piątek, 28 lutego 2014

witaj wiosno :-)

Jak wspominałam kiedyś TU wiosna dla mnie zaczyna się 1 marca. Uwielbiam marzec. Kocham wiosnę i przedwiośnie. To miesiąc nadziei, miesiąc zmian, miesiąc budzenia się świata do życia. Luty jest dla mnie miesiącem hibernacji, najtrudniejszym czasem w roku. Choć zima w tym roku trafiła się nam wyjątkowo łagodna to wyjątkowo cieszę się, że idzie już precz. Wprawdzie nie sprawdziły się moje najgorsze obawy i nie musiałam brodzić w śniegu po kolana z dzieckiem w foteliku by wydostać się z domu (a tak było zeszłej zimy, tyle że bez fotelika) to był to trudny dla mnie czas. Ograniczenia w zorganizowaniu spaceru z maluszkiem bo zimno, bo karmienie, bo przewijanie, do tego choroba Tomka, jego rekonwalescencja, problemy z migdałami i niedotlenieniem Piotrka, zabieg.  Czuję się jakby po mnie kombajn przejechał szczerze mówiąc.
Ale to już za nami. Już mamy marzec, a ja jestem zwarta i gotowa na powitanie wiosny. Tydzień temu Piotruś wrócił do przedszkola, a ja zamiast wykorzystać czas drzemki Tomka na relaks rzuciłam się w wir wiosennych porządków. Mój wewnętrzny imperatyw by zmyć z otoczenia brud i szarość zimy nie pozwolił mi na bezczynność. Jeszcze w styczniu umyłam wszystkie meble w domu od środka i wyrzuciłam tony niepotrzebnych szpargałów. Teraz wypucowałam wszystko od zewnątrz. Umyłam meble i lampy z kurzu, omiotłam pajęczyny, wypucowałam okna i umyłam od środka auto. Przejrzałam garderobę chłopców. Odłożyłam do sprzedania ciuszki, z których Tomek już wyrósł, przeszukałam kartony z rzeczami po Piotrku i uzupełniłam szafę małego. Ubrania za małe już na starszego brata powędrowały do kolejki dla młodszego, a jego garderoba uzupełniona została o ubrania, które kupiłam rok i nawet jeszcze wcześniej na przecenach. Odłożyłam całą siatkę spodni i spodenek, które zawiozę do teściowej z prośbą by wszyłam im gumkę w pasie. Piotrek to chudzielec, teraz jeszcze dodatkowo schudł i doły bez regulacji w pasie gumką, sznurkiem czy bez szlufek na pasek po prostu będą na niego za szerokie.
Pozostały mi jeszcze dwa miesiące do momentu powrotu do pracy. Na razie na 3 dni w tygodniu, od września na cały etat. Cieszę się, że udało mi się to w ten sposób zorganizować. Podreperuję nasz budżet, a pozostanie mi czwartek i piątek wyłącznie dla Tomka w czasie gdy Piotrek będzie w przedszkolu. Jest już cieplej. Po zawiezieniu brata do przedszkola nie będziemy już wracać do domu. Zapakujemy drugie śniadanie i obiadek na wynos w pojemniczkach i ruszymy do parku lub na rynek oglądać świat. Niedawno zastąpiłam gondolkę, w której Tomek już ledwo się mieścił siedziskiem spacerowym rozłożonym na płasko, widzi więcej i jest zadowolony. Zamierzam napawać się tym czasem, kiedy dziecko jeszcze nie biega, jest łatwiejsze do ogarnięcia, a świat budzi się do życia.

czwartek, 27 lutego 2014

Noc wariatow

Spicie? ;-)
Zakrecona noc. Tomek juz drugi raz budzi sie na jedzenie - ewidentnie potrzebuje jakiej kaszki na wieczor, szkoda tylko ze nie lubi. Piotrusiowi zaszkodzilo cos (moze oponki serowe, ktore robili w przedszkolu). Juz czwarty raz wymiotuje po trochu. Spac sie nie da, bo po dachu biegaja i marcuja koty. Wytrwale koty, musialy wspiac sie na drzewo i stamtad skoczyc na dach. Czekamy na kolejne atrakcje :-))))))))))))

wtorek, 25 lutego 2014

tako rzecze Piotr czyli humor absurdalny w naszym domu

"Mamo cicho. Schowaj to gadanie do brzucha."

Tomek zaczyna ząbkować. Wytłumaczyłam Piotrkowi, że jest marudny bo rosną mu zęby i bolą go dziąsła. Rano w naszym łóżku starszy brat rozsiadł się wygodnie z "Niedzielą Palmową" na kolanach i zapowiedział, że będzie czytał braciszkowi o zębach: "Tutaj jest ząb. I tutaj jeszcze jeden. Zęby są do jedzenia. Zęby nie są do niejedzenia Tomek wiesz? I zębami się stuka o tak".

"Mamo mamo opowiem Ci tajemnicę. Widziałem stegozaura. Ale to nie był prawdziwy stegozaur tylko z kamienia. Ktoś go nazwał stegozaur. Nie wiem kto i dlaczego. Nie powiem o tym pani Dorotce bo to jest tajemnica".

Bawimy się autkami w strażaków. Piotrus stwierdza, że zgubił po drodze węża strażackiego. Prosi więc rekina, by mu go wyłowił z basenu. Rekin zgadza się to zrobić w zamian za szprotki. Niestety mamy ich za mało, dlatego Piotruś stwierdza "jedźmy do księdza, on będzie miał więcej".

Styczeń, Piotrek pakuje się rano do naszego łóżka: "Mamy czy już jest wiosna?"

rano ziewam i zwierzam się synowi, że miałam ciężką noc. Piotrek kiwa głową ze zrozumieniem: "Ja też, bo ten obraz co mi się śnił to miał żółte tło, a ściany były białe i ja wolałem by było białe tło".

"Tato ty jesteś super naprawiaczem to czemu kości ci trzaskają?"

