czwartek, 26 września 2013

sąsiedzi

Jakich macie sąsiadów? Utrzymujecie z nimi bliskie stosunki czy tylko zdawkowe „dzień dobry”, a może wojna podjazdowa? ;-) Moja mama ma w życiu ogromne szczęście do fajnych sąsiadów, a może po prostu ich przyciąga.
Kiedy mieszkałyśmy w kawalerce utrzymywała przyjazne stosunki z obiema rodzinami z tego samego piętra, a pani mieszkająca piętro wyżej do dzisiaj jest jej przyjaciółką. Mieszkałyśmy same, więc sąsiedzi pomagali nam gdy potrzebna była męska dłoń do drobnych domowych napraw. Kiedy poszłam na studia i przez kilka lat mieszkałyśmy jeszcze razem w innym mieszkaniu pojawiła się pani Krysia, pan Marek i ich dzieci – Kasia i Tomek. Szybko stali się stałymi bywalcami u nas i vice versa. Bardzo miło wspominam ten czas, pożyczanie sobie przysłowiowej szklanki soli, wieczorne wspólne oglądanie filmów, bo razem przyjemniej, wyprowadzanie na spacery ich psa, to, że zawsze mogłyśmy na nich liczyć gdy wyjeżdżałyśmy w kwestii karmienia naszego kota. Gdy się wyprowadziłam często umawiałam się z mamą i panią Krysią na karty lub po prostu pogaduchy i było dla nas oczywiste, że zapraszamy ich wszystkich na wesele, bo stali się dla nas jak rodzina. Pamiętam, że mój przyszły szwagier o dość skostniałych poglądach nie był w stanie tego pojąć. Cieszę się, że dobrze się bawili i do dziś mam gulę w gardle na myśl, że to wesele to była ostatnia impreza pana Marka. Zmarł dwa miesiące później na raka. Mama wtedy gotowała obiady i karmiła ich wszystkich. Pani Krysia jakiś czas temu wyprowadziła się do mniejszego mieszkania, na szczęście niedaleko i przyjaźń z mamą bynajmniej nie osłabła, a w jej starym mieszkaniu mieszka teraz małżeństwo z dwiema córeczkami, również bardzo mili ludzie. Zuzia odwiedzała mamę gdy Piotruś był u niej i razem się bawili. My nie mieliśmy takiego fuksa. Nie wspominam dobrze lat spędzonych razem w kawalerce z punktu widzenia stosunków sąsiedzkich. Zmieniło się towarzystwo na niezbyt ciekawe. Z jednej strony dres wiecznie zapraszający koleżków na imprezy na klatce schodowej praktycznie pod naszymi drzwiami, z drugiej podobne towarzystwo przesiadujące całymi nocami na balkonie sąsiadującym z naszym oknem tak, że latem słyszeliśmy każde słowo. Najciekawsi byli jednak sąsiedzi z pietra wyżej, a właściwie ich pies. Ja bardzo lubię zwierzęta, ale tego kundla przysięgam wielokrotnie miałam ochotę otruć. Niesprawiedliwie, bo nie był winny on tylko durni właściciele. Prowadzili oni sklepik obok bloku dosłownie, a pies miał zwyczaj szczekać NON STOP gdy zostawał sam w domu. Kilka godzin monotonnego ochrypłego dudniącego hau hau niosącego się rurami przez kilka pięter. Sklep był całodobowy, więc zdarzało się to również nocami. Ludziom tym nie chciało się zwierzaka wyprowadzać na spacery, więc scedowali ten obowiązek poniekąd na innych. Otóż wypuszczali go za drzwi, a pies biegł na parter i zaczynał monotonnie szczekać do momentu aż ktoś akurat nie otworzył bramy lub gdy ktoś się nie zniecierpliwił i go nie wypuścił. Wracał gdy ktoś mu otworzył po czym biegł na górę, stawał na swojej wycieraczce i szczekał aby mu otworzono, a że właściciele często i gęsto byli akurat w sklepie więc szczekał na próżno. W życiu nie spotkałam tak głupiego zwierzaka. Najbardziej słyszeliśmy go my bo szczekał centralnie nad naszymi drzwiami, więc często zniecierpliwiona po godzinie ujadania brałam delikwenta pod pachę i wyrzucałam na pole. Próbowałam interweniować, rozmawiać z tymi ludźmi a oni tylko rozkładali ręce „no co poradzić, taki jest”. W ogóle nic nie docierało. Poza tym wiecznie byliśmy zalewani bo sąsiad z trzeciego pietra nie czyścił kratki. W każdym bądź razie mieszkania w bloku miałam serdecznie dość i to jeden z powodów, dla których zdecydowaliśmy się na dom. Teraz mamy święty spokój i póki co bardzo mi się to podoba. Kiedy potrzebujemy ciszy mamy ją. Nie jesteśmy uzależnieni od planów innych ludzi, od tego jak spędzają czas. Jeśli pojawi się plama na suficie to z naszej winy, a nie dlatego, że ktoś nie wyczyścił kratki. Mogę prać w środku nocy nie martwiąc się, że pralka hałasuje a talerze w szafce nie podskakują mi bo ktoś obok ma fantazję słuchać metalu na cały regulator. Lubię to. Na sąsiadów nie mogę narzekać. Z jednej strony jest pusto. Mój mąż zna właściela tej działki. On na razie nie planuje nic tam budować, podobno to sympatyczny rzeczowy człowiek, bez problemu zgodził się na przejazd maszyn budowlanych przez jego działkę na czas naszej budowy. Z drugiej mieszka małżeństwo emerytów. Mają dom w jarze, praktycznie go nie widzimy. Mamy stosunki poprawne acz na dystans. Oni są raczej samotnikami. Rozmawiamy przez siatkę, doradzali nam w kwestii roślin, zaprosiliśmy ich na kawę i ciastko gdy się wprowadziliśmy i było miło, ale oni nie kwapią się z zaproszeniem nas, szanuję to. Nie wchodzimy sobie w drogę. Po drugiej stronie drogi naprzeciwko nas mieszka małżeństwo, które akurat trochę pośrednio nam zalazło za skórę, a w zasadzie tylko gość. Przez wiele lat wyrzucali śmieci na naszą działkę gdy nikt się nią nie interesował i po jej wykarczowaniu spędziliśmy z Maćkiem kilka upojnych dni wygrzebując z ziemi kolejne warstwy worków z rozkładającymi się pieluchami. Teraz się sobie kłaniamy, ale Maciek nie kwapi się do zawierania bliższych znajomości bo człowiek ten nie cieszy się zbyt dobrą opinią, nie stroni od kieliszka, wolimy więc pozostać przy zdawkowej wymianie uprzejmości. Maciek uważa, że lepiej go do domu nie zapraszać, lepiej by nie wiedział jak u nas jest. Trochę szkoda. Oni mają syna z zespołem Downa, bardzo przyjacielskiego i myślę, że dobrze by się dogadywali z Piotrkiem, a dla Piotrka byłyby to wartościowe, ale faktycznie ten facet obraca się w trochę podejrzanym towarzystwie i wolimy chuchać na zimne Mamy też takich prawdziwych sąsiadów. Mieszkają dwa domy od nas i zupełnym przypadkiem podczas budowy domu okazało się, że Jacek, z którym Maciek już jakiś czas współpracował mieszka w tej samej wsi. Tym sposobem Piotrek zyskał wujka Jacka i ciocię Martę, a ich Wiktor wujka Macka i ciocię Elę. Chłopaki się lubią, byliśmy razem na wakacjach, często się odwiedzamy, a dzięki temu, że mieszkają z mama Marty, która zna nasza wieś od urodzenia dowiedzieliśmy się dużo na temat jej historii oraz ploteczek na temat mieszkańców ;-)

