wtorek, 31 grudnia 2013

Szczęśliwego Nowego Roku :-) i jego symboliczne zakończenie przeprowadzką Tomka

Życzę Wam by rok 2014 był dobry dla Was. Po prostu :-)
A sobie życzę by był spokojny. 2013 to był rok zmian i rewolucji - głównie tych dobrych. Zaszłam w ciążę i urodziłam Tomusia. Piotruś wkroczył w nowy etap życia - został przedszkolakiem.  Symbolicznie kończymy go przeprowadzką Tomka do jego własnego pokoju. Symbolicznie, bo kiedy wspólnie ze szwagrem pracowaliśmy nad projektem domu zaplanowaliśmy na poddaszu trzy duże pokoje - sypialnię oraz dwa pokoje dziecięce. To było marzenie do spełnienia, bo nie byłam wtedy jeszcze nawet w pierwszej ciąży i w głębi serca bałam się, że nie dane mi będzie zostać matką. Kiedy dom był budowany Piotruś już był z nami. trzeci pokój czekał na lokatora pełniąc tymczasowo funkcję pokoju do pracy męża i graciarni. Wczoraj przenieśliśmy jego komputer i biurko do pokoju gościnnego, a mój do naszej sypialni, posegregowaliśmy zabawki i urządziliśmy Tomkowi jego kąt. Na razie dość prowizorycznie bo oprócz łóżeczka są tam dwa meble i kzresło, z czego tylko jeden docelowy, a drugi załadowany na razie papierami męża, ale ma swoje cztery ściany. Dla mnie to bardzo ważne.
W tym momencie Tomek drzemie w swoim łóżeczku w swoim pokoju, a ja mam poczucie spełnienia. Marzenia się spełniły. Nasze dzieci są już z nami :-) Jesteśmy w komplecie :-)

sobota, 28 grudnia 2013

IKEA - za co ją kocham


Uwielbiam Ikeę. Wcale nie za ofertę. Mają różne fajne duperele, trochę zabawek, ale mnie osobiście ich meble na kolana nie powalają. Przyzwoite, funkcjonalne, ale bez szału. Natomiast od około 1.5 roku uwielbiam sklep jako taki :-) Śmiałam się w duchu z rodzin udających się tam na rodzinne spacery, no to mnie pokarało - sama to robię ;-)
Myślę, że w życiu każdej matki są dni kiedy marzy tylko o tym by dotrwać do wieczora. Bywają dni kiedy Piotr jest trudny, męczący albo po prostu ja nie mam energii i pomysłów i zwyczajnie nie chce mi się z nim bawić, wymyślać ciekawych zajęć ani sprzątać po rozgardiaszu, który niezawodnie pojawi się w domu jeśli zostawię go samemu sobie. Mam kilka patentów na to jak dotrwać do pory spania, kilka sposobów wyrodnej leniwej mamuśki. Nic odkrywczego - ot dobrze dobrane bajki na DVD, jakaś zabawka, książki oraz m.in wypad do IKEI. Mieszkamy w odległości ok 10 minut samochodem od tego sklepu, a Piotr przepada za jego odwiedzaniem. Kiedy nie mam już totalnie pomysłu i nawet za bardzo nie mam siły na wspólne czytanie rzucam hasło "Piotruś jedziemy od Ikei" a on zwykle ochoczo się zgadza. Jeśli sprytnie wybiorę porę wyjazdu jestem w stanie "ugrać" w ten sposób nawet parę godzin , bo wjazd w porze zmęczenia oznacza zaśniecie Piotrka w samochodzie, a więc minimum godzinę relaksu przy gazetce na parkingu w oczekiwaniu na jego obudzenie się. Piotrek zazwyczaj w samochodzie budzi się we wrednym humorze, ale w momencie gdy zorientuje się, że stoimy pod jego ulubionym sklepem szybko mu przechodzi.
Schemat jest zwykle podobny. Bierzemy wózek sklepowy w wersji dziecięcej, jedziemy windą na 1 piętro i przechodzimy dokładnie cały sklep. Piotrek lubi podążać za strzałkami na podłodze, a wózek prowadzi z wielkim namaszczeniem. To tu to tam zatrzyma się, wejdzie obejrzeć ekspozycję, przestawi świeczkę na stoliku, zainteresuje się garnkiem czy ciekawym przyborem kuchennym. Potem dochodzimy do części dla dzieci, gdzie zazwyczaj wsiąka na dłuższy czas znajdując sobie towarzystwo do zabawy ostatnio kuchnią. Następnie robimy przystanek w restauracji. W zależności od porty dnia jemy na spółkę obiad lub sam deser - Piotr zawsze ciastko z galaretką i truskawkami, a ja torcik migdałowy. Potem Piotruś znika w altance dla dzieci, a ja mam chwilę czasu na net lub gazetę lub rozmowę telefoniczną. Zjeżdżamy windą na parter, gdzie jest część z drobiazgami dla domu. Tam czasem kupimy jakaś świeczkę lub coś w tym stylu. Przechodzimy przez magazyn - tutaj następuje dłuższy postój i monolog syna na temat ilości pólek, kartonów i wózków widłowych. Na koniec odstawiamy wózek i wracamy.
 Praktykowaliśmy w zeszły piątek. Piotrek był bardzo wynudzony środą i połowa czwartku spędzoną w domu, z ulgą odstawiliśmy go w piątek do przedszkola, a po przedszkolu Maciek został z Tomkiem w domu, a my jak o 15 wyruszyliśmy tak do domu wróciliśmy dopiero na kąpiel. Piotruś był bardzo zadowolony z życia.
Niby nic a cieszy :-)