"Tato nie sądzisz, że to bez sensu, że śnieg jest biały? Ciągle się brudzi. Powinien być różnokolorowy".






niedziela, 23 lutego 2014

jakby ktoś pytał czy to wycinanie migdałków miało sens i czy warto by było czekać na termin na NFZ

Tydzień po zabiegu:
Piotruś mówi ciszej (oczywiście podnosi głos i krzyczy, gdy ktoś jest daleko, ale nie mówi za głośno non stop jak do tej pory)
Przestał non stop pytać "co?"
W piątek wracając z przedszkola zaczął powtarzać słowa angielskiej piosenki z radia - nigdy wcześniej tego nie robił
Powtarza melodie i śpiewa (wcześniej jego śpiewanie to był taki bełkot na jedną nutę)
Ma dużo lepszy apetyt (przyda mu się to, bo wychudł tak, że dosłownie skóra i kości)
Ustąpiła wieczna nerwowość i drażliwość, można się z nim wreszcie dogadać. Późne popołudnia i wieczory nareszcie wyglądają u nas normalnie, bo od dłuższego czasu Piotrek był zmęczony, wkurzony, rozdrażniony i cały na "nie". Teraz spokojnie do 20.00-21.00 funkcjonuje w dobrym humorze
W sobotę poszliśmy na spacer na Kopiec Kościuszki. Maszerował dzielnie ponad 4 godziny - nie do pomyślenia od dawna. Tuż przed zabiegiem nawet po 15-minutowym spacerze z parkingu, gdzie zwykle zostawiam samochód wjeżdżając do Krakowa do pętli tramwajowej był padnięty. Dzisiaj jeździł na rowerze jak latem. W ostatnich miesiącach wycieczki rowerowe wyglądały tak, że podjeżdżał kawałek po czym siadał na murku i odpoczywał, a po kilku razach kończyło się na tym, że rower niosłam ja. Wrócił mój dawny pełen energii syn.
Przede wszystkim mam wrażenie, że poprawiła mu się koncentracja. Od kilku tygodni Piotrek bawił się w domu wyłącznie samochodami. Tylko i wyłącznie jeżdżenie resorakami po dywanie. Martwiło mnie to i irytowało, bo ciągle ciągnął mnie do tej zabawy, a ja tego nie znoszę, nudzi mnie to i męczy. Kiedy był w domu przed zabiegiem i tuż po stawałam na głowie by zachęcić go do innych zajęć i raz tylko udało mi się namówić go na farby. Proponowałam różne gry, książki, a on próbował przez minutę po czym rzucał wszystko w kąt i wracał do jeżdżenia po dywanie. Nie wiem czy ma to związek z zabiegiem, ale w zeszły weekend wreszcie bawiliśmy się jak dawniej. Było wspólne gotowanie, lepienie z ciastoliny, rozwiązywanie zagadek, gra w grzybobranie, wycinanie i zabawa w chowanego. Bardzo mi tego brakowało. Zobaczymy czy to się utrzyma, myślę, że być może był tak niedotleniony, że nie miał siły na kombinowanie, na myślenie i stąd w kółko te autka lub bajki.
Czy są minusy? Tak. Piotruś miał podcinane wędzidełko przy okazji zabiegu. Nie wiem jednak, czy nie trzeba będzie tego powtórzyć. Logopeda uczulała mnie by od razu rozpocząć ćwiczenia języka, ponieważ u tak małych dzieci rany goją się szybko i wędzidełko może z powrotem zarosnąć. Próbowałam, ale przez pierwsza dobę o jakichkolwiek ćwiczeniach nie było mowo, ledwo udawało mi się dziecku podać leki, w drugiej też, dopiero w trzeciej udało mi się go namówić na trochę ćwiczeń. Obawiam się, że trzeba będzie jeszcze raz je przyciąć, bo widzę, że choć jest w stanie wystawić język z buzi dalej niż kiedyś to jednak nadal na końcu tworzy się charakterystyczne "serduszko". Samo podcinanie to nie jest bolesny zabieg, jedynie nieprzyjemny bo trzeba dziecku mocno przytrzymać głowę. No zobaczymy.



środa, 19 lutego 2014

nie jestem encyklopedią, mam prawo się bulwersować, całego świata nie zbawię

Jest pewne zjawisko, które obserwuję na forach , zwłaszcza na FB i które okropnie mnie denerwuje.
Wielowarstwowe powiedziałabym.
Wartościowanie, porównywanie rzeczy niewymiernych i nieporównywalnych. Krytyka refleksji bez faktycznego działania. Popisywanie się erudycją i wiedzą, by wykazać rozmówcy jak szczątkową wiedzą dysponuje.
