środa, 29 stycznia 2014

o zasypianiu, zegarze biologicznym i wieczornym cyrku

Zasypianie, sen dziecka to temat rzeka. Rodzice zwykle przede wszystkim modlą się "oby tylko dobrze spało". Nie ma co ukrywać - sen dziecka to dla rodzica czas bezcenny.
U nas odpukać ze spaniem jako takim problemów nie ma, i jeden i drugi potomek zwykle przesypia noc spokojnie, za to z samym zasypianiem coraz większe cyrki....

wtorek, 28 stycznia 2014

Nessie szafiarką dziecięcą ;-)

Z przymrużeniem oka rzecz jasna ;-) Skoro pozostajemy w tematyce stylizacyjnej ;-)
Generalnie nie interesuję się modą, nie śledzę trendów, nie przeglądam magazynów jej poświęconych ani nie czytam blogów. Zakupy ubraniowe dla mnie mnie męczą potwornie i robię je gdy muszę, sama szybko i sprawnie. Mam głęboko w uchu czy dany fason lub kolor jest modny czy nie, zresztą zazwyczaj nawet nie wiem czy jest, ważne jest dla mnie czy  ciuch mi się podoba i czy relacja cena/jakość/okazje, na które dane ubranie będzie wkładane jest korzystna. Podobnie nie interesują mnie blogi o modzie dziecięcej. Chyba jedynym moim nabytkiem gdzie patrzyłam na markę są moje buty górskie, które mam nadzieję posłużą mi minimum 10 lat. Poza tym temat ten mi wisi i powiewa, zresztą wszystkie metki odcinam i wypruwam natychmiast, ponieważ zarówno mnie jak i Piotrka drapią i przeszkadzają. Efektem ubocznym jest, że kiedy segregowałam ubrania po Piotrku dla brata i układałam je rozmiarami robiłam to na oko chyba ,że rozmiar był wydrukowany.Jednym słowem w dziedzinie mody i trendów jestem totalną ignorantką.
Jakiś czas temu przeczytałam TEN wpis u Kiddie (BTW, jest to jeden z moich ulubionych blogów o tematyce dziecięcej) i postanowiłam zaszaleć i jak rasowa blogerka opisać czym kieruję się kompletując garderobę dzieci (znaczy się Piotrka, bo Tomek 90% ubrań odziedziczył po bracie i na razie nie narzeka - oby jak najdłużej) ;-)
Czasy są jakie są i ubierając Piotrka staram się by ubrany był ładnie, schludnie i JAK NAJTANIEJ. Forsą nie śmierdzimy i wolę ją wydać na ciekawą książkę lub zabawkę lub wyjazd z dziećmi niż szmatki. Zaopatruję go w komisach dziecięcych - wolę je niż typowe ciucharnie, gdzie ubrania są przemieszane rozmiarami lub leżą w koszach i zazwyczaj w powietrzu wisi charakterystyczny zapaszek, od którego mnie mdli. W komisach, które odwiedzam wiszą ładnie na wieszakach posegregowane według płci i rozmiaru. Ciucholandy to domena mojej mamy, która lubi w nich buszować i często wynajduje perełki. Lubię ubrania dla dzieci z Lidla - w większości są ładne i dobrej jakości oraz w przystępnej cenie. Faktycznie jak wspomniała jedna z osób komentujących u Kiddie istnieje ryzyko, że w przedszkolu połowa dzieci wystąpi w T-shirtach z Lidla. Minimalizuję je kupując na wyrost. Tym sposobem Piotrek zwykle ma ubrania z poprzedniego sezonu a nie te, które aktualnie są w sklepie i odróżnia się od reszty ;-). Szperam i wyszukuję używane ciuszki na Allegro. W sieciówkach kupuję w 95% tylko w czasie wyprzedaży i tylko gdy ceny są naprawdę korzystne. Tam zaopatruję się w kurtki i ubrania takie porządniejsze - spodnie, swetry, grubsze bluzy. Lubię 5-10-15, problem w tym, że mają mało sklepów stacjonarnych, a wybór w nich jest dużo mniejszy niż w sklepie internetowym. W necie jednak boję się ubranka tej firmy kupować na wyprzedażach, ponieważ mają bardzo nierówną rozmiarówkę. Odnoszę wręcz wrażenie, że metki wszywają losowo. Miałam spodnie dresowe tej marki tego samego modelu różniące się kolorem gdzie 98 były krótsze od 92. Poruszałam ten problem na ich fanpage'u, ale zostałam zignorowana. Sensowne są ubrania z Tesco i Reala. Staram się nie kupować za dużo. Mam w domu plik, w którym wpisuję co kupiłam na wyrost i tym sposobem wiem czego nam brakuje.
Teraz o gustach. Dla mnie bardzo duże znaczenie ma kolor. Nie lubię pasteli ani barw ziemi ani kolorów typu zgniła zieleń. Nie cierpię ubrań szaroburych. Takie kolory ewentualnie toleruję na spodniach, bo ciężko o ładne, kolorowe spodnie chłopięce. Lubię kolory żywe, nasycone (nie mylić z fluorescencyjnymi) i kontrastowe, ciekawsze zestawienia zestawienia - nie mylić z bezmyślną pstrokacizną. Piotr jest ciemnym blondynem o jasnej cerze i ciemnych oczach. Ładnie mu w nasyconej czerwieni, żółtym i czarnym. W czarnych koszulkach i bluzach moim skromnym zdaniem prezentuje się obłędnie przystojnie. Biały niezbyt mu służy. Lubię ciekawsze, niestandardowe połączenia. Zawsze poluję na kolorowe spodnie. Piotr ma np. jedne w kolorze cytrynowym, które świetnie komponują się z czarnymi górami. Podobnie walczę z wszechobecną szarością, khaki etc w chłopięcych krótkich spodenkach. Trochę takich też mamy, ale zestawiam je z fajnymi żywymi koszulkami, najszczęśliwsza jestem jednak gdy uda mi się znaleźć ładne kolorowe szorty. Moim zdaniem dzieciństwo to czas na to by dziecko wyglądało wesoło. Na szaro-bure ubrania i dress cody jeszcze przyjdzie czas.
Nie przepadam za dużymi nadrukami na koszulkach, takimi, że pół koszulki jest sztywne. Zwracam uwagę na to, by spodnie miały regulację w pasie lub były na gumce i by sznurki w portkach dresowych faktycznie działały, a nie zwisały pro forma. Piotrek jest szczupły, więc zwykle spodnie muszę mocno zwężać i dresy ze sznurkami dla ozdoby nie zdają u nas egzaminu - po prostu spadają mu z tyłka. Lubię gdy górna część garderoby jest dłuższa - za pupę. Nie przepadam za bluzami z kapturami. Jedna czy dwie jako okrycie wierzchnie na spacer wiosną czy jesienią OK, ale irytuje mnie mania doszywania kaptura do 80% bluz chłopięcych. Po co? Mamy w szafie kilka kupionych rok temu okazyjnie na wyprzedażach i choć nadawałyby się teraz zimą do chodzenia po domu czy w przedszkolu to wiszą nieużywane. Piotrek konsekwentnie odmawia ich zakładania. Zakodował sobie chyba, że jeśli ubranie jest z kapturem i na dodatek z zamkiem błyskawicznym tzn. że jest to coś w stylu kurtki czyli na zewnątrz i nijak nie mogę go do nich przekonać. Myślę, że przydadzą się dopiero wiosna zamiast kurtki.
W garderobie Piotrka najwięcej jest miękkich sztruksów i spodni materiałowych. Wygodniej mu w nich niż w jeansach, choć te też mamy - zwłaszcza lubię te z Lidla. Z gór najwięcej T-shirtów i koszulek z długim rękawem oraz koszul. Jeśli swetry to cienkie. Piotrek jest zimnolubny i odmawia noszenia we wnętrzach ciepłych swetrów, najrozsądniej więc ubierać go w chłodniejsze miesiące w koszulki z długim rękawem, a na wyjścia pod kurtkę zakładać jeszcze cienki polarek. Taką opcję Piotr akceptuje. Akceptuje jeszcze flanelowe cieplejsze koszule Od 2 lat nie ubrał spodni ogrodniczek. Owszem, chłopcy fajnie w nich wyglądają. Zrezygnowałam z nich jednak gdy zaczął wierzgać przy zmianie pieluchy. Później jej zmiana możliwa była wyłącznie na stojąco i jak najszybciej, więc szelki niepotrzebnie przedłużały sprawę, obecnie zaś Piotrek nie pozwala nikomu towarzyszyć sobie w toalecie, więc portki musi mieć tak samoobsługowe jak się da. Na razie jeszcze nie radzi sobie z guzikami. Na lato kupuję mu w większości spodenki do kolan lub nawet odrobinę dłuższe - chronią kolana podczas zabaw na ziemi.Mamy sporo ubrań w paski, wręcz za dużo. Lubię paski, ale  to chyba zbyt popularny motyw chłopięcy, dlatego obecnie gdy coś mam mu kupić to rozglądam się za czymś bez nich dla odmiany.
I ja i syn nie znosimy nakryć głowy i szalików. Traktujemy je jak zło konieczne i zakładam je Piotrkowi tylko gdy jest zimno lub upał. Jeśli tylko się da lata z goła głową. Latem preferuję kapelusiki. Czapki basebalowe są mim zdaniem w upały  kompletnie niepraktyczne - chronią tylko oczy, uszy i kark wystawione są na promienie słneczne (te z ochronką na karku a'la tropik nie pasują mi estetycznie).
Aha - w naszym domu praktycznie nie istnieją kapcie. Piotrek kapcie nosi w przedszkolu, w gościach lub np. gdy jeździliśmy na smykowe granie i dzieci biegały po dywanie. W domu chodzi zwykle  skarpetkach lub boso.

