środa, 16 października 2013

Jak to z Tomisiem bylo

Wpis ku pamieci -)
Caly poniedzialek karnie lezalam pod kroplowka. Mialam mocne skurcze ale co 40min do godziny wiec wygladalo na to ze do srody dotrwam. Zdrzemnelam sie chwilke wieczorem i o 1.30 skurcze zaczely nadchodzic coraz czesciej mimo ze caly czas leciala kroplowka. Zawiezli mnie na porodowke, podlaczyli najsilniejszy magnez i fenoterol oraz ktg i probowali wyciszac akcje by minelo te 48h od podania sterydow na pluca Malego. I tak rozpoczal sie moj mega stacjonarny porod. Skurcze byly coraz czestsze i mocniejsze, a ja jestem bardzo nieodporna na bol. Paralizuje mnie. Czulam ze chce chodzic, ruszac sie, przyjac pozycje wertykalna ale nie moglam bo probowalismy wyciszac. Jednoczesnie w razie porodu bylo za wczesnie na znieczulenie bo akcja by spowolnila i konieczna bylaby cc a zawzielam sie ze chce urodzic silami natury. No ciezko bylo. Na szczescie trafilam na swietna polozna, ktora uspokoila mnie gdy zaczynalam wpadac w panike i rozryczalam sie ze jestem taka slaba i nieodporna, przypomniala mi jak oddychac i na wszelki wypadek dala do wypelnienia ankiete do znieczulenia zanim skurcze byly co minute ;-) Dzieki niej jakos wytrwalam te godziny. Nad ranem lekarze doszli do wniosku, ze nie da sie porodu zahamowac. Akcja bardzo ladnie i konsewentnie szla do przodu mimo lekow. Widzac, ze nie ma ze mna kompletnie kontaktu bo skurcze byly co chwile a ja koncentrowalam sie wylacznie na oddechu zostawili kroplowke do czasu az anestezjolog nie wbila sie w kregoslup i nie podala mi zoo. Inaczej bym tam chyba padla. To znieczulenie mnie uratowalo. Pozwolilo odpoczac i zebrac sily na parcie. Bez niego nie dalabym rady taka bylam wykonczona z koniecznosci malo aktywnym porodem. Zadzwonilam do Macka zeby ogarnal Piotrka, zawiozl go do przedszkola i przyjezdzal, ale wygladalo na to ze spokojnie moze i na 9 przyjechac. Zmienila sie polozna. Kolejny aniol, tym razem starszy. Rowniez super babka. Przykryla mnie kocem i kazala zbierac sily. Zasnelam jak niemowle. Obudzil mnie lekki bol, wiec zapobiegliwie zglosilam ze bedzie konieczna kolejna dawka znieczulenia. Zbadala mnie i okazalo sie ze teraz to my rodzimy. Byla 8.10. 20 min najwiekszego wysilku w zyciu. Maciek nie zdazyl dojechac. Spoznil sie o wlos i bardzo to przezywal. Ja dzialalam jak robot pod dyktando poloznej. Ponoc pieknie wspolpracowalam ;-) Widzialam ze parcie nie boli, bolaly momenty "odpocznku" miedzy skurczami. Bylam jak zwierze. Na przedostatnim skurczu polozna musiala mnie naciac bo tetno Malego zaczelo spadac i nie chcieli meczyc wczesniaczka. Chwila gdy wyskoczyl i dostalam go na brzuch byla najbardziej niesamowitym momentem w moim zyciu. Szczescie, niedowierzanie, ulga i duma -yes I did it!
Potem wzieli Tomisia do kacika obok na badanie a ja urodzilam lozysko. Neonantolog powiedzial ze Mlody oddycha prawidlowo, ze wykazuje pewne cechy wczesniacze ale jest silny i zostawia go ze mna i mam obserwowac czy nie marznie. Ucieszylam sie bardzo, ale niestety wtedy akurat Tomek zaczal siniec z zimna i szybko zabrali go pod lampe. Mnie zszyli, przyszedl  Maciek, dostalam sniadanie i andrenalina zaczela schodzic. Troche trwalo zanim bylam w stanie usiasc na wozek. Pojechalismy do Tomka, ktory spal juz smacznie w cieplarce. Taki podobny do Piotrka. Mi bylo slabo. Maciek pomogl mi sie umyc i padlam do lozka.
Co do Malego to na razie lezy w cieplarce, spi caly czas, nie zbiera sie do jedzenia, cukry mu spadaja i ma kroplowke. Stymuluje piersi laktatorem i te krople co odciagne podaja mu strzykawka. Lekarz mowi ze gdzies dopiero za 4 dni go dostane wiec zanosi sie na dluzszy pobyt w szpitalu. Jestem troche rozdarta bo wiem ze to dla jego dobra a z drugiej strony Piotrus teskni a ja za nim. Nie zdazylam sie z nim pozegnac, zniknelam w nocy. Tutaj nie wpuszczaja dzieci ponizej 12 roku zycia. Zreszta w pelni sie z tym zgadzam. Ewentualnie do hallu ale boje sie ze takie krotkie spotkanie na pol gwizdka tylko spoteguje tesknote. Maciek i babcie wynajduja mu atrakcje.
Ja czuje sie juz dobrze. Dokucza mi tylko szew ale jest juz lepiej. O niebo lepiej niz po cesarce. Jestem w stanie wszystko dookola siebie zrobic, chodze do Tomka, czuje sie jak czlowiek a nie zombie tak jak ostatnim razem. Bardzo sie ciesze ze udalo mi sie urodzic silami natury.

7 komentarzy:

  1. gratulacje jeszcze raz! ta strzykawka mnie rozczuliła, jak dobrze, że tak rozsadnie do tego podchodzą!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bosko!!! Wspaniale gratulacje :D piękny poród (i mój mi się przypomniał)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mysle o tym jak bardzo jestes zmeczona a jednoczesnie szczesliwa:)wszystko bedzie dobrze:)mysle o Was czesto:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratulacje!Pięknie, doskonale rozumiem dumę z porodu siłami natury:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jesteś super mama! Moje gratulacje, ściskam Was!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak zwierze. Dokladnie tak samo sie czulam. Zazdroszcze, ze znieczulenie zadzialalo, u mnie bol, z powodu ktorego wylam chwilami, zabral cale piekno porodu. A zszute krocze do wczoraj bolalo bardziej niz rana po cesarce, bo ktorej na drugi dzien smigalam, a teraz wszystko na zwolnionych obrotach i malutkimi kroczkami. Ale co tam, najwazniejsze jest, ze mamy zdrowe piekne maluchy :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jeszcze raz gratulacje! Dzielna Mama z Ciebie!

    OdpowiedzUsuń