Nie poukładałam sobie tego jeszcze do końca w głowie, więc będzie nieco chaotycznie. Przepraszam.
Coś w stylu - bo inni mają gorzej. Albo - przecież tak jest wszędzie. Albo - po co mówisz cokolwiek, skoro nic nie robisz. Albo - patrz lepiej na to co masz na własnym podwórku.
Ktoś pomaga bezdomnym zwierzętom albo po prostu udostępnia jakieś apele z tym związane i spotyka się z komentarzami typu "a w Polsce mamy tysiące chorych dzieci w domach dziecka, których nikt nie chce", "zwierzęta są ważniejsze od ludzi". No mamy. I co z tego????? Dla jednych są dla innych nie. Nieważne. Przede wszystkim co ma piernik do wiatraka????? Na świecie są i bezdomne zwierzęta i opuszczone dzieci i samotni staruszkowie i chorzy i mnóstwo, mnóstwo nieszczęść. Potrzeba całej ludzkości by pomóc wszystkim i jeśli ma się to udać (to utopia oczywiście ale teoretycznie) to tylko na zasadzie małych kroczków. Ktoś przygarnie starego psa, inny przeforsuje prawo, pozwalające na szybszą adopcję opuszczonych dzieci, ktoś inny będzie spędzał czas jako wolontariusz w domu pogodnej starości, a jeszcze ktoś inny zostanie duchowym przywódcą pokroju Jana Pawła II i w ten sposób będzie wpływał na masy Możliwości są miliardy i każdy uczynek, każda inicjatywa, każdy okruch dobra jest ważny. NIE DA się tego wartościować i NIE POWINNO SIĘ oceniać, kto robi więcej, kto mniej, czyja praca jest bardziej czy mniej ważna.
Nie widzę też potrzeby krytykowania ludzi, którzy sami realnie nie pomagają z tych czy innych względów a jedynie o problemie piszą, wspominają. Nie każdy ma możliwości i chęci, nie każdy dysponuje czasem. Mówienie o problemie też jest ważne i nie cierpię komentarzy typu "nie podoba ci się to? to czemu nic nie robisz? nie robisz to nie gadaj". Kiedy czytam takie komentarze zawsze się zastanawiam czy te osoby faktycznie, za każdym razem gdy coś je zbulwersuje, zasmuci, zaszokuje biegną i działają a jeśli nie mają możliwości to trzymają buzię na kłódkę. Tak by wynikało z ich wypowiedzi. 
Zresztą tak na logikę - każdy ma pracę, obowiązki, wielu ma rodzinę, a doba ma 24h. Można w tym oczywiście upchnąć działalność społeczną. Można to wszystko jakoś pogodzić. To co robię ja to jakieś śmieszne podrygi w porównaniu z zaangażowaniem wielu ludzi, których szczerze podziwiam. jednak nawet oni nie są w stanie zadziałać w każdej kwestii prawda? Czy to oznacza, że mają prawo wypowiadać się jedynie w tematach, w rozwiązanie których coś osobiście wnoszą np. ten, który wspiera głodujące dzieci nie może nic wspomnieć o zabijaniu słoni dla kości słoniowej i tragicznym losie osieroconych słoniątek?
Ni popadajmy w jakieś absurdy! Mówienie o problemach tez jest ważne. Rozpowszechnianie wiedzy o nich też coś wnosi.  Im więcej ludzi się dowie tym większa szansa na realne wsparcie, więc nie wyszydzajmy tego.
W moim mniemaniu refleksja nad jakimś zjawiskiem sama w sobie też niesie wartość.
Kolejny przykład. Ktoś wspomina o jakimś zjawisku, które dziwi, szokuje, bulwersuje. Za chwilę komentarze - przecież tu i tu jest tak samo, dlaczego nie wspominasz o tym? Dlaczego nie interesuje Cię coś podobnego w innym kraju? Nie jestem encyklopedią. Nie mam obowiązku ani ochoty wiedzieć wszystko o wszystkim. Mam pracę, rodzinę i mało czasu. Czy za każdym razem gdy o czymś się dowiem to zanim o tym wspomnę mam przekopywać się przez internet i robić doktorat na temat przejawów danego problemu na świecie na przestrzeni lat? A jeżeli nie to buzia na kłódkę bo zostanę zakrzyczana? Kolejny absurd.
I wreszcie" lokalny patriotyzm". Nie pisać, nie rozmawiać o rzeczach, które nie dzieją się na naszym podwórku, bo jeden czy drugi zarzuci, że przecież to samo dzieje się blisko i - znowu - "czemu o tym nie wspominasz?"