czwartek, 26 grudnia 2013

Święta Święta i po Świętach

Święta Święta i po Świętach. I dobrze.
W piątek wielkie wzruszenie - Jasełka w przedszkolu. Nie wiedziałam jak to wyjdzie, bo dzień przed Piotrek zrobił w przedszkolu wielka awanturę pt "nie będę robił czapki renifera ani jej nosił", w domu oświadczył, że już więcej do przedszkola pójdzie i absolutnie nie będzie występował, a tak w ogóle to cały świat jest przeciwko niemu. Jednak wystąpił i byłam z niego bardzo dumna :-) Niewiele mam fotek, bo chciałam nagrać cały występ.  Oto mój mały renifer.

Jasełka były bardzo udane, na koniec panie przedszkolanki zapowiedziały występ-niespodziankę zespołu debiutantów, a kiedy podniosła się kurtyna okazało się, że to one same przygotowały pastorałkę. Musiały dwa razy bisować :-)
Piotrek po występie podczas wspólnego śpiewania kolędy  zatkał uszy, rozpłakał się i uciekł ze sceny do mnie. Nie było to dla mnie zaskoczeniem. Za każdym razem gdy znajduje się w tłumie śpiewających ludzi albo gdy w plenerze głośno gra muzyka, albo w kościele, zachowuje się tak jak na zdjęciu. W 99% przypadków. Zatyka uszy rękami, ma nieszczęśliwą minę i albo ucieka albo zaczyna się histeria. Sama już nie wiem czy ma to związek z aktualnym niedosłuchem czy nie. Zachowywał się tak nawet półtora roku temu gdy na zajęciach dzieci śpiewały spokojne kołysanki, a był świeżo po badaniu słuchu i wtedy akurat nie miał problemów z migdałami, a wynik był idealny. Jest tak tylko w powyższych sytuacjach. Poza tym uwielbia słuchać muzyki z radia, wieży lub komputera, również takiej bardziej dynamicznej, z basami i tańczyć do niej. Zagadka.
A Świeta? Cóż - zero atmosfery w tym roku. Na zewnątrz szaro buro i ponuro. Odkąd zamieszkaliśmy razem Wigilię spędzaliśmy zawsze wspólnie z rodzicami Maćka, moją mamą, jego bratem i potem również jego partnerka i małym Antosiem. Między teściami od 2 lat iskrzy, a w zasadzie to nawet nie iskrzy ile po prostu ze sobą nie rozmawiają, mijają się, mają osobne półki w lodówce etc. Cyrk na kółkach. Dwa lata temu Wigilia była u nas i przyjechali na nią osobno, dwoma samochodami. W tym roku ze względu na małego Tomka również planowaliśmy Wigilię w naszym domu. Teściowa w ostatniej chwili postanowiła na święta wyjechać z koleżanką w góry. W sumie nie dziwię się jej, miała dość powrotów do domu do teścia jak sądzę. Teść do ostatniej chwili o niczym nie wiedział. Maciek i Marek mają już lekko dość tej sytuacji i postanowili już w nic się nie wtrącać, nie mediować, więc też mu nic nie mówili. Maciek poza tym pracuje z nim więc cały zły humor skupiłby się na nim, poinformował go dzień przed. Tak czy inaczej podzieliłyśmy się z moją mamą i Grażynką przygotowaniami, zaprosiliśmy teścia, ale plany pokrzyżowały nam choroby. Na szczęście nie nasze tym razem. Pochorowała się moja mama, nie bardzo, ale na tyle, że nie bardzo zbliżała się do dzieci i pierwszego dnia