Jeśli chodzi o ciuszki niemowlęce to podobnie - unikam pasteli, szukam bardziej kolorowych i ciekawych. Unikam pajaców ze zbyt duża ilością napów w korku oraz bodziaków na zakładkę, które rozciągają się do połowy pleców - wolę zapinane z boku na napy.T Unikam pajaców zapinanych inaczej niż tradycyjnie w kroku. Te z zatrzaskami po boku albo dowoma rzędzami zatrzasków  uważam za pomyłkę - trzeba dziecko w nocy praktycznie rozebrać z pajaca by zmienić pieluchę. Aktualnie najbardziej pasuje mi kombinacja body z długim rękawem i półśpioszki, a jeśli jest zimniej to na to dodatkowo jeszcze koszulka i miękkie spodenki dresowe.Body tradycyjnie wkładane przez glowę, wkurzają mnie jakieś kopertowe zapięcia. Miałam kilka takich przy Piotrku i więcej czasu zajmowało mi ich pozapinanie niż założenie przez głowę.omek ma inny typ urody niż brat. Wygląda na to, ze będzie brunetem i ciemnych włosach, być może kręconych,  czas pokaże w czym będzie mu ładnie i jak ubranka po bracie będą się na nim prezentowały.



niedziela, 26 stycznia 2014

dobrymi checiami jest pieklo wybrukowane czyli jak oszpecilam dziecko :-/

Ostrzyglam dzisiaj Piotrka maszynka. Pierwszy raz w zyciu. Wyglada koszmarnie. Jakby uciekl z wiezienia. Nie wiem gdzie mialam oczy. Dopoki nie umylam mu wlosow po wszystkim wydawalo mi sie, ze jest w miare OK. Nie jest. Zabki, duze roznice w grubosci, lyse packi. Moj maz gdy go zobaczyl wsciekl sie. Stwierdzil, ze wstyd sie z nim gdziekolwiek pokazac i ma racje :-( Chyba sie jutro pod ziemie zapadne w przedszkolu. Nie wklejam zdjecia bo mi wstyd :-(
A zrobilam to spontanicznie w akcie desperacji. Wizyty z fryzjerem u Piotrka to dramat. Poki byl maly jakos szlo. Dalo sie go zajac na chwile soczkiem czy chrupkiem. Im jest starszy tym gorzej. Rozchodzi sie o to, ze on nienawidzi wloskow spadajacych na twarz czy nawet pelerynke. Poza tym kreci sie i wpada w panike nawet gdy lekko sie mu glowe przytrzyma. Strzyzenie go to histeria, panika, ryk, placz. Piotrek caly spocony, splakany, ja trzymam mu nogi nogami, a rekami unieruchamiam mu rece i glowe. Po wszystkim jestem wykonczona. Piotrek ma chyba jakas nadwrazliwosc i klaustrofobie. Ja tez wpadam w panike gdy ktos ogranicza mi ruchy. Z nim nie ma wtedy kontaktu. Jest jak opetany.
Od razu powiem - w tym momencie nie da sie ostrzyc Piotrka inaczej niz unieruchamiajac go sila, ignorujac wrzask by zrobic to jak najszybciej. A strzyc trzeba. Ma geste sztywne wlosy. Gdy sa za dlugie to codziennie rano tyl glowy jest w dredach trudnych do rozczesania, wlosy stercza na wszystkie strony i wyglada okropnie. Probowalam odpuscic temat i po prostu nie obcinac mu wlosow, bralam pod uwage chlopca z kitka tylko ze wygladal gorzej niz okropnie. Choc lepiej niz teraz :-(
Zanim posypia sie na mnie gromy ze sie nad dzieckiem znecam od razu powiem ze probowalismy wszystkiego. Byly rozmowy, zabawy we fryzjera, towarzyszyl mi, tacie i babci, nawet pozwolilam mu obciac sobie kilka kosmykow. Odwiedzilismy z kilkanascie zakladow w tym dwa mega wypasione salony dzieciece z zabawkami, telewizorami i specjalnymi krzeselkami oraz obsluga tanczaca doslownie wokol dzieci. Probowal moj wujek, ktory strzyze swoje wnuki sam. Wszedzie to samo. Ryk nieziemski od pierwszego ciachniecia. W wiekszosci zakladow po kilku cieciach fryzjerki rezygnowaly argumentujac to tym, ze boja sie go skaleczyc. Bo on sie wije i wierzga nieziemsko i dla kogos kto go nie zna jest to widok koszmarny. Ja wiem, ze gdy tylko wyjdziemy na ulice Piotrek znow bedzie zachowywal sie normalnie. Nawet fryzjerki z zakladow dzieciecych nie daly rady. W wielu miejscach odmowiono nam tez argumentujac to troska o komfort innych klientow i ja to rozumiem, nikt nie chce byc obslugiwany w towarzystwie dziecka, ktore zachowuje sie tak jakby sie nad nim znecano i wyje tak ze bebenki w uszach pekaja. Do niedawna mielismy jedna fryzjerke na osiedlu mojej mamy. Na drugim koncu miasta. Ona jedna z wielkim trudem dawala rade wylaczyc sie psychicznie i na szybko ostrzyc go prowizorycznie. Prosila jedynie by umawiac sie tuz przed zamknieciem zakladu by innych klientow nie straszyc. Nawet ona jednak ostatnio stwierdzila, ze Piotrek jest coraz silniejszy i juz dluzej boi sie go strzyc.