Tłukło mi się to wszystko po głowie już od dawna....

poniedziałek, 17 lutego 2014

pomigdałkowo, zdrowotnie i jak się z synem wzajemnie wystrychnęliśmy na dudka

Piotr zdrowotnie wychodzi na prostą.Piotrek zareagował dokładnie tak jak w przypadku każdej ze swoich dotychczasowych dolegliwości - ostre i krótkie osłabienie, a potem bardzo szybki powrót do formy.
Pierwsza doba po zabiegu była ciężka. Zabieg był dość rozległy - wycięcie trzeciego migdała, przycięcie bocznych, nacięcie błon bębenkowych oraz podcięcie wędzidełka, które uniemożliwiało Piotrkowi prawidłową pionizację języka mimo ćwiczeń z logopedą i wymawianie "r" oraz "l".
Pierwsze dziecko z naszej sali rodzice natychmiast przenieśli do innego pokoju, bo wystraszyło się płaczu Piotrka. Piotruś miał być pierwszy w kolejności, ale panikował tak bardzo, że podano mu środki uspokajające i głupiego jasia i czekaliśmy drudzy w kolejce. Na sali z nami ostatecznie leżał 6-letni chłopczyk, który miał wycinany tylko trzeci migdałek i on poszedł pod nóż jako pierwszy. Kiedy jego mama poszła po niego na salę pooperacyjną rozpaczliwie płakał i bałam się jak to będzie z Piotrusiem. On tego płaczu nie zarejestrował w ogóle, ponieważ pijany po otumaniaczach bawił się wtedy klockami. Niestety głupi jaś ma to do siebie, że zaczyna szybko działać i równie szybko przestaje. Przestał w momencie gdy wnosiłam go na salę operacyjną, więc niestety wyrywał się podczas zakładania maski, ale kilka wdechów i już spał.
Kiedy go odebrałam od anestezjologa płakał i był kompletnie ogłupiały. Z jednej strony chciał się przytulić, z drugiej odpychał mnie i krzyczał bym go nie dotykała. Dostał nurofen i ze stresu poszedł spać na 2 godziny. Piotruś zawsze gdy się źle czuje albo jest mu źle to śpi .Kiedy się obudził ku mojemu zdziwieniu bez problemu zjadł jogurt i do końca pobytu w szpitalu na zmianę trochę bawił się z tym chłopcem a trochę polegiwał, oglądał bajki i drzemał. Laryngolog uprzedził mnie, że następnego dnia nastąpi pogorszenie, że będzie gorączka. Zapisał nam antybiotyk osłonowo. W nocy Piotrka zaczął męczyć suchy kaszel i katar, miał koszmary, trudno było z nim nawiązać kontakt i podać leki. Do tego doszły problemy z pupa. Od kilku dni coś marudził, że go boli podczas wypróżniania, ale szczerze mówiąc nie zwróciłam na to większej uwagi. Stolce były prawidłowe, zauważyłam niewielkie zaczerwienienie, które potraktowałam Linomagiem i zasypką. W nocy po zabiegu Piotruś przeraźliwie płakał na nocniku i rano pierwszą rzeczą, którą zrobiłam był telefon do przychodni. Powiedziałam co i jak i obiecano przyjąć nas bez kolejki kiedy tylko przyjedziemy. Termin mieliśmy na 15.30 i ten dzień był koszmarny. Wieczorem w dzień zabiegu Piotrek mówił, wprawdzie niewyraźnie ale mówił. W czwartek prawie się nie odzywał, komunikował gestami, chodził z otwartą buzią, z której kapała ślina, płakał podczas wypróżniania i nie chciał przyjąć antybiotyku, który był wstrętny w smaku. Naprawdę wyglądało to źle. Do tego katar i kaszel. Była u nas wtedy moja mama, które przyjechała pomóc. Z każda sprawą szedł do niej, mnie unikał. Płacząc wyszeptał, że musi wracać do szpitala bo go boli pupa. On tak naprawdę sadził, że to z tego powodu tam był. Straszne to było. Jakoś zebraliśmy się do przychodni. Pediatra zmieniła mu antybiotyk na inny o podobnym działaniu ale słodszy, obejrzała tyłek , stwierdziła, że wygląda to na jakąś infekcję, zakażenie i przepisała maści. Po powrocie Piotruś odzyskał wigor i od tamtej pory zachowuje się zupełnie normalnie. Je dużo więcej niż przed zabiegiem, apetyt mu wrócił, nie narzeka na gardło, kaszel i katar ustępują. W sobotę rano mieliśmy wizytę kontrolną w szpitalu. Laryngolog stwierdził, że wszystko goi się prawidłowo, a jak na tak rozległy zabieg Piotrek ekspresowo się zregenerował i jest w świetnej formie.Najbardziej martwiła mnie ta pupa... aż do niedzieli. Uwaga - osoby wrażliwe niech przestaną w tym miejscu czytać.
Czekałam i czekałam na pierwsze wypróżnienie odkąd zaczęliśmy stosować maści. Ze smarowaniem dramat, wyrywał się nie chciał, ale jakoś dawaliśmy radę. W sobotę nie widziałam tam nic niepokojącego.W pewnym momencie siadł na nocnik, coś tam zrobił i zaczął krzyczeć, płakać, biegać po mieszkaniu. Przeraziłam się. Wpadłam w panikę, że nie wiem jak dziecku pomóc, że maści nie działają. Maciek pojechał do kościoła. Ja zaczęłam dzwonić do przychodni dyżurnej by się na szybko umówić oraz do mojej koleżanki, której synek ma problemy gastryczne z prośbą o namiary na dobrych gastrologów. Miałam straszne wizje. W pewnej chwili jednak coś mnie tknęło. Patrzę - on płacze, ale łez nie ma. Raz krzyczy, że chce do lekarza, a za chwilę, że na spacerek. Biega i krzyczy, a po chwili bawi się autkami i kuca, napina tę rzekomo obolałą pupę. Postanowiłam zrobić całkowicie niepedagogiczny eksperyment. Powiedziałam mu, że jeśli zrobi kupkę bez wrzasku i płaczu to kiedy tata wróci pojadą do sklepu po autko. Nie minęło pół godziny, a Piotruś przybiegł do mnie cały w skowronkach z pełnym nocnikiem. Pytam się go czy bolało a on na to "no coś ty mamo, przecież zdrowy jestem".
Z jednej strony mi ulżyło. Z drugiej się wściekłam w duchu, że syn cwaniak. Z trzeciej zmartwiło mnie to bardzo. On dobrze wie, że gdy nie był w formie traktowano go ulgowo. Babcie traktowały go jak maluszka, karmiły łyżeczką, a ja przymykałam na to oko. Chciał może dalej tak być traktowany. A może czuje się do tego stopnia odrzucony z powodu Tomka, że chwyta się wszelkich metod? Martwi mnie to. Dalej stosuje takie chwyty od czasu zabiegu. Kiedy czegoś bardzo chce mówi cichutko omdlewającym głosem z miną spaniela.
Piotruś tęskni za dziećmi, za przedszkolem biega i skacze choć mu nie wolno! W piątek ma bal karnawałowy, jeśli wszystko będzie dobrze to planowałam puścić go na 3-4 h w czwartek oraz na bal w piątek/ Sęk w tym, że auto Maćka ciągle jest rozwalone i na pewno w tym tygodniu nie będziemy go mieć, a on potrzebuje do pracy mojego. Autobusem mogę jakoś go zawieźć i wrócić, ale przeglądałam właśnie rozkłady jazdy i po prostu nie ma takiego połączenia bym mogła odebrać go wcześniej, np. o 13 po obiedzie. W ciągu dnia jest dziura. Nic nie kursuje. Tzn. owszem kursuje prywatny busik, ale ta opcja odpada - zapakowany po brzegi i nie dam rady wejść tam z wózkiem, a nieść fotelika z Tomkiem na przystanek i od przystanku w ręce zwyczajnie nie dam rady. Musiałabym albo odebrać go przed obiadem czyli godzinę po powrocie do domu zbierać się po niego (bez sensu - przyjechać do domu tylko po to by nakarmić Tomka i za chwile z powrotem go ubierać), albo tak jak zwykle czyli ok. 15 po podwieczorku. Zastanawiam się. On ma już dość domu. Dziś 17 dzień.
Ostatnie stresy odbiły się na mnie. Czuję, że coś mnie bierze. Zażywam prochy, nie pogarsza się, ale nie czuję się zbyt dobrze.