11 komentarzy:

  1. Ja mam za sąsiadów samych staruszków, oprócz 2 mieszkań na całą klatkę: matka z dorosłym synem i piętro wyżej wynajmuja mieszkanie studentki. Studentki to głupie pindy które już 3 razy zatkały kanalizację. Syn sąsiadki lubi imprezować. Właściwie oni wszyscy lubią imprezować :P
    Przyzwyczaiłam się już, dziecko tez sie przyzwyczaiło.
    Reszta sąsiadów to mili ludzie, parę babek wtrąca zawsze swoje 5 groszy i zaczepia jak nie mam czasu pogadać o pierdołach, ale da się to znieść.
    Ja uwazam, że to jak żyjemy z sąsiadami świadczy o nas samych w takim samym stopniu jak o nich. :)

    U nas kilka staruszek jak tylko Zuzke słyszy na klatce to wyłazi się przywitac i dopingować, że schodzi sama po schodach. Nie jest tak źle, a jak musze to i pralke o północy moge włączyć bez nerwów, że komuś to będzie przeszkadzać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jesli chodzi o psa to u naszych sąsiadów z tym synem pies wyje od rana do wieczora, jak jest sam. No trudno :P

      Usuń
  2. My mamy sąsiadów na dzień dobry a i niektórzy sprawiają wrażenie, że i to to dla nich zbyt wiele zachodu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Apropo szczekającego psa- tu gdzie teraz mieszkamy a mieszkamy na parterze mamy sąsiada, który miał w zwyczaju tak samo ,,wyprowadzać'' psa - wypuszczał go wieczorem na CAŁĄ noc żeby się wybiegał, po czym pies o 5-6 rano podbiegął pod klatkę i szczekał a raczej ujadał żeby sąsiad go w końcu wpuścił, sąsiad w gaciach wychodził i otwierał niepsiesznie psu drzwi. Nie muszę chyba dodawać, że ujadanie psa odbywało się pod oknami naszej sypialni i oczywiście zaraz po porodzie kiedy Marysia spała obok naszego łóżka w koszu mojżesza. No myślałam, że mnie szlag trafi. Trwało to jakieś pół roku aż pies zdechł albo go coś zeżarło w nocy, co by mnie nie zdziwiło bo latał w samopas noc w noc. Nie ukrywam, że cieszy mnie ten fakt, że sąsiad psa już nie ma i nie zanosi się aby miał następnego:)