Staralam sie robic to jak najrzadziej. Nie podobaja mi sie chlopcy w bardzo krotkich wlosach, ale zawsze prosilam o takie ciecie by starczylo jak najdluzej. Piotrkowi wlosy rosna bardzo szybko. W ciazy bylam z nim u fryzjera tylko raz. Potem balam sie, ze kopnie mnie w brzuch. Byla moja mama potem i tez stwierdzila ze finito, ze ma dosc. Dlatego gdy Maciek kupil nowa maszynke spontanicznie postanowilam sprobowac. Siedzac na podlodze i unieruchamiajac Piotrka nogami i jedna reka. Cholera wydawalo mi sie, ze idzie dobrze i ze po prostu zetne nadmiar wlosow zostawiajac ksztalt fryzury. Nie wiem jak moglam go tak oszpecic :-( Z miesiac minie zanim bedzie sie dalo cos wyrownac. Jestem na siebie wsciekla. Jak tesciowa go w czwartek zobaczy to....

Turnau

Czy też tak macie, że Wasza młodość kojarzy się Wam zawsze z jakimś rodzajem muzyki? Ja  tak. W moim przypadku szczenięce lata to Piwnica Pod Baranami, a przede wszystkim Grzegorz Turnau. Turnaua wielbiłam i wielbię do dzisiaj. To jeden z niewielu wykonawców, którego płyt mogą słuchać na okrągło. Najbardziej lubię pierwsze albumy. Z nimi tez wiążą się moje najpiękniejsze wspomnienia - wielka, platoniczna wprawdzie ale wielka i gorąca miłość, obozy językowe w liceum, spacery nocą po lesie pod gwiazdami, wschody słońca nad morzem. Ehhh. Mieszkałam wtedy z mamą w jednym pokoju i by spokojnie posłuchać muzyki wychodziłam na spacer z walkmanem wieczorami. Mama bała się o mnie, że wędruję po ciemku nieprzytomna i miała rację. Uwielbiałam te spacery. Słuchawki na uszach, muzyka i cały świat mógłby nie istnieć.
Później w ramach pracy zawodowej miałam okazję poznać osobiście Grzegorza Turnaua i rozmawiać z nim wielokrotnie. Okazał się być ciepłym, skromnym i bardzo sympatycznym człowiekiem. Byłam na wielu jego koncertach.
Dla Was




czwartek, 23 stycznia 2014

moje dwa Przeciwieństwa

Piotr vs Tomasz
Piotruś/Tunio/Piotruń/Potwór vs Tomuś/Tomiś/Tomaszki/Troll
Tak różni od siebie.
Po urodzeniu Tomek wydawał się bardzo podobny do Piotrusia, coraz wyraźniej widzę jednak jak się różnią.
Piotruś - ciemny blondyn, proste gęste włosy, brązowe oczy, jasna cera, w niemowlęctwie buzia okrągła jak księżyc w pełni i takaż sylwetka, z wiekiem wyszczuplał, a buzia się wydłużyła, krótkie ręce i nogi w porównaniu z korpusem (spodnie zawsze o rozmiar mniejsze niż koszulki, w koszulach często podwinięte rękawy bo wolę takie zakrywające pupę), raczej małe stopy, małe uszy. Podobny trochę do mojej teściowej, trochę do mnie.
Tomuś - włoski ciemniejsze niż u brata, zapowiadają się na gęstsze i chyba trochę kręcone, cera również blada, niebieskie oczy z ciemniejszą obwódką jak u mnie, drobniejszy, bardziej pociągła buzia, szczuplejsze kończyny, duże stopy, długie paluszki, duże lekko odstające uszy. Bardzo podobny do swojego taty za wyjątkiem oczu.

Piotruś - w wieku Tomka lubił leżeć na brzuszku choć mocno ulewał, bardziej interesował się przedmiotami niż ludźmi (jeśli miał w zasięgu jakaś ciekawą zabawkę to obracał nią i manipulował w pełnym skupieniu), mało płakał bo miał mnie zwykle w zasięgu wzroku, zaczynał nienawidzić gondoli, wydawał mało dźwięków, nie był zainteresowany swoim głosem, zasypiał wieczorem odłożony do łóżeczka bez żadnych ceregieli i spał do rana, nie tolerował smoczka uspokajacza, praktycznie zero problemów brzuszkowych, pierwszy ząb w wieku 7 miesięcy
Tomuś - Nie przepada za leżeniem na brzuszku (szybko się męczy, zaczyna płakać i trudno go uspokoić), od zabawek woli ludzi (uwielbia gdy się do niego mówi i nawiązuje kontakt wzrokowy), dużo guga, bawi się swoim głosem, potrzebuje smoczka uspokajacza, płacze więcej niż brat w jego wieku (nie zawsze odpowiadam na jego potrzeby tak szybko jak było przy Piotrusiu, dom jest większy, biegam za starszym i dopóki nie nauczy się siedzieć lub obracać co chwile traci mnie z zasięgu wzroku), do zaśnięcia potrzebuje utulenia, głaskania po główce, czasem ma problemy z brzuszkiem, w wieku 3 miesięcy chyba zaczyna ząbkować

Z perspektywy czasu Piotruś był spokojny, opanowany, pogodny i taki - nie wiem jak to dobrze ująć - "pancerny".
Tomek też jest spokojny, a oprócz tego delikatniejszy i bardziej wrażliwy. Kruchy.