sobota, 15 lutego 2014

4 miesiące Tomaszka


15 lutego Tomiś skończył 4 miesiące.
Waży ok. 6 kg, nie mam pojęcia ile mierzy, ubranka rozmiar 68-74.
Robi się coraz bardziej podobny do taty. Wygląda na to, że będzie miał ciemne włosy - super! Po mnie ma kolor oczu - niebieski z ciemną obwódką. Jest prześmieszny i przekochany.
W tym miesiącu zaliczyliśmy wizytę w Poradni Wad i Zaburzeń Rozwoju, szczepienia w Poradni Szczepień i wizytę u kardiologa. Szmery w sercu są niegroźne, fizjologiczne, EKG prawidłowe. Kardiolog stwierdził, że dla świętego spokoju, żeby zakończyć diagnostykę może dać skierowanie na echo serca. Wzięłam, bo w sumie przebadać zawsze warto, a nie jest to uciążliwe czy bolesne dla dziecka, no a ja jestem jeszcze na macierzyńskim i mam czas. Potem będzie ciężko z urlopami, zwolnieniami.
Poza krótkimi na szczęście okresami skoków rozwojowych jest spokojny i pogodny. Potrafi długo leżeć w leżaczku lub na macie obserwując życie domowe i bawiąc się zabawkami. Jest strasznym gadułą. "Mówi" dużo, bardzo dużo, zaczepia nas i prowadzi złożone konwersacje. Widać, że jest szczęśliwy, że może z nami w ten sposób nawiązać kontakt i że dostaje odzew. Zaśmiewa się wtedy aż do zachłyśnięcia.
Ponad wszystko uwielbia starszego brata. Głowa kręci mu się za nim na wszystkie strony.
Nadal nie lubi leżeć na brzuszku. Szybko się złości, ale też próbuje pełzać, na razie na bardzo niewielkie dystanse, ale jest to ewidentnie celowy wysiłek. O przewrotach mowy nie ma. W pozycji półleżącej lub na ręku u kogoś kombinuje jak może by usiąść, przygina głowę do klatki piersiowej i cały się napręża. Rzecz jasna nie pozwalamy mu na to, usiąść może sobie z pozycji na brzuszku gdy przyjdzie na to odpowiedni czas.
Rozpoczęliśmy rozszerzanie diety. Jestem bardzo szczęśliwa, bo wygląda na to, że trafił mi się drugi idealny pod tym względem egzemplarz. Rozszerzanie diety Piotrusia to była czysta przyjemność. Dziecko bez problemu jadło coraz to nowe konsystencje i smaki, nie reagowało na nic alergicznie, było bardzo ciekawe nowych potraw.  Jedynie trzeba było pilnować, bo przygotowanie posiłku nie trwało zbyt długo, bo się niecierpliwił. Tomek jest chyba taki sam. Po tygodniu prób pięknie opanował jedzenie papek z łyżeczki. Zlizuje języczkiem lub zasysa. Je sprawnie i szybko, sam otwiera buzię po kolejne porcje. Pomiędzy pierwszym a drugim śniadaniem podaję mu owoce, a po drzemce zupkę warzywną. Do wczoraj ta zupka była takim dodatkiem. Głodny Tomek w pierwszej kolejności chciał mleko, złościł się gdy dostawał coś innego. Najpierw pił więc flachę a po godzinie dojadał zrelaksowany zupkę. Wczoraj zrobiłam eksperyment i gdy obudził się wściekle głodny od razu podałam zupkę i o dziwo tym razem nie protestował, zjadł wszystko i potem dopił mlekiem, bo było jej za mało. Wygląda na to, że skojarzył, że zupka nie jest tylko smaczną rozrywką i zabawą, ale można w ten sposób zaspokoić głód. Jesteśmy więc na dobrej drodze do wyeliminowania jednego posiłku mlecznego. Owoce póki co są dodatkiem, bo trudno się nimi najeść, a dodatkowo zaostrzają apetyt. Wprowadzenie warzyw i owoców bardzo dobre wpłynęło na jego trawienie. Po pierwszych próbach z kaszką bezglutenową na wieczór zrezygnowałam, bo znów zaczął przesypiać całe noce po mleku. Uważam, że oznacza to, że kaszki na razie nie potrzebuje.
Dwie dolne jedynki są tuż tuż i być może to jest powodem trudności w zasypianiu, chociaż szczerze mówiąc obawiam się, że ten typ tak po prostu ma. Tomek śpi całą noc 10-11 godzin. W ostatnich dniach gdy nie wychodziliśmy z domu z powodu Piotrka odbywał jedną długą 4-godzinna drzemkę. Niedługo Piotrek wróci do przedszkola i ten rytm ulegnie zaburzeniu. Niestety z usypianiem jest dramat. Około 19 Tomek jest ewidentnie bardzo zmęczony, nie chce jeść, nie chce się bawić, trze piąstkami oczy. Kąpię go, a potem zaczyna się dłuuugie usypianie. Minimum godzinę, zwykle półtorej, a wczoraj pobił rekord - 2.5h.  Z jednej strony potrzebuje półmroku i spokoju. Próbowałam podawać ostatni posiłek czytając jednocześnie Piotrkowi lub po prostu przebywając ze starszym synem w jego pokoju, ale kończyło się to wielkim rykiem ze zmęczenia, szarpaniem smoka od butli. W półmroku, w spokoju je spokojnie ale bardzo, bardzo powoli, przysypia, ma problemy z odbeknięciem, kręci się i wierci w łóżeczku. To samo podczas usypiania na drzemkę w dzień. Już nie wystarczy się z nim an chwile położyć... Powiem szczerze, że męczy mnie to, a najbardziej poszkodowany jest Piotruś, który pozbawiony jest mamy wieczorem, a w ciągu dnia przed dłuższy czas też musi radzić sobie sam gdy próbuję uśpić brata. Przychodzi do nas, przytula się, opowiada coś i ja to rozumiem, a jednocześnie krew mnie zalewa bo gdy tylko brat pojawi się na horyzoncie Tomek przestawia się na tryb czuwania - w końcu to największa atrakcja.
Odsmoczkowuje się sam. Nie chce już zasypiać wieczorem ze smoczkiem. Wypluwa go. Czasem potrzebuje go na drzemkę. W ciągu dnia absolutnie odrzuca. W zasadzie smoczek używany jest głównie po zapakowaniu delikwenta do fotelika samochodowego. Trochę trwa zanim ja się ubiorę lub co gorsza czekamy na Piotrka, trzeba zejść do garażu - mija sporo czasu od zapakowania go do niego do włączenia silnika, który go uspokaja, na dodatek zimowe okrycie krępujące ruchy - widać, że jest to dla niego bardzo niekomfortowa sytuacja, dlatego daję mu wtedy smoka i się uspokaja.
Jest super chłopaczkiem :-)










piątek, 14 lutego 2014

"Sam"

Trafiłam na ten film niedawno przypadkiem. Nie oglądałam od początku, ale siedzi mi w głowie do dziś. Sean Penn w roli upośledzonego umysłowo mężczyzny o umyśle siedmiolatka, który walczy o prawo do opieki nad swoją - nomen omen siedmioletnią - córką (Dakota Fanning), w czym pomaga mu prawniczka Rita (Michelle Pfeiffer).
Film niezwykle wzruszający. W zasadzie jest oczywiste jak się skończy. Nie ulega wątpliwości, że człowiek, który nie ma zdolności do czynności prawnych nie może sprawować prawnej opieki nad dzieckiem. Mała Lucy w końcu zostaje adoptowana przez rodzinę zastępczą, a Sam ma prawo spędzać z nią czas i się tym cieszyć. Oboje bardzo się kochają. Jednocześnie okazuje się, że Rita, która usiłuje pomóc mu w wypracowaniu takiego korzystnego układu, dojrzała i poukładana na pozór kobieta sama jest kompletnie pogubiona, a jej syn tęskni za czuła matką - co w mig widzi Sam. Po prostu intuicyjnie. Choć upośledzony czuje i rozumie na czym tak naprawdę polega bycie rodzicem. Że chodzi o miłość i o to by słuchać.
Na koniec mam jednak smutną refleksję. W filmie ojciec i córka są na mniej więcej podobnym poziomie rozwoju. Jest im ze sobą dobrze. Ona dojrzeje, zamieni się w zbuntowana nastolatkę, potem młodą kobietę, założy może własną rodzinę. A on pozostanie tym dorosłym siedmiolatkiem. Teraz Lucy jest szczęśliwa gdy ojciec gra z nią w piłkę i siedząc na drzewie rzuca w nią papierowymi samolocikami. Za parę lat jej potrzeby się zmienią. Być może zacznie się go wstydzić. On będzie ją kochał cały czas, ale nie dotrzyma jej kroku. Z góry skazany jest na samotność.

