poniedziałek, 23 września 2013

czas spojrzeć prawdzie w oczy.....

Zapewne jutro będę żałowała, że napisałam tego posta i być może go skasuję. Trudno. Ten blog to moje miejsce i piszę tu gdy mam potrzebę. O wszystkim.
Od pewnego czasu jest mi bardzo smutno i przykro z powodu obcości, która wkradła się w nasz związek na zmianę z wściekłością i złością. Nie jestem ideałem. Mam wiele za uszami. Wiele razem przeszliśmy. Nie wiem kiedy zaczęło się psuć i szczerze mówiac nie mam teraz głowy by się nad tym zastanawiać. Nie chcę. Jestem w 34tc ciąży, bardzo źle się czuję, martwię się, boję się porodu, każda czynność sprawia mi trudność i zwyczajnei w świecie akurat teraz potrzebuję ciepła, taryfy ulgowej, troche przytulania, trochę rozpieszczania. Wlasnie tak. W ciąży z Piotrkiem czułam się piękna do końca. Teraz nie.
Wiem, że mamy teraz trudny okres, bardzo trudny finansowo, organizacyjnie. Mam tego dość. Mam dość tej całej cholernej rodzinki S a zwłaszcza teścia, z którym mój mąż pracuje i który doprowadza go do takich nerwów, że w naszym domu trudno wytrzymać. Mam dość tego, że w tej rodzinie nie mówi się rzeczy wprost tylko każdy okopuje się na swoim stanowisku i sonduje. Mój mąż jest najnormalniejszy z nich wszystkich, ale w chwilach przewlekłego stresu wychodzą z niego cechy teścia. Nie znoszę tego.
Bałam się iść na zwolnienie bo już od pewnego czasu było mocno stresująco, a wiedziałam, że brak odskoczni w postaci pracy, życia pozadomowego spowoduje, że będę to wszystko mocniej odczuwała i tak właśnie się stało. Ten miesiąc to adaptacja przedszkolna Piotrka i atmosfera grobowca w domu. Mąz bawi się z dzieckiem, pomaga owszem, ale potem zmayka się w sobie. Ucieka. Nijak nie da się z nim pogadać. Są fajne momenty, ale to dosłownie chwile. Przez większą część czasu czuję się razem z moim brzuchem jak kula u nogi. Kolejny ciężar i obowiązek, który przytłoczył akurat teraz. Czuję, że Tomek rodzi się w nieodpowiednim momencie, że mąż chcialby przesunać poród na styczeń czy luty, bo nie wyrabia ze wszystkim, a teraz jeszcze ja naprawdę potzrzebuję pomocy bo skurcze, nogi puchna, za chwilę urodzę. Czuję się jak ciężar. Odreagowuje przez komputerem lub TV. Mam wrażenie, ze Piotrkiem zajmuje się z obowiązku. Syn go uwielbia, mąż się do niego uśmiecha, szaleją, wygłupiają się, a gdy tylko pójdzie spać z jego twarzy znika maska.
Tak naprawdę normalnie rozmawiamy ze sobą tylko wtedy gdy do kogoś idziemy lub mamy gości.....
Czuję się jak trendowata. Przytulam się, a on stoi jak manekin. Jak robot. Kłócimy się, bo jestem teraz bardzo drażliwa i mam dość twarzy robota albo wiecznie przygnębionego malkontenta. Teraz potrzebuję silnego i uśmiechnietego faceta u boku. Adoracji. Jestem zawiedzona tym, że nie potrafi wziąć się w garść choć teraz. Że obrzydza mi tygodnie, które powinny być piękne. Na badania jeżdzę sama. Po powrocie nie usłyszę nawet pytania "czy wszystko w porządku", nie usłyszę bo siedzi przed monitorem lub śpi. Chyba nigdy w życiu nie czułam się tam samotna jak teraz, a jednocześnie świadomośc, że w tym momencie nie mam możliwości zgarnięcia Piotrka i wyprowadzenia się dobija mnie. Chciałabym mieć na tyle pieniędzy by kupić dla mnie i dzieci wygodne mieszkanie, urządzić je i mieć gdzie uciec. Ale nie mam. Nie jestem szlaona. Nie wyprowadzę się z dwójką dzieci do kawalerki. Zrealizuję swój plan, ale za parę lat. Potrzebuję teraz pomocy, fizycznej, za chwilę rodze, idzie zima. Boję się. Taki atawistyczny zwierzęcy strach.