świąt odwiozłam ja do domu, choć planowała zostać u nas na całe święta. W poniedziałek po południu natomiast zadzwoniła Grażynka. Antos zachorował, więc oni też się wykruszyli. Za późno było na zmianę planów. Szwagier podjechał do nas we wtorek i przywiózł to co oni mieli ugotować oraz prezenty dla chłopców, my przekazaliśmy nasz prowiant i prezent, w sumie nawet nie wchodził bo bał się zarażać i chyba dobrze, bo następnego dnia rozłożyła się Grażynka, więc to coś wyjątkowo wrednego.
Wigilia była wiec kameralna i z powodu teścia drętwa. Tylko my, mama i teściu. Piotrek rozczarowany tym, że nie ma Antosia i wujka, znudzony. Maciek głównie zajmował się Piotrkiem. Tomek obudził się akurat jak zaczynaliśmy i był wyjątkowo marudny, więc ja Wigilię spędziłam głównie z wyjcem na rękach lub karmiąc, w międzyczasie podawałam potrawy. Moja mama mi pomagała, a teściem tak naprawdę momentami nie miał kto się zająć, bo on sam jakoś nie ,kwapił się do pomocy przy wnukach czy jakiejkolwiek innej. Widać było, że jest w duchu wściekły, że tak wyszły ze szwagrami i ze gdyby wiedział wcześniej pojechałby na Wigilie do brata, ale choroba nie wybiera przecież. Podejrzewam, że miał do Marka żal i uważał, iż powinien przyjechać tak czy inaczej, a partnerkę i dziecko zostawić w domu, tak właśnie wyglądają jego priorytety - mamusia i brat zawsze byli ważniejsi niż żona i dzieci. Jakoś dobrnęliśmy jednak do końca, Maciek cichaczem wyszedł przez piwnice i zadzwonił dzwonkiem, na ganku czekały przygotowane prezenty, Piotruś się nimi zajął, teściu pojechał i odetchnęliśmy. Tak jakoś nijako. Jedynie wieczór miły. Gdy dzieci zasnęły graliśmy z mamą w karty skoro na pasterkę nie mieliśmy jak się wybrać.
Drugiego dnia świat mieliśmy w planach pojechać na spacer do miasta obejrzeć żywą szopkę u franciszkanów. Moja mama stwierdziła jednak, że woli wracać do domu ze względu na dzieci i się kurować. odwiozłam ją, a auto wręcz tańczyło mi na autostradzie taki wiał halny, jechałam 60 km/h z duszą na ramieniu i po powrocie stwierdziłam, że lepiej jednak jeśli zostaniemy w domu w taką pogodę. Zwłaszcza, że akurat wtedy Grażynka przysłała smsa, że u nich wirus się rozprzestrzenia, koleżanka tez pisała, że są chorzy, przestraszyłam się morowego powietrza i wichury. Do wieczora wspólnymi siłami zabawialiśmy dzieciarnię.
Dzisiaj mamy w planach pojechać do mojego wujka do Skaiwny. tam jest zawsze dziki tłum, bo mieszkają wszyscy na kupie i generalnie nie lubię jeździć tam zimą, gdy nie można spędzić czasu w ogrodzie ze wzgledu na ten ścisk i hałas, dzisiaj tez nastawiam się, że  posiedzę sama z Tomkiem w sypialni (on źle znosi taki ruch, gwar i zamęt na dłuższą metę), ale jedziemy ze względu na Piotrka, który kumpluje się z synem mojego kuzyna i zawsze świetnie się razem bawią.
Nijakie te Święta w tym roku.
I kilka fotek.
Miś Pisklaczek (ulubiony pluszak Piotrka) jako stroik