środa, 12 lutego 2014

Juz po

Dziekuje Wam za wsparcie.
Piotrus juz po zabiegu. Wybudzil sie z narkozy, dostal srodek przeciwbolowy i usnal ze stresu.
Bylo bardzo ciezko. Wpadl w taka panike i histerie, ze wystraszyl dziecko, ktore dostalo z nami sale i jego rodzice zazadali przeniesienia do innego pokoju.
Nie dal sobie zalozyc opaski szpitalnej. Pielegniarki nie mogly sobie z nim dac rady. Krzyczal na caly oddzial. Uspokoil sie dopiero po duzej dawce glupiego jasia.
Wyglada na razie masakrycznie. Krew z nosa, krew z uszu. Mam nadzieje, ze bedzie ok gdy sie obudzi i zobaczy wenflon.

wtorek, 11 lutego 2014

Jutro

Jutro jedziemy na zabieg.
Plecak spakowany. Laptop i bajki gotowe.
Prosze trzymajcie kciuki za mojego chlopczyka.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Pech

W piatek na prawie pustej drodze samochod jadacy przed moim mezem nagle stanal, wsteczny i zmasakrowal mu przod.
Maz teraz uzera sie z ubezpieczycielem sprawcy. Dzis rano zglosil szkode i laskawie oswiadczyli, ze oddzwonia do 48h. Byloby fajny gdyby naprawil to auto do konca tygodnia, bo od poniedzialku zaczyna nowa prace i musi byc w miescie o 7.30. Dojazd od nas komunikacja miejska jest mozliwy ale z dwoma przesiadkami i musialby z domu wyruszyc ok. 5.30.
W piatek rowniez na szwagra rzucil sie nagle pies sasiadow tesciow i pogryzl mu noge do krwi. Sasiad nie poznal Marka i uciekl.Marek chcac nie chcac zadzwonil po Straz Miejska, ktora w takich wypadkach sprawdza czy zwierze jest szczepione. Przy okazji sasiad dostal mandat.
W sobote padl akumulator w moim aucie. Dzis kupilismy nowy i dziala, ale jest ryzyko, ze problem jest glebszy, bo maz slyszal jakis dziwny wybuch w silniku. Bez auta w tej chwili gdy Piotrek nie chodzi do przedszkola jestem jak bez reki dlatego modle sie bym nie musiala oddawac go do serwisu i by maz nie musial mojego pozyczac. Z samym wozkiem czy z Piotrkiem droga bez pobocza do autobusu pojde, z dwojka sie boje. Jakikolwiek spacer, jakis sensowny plac zabaw oznacza autobus + tramwaj. Autobusy w dzien jezdza co 1.5 h godziny. Jak sie czlowiek z powrotem spozni to kaplica. Gdy jest cieplo no problem ale zima co ja zrobie jak mi sie Tomek zakupka lub zglodnieje? W okolicach przystanku nie ma zadnych kawiarni, toalet publicznych ani innych miejsc gdzie mozna w cieple oporzadzic niemowlaka. Piotrek juz 10 dzien nie chodzi do przedszkola i jesli w tym tygodniu nie bede miala mozliwosci pojechac z nim na jakis plac czy w inne atrakcyjne miejsce to oszalejemy. Jest wynudzony na maksa bo unikamy skupisk etc by sie czym przed zabiegiem nie zarazil.
Dzisiaj rano do kardiologa Tomka zawiozl mnie tesc.?Wracalam tramwajem i autobusem podmiejskim prawie 2h.
Mam nadzieje, ze to koniec pecha.
W srode wycinanie migdalkow.

sobota, 8 lutego 2014

Piotr dusza towarzystwa?

Rok temu mój starszy syn był dzieckiem nieśmiałym. Bawił się głównie sam. Nie lubił dzielić się zabawkami. Obecnie obserwuję zaskakującą przemianę Piotrek nie dość, że dobrze i pewnie czuje się w przedszkolnej grupie to z dziecka stojącego z boku zamienił się (być może chwilowo) w chłopca, który coraz częściej organizuje zabawę innym i potrafi przekonać inne dzieci do swoich pomysłów. Bardzo się cieszę, że przedszkole tak pozytywnie na niego wpłynęło. Nie to, żebym uważała, że nieśmiałość jest wadą, ale łatwiej jest żyć ludziom bardziej pewnym siebie. Posłanie go do przedszkola w wieku 3 lat i 3 miesięcy to był strzał w dziesiątkę. Choć pojawiły się pewne niefajne zachowania przejmowane od innych dzieci to plusów jest dużo, dużo więcej.  Jestem przekonana, że w domu, bez codziennego kontaktu z grupą rówieśników, bez codziennych lekcji współżycia w grupie marnowałby się.
Przykład:
Piotrek uwielbia samochody i na placach zabaw bardzo lubi te bujane autka na sprężynie, takie z dwoma miejscami do siedzenia z przodu i bagażnikiem a'la pick up. Pamiętam, że jeszcze pod koniec sierpnia korzystał z nich tylko gdy były wolne i bardzo się denerwował kiedy inne dziecko tez chciało do autka wejść. Chciał jeździć sam. W grudniu wybrałam się z chłopcami na plac zabaw i karmiąc Tomka na ławce (było wyjątkowo ciepło) obserwowałam Piotrusia w takim właśnie autku. Zaczepiał każde przechodzące dziecko i zapraszał do środka, proponował wspólną zabawę, pozwalał bawić się resorakiem, który miał ze sobą, generalnie buzia mu się nie zamykała, a po pewnym czasie ze zdziwieniem skonstatowałam, że grupka starszych od niego chłopców bawi się z nim w warsztat samochodowy pod jego dyktando. Wymyślił scenariusz i potrafił ich przekonać do niego, wyznaczył role.
I tak jest coraz częściej. Czasem siedzi z boku, nie czuje się pewnie podczas występów na scenie, śpiewów i tańców, ale kiedy przychodzi do zabaw tematycznych szuka towarzystwa, coraz mniej bawi go samotne jeżdżenie autkami po dywanie. Chce się bawić wspólnie. Kiedy odwiedza nas jego kuzyn Antoś, młodszy o rok, Piotrek bywa niepocieszony, że ten nie chce się z nim bawić. Antoś jeszcze jest na etapie indywidualisty i ma trochę inne zainteresowania niż Piotr. Niedawno Piotrek chciał przenieść dźwig w inne miejsce pokoju i choć doskonale daje sobie z tym rade sam zachęcał go "Antoś choć przeniesiemy dźwig razem".
Ma to oczywiście też inne strony. Bywa dyktatorem. Próbuje rządzić. Wiecznie testuje i sprawdza kto jest silniejszy i negocjuje. Typowy model działania to "zgadzam się ALE". To słówko ALE powtarza się bardzo często. Piotrek dla zasady usiłuje robić wiele rzeczy po swojemu, albo wynegocjować jakaś zmianę/ustępstwo by choć trochę było według jego wizji (np. OK, ubiorę czapkę renifera na występ ALE nie pomaluję nosa, pójdę z tobą gdzieś ALE potem zrobimy to i to). Czasem to śmieszne, czasem irytujące, cieszy mnie jednak, że nie próbuje już na siłę zawsze stawiać na swoim, ale potrafi już iść na kompromis.
Od tygodnia nie chodzi do przedszkola w związku z operacja migdałków w najbliższą środę, unikamy skupisk by czegoś nie złapał tuż przed i cierpi katusze. Płacze, że chce iść do przedszkola. Kiedy poszliśmy na plac zabaw był rozczarowany, że jest pusto. Kilka miesięcy temu lubił chodzić na place ze względu na drabinki, zamki, huśtawki etc. Inne dzieci mu wręcz przeszkadzały. Dzisiaj mówi, że chce pobawić się z dziećmi, a kiedy ich nie ma smutny oświadcza, że "nie ma z KIM się bawić".
Mądry i kochany jest.