Tomuś w 4 miesiącu życia




Piotruś w 4 miesiącu życia









poniedziałek, 20 stycznia 2014

przygotowania do wiosny

O tym, że nienawidzę zimy i że terapeutycznie porządki wiosenne zaczynam w lutym pisałam już TUTAJ :-) W tym roku zimy takiej ze śnieżycami i lodem na szybach na razie nie ma (i oby nie przyszła!), jednak jest dla mnie uciążliwa ze względu na fakt posiadania niemowlaka na stanie. Marzę o wiośnie. Chciałabym pokazać Tomkowi ciepły kolorowy świat, którego jeszcze nie zna. Nie wie, że można spacerować bez śpiworka, że rączki nie muszą być ukryte w rękawiczkach, że można swobodnie machać bosymi nóżkami i dotykać trawy. To wszystko przed nami. Nie do końca będę w tym uczestniczyć, ponieważ od maja wracam do pracy na 3 dni w tygodniu, wiec nie będzie mnie w domu od rana do ok. 17.30. Pozostaną jednak dwa dni w tygodniu i weekendy. W ramach przygotowań do wiosny przetrzebiłam cały dom. Ja przed wiosna muszę, po prostu muszę mieć wszystko umyte łącznie z oknami. Taki mój wewnętrzny imperatyw. Nigdy nie czekam na pierwsze słoneczne promienie obnażające kurz i pajęczyny, tylko przygotowuję dom odświętnie wcześniej. I muszę zrobić to sama, tak już mam. Umycie domu i okien to ze 3 dni pracy, a z dziećmi 2 tygodnie. Postanowiłam więc zacząć wcześniej. Uporządkowałam i umyłam wszystkie szafki, półki i zakamarki w domu. Wyrzuciłam górę śmieci, niepotrzebnych dupereli, wiele ubrań oddałam do PCK. Zajęło mi to tydzień - gdy Piotrek był w przedszkolu a Tomek spał. Czuję się wewnętrznie odświeżona. W lutym zaczynam stopniowe czyszczenie wszystkiego z wierzchu. :-)