Gdyby nie to uciekłabym lub przynajmniej wychodziła z domu ile się do, bo nie da się w nim wytrzymać w tej atmosferze nerwów i zniechęcenia. Jak tu uciec jak nawet chodzić za bardzo nie mogę. Pasowałoby iść na terapię małżeńską, ale siłą rzeczy musimy ten temat odłożyć na jakiś czas.
Próbuję żyć chwilą i zachęcam do tego męża, a on zarzuca mi, że jestem lekkoduchem i nie myślę o przysżłości i wraca do swoich smętów.
Czasem czuję, że on ma do mnie pretensje o to, że jestem niedołężna, że tak kiepsko znoszę 3 trymestr, że ciagle leki, badania, mój niepokój. Co mam na to poradzić? Przez ponad 6 miesięcy żyłam jak do tej pory, byłam aktywna, ze wszystkim dawałam sobie radę. Teraz przyszedł taki czas, że muszę liczyć na pomoc innych. Przy Piotrku było inaczej. Nie miałam jeszcze dziecka, leżałam sobie, nikomu nie wadziłam. Teraz jest inaczej. Panicznie boje się hospitalizacji przed porodem, modlę się by nie przyplątalo się znów zatrucie ciążowe, chcę uniknać rozstania z Piotrem. Męczy mnie to. Nienawidzę być niedołężna i uzależniona od innych. Boli mnie, że w aktualnym stanie emocjonalnym mojego męża wszelka pomoc, którą od niego dostaje wygląda na wymuszoną, z łaski.
Dzisiaj oglądał TV, ja leżałam obok. W pewnym momencie chwycił mnie potworny skurcz nogi, najgorszy jak do tej pory. Nie mogłam sobie z nim poradzić, nie dało się tego rozmasować, próbowałam chodzić na siłę, ale noga była jak z kamienia. Dlugo trwało zanim doszłam do siebie. Bolało tak, że płakałam z bólu.A on siedział. Dopiero jak poprosiłam rozmasował mi trochę noge, a potem dalej gapił się w TV. Dalej radziłam sobie sama, w pokoju obok. Pomyslałam sobie, że skoro TV jest ważniejsza niż atak bólu żony to chyba jestem obcą dla niego osobą. Że chyba nie ma tu już miłości. Tylko obowiązek.
Poważnie sie zastanawiam czy nie zrezygnować z porodu rodzinnego. Maciek bardzo mi pomógł gdy rodziłam Piotrka ale teraz.... teraz gdy nawet przytulenie odrzuca, gdy spokojnie ogląda film gdy ja walczę ze ścierpnietą nogą już nie jest dla mnei takie naturalne, że chciałabym by był obok w trakcie poorodu. Coraz mniejszą mam na to ochotę. Wiem, że będę bała się sama. Wiem, że czułabym się bezpieczniej ze swiadomością, że jest obok i w razie czgeo zawoła kogoś szybko. Ale tylko tyle. Nie chcę się na nim wspierać, dotykać go gdy będę zupełnie bezbronna. W kontekście tego jak się pochrzaniło między nami nie chcę.
Najgorsze w tym wszytskim jest to, że marzę o chwili gdy zobaczę mojego drugiego synka, że bardzo, bardzo chciałabym urodzić go naturalnie by przeżyć te pierwsze godziny z nim przytulonym do piersi, coś czego nie zaznałam przy cesarce, ale.... chyba nie chce by był wtedy z nami mój mąż. On długo dojrzewał do pokochania Piotrka. Wiem, że tak ma przy niemowlakach i zdaję sobie sprawę, jestem przygotowana psychicznie na to, że nie jest typem, który ćwierka nad maluszkiem. Ze nawiąże z Tomkiem kontakt nieco później. Taki jest. Dlatego na samą myśl, że miałabym przeżywać te chwilę z kimś tak obojętnym jak w tym momencie, z kimś kto na pewno nie będzie wzruszony, nie bezie tego rozumiał coś się we burzy.
Wiem też, że nie mogę mu tego zabronnić czy poprosić by nie było go z nami, bo wtedy do reszty schrzanię wszystko. Jeszcze niedawno obawiałam się tych jego delegacji w październiku ze strachu, że będę sama w momencie porodu i dalej się boję samotnej jazdy taxi do szpitala, samotonności na izbie przyjęć ale z drugiej strony rozwiąże to mój dylemat.
Straszne jest to co piszę, wiem. Sama nie wiem czego chcę, co czuję. Może jutro bedzie lepszy dzień.




