poniedziałek, 6 stycznia 2014

o moich wakacjach i wymianie pokoleń

Wspomnienia z dzieciństwa mam delikatnie mówiąc bardzo różne, ale wakacje wspominam z łezką w oku. Moja mama wychowywała mnie sama, więc siłą rzeczy nie mogła sobie pozwolić na więcej niż przepisowe dwa tygodnie urlopu latem. Nie jeździłam za granicę. Zabierała mnie na wczasy do jakieś górskiej miejscowości i raz nad morze. Gdyby nie to, że mamy rodzinę na wsi resztę lata spędzałabym pewnie w dyżurnym przedszkolu. Na szczęście nie musiałam. Od razu po zakończeniu roku szkolnego jechałam na wieś, wracałam po to by pojechać z mamą na coroczne wczasy, a potem znowu wyjeżdżałam do rodziny. Te wiejskie wakacje to jedne z moich najlepszych wspomnień.
Zwykła wieś w podkarpackim, a ówczesnym rzeszowskim. Ulicówka, kościół, skwerek, poczta, kilka sklepów, a wokoło pola uprawne. Brak ciekawych terenów spacerowych, las daleko, płasko jak stół. Liczyło się jednak TOWARZYSTWO.  Było nas ośmioro kuzynów. Są tam dwa domy obok siebie praktycznie połączone podwórkami. W jednym mieszkali moi dziadkowie, wujek, ciocia i dwoje najmłodszych wnucząt - Iwona i Wojtek. Iwona młodsza ode mnie o 6 lat, Wojtek o 9. W sąsiednim domu druga ciocia i wujek oraz bliźniaki Piotrek i Ewa, młodsi ode mnie o rok i Kamila młodsza 4 lata. Ewa to była taka moja wakacyjna siostra. Na wakacje przyjeżdżali także zwykle Paweł starszy o 2 lata i Krzysiek w wieku bliźniaków. Działo się! Byliśmy zajęci całymi dniami. Pomagaliśmy w obejściu, jeździliśmy w pole, wieczorem asystowaliśmy w stajni i oborze, zbieraliśmy jabłka, szaleliśmy po podwórku na rozlatujących się rowerach, bawiliśmy się w chowanego w kukurydzy, budowaliśmy kryjówki za spichlerzem, goniliśmy kury a kiedy babcia dawała nam kilka ziemniaków w mundurkach z parnika to ich smak pamiętam do dzisiaj. Jagodzianki cioci. Placuszki z ciasta na pierogi pieczone na blasze. 
Mój przyszły mąż jak się później okazało spędzał wakacje u wujka, niedaleko. Dużo lepszy teren bo las, ale w towarzystwie jedynie starszego o 8 lat brata.
Z wiekiem coraz mniej chętnie i rzadziej odwiedzałam rodzinną wieś. Prysł czar dzieciństwa, kuzynostwo się rozjechało po świecie. Ostatnio jednak coraz chętniej tam wracamy. Chyba wszyscy zaczęliśmy doceniać to, że mimo różnych animozji jesteśmy fajną rodziną. Mój mąż lubi tam jeździć, bo u niego nigdy nie było hałaśliwych posiedzeń przy stole w kuchni czy hucznie obchodzonych imienin. Kiedyś mnie to irytowało, z wiekiem doceniam  urok. Brakuje mu tego. jego rodzina jest... chłodna. Po latach odnalazłyśmy ponownie wspólny język z kuzynkami. 
W niedzielę pojechaliśmy tam na jeden dzień. Na zjazd rodzinny. Bez noclegu, bo nie mielibyśmy gdzie spać - przyjechał tam na kilka dni Krzysiek z żona i dwójką dzieci. Teraz jednak nie jest to problemem. Odkąd wybudowano autostradę do Tarnowa dojazd zajmuje nam 1.5 h zamiast 3. Było super. Z rozrzewnieniem obserwowałam jak na scenę wkracza kolejne pokolenie. W jednym miejscu spotkało się siedmioro prawnucząt mojej babci. Tak się złożyło, że po dwóch dziewczynkach posypali się sami chłopcy. Była Ola (12 lat), Małgosia (9 lat), Mikołaj (5 lat) Gniewko (4 lata i 3 miesiące), nasz Piotruś (3 lata i 7 miesięcy), Ziemko (2 lata i 2 miesiące) i najmłodszy niemalże 3-miesięczny Tomek. Piotrka przez cały dzień praktycznie nie było. Chłopcy zgodnie bawili się sami. Piotrek częsty kontakt ma z Mikołajem, bo mieszka on również pod Krakowem. Świetnie się dogadują, mają podobne zainteresowania (auta, auta, auta), Mikołaj jest spokojny i wycisza Piotrka. Gniewka i Ziemka Piotrek widział drugi raz w życiu, bo jego tata pracuje w Zambii, a mama spędza większość czasu u rodziny po Łodzią. Również znaleźli wspólny język. Cieszy mnie to bardzo. Mimo, że tak naprawdę ma i będzie mieć tylko jednego kuzyna w prostej linii, syna szwagra to w odrobinę dalszej rodzinie ma trzech kompanów do zabawy oraz brata.Mam nadzieję, że będziemy częściej spotykać się w takim gronie i że chłopcy kiedyś będą wspominać wspólne wakacje tak dobrze jak ja moje.






3 komentarze:

  1. Gniewko! Ziemko!:)))) Matko jakie piekne imiona:)))))) No cud, miod malina:))))
    Tak, masz racje. Ja tez czesto wracam wspomnieniami do takich chwil, choc u mnie az tak bogatych w kuzynow i kuzynki nie bylo... Az zal mi Felka bo jak sie szybko nie postaramy to nei bedzie mial tutaj nikogo...:(

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tez lubie spedzac czas z głośną i wesołą rodziną męża. Dopiero przy nich zauważyłam niestety, ze moja jest taka...chłodna

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam podobne wakacyjne wspomnienia do Twoich. Może z tą różnicą, że mama nie wychowywała mnie i brata samotnie. Tyle, że ojciec po prostu był i nic więcej. W Szczecinie, gdzie mieszkaliśmy, nie mieliśmy żadnej rodziny. Cała rodzina mojej mamy mieszkała w Skierniewicach i właśnie tam jeździliśmy długo, długo na całe wakacje. Tam miałam całe kuzynostwo, różnica wieku wynosiła maksymalnie 4lata, więc całe dnie zajmowaliśmy się sobą, na powietrzu... I mimo, że z upływem czasu wszystko się zmieniło (niestety na gorsze w naszej rodzinie), to właśnie te wakacje wspominam najlepiej... Moje dziewczyny też mają w prostej linii tylko jednego kuzyna, a szkoda...

    OdpowiedzUsuń