mały perkusista


 maż uparł się na te Angry Birds..... idiotyczna gra moim zdaniem



prezenty Piotrka - klocki zębatki i gra Granny 3-Traki. Mój maż bawił się z wypiekamui na twarzy. No dobrze, Piotrek też :-)


poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wesołych Świat

Życzę Wam wszystkiego co najlepsze, ciepła, bezpieczeństwa i żebyście zawsze w każdych okolicznościach znajdowały powody do uśmiechu. Życzę Wam byście umiały każdą dobrą chwilę wycisnąć jak cytrynkę.
Stałyście się mi bliskie przez ten ponad rok blogowania. Dziękuję ;-)
Wesołych Świąt.


czwartek, 19 grudnia 2013

jak pokochałam syna na nowo. + update zdrowotny

Mam zaległości blogowe. Czytam Was, ale ostatnio nie komentuję. Jakaś niezorganizowana czasowo jestem. Poprawię się :-)
Ostatnie dni to znowu walka z katarem. Dramatu nie ma, chorzy nie jesteśmy, ale katar ciągnie się i ciągnie, raz mniej raz bardziej. We wtorek byłam z Piotrkiem u laryngologa, miał również badanie słuchu. Niestety potwierdziły się moje obserwacje i obawy. W tym momencie Piotr niedosłyszy, prawdopodobnie przyczyną są przerośniete migdały, wszystkie trzy. Nie jest tragicznie, ale dobrze też nie. Mamy leki i zobaczymy jak zareaguje na leczenie, obawiam się jednak, że nie unikniemy wycięcia migdałków no i pytanie czy to wystarczy by poprawić stan słuchu czy konieczne będą jeszcze inne zabiegi typu drenaż. Jeśli migdały tak bardzo napuchły po październikowej infekcji to poprawa teraz będzie poprawą tylko do kolejnej infekcji. Żal dziecka. Oddycha buzią, jest niedotleniony, szybciej się męczy. To nie to dziecko, które latem całymi dniami szalało na rowerze. Teraz po krótkim spacerze powłóczy nogami i jęczy, że chce wracać do domu, w drodze z przedszkola a jest to 5 minut autem przysypia, nigdzie nie mogę z chłopakami po południu pojechać bo zasypia w samochodzie i jest nie do obudzenia więc mam związane ręce. Mówi mniej wyraźnie, nie powtarza piosenek z przedszkola a jeśli już to tak, że nawet ja nie jestem w stanie zrozumieć słów, nie przynosi do domu angielskich słówek (a we wrześniu powtarzał). Widać, że się tego wstydzi, że widzi, że odstaje od grupy, zwierzył mi się, że jest mu smutno bo nie może nauczyć się piosenki na jasełka. Tylko mruczy melodię. Zdaniem lekarki jego drażliwość i fatalny ostatnio humor też mogą być efektem niedotlenienia. Trzeba działać i to szybko. Obdzwoniłam wszystkie szpitale w Krakowie by go zapisać do laryngologa na NFZ (we wtorek poszliśmy priv ze względu na brak terminów) tak by miał już kwalifikacje i czekał w kolejce na operację w razie czego. Załamałam się. Wprawdzie udało  mi się cudem zdobyć termin na wizytę na 8 stycznia, ale terminy na operację są w.... 2015 roku. Tak nie może być, nie ma mowy. Nie będziemy czekać pokornie jak baranki licząc, że jakieś dziecko zachoruje i zwolni się termin patrząc jak Młody się meczy i marnuje swój potencjał, jak koduje sobie, że wlecze się w ogonie grupy na zajęciach rytmiczno-muzyczno-językowych. Szukam innych dróg. 4 stycznia idziemy na konsultację do innego laryngologa, poleconego, u którego można wykonać zabieg prywatnie. Kosztuje kupę kasy, ale zdobędę ją spod ziemi, pożyczę choćbym miała suchy chleb jeść. Druga opcja to przychodnia prywatna gdzie przyjmują lekarze z jednego ze szpitali i.... no wiecie. Muszę pomoc synkowi jakoś. Smutne, że ludzie zmuszeni są tak kombinować.
Styczeń będzie generalnie miesiącem pod znakiem konsultacji lekarskich. Laryngolodzy, szczepienia, poradnia wcześniaków i chirurg dziecięcy. Piotr ma wędrujące jąderka. Regularnie konsultujemy się u urologów i chirurgów, kazali czekać, ale poprawy nie widzę. Boję się, że czeka go jeszcze jedna operacja, aż mi skóra cierpnie na sama myśl. W międzyczasie muszę wpleść kilka wizyt u mojego stomatologa. Zęby sypią mi się masakrycznie, chce naprawić co się da póki jestem na macierzyńskim ze względu na czas - logistykę tego wszystkiego, zwanianie się z pracy etc.Nie ukrywam, ze zależy mi też na tym, by ewentualną operację migdałów i jąderek wykonać również do końca maja, bo wtedy prawdopodobnie będę wracała do pracy. Wolałabym nie zaczynać od opieki na dziecko, by móc zatrzymać Młodego jakiś czas w domu przed i po operacjach.
We wtorek po laryngologu zaliczyłam zjazd nastroju. Nie cierpię czekać na diagnozę, na opinie, nie znoszę tego. W takich sytuacjach muszę działać. W środę wzięłam się w garść, pół dnia dzwoniłam i dzwoniłam (dodzwonić się do rejestracji szpitalnych jest hmmm... trudno), ustaliłam wizyty i cieszę się, że udało się tego laryngologa i chirurga umówić w miarę szybko. Poczułam się po tym lepiej psychicznie, wiem, że mam plan, że ogarnęłam sytuację na ten moment na tyle na ile to możliwe i wrócił power. Lubię mieć poczucie kontroli.