matka do chrzanu

Są wieczory takie jak dzisiaj kiedy czuję się jak najgorsza z gorszych. Mam dwóch wspaniałych synków, których krzywdzę każdego dnia. Krzywdzę, bo nie potrafię dać im tego co potrzebują, mojej uwagi, ciepła, cierpliwości. Krzywdzę zniecierpliwionym tonem głosu, czasem krzykiem, krzywdzę gdy płaczą a ja nie podchodzę dość szybko lub co gorsza nie okazuję zrozumienia. Los dał mi tak wiele, a ja nie potrafię tego docenić i co krok zawalam na całej linii, a potem leżę i łykam łzy. Czasem czuję, że ja po prostu nie nadaję się na matkę. Chciałabym by moje dzieci miały szczęśliwe dzieciństwo, ciepły dom, a zamiast tego jestem ja - nerwus i egoistka :-( W ich oczach, zwłaszcza w oczach Piotrka widzę żal i rozczarowanie. W tym momencie gdy o tym piszę coś mi się w środku skręca.
Ja po prostu nie daję rady. Wiem, że nie jestem jedyna, wiem, że inni mają gorzej, ale bezczelnie nie pociesza mnie to. Zawsze byłam i będę egoistką.
Dni są w porządku, rozwalają mnie poranki i wieczory. Bo to jest tak, że mój maż wychodzi do pracy miedzy 6.30 a 7.00, więc poranne czynności przy dzieciach spadają na mnie. Obecnie zazwyczaj wraca ok 16.00-17.00, ale od 19.00 do ok 22.00 znów jest unavailable i tak, na razie musi tak być bo mój zasiłek macierzyński jest śmiechu warty, a rachunki płacić trzeba.Za wyjątkiem weekendów, zresztą nie wszystkich rano i wieczorem muszę ogarniać wszystko sama i to mnie dobija. Czasem wszystko idzie świetnie, spokojnie, ale częściej działam jak robot albo się denerwuję albo panuje ogólny chaos, jedno lub oboje płaczą, Piotrek wariuje, a ja nie ogarniam. Tomek budzi się ok 5 rano, biorę go wtedy do sypialni i karmię i na chwilkę z nim przysypiam, za chwilę dzwoni budzik w komórce, szybko ją wyłączam i zaczynam odhaczać po kolei punkty planu. Przygotowuję mleko modyfikowane dla chłopców (tak Piotrek prawie 4-latek nadal rano pije Bebilon 4 z butli, wiem, że to źle, nie udało mi się odzwyczaić go od tego przed porodem, a teraz gdy widzi Tomka to już w ogóle nie ma mowy). Do tego kanapka dla Piotrka. Póki Tomek drzemie idę do Piotrka, włączam cicho muzykę i budzę go, nie jest zachwycony, ale wciskam mu do łapy butlę i w tym czasie ekspresowo myję zęby i  prowizorycznie układam włosy na lokówce by wyglądać jak człowiek. Wracam do Piotrka i ubieram go. Musze to zrobić kiedy jest jeszcze w takim półśnie zagadując go o to co mu się ostatnio śniło i takie tam. Inaczej albo zacznie się pokazówka pt. "ja chcę jeszcze spać" albo odwrotnie - zacznie biegać radośnie po całym domu bez skarpetek i zazwyczaj bez piżamy, wyrywać mi się. Nie muszę wspominać, że wszelkie rady typu pozwól dziecku ubierać się samodzielnie w jego tempie mogę o kant d... rozbić - biegałby na golasa i 2h, skończyłoby się to pewnie chorobą, nie mówiąc o tym, ze w życiu do przedszkola byśmy nie dotarli na czas. Ubieram go wiec szybko i zagaduję licząc na to, że akurat dzisiaj nie będzie wybrzydzał i zaakceptuje mój wybór ubrań. Potem zęby, lekarstwa, psikacz do nosa, czyszczenie nosa, czesanie i wysyłam go na dół informując, że jeśli ma ochotę to na stole jest kanapka. Zanim urodził się Tomek rano chwilę się bawiliśmy lub czytaliśmy. Po porodzie próbowałam tak robić jeszcze jakiś czas, ale po prostu nie dawałam rady - Tomek płakał, ja nieubrana, nieumyta biegałam w szale miedzy jednym a drugim w międzyczasie usiłując pojeździć autkiem. Postawiłam więc Piotrkowi sprawę jasno - rano bawi się sam. Wiem, że mu z tego powodu smutno no ale... może gdy zrobi się cieplej i nie będzie już rano tyle ubierania, tylko ja w maju wracam do pracy więc z kolei  sama będę więcej czasu potrzebować... W każdym razie niepedagogicznie włączam mu bajkę, sadzam przed TV z kanapką i biegnę do Tomka, przebieram go, ubieram siebie i schodzę na dół gdzie siadam z Piotrkiem przed TV i karmię Tomka. Zwykle w międzyczasie Piotrek wrzeszczy na cały dom bo potrzebuje coś tam lub mu się nudzi.Czasem uda mi się jedną ręką zjeść parę kęsów pozostawionego przez męża śniadania. Potem ubieranie - jeśli najpierw ubiorę Piotrka (wcześniej trzeba go przekonać, że już czas) to w czasie gdy ubieram Tomka on nudzi się na ganku i wariuje, jeżeli najpierw załaduję Tomka do fotelika to potem on płacze gdy Piotrka szykuję. I naprawdę nie przypominam cierpliwej mamusi gdy Piotrek tańczy zamiast ubierać buty, a jego młodszy brat wyje w tym czasie w foteliku.Czasem nocuje u nas moja mama, ale ona wstaje dopiero koło 8.00, wcześniej jest nieprzytomna. Codziennie się staram wyrobić i codziennie Piotrek przychodzi na śniadanie do przedszkola spóźniony.
Wieczory są jeszcze ciekawsze. Staram się tak pokierować drzemkami Tomka by był w dobrej formie w czasie kąpieli i wieczornego czytania Piotrka, ale nie zawsze się da. I wtedy jest chaos. Tomek ryczy w łazience na przewijaku, pasowałoby go już karmić i kłaść spać, potrzebuje się wyciszyć, a Piotrek jest głuchy na moje prośby by wyszedł z wanny. Wiem, że nie mogę go w tej wannie zostawić, bo usypianie Tomka trwa przeciętnie godzinę i jeśli przerwę by pomóc Piotrkowi się wytrzeć kiedy łaskawie już z wanny wyjdzie to będę się z nim bujać do północy.
Wiem, to nic nowego, wszystkie matki dójki i więcej tak mają, ja chyba jakaś nieodporna psychicznie jestem, że tak często dzień kończę w nerwach. Powiedziałam mężowi, ze raz w miesiącu muszę wyjść z domu wieczorem, a w przyszłości po prostu nie wracać po pracy i to on ma sobie to zorganizować jakoś. Wychodzę 30 stycznia. Oby nic nie stanęło na przeszkodzie, bo cieszę się jak murzyn blaszką.
I jeszcze jestem potwornie zmęczona dźwiganiem fotelika niemowlęcego, a dźwigam go ciągle. Dla przypomnienia - mieszkamy na górce, do garażu wolnostojącego trzeba zejść serpentyna i póki dzieci są małe jedynym sposobem opuszczenia domu jest samochód, ponieważ od przystanku autobusowego dzieli nas spory kawałek ruchliwą droga bez chodnika i praktycznie bez pobocza. Ręce mi już odpadają od noszenia tego coraz cięższego nieporęcznego fotelika. W dól jeszcze jako tako, ale kiedy wracamy do domu to gdy stanę u stóp schodów na ganek (a jest ich 14 plus 2 kroki do drzwi) jestem półżywa i resztką sił pokonuję te schody. Nie mogę się doczekać wiosny kiedy  można będzie Tomka inaczej ubierać. Wtedy fotelik będzie zawsze w samochodzie, a ja będę tylko dziecko znosiła na rękach. Poręczniej i łatwiej. Póki co jednak mamy śpiworek w foteliku i instaluję go w domu żeby nie zmarzł podczas znoszenia. No boję się o niego po tym zapaleniu płuc bardzo. No i teraz leje albo są przymrozki, droga do garażu jest śliska - wydaje mi się, że jest bezpieczniejszy w fotelik gdybym się poślizgnęła. Doszło też noszenie starszaka. jeśli zaśnie w samochodzie a męża nie ma w domu toi nie mogę już jak do tej pory czekać aż się łaskawie obudzi bo jest brat. Wyciągam go wiec i na rękach dźwigam pod górę. Czuję, że plecy zaczynają mi się powoli buntować. Do tego stopnia, że chociaż z parkingu do przedszkola mamy może dwie minuty drogi to ja wyciągam stelaż od wózka z bagażnika, rozkładam go i wpinam fotelik, a potem wypinam przed drzwiami bo szatnia jest zbyt mała by wjechać wózkiem. Po prostu nie daję już rady go dźwigać.
To sobie ponarzekałam.

