniejsze jest to, że on raczej pozytywnie się o nim wyraża, wie że mama i tata chodzą do pracy, a dzieci do przedszkola, nie protestuje rano, ale kiedy przychodzi co do czego rozkleja się na amen.

No martwię się strasznie. Nie mówiąc o tym, że te 2h mnie nie urządzają w ogóle. W czwartek mam KTG i wizytę u gina przed południem. Musiałam poprosić moją mamę by przyjechała do nas przez całe miasto by Piotrka odebrać z przedszkola bo nie ejstem w stanie łącznie z dojazdem w obie strony uwinać się z tym w te 2h. Nie ma szans. A KTG będę miała co tydzień, nie mówiać o innych badaniach. Miałam nadzieję, że w przyszłym tygodniu podjadę do pracy na jakieś 2-3h, jeszcze coś muszę skończyć, ale w tym układzie nie wchodzi to w grę....

Jakieś rady?????????? Tylko błagam nie piszcie, że to wina tego, że nie spędziłam z nim w domu więcej niż te 7 miesięcy, że pracowałam na pełny etat, że nie było mnie w domu przez 9h dziennie etc. Musiałam wrócić do pracy byśmy mieli za co żyć, więc proszę nie dołujcie mnie tym dodatkowo.

niedziela, 1 września 2013

6 rocznica ślubu.....

Wczoraj byliśmy u znajomych. Mój mąż sprawił mi ogromną przykrość w samochodzie, zapewne nieświadomie. Chciałam pogadać wieczorem - nie było szans. Zasnał przed TV i tyle.  Dziś pogoda do chrzanu. Spał do 10.30. Nieprzytomny kompletnie. Ja od rana humor mam  średni, ale się starałam. Złożyłam życzenia. On mruk. Gdyby nie to, że zadzwoniła moja mama z pytaniem czy mój wujek, który dzisiaj do niej przyjechał ze wsi mógłby do nas przyjechać obejrzeć dom bo ostatnio widział go w stanie surowym pewnie cały dzień przesiedziałby przed komputerem. Gdy byli u nas zachowywał się normalnie, kiedy tylko poszli wrócił do swojej pieprzonej "Sacred"!!!!!!!!! Piotr padł o 20. Jest 23. O 20 zapowiedział, że zaraz zejdzie na dół, zjemy razem kolację, coś obejrzymy. To "zaraz" trwa już 180 minut. Jak widać pikselki są wazniejsze od żony, od naszej rocznicy. Nie potrzebuję prezentów, nie mamy kasy, prezent ode mnie się spóźnił zresztą. ale był w kościele, mógł chociaż kwiatka przywieźć. A przede wszystkim przeprosić za wczorajsze słowa. Choć się zastanowić nad tym, że było mi przykro. Dupa.

Wyprasuję kilka ciuchów i idę spać. Taki mój rocznicowy wieczór z żelazkiem. Mąż ze słuchawkami na uszach wgapiony w komputer za zamkniętymi drzwiami. Coś mi sie zdaje, że sytuacja dojrzała do poważnej rozmowy, ma wracać na terapię i to zaraz!

NIENAWIDZĘ GIER KOMPUTEROWYCH