Ostatnie dwa dni to również ważny czas dla mnie i Piotrka. Odzyskanie radości z macierzyństwa. Od początku grudnia nie czerpałam przyjemności z obcowania z moim starszym synem. Piszę szczerze , nie obchodzi mnie co ktoś o mnie pomyśli. Nie cieszyłam się ze wspólnych chwil. Czułam się sfrustrowana i rozdrażniona jego zachowaniem. On choleryk, ja choleryk - iskrzyło między nami potwornie. Pogubiliśmy się. Poświęcałam mu tyle czasu ile tylko mogłam kosztem chwil dla siebie i spraw domowych, nawet czasem kosztem Tomka, który potrzebował się wyciszyć, przytulić w ciszy, a ja targałam go ze sobą wszędzie bo towarzyszyć Piotrkowi. Mimo to był to czas spędzony wspólnie po łebkach. Ciągłe "nie ruszaj", "zostaw", "przestań", nerwy gdy robił coś o czym wiedział, że nie wolno patrząc na mnie ze złośliwym uśmieszkiem. Irytujące zachowania. Frustracja gdy po powrocie z przedszkola proponowałam wspólne zajęcia a on wolał siedzieć i oglądać bajki, a kiedy z kolei nie miałam jak się nim zająć robił wszystko by przyciągnąć moją uwagę. Wiem, że to co piszę nie jest niczym odkrywczym. Wiele jego zachowań jest typowych dla 3.5-latka, wiele wynika z zazdrości o brata, a także jak się okazuje z niedotlenienia. Nie jestem pierwsza i ostatnia, nie radziłam sobie też z tą sytuacja najlepiej. Traciłam cierpliwość, darłam się na niego... Kiedy o 15 parkowałam samochód pod przedszkolem brałam głęboki oddech i... marzyłam by zatrzymać czas. A potem liczyłam minuty do tej 19-20. Na myśl o przerwie w przedszkolu z powodu Świąt czy choroby i spędzeniu z nim całego dnia cierpła mi skóra. Jednocześnie czułam się z tymi myślami podle, Z tym, że uciekam przed własnym dzieckiem, że najbardziej bym chciała by wyjechał gdzieś z tatą lub babcią na tydzień, dwa.  Bo on z jednej strony zachowywał się nieznośnie, a z drugiej powtarzał bardzo często "kocham Cię mamo".Wyrodna matka ze mnie co? Jak jakiś potwór. Próbowałam z nim rozmawiać, przytulić, ale odbijałam się od ściany. Mówiłam do niego a on w tym czasie na przykład  nucił jakieś głupie wyliczanki albo uciekał albo siadał mi na stopie i się huśtał choć wie, że tego nie znoszę i nie zgadzam się na to. We wtorek wieczorem pękło. Po diagnozie laryngologicznej poczułam się jak najgorsza z gorszych. Miałam  i mam potworne wyrzuty sumienia, że irytowałam się gdy powtarzał w kółko "co?" albo mówił głośno a przecież to nie jego wina... Że nie miałam do niego więcej cierpliwości wieczorami gdy sam już nie wiedział czego chciał, a to był przynajmniej do pewnego stopnia efekt niedotlenienia... Że irytowałam się na niego, gdy musiałam przerywać zakupy lub skrócić spacer z wózkiem na który szykowaliśmy się z godzinę i wracać do domu bo jęczał, że zmęczony i siadał na podłodze w sklepie lub ziemi. Najgorsze, że ja wiedziałam, przeczuwałam, że jest niedotleniony, widziałam, że coś jest nie w porządku, mimo to nerwy mnie ponosiły. Ryczeć mi się chce gdy o tym piszę. We wtorek wieczorem gdy Tomek już spał przyszłam do niego do pokoju, położyłam obok niego, przytuliłam. Piotrek się obudził i do północy po ciemku tuliliśmy się i rozmawialiśmy tak od serca Szczerze. Potem obudził się Tomek, nakarmiłam go i wróciłam do Piotrusia. Do rana spaliśmy przytuleni. Od tej pory jest lepiej.
Nie wiem czy mogę tak to określić, nie wiem czy to dobre słowa ale chyba pokochałam starszego syna nowo.





wtorek, 10 grudnia 2013

8 tygodni Tomaszka

Tomuś skończył 8 tygodni.
Drugi miesiąc to zapalenie płuc, szpital, ale też pierwszy uśmiech, początki zainteresowania zabawkami i skok rozwojowy jak podejrzewam.