piątek, 17 stycznia 2014

czego nauczyło mnie podwójne macierzyństwo

Od kilku miesięcy uczę się być podwójną mamą niemowlaczka i przedszkolaka. Wiele się przez ten czas nauczyłam i dowiedziałam o sobie.Między innymi tego, że to co brałam kiedyś za zmęczenie wcale zmęczeniem nie było :-) Teraz jeśli mam pod opieką tylko jedno z dzieci to czuję się tak jakbym nie miała żadnego, nawet jeśli dzieckiem tym jest zbuntowany przedszkolak.
Doświadczyłam takiego szczęścia, radości i spełnienia jakiego nie doświadczałam jako mama jedynaka patrząc na Piotrka głaszczącego Tomka lub broniącego innym dzieciom dostępu do niego czy próbującego uczyć go chwytania grzechotki. Nie twierdzę, że posiadanie większej ilości dzieci niż jedno jest lepsze czy gorsze, ale na pewno jest to zupełnie inne i nowe doświadczenie. Przynajmniej dla mnie.
Dowiedziałam się, że jestem w stanie wykonać o wiele więcej czynności w o wiele krótszym czasie niż sądziłam do tej pory. Wszystko jest kwestią organizacji. Nauczyłam się większej elastyczności. Nie trzymam się sztywno rytuałów, bo jest to niemożliwe. Czasem Piotrek kąpany jest przed Tomkiem, czasem odwrotnie, czasem razem. Są dni kiedy wszystko idzie jak po maśle - Piotrek chętnie spędza ze mną czas gdy Tomek śpi lub zajmuje się sam sobą na macie lub leżaczku, dogadujemy się, kiedy Tomek potrzebuje mojej większej uwagi to Piotr towarzyszy mi i troskliwie się bratem opiekuje albo przynosi wtedy książki i czytamy albo bawi się sam, wieczorem mogę poświęcić mu trochę czasu bo Tomek drzemie lub czuwa spokojnie, a później powolutku wykąpać i nakarmić maluszka. Kocham takie dni. Ciesze się gdy mam trochę czasu wieczorem dla każdego osobno, jest to potrzebne i im i mnie.
Podwójne macierzyństwo ma też swoją mroczną trudną stroną Nigdy do tej pory nie czułam takiej frustracji, bezradności, nigdy nie byłam tak zdenerwowana jak bywam teraz. Obok dni dobrych zdarzają się trudne. Dni kiedy Piotrek dostaje kręćka, szarpie mnie za rękę gdy karmię Tomka lub wskakuje mi na głowę, wrzeszczy na cały dom "mamoooo bajkę", "mamo pobaw się", "mamo chce jeść" gdy jesteśmy sami i karmię lub próbuję wyciszyć i utulić maluszka. Nie znoszę takiego nawoływania po pięśćset razy. Ileż można tłumaczyć, że w tym momencie musi poczekać. Czasami sama nie wiem co robić, czy przerywać karmienie, odłożyć płaczącego Tomka na chwilę bo Piotruś faktycznie czeka już długo, czy próbować zachować spokój i dokończyć to co muszę zrobić w towarzystwie wkurzonego 3.5-latka. Nie wypracowałam jeszcze skutecznej metody jak to wszystko pogodzić. Bywam zła na Piotrka, że zachowuje się jak niemowlak, bywam też rozdrażniona gdy Tomek nie daje się choć na chwile odłożyć na matę kiedy ma gorszy dzień, a ja nie mogę nawet zbudować ze starszym głupiej wieży z klocków. Serce mi pęka kiedy jedno musi czekać, a akurat bardzo mnie potrzebuje, zżerają mnie wyrzuty sumienia
Wiem, że tak będzie już zawsze, że pojawią się konflikty między rodzeństwem. Wiem również, że z czasem zaczną mieć własne wspólne sprawy i mam nadzieję będą sobie bliscy. Jestem bardzo ciekawa naszej wspólnej przyszłości.


niedziela, 12 stycznia 2014

3-miesięczny uszaty synek tatusia :-)

15 stycznia, za 3 dni Tomiś kończy 3 miesiące. Czy ja pisałam, że to synuś mamusi podobny do mnie? Ha! Poprawka. W ciągu ostatniego miesiąca wyszło szydło z worka. Tomek "wydoroślał" i stało się jasne, że to skóra ściągnięta z taty. Po mnie ma póki co tylko niebieskie oczy i nosek (całe szczęście! nochal mojego męża jest jakby to eufemistycznie ująć - rzymski). Przede wszystkim jednak łączą ich uszy. Maciek przez całe dzieciństwo wyróżniał się nieproporcjonalnie dużymi i odstającymi uszami. Z wiekiem proporcje się wyrównały, a uszy jakoś przylgnęły do czaszki. Z Tomisia też powoli robi się taki Kłapouszek, Uszatek albo jak ładnie nazwała go Listopadowa - Elfik. Mówcie co chcecie ja te uszka uwielbiam, uważam, że wygląda przesłodko, prześmiesznie i nie zamieniłabym je na żadne inne.
Poza uszkami Tomek przypomina też swojego tatę z charakteru - w końcu jeden i drugi to Waga. Jest spokojny i ma naturę obserwatora. Pięknie się uśmiecha gdy ktoś obdarzy go uwagą, ale sam z siebie na razie nie zaczepia uśmiechami. Trudno ten jego uśmiech uchwycić na zdjęciu, bo gdy tylko widzi aparat lub komórkę natychmiast poważnieje i świdruje go oczami. Dużo "mówi", guga po swojemu, wydaje różne dźwięki i się im przysłuchuje. Lubi leżeć na macie, próbuje trącać zabawki ale nie potrafi ich jeszcze chwycić. Moim zdaniem on naprawdę jest wcześniakiem choć niby urodził się zaledwie kilka dni przed końcem 37tc. Sądzę, że zamierzał posiedzieć w brzuchu jeszcze z miesiąc, bo z tego co kojarzę z niemowlęctwa Piotrka jest na etapie brata 2-miesięcznego. Potrafi wysoko unieść główkę na brzuszku ale szybko się męczy. Porównując z Piotrem dużo mnie lubi leżenie na brzuszku, za to podejmuje więcej niż starszy brat prób komunikacji werbalnej i dużo częściej niż on bawi się wydawanymi przez siebie dźwiękami.
W tym miesiącu pożegnaliśmy, mam nadzieję że na dobre, anemię i znienawidzone przez nas żelazo w kroplach i rozpoczęliśmy szczepienia. Przeszliśmy też skok rozwojowy - teraz widzę to wyraźnie. Przez kilka dni Tomek był taki "niewyraźny". Martwiłam się o niego. Bardzo dużo spał, prawie jak w pierwszych tygodniach życia, budził się na jedzenie a po jedzeniu płakał, bardzo się przygazywywał, był smutny albo rozdrażniony. Wysnuwałam różne teorie. Bałam się, że jest to skaza białkowa albo początek choroby. Na szczęście minęło z dnia na dzień, a ja zauważyłam, że stał się dużo bardziej kontaktowy, wydłużyły mu się okresy aktywności i zaczął intensywniej podejmować próby sięgania do przedmiotów. Ten skok charakterystyczny jest jak potem przeczytałam dla 7-8 tygodnia życia, a Tomek przeszedł go w 12, więc to potwierdza moja teorie o jego wcześniactwie.
Tomek lubi spokój. Co nie oznacza, ze go ma bo przy starszym bracie to nie zawsze realne. Nie przepada za tłumem, gwarem,. Zaobserwowałam to na imieninach mojej mamy i podczas noworocznego wyjazdu na wieś. Szybko go to męczy i robi się rozdrażniony. Lekarstwem jest wyjście do spokojniejszego pomieszczenia lub otulenie kocykiem z głową. Uwielbia pieszczoty, a zwłaszcza głaskanie po główce. W zależności od pory dnia śmieje się wtedy głośno, albo relaksuje i usypia. Jeszcze niedawno uwielbiał spać mi na ręce lub ramieniu, teraz już nie. Na ręce mu niewygodnie, a ułożony na ramieniu zaczyna kręcić głowa we wszystkie strony choćby nie wiem jak był zmęczony. Najbardziej lubi kiedy kładziemy się razem pod kocem, przytulamy a ja go głaszczę i masuję.
Z okazji Nowego Roku przeprowadził się do własnego pokoju, co nam wszystkim wyszło na zdrowie. usypianie jest trochę męczące i długotrwałe, ale kiedy już zaśnie to śpi do 6-7 rano lub budzi się raz konkretnie na jedzenie. Do zaśnięcia potrzebuje smoczka, na szczęście wypluwa go od razu gdy zapadnie w głęboki sen. Ma potwornie silny odruch ssania.Wieczorne usypianie trwa długo. Zwykle godzinę lub półtorej. Piotruś kąpie się o 19, Tomek ma kąpiel kiedy starszy brat już zaśnie lub przed nim, a potem długo, długo je, kręci się i wierci w łóżeczku. Jest i dobrze i źle. Dobrze bo nie płacze, nie marudzi, źle bo to trwa, a czasem Piotr nie może zasnąć i prosi mnie bym przy nim poleżała. Bez brata. Jeśli Maciek jest w domu to po nakarmieniu Tomka z piersi tata przejmuje młodszego i siedzi przy jego łóżeczku, a ja idę do starszaka, jeśli go nie ma bywa problematycznie. Piszę, że przeprowadzka wyszła nam na zdrowie, bo Piotrek przestał być zazdrosny o to, że brat śpi z rodzicami w sypialni i przestał co wieczór marudzić, że nie chce spać w swoim łóżku, my odzyskaliśmy naszą prywatną przestrzeń (bardzo mi tego brakowało, lubię gdy każdy ma swój kąt, poza tym mój komputer jest w naszej sypialni więc jeśli Piotrek przyjdzie spać do nas to nie mam możliwości popracowania wieczorem), a Tomek ma własny spokojny pokoik, w którym dobrze mu się śpi. U nas w sypialni w ciągu dnia mocno operuje słońce, a nie mamy zasłon i to przeszkadzało mu w drzemce.
Oto 3-miesięczny Tomaszek.