wtorek, 4 lutego 2014

bracia

Fajnie jest obserwować jak 3.5-latek reaguje na brata.
Stosunek Piotrka do Tomka przechodził przez różne fazy. W ciąży dużo z nim rozmawiałam na temat pojawienia sie rodzeństwa, pamietał co nieco narodziny swojego młodszego kuzyna. Był dość dobrze wyedukowany od strony teoretycznej.
Na początku była ogromna fascynacja i duma. Piotruś każdemu kogo spotkał opowiadał, że "jego Tomek już się urodził", z dumą  go pokazywał, asystował przy karmieniu i przewijaniu, przynosił smoczka i bardzo się nim interesował. Traktował go trochę jak nową zabawkę, taką, której inni nie mają. Był dumny, że jest starszym bratem.  Był nabuzowany i cieszył się, że mama już jest w domu, że zniknął brzuch i że jestem znów sprawna jak dawniej a nie tylko leżę na kanapie i jęczę. Mały nie był jeszcze wtedy zbyt absorbujący, dużo spał, a ja miałam czas dla starszego brata. Był zazdrosny, ale okazywał to w dość subtelny sposób np. prosząc o pomoc w czymś tam zawsze wtedy gdy siedziałam i karmiłam.
Potem przyszedł kryzys. Nasze choroby, mój pobyt z Tomkiem w szpitalu, zdezorientowanie Piotrka i smutek, że choć on też jest chory to z nim w domu nie zostałam. To tkwi w nim do dzisiaj. Nie lubi kiedy wychodzę gdzieś sama z Tomkiem np. do lekarza a on zostaje z tatą. Jest wtedy niespokojny i ciągle o mnie pyta. Kiedy wyjdą sama - nie ma problemu. Tomek zrobił się bardziej absorbujący a Piotrek zaczął ostrzej okazywać zazdrość. Wieszał mi się na ręce, którą karmiłam brata tzn. przytulał się ale ogromnie utrudniał mi sprawę. Kiedy siedziałam z Tomkiem na kanapie zawsze musiał się wcisnąć między moje nogi a ławę, przepychał się, stawał mi na stopach gdy nosiłam braciszka. Zaczął narzekać, że Tomek głośno płacze i zatykał uszy. Kiedyś w przypływie szczerości wyznał mi, że wolałby by brat mieszkał u babci Marysi.
Następnie przeszliśmy przez fazę ignorowania brata. Piotrek zaakceptował, że Tomek wymaga opieki i zajmuje to czas, ale był rozczarowany, że rośnie tak wolno, że nie może się z nim bawić tak jak on by chciał. Być może dziewczynki podchodzą do sprawy inaczej, może lubią bawić się z niemowlaczkami. Piotrka to nudzi. Chwilkę pomacha grzechotką i biegnie do swoich spraw. Brat się znudził po prostu. Tomek w tym czasie jeszcze nie był tak kontaktowy jak teraz. Uśmiechał się do nas i gugał, ale dopiero kiedy ktoś poświęcił mu dłuższą chwilę, a Piotrek nie miał do tego cierpliwości, więc też brat z nim kontaktu nie nawiązywał.
Obecnie mamy fazę na ponowne zainteresowanie Tomkiem. Tomiś jest już bardzo kontaktowy, sam nas zaczepia i to się Piotrkowi bardzo podoba. Cieszy się, gdy brat go "woła", jest zadowolony gdy wodzi za nim wzrokiem i śmieje się kiedy Piotrek do niego mówi. Coraz częściej przyłapuję go na długich monologach do Tomka. Mały nauczył się chwytać przedmioty, wprawdzie nieporadnie ale widać, że się nimi interesuje i próbuje manipulować i dzięki temu chyba w oczach Piotrka się trochę "uczłowieczył". Już nie jest leżącym bezwładnie zwierzątkiem ale  - wow, on też się bawi tak jak ja. Teraz przynosi mu zabawki.
Różowo nie jest. Widać, że się irytuje gdy Tomek zaczyna płakać i przerywa nam jakieś wspólne zajęcia lub kiedy musi czekać na swoją kolej. Coraz częściej jednak wykazuje zrozumienie takie niewymuszone koniecznością. Dwa dni temu tata pytał się go w co chciałby się pobawić. Piotrek odparł, że będą robić wyścigi samochodów "ale zamkniemy drzwi dobrze? bo będziemy hałasować a Tomek boi się hałasu, bo on jest jeszcze malutki wiesz tato?".
Co mnie cieszy to to, że póki co Piotrek nie okazał Tomkowi bezpośrednio niechęci. Nie usłyszałam do tej pory tego czego się bałam tzn "mamo oddaj go do szpitala" lub czegoś w tym stylu. Nie wykluczam, że tak myśli, ale nic nie mówi.
Staram się jak mogę poświęcać mu czas indywidualnie. Prawie w każdy weekend wychodzimy gdzieś we dwójkę sami. Działam mocno po omacku, bo sama jestem jedynaczka i mam bardzo mgliste wyobrażenia na temat relacji miedzy rodzeństwem.






niedziela, 2 lutego 2014

o śmierci

Są piosenki, które już chyba do końca mojego życia kojarzyć mi się będą z pewnymi konkretnymi wydarzeniami. Wczoraj w sklepie usłyszałam ten kawałek Kombi i poczułam dokładnie te same emocje co pewnego czerwcowego dnia w 2007 roku. W tym czasie ten kawałek był bardzo popularny i tego dnia słyszałam go kilka razy w radiu. W dniu tym dowiedziałam się, że moja koleżanka w wieku 27 lat została wdową....