Tomuś jest chłopcem  spokojnym, zdystansowanym o naturze obserwatora. Zwykle ma lekko zdziwioną minkę. Nie rozdaje uśmiechów na prawo i lewo, zwykle wnikliwie się wszystkiemu przygląda zanim  się uśmiechnie, a pierwszą osobą, którą spotkał ten zaszczyt był mój szwagier ;-) Uroczo wygląda z rozciągniętą uśmiechem buzią, ale jeszcze nie udało mi się uchwycić tego na zdjęciu. Interesuje się karuzelką, choinką i swoją matą oraz przede wszystkim starszym bratem. Jego może obserwować naprawdę długo.
Tomeczek lubi się przytulać i obserwować świat znad mojego ramienia. To taki trochę synuś mamusi. Przypomina Piotrusia, ale z wyglądu bardziej do mnie niż on podobny, no i ma moje oczy a to naprawdę wyjątkowe, cała rodzina męża ma brązowe oczy, a u niego ujawniły się własnie te recesywne geny niebieskich ślepków. Jego dzień zwykle podzielony jest na dwie części - tę spokojniejszą gdy Piotruś jest w przedszkolu i cyrk na kółkach gdy brat wraca. W pierwszej połowie dnia spokojnie śpi, relaksuje się, to dla nas czas na leżenie razem, przytulańce, spokojną zabawę. Kiedy wraca Piotrek staram się rozdwoić i Tomek często robi się niespokojny. Nadmiar bodźców męczy go. Potrzebuje wtedy przytulenia i wyciszenia, zwykle nie jestem w stanie mu tego zapewnić, bo mojej uwagi (co całkiem zrozumiałe) domaga się Piotruś, więc tulę go do siebie i zakrywam główkę kocykiem, w ten sposób się uspokaja. Zobaczymy co będzie dalej w miarę wydłużania okresów aktywności i poszerzania spektrum jego możliwości.
Ostatnie noce były ciężkie. Tomek przechodzi jakiś skok rozwojowy i mamy kryzys. Piotrek w nocy jadł szybko i momentalnie zasypiał odłożony do łóżeczka. Tomek jest bardziej wymagający, lub po prostu odreagowuje w nocy większą ilość bodźców niż miał jego brat. Kiedy już zaśnie po kąpieli śpi spokojnie i głęboko, od 21-22 do 2-3 w nocy. Potem budzi się, je i zaczyna się godzina lub dwie harców. Nie jest głodny ani spragniony, nic go nie boli, nie chce spać i jednocześnie drażni go to. Nie chce ciamkać cyca ani butelki ani smoczka uspokajacza, nie kręci go nawet propozycja snu pod kocykiem na moim brzuchem, za czym zwykle przepada. Jest to dla mnie potwornie frustrujące. Odłożony do łóżeczka porykuje, ale z nami też spać nie chce, kręci się , wierci, majta głowa na wszystkie strony leżąc na brzuchu. W końcu usypia, ale do rana śpi niespokojnie, wierci się, więc to dla mnie taka bardziej drzemka. Z tego powodu poranki są nerwowe. Zwykle nie udaje mi się zwlec o 6 by się ogarnąć i coś przegryźć zanim chłopcy wstaną. bo zasypiam na dobre ponownie koło 5. Nie słyszę budzika, o 7 budzi się Tomek i Piotr, więc niełatwo w godzinę nakarmić niemowlaka, ogarnąć starszaka, wyczyścić nosy, ubrać obu w zimowe ciuchy tak by zdążyć do przedszkola na śniadanie. No tak - sama też jakoś w międzyczasie próbuję się ubrać. Mam nadzieję, że to minie, bo jestem tym lekko wykończona i na samą myśl o przerwie świątecznej w przedszkolu robi mi się słabo, bo kiedy Piotrek tam jest to przynajmniej z Tomkiem mogę podrzemać ;-) Nic nie poradzę na to, że kiepsko znoszę takie wyrywanie ze snu.
Tomek powoli dochodzi do siebie po chorobie. Staram się jakoś wypośrodkować pomiędzy szczególnym dbaniem o niego w tym okresie a niespiecuszeniem. Ma anemię i w związku z tym odroczone szczepienia. Muszę podawać mu żelazo w kroplach, po którym niestety często boli go brzuszek, ale nie ma innego wyjścia. Po Świętach kontrolujemy morfologię i zobaczymy co dalej. Byliśmy na pierwszej wizycie w Poradni Wad i Zaburzeń Rozwoju (co za nazwa!) i będziemy chodzić tam na kontrolę co miesiąc w pierwszym roku życiu i co kwartał w drugim. Tak naprawdę nie jest to niezbędnie konieczne, bo Tomek spełnia tylko jeden z trzech warunków wcześniactwa, ale myślę, że skorzystamy. Tamtejsza pediatra zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, poza tym Tomek będzie na bieżąco oglądany przez neurologa, więc mogę być spokojna o jego rozwój, o to, że nic niepokojącego nie zostanie przeoczone. Tak na wszelki wypadek.