    OdpowiedzUsuń
  4. W swoim dotychczasowym zyciu mieszkalam w wielu domach, mieszkaniach i generalnie nie przypominam sobie wiekszych problemow z sasiadami. Obecnie mam jednych sasiadow bezposrednio za jedna sciana (mieszkam w blizniaku), z ktorymi mamy dobry kontakt, ale tylko na zasadzie "dzien dobry, co slychac". Ci wlasnie sasiedzi maja 3 psy, ktore tez dosc czesto szczekaja, ale na szczescie mur jest na tyle gruby, ze az tak bardzo to nie przeszkadza. Pare razy zdarzylo sie, ze szczekaly przez kilka godzin niemal non stop i wtedy pomyslalam sobie- kurcze, moglyby juz przestac, ale na szczescie za czesto to sie nie powtarzalo. Teraz jakby wiekszy spokoj jest, moze w koncu sie nauczyly nie szczekac, jak wlasciciele wychodza z domu (bo oczywiscie zazwyczaj tylko wtedy ujadaly).
    Sasiadka z drugiej strony to mila spiewaczka operowa, wiecznie zajeta, wiec kontakt sila rzeczy tez jest zdawkowy. Najbardziej zaprzyjazniona jestem z sasiadka z naprzeciwka, ktora ma corke rok starsza od Julii, wiec dzieci sie czesto razem bawia, rowniez na ulicy (pod nadzorem ktorej z mam albo obu:). Inni sasiedzi tez sa mili, nie moge w zasadzie na nikogo narzekac.
    Ogolnie w Holandii stosunki sasiedzkie sa dosc powierzchowne, wydaje mi sie. Nieczesto sie zdarza, zeby zapraszac sie nawzajem na obiady czy imprezki. Jak juz to na kawe i przyslowiowe "jedno ciastko" :)
    Mam nadzieje, ze nieco lepiej u Ciebie... Sciskam:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Niestety (stety?) większość tylko na "dzień dobry" a często i to nie, bo ja owszem "dzień dobry" mówię, ale rzadko doczekuję się odpowiedzi.
    Czasem mam wrażenie nie mieszkamy zupełnie sami, bo takich bezposrednich sąsiadów mamy rzadko kiedy. Większość mieszkań, które w jakiś sposób z nami sąsiadują, kupiona jest pod wynajem, a że metrażowo dość duże to tłumu chętnych nie ma. Bywa że i rok któreś stoi puste, a jak się ktoś wprowadzi to maksymalnie rok posiedzi.
    W tych zamieszkałych mieszkaniach też jakby nikogo nie było - ludzie chyba tylko spać tam przychodzą:)
    Mieliśmy tylko raz naprawdę fajnego sąsiada francuza, który jako jedyny wprowadzając się nawiązał z nami jakiś kontakt i jak bywał w Warszawie to nas do siebie zapraszał. No ale to jeden na milion...

    Mam też pare sąsiadek ciotek-klotek które lubią plotkować ale to już raczej dalsze sąsiadki, tyle tylko że w tej samej okolicy mieszkają, ale czasem mnie któraś zaczepi jak z dziećmi idę:)

    OdpowiedzUsuń
  6. My nie utrzymujemy bliższych kontaktów z sąsiadami (obojętnie czy to w bloku, czy w domku). Obecnie mamy z jednej strony osobę lekko sfiksowaną, z drugiej rodzinę która wprowadziła się rok temu a dalej nie wiemy jak mają na nazwisko :) Na przeciw zaś... mieszka "radio wolna europa". Chcesz się dowiedzieć kto, kiego i z kim, to wiadomo gdzie iść.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja mam sasiada rasiste, non stop na kazdej imprezie na powietrzu prowadzi glosne dysputy (wiedzac, ze ja slysze) o zlych, leniwych Polakach (sam nie pracuje)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja mieszkam teraz tam, gdzie mieszkałam z rodzicami od 6 do 19 roku życia, więc znam wszystkich sąsiadów, zawsze jak się spotkamy na klatce czy ulicy to chwilkę rozmawiamy, albo w przelocie rzucają o Wojtku "ale fajny, ale duży" itp. :) A jedyna sąsiadka, której nie znałam, to zaprzyjaźniłyśmy się, bo ma synka 2 miesiące młodszego, pisałam nawet o niej na blogu kiedyś :) Więc w całej klatce mam super ludzi! Sąsiadka z dołu, w wieku mojej mamy, była na naszym weselu, teraz na herbatkę do siebie wpadamy, u niej często wnuki są, to Wojtek się z nimi bawi :) I w klatkach obok też sporo fajnych ludzi :) Wiadomo, zdarzają się nieciekawe elementy, ale ogólnie nikt nie hałasuje, nie brudzi itd :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja mam sasiada rasiste, non stop na kazdej imprezie na powietrzu prowadzi glosne dysputy (wiedzac, ze ja slysze) o zlych, leniwych Polakach (sam nie pracuje)

    OdpowiedzUsuń