sobota, 1 lutego 2014

no to mamy plan gry na następne dwa tygodnie + skok rozwojowy

Dzisiaj rano pojechałam z Piotrkiem na wizytę do laryngologa, na której ustaliliśmy termin zabiegu wycięcia migdałów i nacięcia błon bębenkowych. 12 lutego. Mam nadzieję, że nic nie stanie na przeszkodzie |(czytaj: Piotrek nie zachoruje) i nie trzeba będzie tego terminu przekładać. Zdecydowaliśmy się na prywatną operację w Szpitalu Bonifratrów na chirurgii jednego dnia. Kupa kasy, ale wolę jeść suchy chleb przez kilka miesięcy niż czekać rok na termin na fundusz lub liczyć, że dzieci w kolejce się pochorują i załapiemy się na jesień. Wiem, że nie jest to zabieg ratujący życie, że moglibyśmy teoretycznie czekać, ale nie chcę by Piotrek tyle czasu się męczył a my z nim. Chrapie w nocy tak głośno, że jeśli nawiedzi nas to ja nie mogę usnąć. Śpi cały czas z otwarta buzią przez co kaszle okropnie w nocy. Badanie w szpitalu wykazało, że jest poważnie niedotleniony i jego rozdrażnienie, nerwowość, problemy z koncentracją mogą przynajmniej w części być tego wynikiem. Do tego ma wysokie ciśnienie w obu uszach i zwlekanie z operacją mogłoby doprowadzić do trwałego uszkodzenia słuchu. Gorzej słyszy, a pewne dźwięki go drażnią i sprawiają mu ból. Mówi niewyraźnie.
Denerwuję się okropnie, bo to jednak narkoza. Mój syn nigdy wcześniej nie był w szpitalu (poza 10 dniami po urodzeniu) i na pewno będzie się bał. Między innymi z tego powodu wybraliśmy też opcję prywatną. W tym szpitalu dziecko usypia u rodzica na kolanach, a potem dostaniemy własny osobny pokój, gdzie mogę spokojnie leżeć z nim w łóżku i tulić jeśli zajdzie taka potrzeba. Jeżeli wszystko będzie OK to 6 godzin po wybudzeniu pojedziemy do domu, w razie czego zostawią nas na noc. Chciałabym żebyśmy mieli to już za sobą.
Z zabiegiem wiąże się cała logistyka rodzinna. Po raz kolejny przekonałam się, ze w takich sytuacjach zawsze mogę liczyć na moją teściową. Obie mamy za uszami i czasem między nami iskrzy, obie jesteśmy uparte, ale w takich chwilach zawsze sobie pomagamy. Rozchodzi się o Tomka. Moja mama przyjedzie do nas dzień wcześniej i z nim zostanie, ale akurat tego dnia ma po południu wizytę u kardiologa. Musi o 14 od nas wyjechać. My do tej pory na pewno nie wrócimy. Na mojego męża nie mogę liczyć, a to z tego względu, że pojutrze idzie do nowej pracy, na której utrzymaniu nam obojgu zależy i na pewno w drugim tygodniu pracy nie będzie mógł wziąć urlopu czy zwolnić się (a pracować będzie do 15.30, czyli w domu byłby koło 16.30). Z tego samego powodu nie da rady nas odwieźć do szpitala na 7 rano (nie ma szans by wtedy zdążył do pracy na 7.30). Na szczęście teściowa ma dużo urlopu i obiecała, że tego dnia nas tam rano zawiezie, a potem przyjedzie do nas i przejmie Tomka od mamy. Zależy mi na tym by ktoś nas odwiózł i wysadził pod bramą szpitala z bardzo prostego względu. To jest szpital w starej części miasta bez wydzielonego parkingu dla pacjentów, a wszędzie naokoło jest strefa, wąskie uliczki zazwyczaj zapchane. Mogę pojechać z nim sama, ale wtedy prawdopodobnie musiałabym zaparkować w pewnej odległości od szpitala i po ciemku, zimą ciągnąć zaspane, zdezorientowane dziecko przez śnieg. Teściowa zatrzyma się na chwilę pod samą bramą i nas wysadzi. Później po pracy przyjedzie po nas mąż. Taxi od nas nie wchodzi w grę, to jest bardzo daleko i koszty byłyby ogromne zwłaszcza, że poza miastem taryfa jest wyższa.
Ciekawe jak uda mi się półprzytomnego Piotrka wpakować do samochodu i to jeszcze na czczo kiedy on obudzony od razu woła o butlę mleka.... I jeszcze badania krwi - wiem z doświadczenia, że to będzie masakra, bo on wpada w taką panikę, że krew ze stresu po prostu nie leci.To nas czeka w przyszłą sobotę.
Taki mamy wiec plan. Od przyszłego czwartku lub piątku Piotrek zostanie w domu na wszelki wypadek by czegoś z przedszkola nie przywlec. Czeka nas półtora do dwóch tygodni w domu. Prawdę powiedziawszy skóra mi cierpnie na samą myśl. Tomek przechodzi właśnie skok rozwojowy połączony z ząbkowaniem. Jest marudny i strasznie nerwowy. Strasznie się nakręca i wpada w histerie nie do utulenia. Dzisiaj w nocy siedziałam obok niego i płakałam. Obudził się o 1 (podejrzewałam, ze tak będzie bo bardzo mało zjadł przed snem), a kiedy usiłowałam go położyć i to nie u niego w łóżeczku tylko w naszym łóżku, bo tamtej nocy spałam z Piotrkiem zaczął przeraźliwie płakać i płakał tak do 4 rano. NIC nie pomagało. Dostał czopek przeciwbólowy, żel na dziąsła, nosiłam go, tuliłam - odpychał mnie wściekły. Kiedy próbowałam go przytulic i się z nim położyć wrzeszczał. Smoka wypluwał. W nosidle wpadał w panikę, choć nosiłam go w nim i było w porządku. Czułam się kompletnie bezsilna. Do tego wszystkiego obudził się Piotrek rozżalony, bo obiecałam mu wspólne spanie jako rekompensatę za wieczór kiedy czekał i czekał, aż spełnię obietnicę i przyjdę się z nim pobawić, a Tomek miał fazę na płacz i w końcu biedak zasnął siedząc na autku. Jestem zszokowana jak ostro Tomek przechodzi te skoki. Piotrek może miał jakieś gorsze okresy, ale na pewno nie aż tak. Dzisiaj cały dzień podobnie. Chwile się bawi, a potem marudzenie, płacz, widać, że chce zasnąć a nie może, wypluwa wszystkie gryzaki i smoki. Gryzie jedynie własne ręce, tylko to przynosi mu chwilową ulgę więc na to pozwalam, bo nie mam innego pomysłu. Dzisiaj jednak jest luz, bo po laryngologu Piotruś pojechał "na wakacje" do babci i zostaje u niej na noc, więc spokojnie  mogę poświecić czas Tomkowi. Jeżeli mu jednak do czwartku ta faza nie przejdzie lub choć nie złagodnieje to siedzenie w domu ze znudzonym niemalże 4-latkiem, na którego przez te dni  muszę chuchać i dmucha, więc żadne dłuższe spacery czy sale zabaw nie wchodzą w grę będzie.....interesującym doświadczeniem ;-)