niedziela, 8 grudnia 2013

robot mama ;-)

Zanim w naszym życiu pojawiły się dzieci miałam w głowie wyidealizowaną wizję macierzyństwa, matki zajmującej się dziećmi z czułością i uwagą.
Tymczasem moje macierzyństwo te też chwile, gdy zmuszona jestem wyłączyć emocje i działać jak automat ;-)
Czasem jestem czułą mamą, każda czynność sprawia mi przyjemność, spokojnie, powolutku celebrujemy codzienność.
A czasem robotem ;-)
 Jestem dość impulsywna i czasem muszę się wyłączyć, odpłynąć myślami daleko, zdystansować się od tego co robię fizycznie by się nie denerwować i przenosić nerwy na dzieci. W myślach powtarzam sobie zwykle jakiś motyw muzyczny, piosenkę, czasem przypominam sobie Pana Tadeusza i takie tam, wszystko co w sytuacji gdy trzeba się rozdwoić, roztroić a jest to niemożliwe i potencjalnie stresujące pozwala mi zachować spokój i poczucie humoru.
Ot taki obrazek. Mąż w delegacji na drugim końcu Polski. Jestem sama z dziećmi. Dzisiaj moja mama miała imieniny. Jest to zawsze duża impreza rodzinno-koleżeńska, lubię znajome mamy i chętnie się z nimi przy tej okazji widuję.
W południe automat: spakować mleko, butelki, ciuchy dzieci na zmianę, pieluchy, nakarmić Tomka, przewinąć, położyć na leżaczku, Tomek niezadowolony protestuje, chciałby na ręce, wyłączam się i ekspresowo pomagam Piotrkowi ubrać odświętne spodnie i koszulę, Biorę Tomka na ręce, uspokajam, odkładam, za chwilę znów zaczyna protestować, przebieram się z dresów w coś bardziej odświętnego jednocześnie zagadując Tomka i Piotrka i próbując wytłumaczyć mu, że energiczne bujanie leżaczkiem Tomka nie wprowadzi w lepszy nastrój. Ubieram Tomka w kombinezon, pakuję do fotelika, zapinam, zanoszę na ganek i zaganiam tam Piotrka, w międzyczasie uświadamiam sobie, że muszę do toalety, szybka decyzja - wytrzymam pół godziny jazdy czy nie? Nie wytrzymam, pędem siku, ubieram Piotrka, ubieram zimowe buciory i przypominam sobie, że plecak z rzeczami został w kuchni, bieg do kuchni na piętach by nie zabłocić doszczętnie podłogi (szkoda czasu na rozsznurowywanie buciorów, Tomek już się niecierpliwi w foteliku), kurtka,a czapka, rękawiczki, włączyć alarm, wychodzimy. Ostrożnie schodzę na dół do garażu z ciężkim fotelikiem obijającym się o nogi, spadł śnieg i jest ślisko, jednocześnie wołam do Piotra by nie zbiegał tak szybko bo ślisko, Piotr łapie zająca, na szczęście nie płacze, docieramy do garażu, zapinam dzieciaki. Chwila oddechu i jedziemy.
Z powrotem kolejny automat. Mama pomaga mi ubrać dzieci, więc idzie szybciej. Piotrek bawił się świetnie z Mikołajem, kuzynem w drugiej linii, więc zostaliśmy dłużej niż planowałam. Widziałam, że jest zmęczony i już od 16 było jasne, że zaśnie mi w drodze powrotnej, więc celowo zostałam dłużej by dotrzeć do domu w porze pójścia spania skoro i tak i tak będzie półprzytomny, wolę to niż żeby mi spał od 17 do 19 a potem brylował do 23. Dojeżdżamy ok 18.45. Dzieciaki oba śpią. Nie jestem w stanie holować pod górę, na śliskiej ścieżce półprzytomnego, wściekłego Piotrka niosąc jednocześnie fotelik. Łapię więc sam fotelik i plecaczek, zostawiam śpiącego Piotrka w samochodzie i brnę pod górę po śniegu. Nie powinnam dziecka samego zostawiać w garażu, ciemno etc. ale nie mam innego wyjścia fizycznie. Rozpinam Tomkowi kombinezon, śpi. Szybka decyzja. Ekspresowo przygotowuję kąpiel dla Piotrka w górnej łazience, lekarstwa, picie. U mamy zaczął pociągać nosem, chcę ewentualną infekcję zdusić w zarodku, rozgrzać go, poza tym poprzedniego dnia wieczorem się nie kąpał i zwyczajnie jest brudny i spocony po szaleństwach z Mikołajem. Tomek nadal śpi. Biegiem na dół do garażu. Piotr śpi. Wiem, że może tak i półtorej godziny, nie wchodzi to w grę, w domu sam czeka niemowlak. Wiem z doświadczenia, że łagodne budzenie, przekonywanie by poszedł do domu nic nie dadzą, wiem, że będzie wył i będzie miał wredny humor bez względu na to czy będę czekać, czy będę łagodna, czy go zaniosę czy każe mu iść samemu, więc bezpardonowo zaświecam światło w garażu i wyciągam go z samochodu. Skoro ma się złościć niech to trwa jak najkrócej. Piotr rzecz jasna półprzytomny i wkurzony wyje. Żal mi go, ale nie mam zamiaru nieść 15 kg pod górę śliską ścieżką ani czekać nie wiadomo ile aż mu przejdzie, energicznie biorę go za rękę i brniemy pod górę. Zamykam uszy na marudzenie i jak automat powtarzam "wiem, że jesteś zmęczony, już niedaleko, łóżko już czeka, zaraz się umyjesz i pójdziesz spać". Uff docieramy na ganek. Zerkam do fotelika. Tomek nadal śpi. Dobrze. Zwykle marudzi gdy nie jedzie, postanawiam korzystać z tego. Rozbieram Piotrka i niosę na górę. Pakuje do wanny i szybko myję. jest zbyt zmęczony by umyć się sam. On w tym czasie wyje non stop. Lekarstwo jedno, drugie, wycieranie, przekonywanie by wstał w dywanika bo nie jestem w stanie w tej pozycji go wytrzeć. Maść rozgrzewająca, sól fizjologiczna do nosa, dokładne czyszczenia czytaj: przytrzymywanie na siłę wyjącego gada. Piżamka, do łóżka, płacz, że chce bajeczkę, czytam bajeczkę, buzi, gaszę światło. Uff, Tomek śpi, dobrze, przygotowuję kąpiel dla Małego, mleko, on tez poprzedniego wieczora nie był kąpany bo szwagierstwo się zasiedziało i nie chciałam go rozbudzać, więc jest brudny i polepiony mlekiem. Szynka kąpiel, karmienie, ufff tym razem zasnął bez problemów.
Schodzę na dól, siadam. Wszystkie punkty odfajkowane.