9 komentarzy:

  1. Och Nessie.... Znowu nic konstruktywnego nie napisze, bo wczuwajac sie w Twoje slowa jest mi poprostu przykro i poprostu mysle, ze Cie rozumiem? Choc mysle , ze takie zamykanie sie na niego nie pomoze? Moze taka szok- terapia? Zabierz sie na weekend z Piotrkiem do Mamy? Albo choc talerzami porzucaj?poklnij glosno?sama nie wiem? Mam wrazenie, ze komus potrzebny zimny prysznic!!!! Tulam Cie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Poryczałam się jak to przeczytałam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Juz kiedyś pisałam, że naprawdę brzmi strasznie. :((
    To nie Twoja wina, że potrzebujesz wsparcia i pomocy. Masz prawo.
    Nie usprawiedliwiaj faceta dokładając sobie-masz prawo być drażliwa bo w takim otoczeniu każdy by był, nie tylko kobieta w ciąży.

    Dopóki radziłaś sobie ze wszystkim sama to dało sie zyć, a teraz mężowi za trudno bo musiałby się wysilić?
    Kopnąć w tyłek to za mało...
    A może powiedz mu wprost, że nie chcesz żeby rodził z Tobą i może to na niego podziała. Bo póki co to on chrzani wszystko i jakos sie tym nie przejmuje. Dlaczego Ty miałabyś?

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj Nessie :( Nie w takim nastroju powinnas ostatnie tygodnie ciazy spedzac...Moze powinnas sprobowac pogadac z mezem o tym jak sie czujesz z jego postawa i nastawieniem do wszystkiego? U mnie jest inaczej, bo to ja sie zamknelam w sobie, jak samica jakiegos zwierzecia - odsunelam sie na bok, one tez przed porodem odsuwaja sie od stada, buduja sobie gniazdo o wracaja z niego juz z malym. Ja ucieklam kilka tygodni temu do goscinnej sypialni i tam spie, w ciagu dnia jestem milczaca i jakas taka inna, sama to zauwazam. Ale poniewaz to moj wybor, jest mi latwiej.
    Co do porodu z mezem - ja juz na poczatku ciazy stwierdzilam, ze nie chce faceta obok siebie. Bedzie ze mna dobra kolezanka (silna kandydatka do miana przyjaciolki), matka czworki dzieci, doswiadczona w porodach i zafascynowana nimi. Wiem, ze ona bardziej mi pomoze, dodatkowo mamy takie samo, czasem absurdalne poczucie humoru i licze, ze ono tez bedzie pomocne w trudnych chwilach. Powiedz mezowi wprost, ze wolisz rodzic bez niego. Wiesz, ze on by chcial przy tym byc, czy moze wybiera sie wylacznie z poczucia obowiazku? Moze dla obojga bedzie to lepsze? Zeby nie byc sama, moze masz jakas kobiete, ktora by mogla byc z Toba? To bedzie taki czas, kiedy nie powinnas sie martwic, ze facet obok Ciebie jest blisko tylko cialem, masz sie skupic na sobie, na tym, by bylo Ci dobrze psychicznie, wtedy latwiej zniesc niedogodnosci fizyczne...
    Hormony Ci nie pomagaja, wszystko odczuwasz teraz silniej, po porodzie moze byc jeszcze gorzej (pamietam kilkudniowy baby blues kiedy mialam ochote wziac Camille pod pache i zwiac z domu na koniec swiata...), pogadaj z mezem. Nie obwiniajac go, nie oskarzajac, tak spokojnie powiedz czego Ci brakuje, czego potrzebujesz od niego wlasnie teraz, moze przejrzy na oczy, otrzasnie sie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Póki co każda próba rozmowy to gadanie do ściany.
      Wiem na pewno, że nie chcę przy porodzie nikogo innego. Jak nie on to sama. To bardzo intymne przezycie i nie chce go dzielić ani z mamą ani z przyjaciólka, krępowałabym się.

      Usuń
  5. Strasznie mi przykro Nessie. Coz mozna napisac. Dobrze, ze sie wygadalas tutaj. Czasem to pomaga. Kiiki ja tez bym nie umiala rodzic nawet z najlepsza przyjaciolka, to juz lepiej sama. Kwestia charakteru, mysle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, ze to kwestia charakteru. Ja licze na to, ze towarzystwo w czasie wielu pewnie godzin przyda mi sie bo ja milczec nie potrafie, a samej do siebie gadac jakos glupio. A z koncowka to sie okaze - jesli bedzie mnie krepowala obecnosc kolezanki, poprosze by wyszla, mamy wszystko obgadane i taka opcja tez zostala wzieta pod uwage

      Usuń
  6. Przykro mi, że przeżywasz teraz takie rozterki. Nie tak powinny wyglądać ostatnie tygodnie ciąży, ale teoria teorią a życie życiem:(
    Doskonale rozumiem jak to jest kiedy mąż nawet nie zapyta po badaniach o dziecko...
    Co do wyprowadzki z dziecmi, to sama widzisz, że to nie jest taka prosta sprawa, a mieszkanie w tym wszystkim najmniejszym jest problemem.

    Myślę że to nie jest najlepszy czas na podejmowanie jakichś drastycznych kroków ani analizowanie związku. Skup się na sobie i dzieciach i w nich szukaj szczęścia dla siebie. Męża olej, chociaż tymczasowo.
    Dbaj o siebie:*

    OdpowiedzUsuń
  7. no co jak co, ale Ciebie lekkoduchem nazwać nie można. jesteś mega zorganizowana, obowiązkowa i słowna.

    przykro mi, że tak wygląda końcówka ciąży. nie znam Twojego męża, ale z tego co czasem obserwuję mężczyźni tak mogą przeżywać stres związany z powiększeniem rodziny. do tego kłopoty w pracy. dla nas kobiet to absurd i człowiek ma ochotę kopnąć delikwenta w tyłek. jesteś silną babką, mądrą. dasz radę. i mam nadzieję, ze Twój mąż się zreflektuje w porę!

    OdpowiedzUsuń