czwartek, 9 stycznia 2014

odpieluchowywanie

Jak zapewne wiecie do tematu odpieluchowywania podejście mam dość luźne, o czym kiedyś pisałam tutaj. Po pierwsze dlatego, że  jestem zdania, iż w tej kwestii dziecko wyznacza tempo i samo musi dojrzeć, po drugie dlatego, że jestem leniwa i bieganie za dzieckiem z nocnikiem czy pranie w kółko zasikanych majtek nigdy mnie nie kręciło. Piotruś z powodu wodniaków a potem wędrujących jąder jest pod stałą kontrolą urologa i chirurga dziecięcego i obaj specjaliści utwierdzili mnie w przekonaniu, że cierpliwe czekanie na gotowość dziecka jest wskazane ze względów zdrowotnych.
Piotrek w zasadzie odpieluchował się na dzień sam rok temu. Kompletnie nie kontrolował jednak oddawania moczu podczas snu. Nawet krótkiej drzemki. Nie zagęszczał go po pierwsze, a sen ma bardzo głęboki - to po drugie. W ciągu dnia obsługiwał się zupełnie sam, nie pozwalał chodzić ze sobą do łazienki, sam się ubierał i mył, ale pieluchy nie zniknęły z naszego domu. Kompletnie się tym nie przejmowałam i czekałam. Zakładałam mu je na drzemkę, na noc oraz gdy czekała nas dłuższa jazda samochodem na wypadek gdyby usnął. Wkładałam mu je pod majtki, a kiedy wysiadaliśmy w samochodzie szybko ją wyjmowałam i już. Tak samo podczas drzemki dziennej. Nie używaliśmy pieluchomajtek, ponieważ uważam, że są niepraktyczne. Trzeba zdjąć spodenki by je założyć, a zwykłego Pampersa w rozmiarze 6 po prosu instalowałam na stojąco lekko zsuwając ubranie i tak samo wyjmowałam.
Piotrek powoli dorastał do kolejnego etapu pożegnania z pieluchami. Jeszcze we wrześniu nie było mowy by obudził się z drzemki z suchą pieluchą nawet jeśli wcześniej skorzystał z toalety. Jeśli zdarzyło mu się zasnąć na kanapie lub podłodze, a ja nie zdążyłam mu jej zainstalować miałam 100% pewność, że obudzi się mokry. Kiedy wróciłam do domu po porodzie zauważyłam, że pielucha po drzemce i jeździe samochodem jest sucha, więc z niej zrezygnowaliśmy. Starałam się jedynie pilnować by nie wsiadał do samochodu nie skorzystawszy uprzednio z toalety.
Pozostały nam noce. Wygląda na to, że to jeszcze trochę potrwa. Piotrek jak wspomniałam śpi bardzo głęboko i NIENAWIDZI być budzony zanim się nie wyśpi. Zawsze pilnuję wieczorem by się wysikał przed pójściem spać, ale i tak rano pielucha była pełna. Nie mam zamiaru stosować żadnych treningów typu budzenie w nocy lub wysadzanie na nocnik na śpiocha. OK, raz spróbowałam dla spokoju sumienia i nigdy więcej. Piotrek wił się, wrzeszczał, był wściekły, nie dał się posadzić i skończyło się to katastrofą. Stwierdziłam więc, że w myśl zasady nie rób drugiemu co tobie niemiłe nie będę go torturować tego typu pobudkami w nocy, bo ja sama bym się wściekłą gdyby tak mnie potraktowano. Zastanawiałam się czy pielucha rano nie jest pełna dlatego, że budzi się suchy ale nie chce mu się zaspanemu iść do łazienki, ale prawdę powiedziawszy odpuściłam trochę temat w końcówce ciąży i pierwszych tygodniach podwójnego macierzyństwa. Okoliczności niezbyt sprzyjały. Byłam zmęczona, półprzytomna rano, byliśmy chorzy i trochę czasu minęło zanim nasze poranki i szykowanie się do przedszkola zaczęły przypominać umiarkowany chaos a nie mega chaos :-) W końcu kilkanaście dni temu postanowiłam podjąć próbę nocy bez pieluchy. Wytłumaczyłam Piotrkowi co i jak, poprosiłam by rano poczłapał do łazienki i się załatwił zanim jak ma w zwyczaju przyjdzie do naszego łóżka. Zgodził się. Widzę jednak, że to falstart. Czasem jest sucho , ale częściej łóżko jest mniej lub bardziej zalane. Co z tego, że materac mamy zabezpieczony nieprzemakalnym podkładem. Piotrek w nocy się rozkopuje, często ląduje na kołdrze i zasikane jest wszystko. W pokoju cuchnie, a ja nastawiam dwie pralki, bo kołdra, poduszka, prześcieradło i poszewki nie mieszczą się razem w pralce. Nie mam gdzie tego teraz suszyć, bo suszarka permanentnie zajęta codziennym praniem.Stwierdziłam więc, że na razie gra nie jest warta świeczki. Pranie całej pościeli co 2-3 dni jest mało ekonomiczne, smrodek moczu mało przyjemny, a potencjalne zapalenie pęcherza i przeziębienie też nie brzmi zachęcająco.Poczekam do lata kiedy Piotrek będzie spał pod cienkim kocem, który można szybko wysuszyć na balkonie. Do tego Młody ostatnio boi się ciemności i nie wejdzie do ciemnej łazienki. W dzień nie ma problemu, przystawia sobie stołeczek i zapala światło, ale na razie zimą na korytarzu rano też jest ciemno, więc woła byśmy to my lampę włączyli. Zazwyczaj taty nie ma już wtedy w domu, a ja jestem zajęta karmieniem lub przebieraniem Tomka i nie jestem w stanie szybko przybiec.
Na razie więc czekam.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