piątek, 6 grudnia 2013

o chrzestnej i płaceniu za błędy

Nie lubię przyznawać się do błędów. Jednak muszę. Wybór chrzestnej dla Piotrka to był bardzo duży błąd.
Oczywistym było, że chrzestnym zostanie brat mojego męża. Pozostała kwestia chrzestnej. W pierwszej kolejności szukaliśmy wśród rodziny. Szwagierkę ominęliśmy, bo po pierwsze jakoś tak tradycyjnie wyszliśmy z założenia, że jeden chrzestny z jednej rodziny, a drugi z drugiej, poza tym uważam, ze niebezpiecznie prosić na chrzestnych parę. Różnie się w życiu układa i potem są kwadratowe sytuacje, gdy ludzie są zmuszeni spotykać się przy okazji uroczystości rodzinnych. Jestem jedynaczką. Mam trzy kuzynki. Z jedną kontaktu nie utrzymuję w ogóle mimo, że mieszka w Krakowie. Druga mieszka od wielu lat w Hiszpanii. Jest Iwonka, super dziewczyna, ma świetny kontakt z dziećmi, ale posiada już dwójkę chrześniaków. Ona bardzo poważnie podchodzi do swoich obowiązków, a z materialnych kwestii ostatnie grosze wydaje na prezenty czy wyjazdy do chrześniaków, jest bezrobotna i bez jakiś świetnych perspektyw. Wiadomo, nie o prezenty tu chodzi, ale znam ją  i wiem, że i tak by sobie odmawiała wszystkiego dla dzieciaków, więc nie chciałam jej prosić i stawiać w trudnej sytuacji, choć na pewno by nie odmówiła. Mąż ze swoimi kuzynkami ma jeszcze słabszy kontakt niż ja. Pozostały koleżanki. Moja przyjaciółka jest niewierząca, wybraliśmy drugą w kolejności bliską mi koleżankę. Może nie przyjaciółkę, bo boje się nadużywać tego słowa, mam dwójkę przyjaciół od wielu lat, ale bliska koleżanka. Znamy się ze studiów, chodziła z moim mężem do liceum i na tej zasadzie się poznaliśmy, poniekąd jest więc naszą swatką J  Pod wieloma względami Martę podziwiam. Jest bardzo silną osobą, ma poukładane w głowie, a życie jej nie oszczędzało. Straciła ciężko chorego męża, podniosła się po tym, opiekuje się rodzicami,  robi karierę. Do tego super poczucie humoru i wiele pasji. Wiele dobrych chwil razem spędziłyśmy i pomijając wszystko możemy na siebie liczyć. Marta jednak ma jedną wadę, o czym przekonałam się stosunkowo niedawno. W momencie gdy na horyzoncie pojawiają się nowe ciekawe znajomości stare idą chwilowo w odstawkę, czekają w poczekalni.  Nie pielęgnuje ich.
Marta miała fajny kontakt z Piotrkiem, ona lubi dzieci, zajmowała się córką siostry wielokrotnie. Może nie widywała go bardzo często, bo dużo pracuje, chodzi po górach, uprawia sporty, a ja po narodzinach Piotrka odpadłam z takich activities, ale bywała u nas. Potem poznała faceta i zaczęła sobie z nim życie układać.  Życzę im jak najlepiej rzecz jasna. Od tej pory znacznie rzadziej dzwoniła sama z siebie, wychodziła z inicjatywą spotkania, wymawiała się brakiem czasu etc. Piotrka widziała w maju dzień przed urodzinami, potem jeszcze na chwilę wpadła w sierpniu. Czasem sms czy mail. Pracuje 10 minut samochodem od nas i codziennie dojeżdża do pracy autem. Odkąd urodził się Tomek zapowiadała się kilka razy na herbatę  w tygodniu (bo weekendy spędza z ukochanym), tak na godzinkę półtora między 17 a naszymi wieczornymi rytuałami.  Na herbatę po drodze do domu. Kilkakrotnie spotkanie przesuwała, raz z powodu choroby, ze trzy razy z powodu ciężkiego dnia w pracy. Ostatecznie umówiłyśmy się na dzisiaj. Sama chciała. Na szczeście nic nie wspominałam Piotrusiowi, zresztą od pewnego czasu w ogóle mu nie wspominam nauczona doświadczeniem, że to jego chrzestna .Wieczorem sms, że jest zmęczona i czy możemy spotkanie przełożyć. Zrobiło mi się już naprawdę przykro. Dzisiaj jest Mikołaj. Pewnie nawet o tym nie pomyślała. Piotrek jest gdzieś na samym końcu listy. Rozumiem, zmęczenie, ale…. To już enty raz i przestaje w to wierzyć. Pewnie jedzie gdzieś w góry albo chce spędzić miły wieczór z ukochanym, jak najbardziej to rozumiem, ale po pierwsze po co się umawia, po drugie wie, że odwołuje już któryś raz, po trzecie nie lubię takich wymówek. Niestety popełniłam błąd wybierając chrzestną i już tego nie zmienię.

Kurczę, pech nie chce nas opuścić. Wczoraj zapaliła się kontrolka w aucie męża. Pęknięta pompa paliwa. Wymiana – 2200 PLN. Kolejna rzecz po wymianę chłodnicy. Nie musze pisać, że auto jest mu niezbędne do pracy i nie może zabrać mojego, ponieważ bez auta Piotr nie pojedzie do przedszkola (zima, droga bez pobocza, rzadko jeżdżące autobusy i przede wszystkim młodszy brat w wózku – nie ma opcji bym szła drogą bez pobocza zimą przy kiepskiej widoczności z wózkiem i i starszym dzieckiem za rękę, auta tu jeżdżą jak szalone, nie będę ryzykować życia dzieci jeśli Piotrkowi coś głupiego do głowy strzeli). Nie napisze, że rok 2013 jest wredny, bo urodził się Tomek i to przebija wszystko, ale…. Niech się już skończy do cholery!