o moich wakacjach i wymianie pokoleń

Wspomnienia z dzieciństwa mam delikatnie mówiąc bardzo różne, ale wakacje wspominam z łezką w oku. Moja mama wychowywała mnie sama, więc siłą rzeczy nie mogła sobie pozwolić na więcej niż przepisowe dwa tygodnie urlopu latem. Nie jeździłam za granicę. Zabierała mnie na wczasy do jakieś górskiej miejscowości i raz nad morze. Gdyby nie to, że mamy rodzinę na wsi resztę lata spędzałabym pewnie w dyżurnym przedszkolu. Na szczęście nie musiałam. Od razu po zakończeniu roku szkolnego jechałam na wieś, wracałam po to by pojechać z mamą na coroczne wczasy, a potem znowu wyjeżdżałam do rodziny. Te wiejskie wakacje to jedne z moich najlepszych wspomnień.
Zwykła wieś w podkarpackim, a ówczesnym rzeszowskim. Ulicówka, kościół, skwerek, poczta, kilka sklepów, a wokoło pola uprawne. Brak ciekawych terenów spacerowych, las daleko, płasko jak stół. Liczyło się jednak TOWARZYSTWO.  Było nas ośmioro kuzynów. Są tam dwa domy obok siebie praktycznie połączone podwórkami. W jednym mieszkali moi dziadkowie, wujek, ciocia i dwoje najmłodszych wnucząt - Iwona i Wojtek. Iwona młodsza ode mnie o 6 lat, Wojtek o 9. W sąsiednim domu druga ciocia i wujek oraz bliźniaki Piotrek i Ewa, młodsi ode mnie o rok i Kamila młodsza 4 lata. Ewa to była taka moja wakacyjna siostra. Na wakacje przyjeżdżali także zwykle Paweł starszy o 2 lata i Krzysiek w wieku bliźniaków. Działo się! Byliśmy zajęci całymi dniami. Pomagaliśmy w obejściu, jeździliśmy w pole, wieczorem asystowaliśmy w stajni i oborze, zbieraliśmy jabłka, szaleliśmy po podwórku na rozlatujących się rowerach, bawiliśmy się w chowanego w kukurydzy, budowaliśmy kryjówki za spichlerzem, goniliśmy kury a kiedy babcia dawała nam kilka ziemniaków w mundurkach z parnika to ich smak pamiętam do dzisiaj. Jagodzianki cioci. Placuszki z ciasta na pierogi pieczone na blasze. 
Mój przyszły mąż jak się później okazało spędzał wakacje u wujka, niedaleko. Dużo lepszy teren bo las, ale w towarzystwie jedynie starszego o 8 lat brata.
Z wiekiem coraz mniej chętnie i rzadziej odwiedzałam rodzinną wieś. Prysł czar dzieciństwa, kuzynostwo się rozjechało po świecie. Ostatnio jednak coraz chętniej tam wracamy. Chyba wszyscy zaczęliśmy doceniać to, że mimo różnych animozji jesteśmy fajną rodziną. Mój mąż lubi tam jeździć, bo u niego nigdy nie było hałaśliwych posiedzeń przy stole w kuchni czy hucznie obchodzonych imienin. Kiedyś mnie to irytowało, z wiekiem doceniam  urok. Brakuje mu tego. jego rodzina jest... chłodna. Po latach odnalazłyśmy ponownie wspólny język z kuzynkami. 
W niedzielę pojechaliśmy tam na jeden dzień. Na zjazd rodzinny. Bez noclegu, bo nie mielibyśmy gdzie spać - przyjechał tam na kilka dni Krzysiek z żona i dwójką dzieci. Teraz jednak nie jest to problemem. Odkąd wybudowano autostradę do Tarnowa dojazd zajmuje nam 1.5 h zamiast 3. Było super. Z rozrzewnieniem obserwowałam jak na scenę wkracza kolejne pokolenie. W jednym miejscu spotkało się siedmioro prawnucząt mojej babci. Tak się złożyło, że po dwóch dziewczynkach posypali się sami chłopcy. Była Ola (12 lat), Małgosia (9 lat), Mikołaj (5 lat) Gniewko (4 lata i 3 miesiące), nasz Piotruś (3 lata i 7 miesięcy), Ziemko (2 lata i 2 miesiące) i najmłodszy niemalże 3-miesięczny Tomek. Piotrka przez cały dzień praktycznie nie było. Chłopcy zgodnie bawili się sami. Piotrek częsty kontakt ma z Mikołajem, bo mieszka on również pod Krakowem. Świetnie się dogadują, mają podobne zainteresowania (auta, auta, auta), Mikołaj jest spokojny i wycisza Piotrka. Gniewka i Ziemka Piotrek widział drugi raz w życiu, bo jego tata pracuje w Zambii, a mama spędza większość czasu u rodziny po Łodzią. Również znaleźli wspólny język. Cieszy mnie to bardzo. Mimo, że tak naprawdę ma i będzie mieć tylko jednego kuzyna w prostej linii, syna szwagra to w odrobinę dalszej rodzinie ma trzech kompanów do zabawy oraz brata.Mam nadzieję, że będziemy częściej spotykać się w takim gronie i że chłopcy kiedyś będą wspominać wspólne wakacje tak dobrze jak ja moje.






czwartek, 2 stycznia 2014

zapytajmy smoka on będzie wiedział

Sylwestra spędziłam pijana. Jedną lampką szampana. Serio. Wiem, że mam słabą głowę, ale aż tak?
Według relacji męża po wypiciu szampana zaczęłam gadać głupoty, a potem zasnęłam jak kamień. To była pierwsza noc Tomka w swoim pokoju. Zasnął ok 21 i spał  do 2. Mój mąż walczył z nim potem do 4. Biedne dziecko wypiło mleko i chciało iść spać, ale Maciek nie wiedział, że w nocy nie trzeba go odbekiwać bo je jakoś inaczej, mniej łapczywie, więc z uporem maniaka trzymał go na ramieniu, poklepywał, masował, a Tomiś coraz bardziej się rozbudzał i wściekał. Maciek twierdzi, że schodził do mnie prosić o radę ale byłam pijana w sztok i odpowiedziałam mu "zapytajmy smoka on będzie wiedział", więc musiał radzić sobie sam.