niedziela, 2 lutego 2014

o śmierci

Są piosenki, które już chyba do końca mojego życia kojarzyć mi się będą z pewnymi konkretnymi wydarzeniami. Wczoraj w sklepie usłyszałam ten kawałek Kombi i poczułam dokładnie te same emocje co pewnego czerwcowego dnia w 2007 roku. W tym czasie ten kawałek był bardzo popularny i tego dnia słyszałam go kilka razy w radiu. W dniu tym dowiedziałam się, że moja koleżanka w wieku 27 lat została wdową....


Dokładnie pamiętam ten dzień. Mieszkałam już wtedy z M. Było szaro i pochmurnie. To była sobota. M pojechał rano do rodziców pomóc im w jakiś pracach remontowych. Ja miałam coś do zrobienia w domu i umówiliśmy się, że dojadę po południu autobusem.Teściowie mieszkali dokładnie na drugim końcu linii autobusowej. Jechałam tym autobusem, zamyślona patrzyłam przez mokra szybę i usłyszałam w torebce smsa. Musiałam przeczytać go kilka razy, bo miałam wrażenie, że to jakiś zły sen, jakaś pomyłka . "Marcin zmarł dzisiaj przed południem po trzeciej operacji na otwartym sercu. Pogrzeb prawdopodobnie w czwartek. Marta". Byłam w szoku. Przecież w poprzedni weekend byliśmy razem z Martą na kręglach. Wybierali się z Marcinem na tygodniowy urlop. Była przekonana, że w niedzielę wrócą. Potem wracaliśmy z M do domu autem i w radiu puszczali tę piosenkę. Wyryła mi się w pamięci.
Ta śmierć wstrząsnęła mną najmocniej w moim życiu. Mocniej niż śmierć mojego dziadka, babci, babci męża, bliskiego sąsiada i innych znanych mi mniej lub bardziej osób.
Martę poznałam na pierwszym roku studiów. Jest matką chrzestną Piotrka i choć w tej roli się nie sprawdziła i oddaliłyśmy się od siebie, to cenię ją bardzo i przez wiele lat byłyśmy sobie bliskie. Podobne poczucie humoru, wspólne zajęcia, egzaminy, kilka wyjazdów. Nie miała szczęścia do facetów aż poznała Marcina. Świetny człowiek, ciepły, opiekuńczy, z poczuciem humoru. Poślubiła go pomimo sprzeciwu rodziców, którzy bali się o nią. Bo Marcin był chory. Nie wiem do końca jak nazywała się jego choroba ani na czym dokładnie polegała, wiem, że było to rzadkie schorzenie genetyczne, na które do tej pory nie wynaleziono leku przejawiające się ogromną nadprodukcją białych krwinek. Choroba dała objawy gdy skończył 18 lat. W momencie gdy się poznawali jedynym mankamentem było to, że Marcin średnio co 3 miesiące musiał kłaść się na kilka dni do szpitala gdzie robiono mu badania i dobierano coraz to nowe dawki eksperymentalnych leków. Nas co dzień nie odczuwał dolegliwości. Jeździli z Marta w góry, uprawiali sporty. Choroba ta niezbadana jeszcze do końca osłabiała jednak jego organizm w różny sposób. Na pewnym weselu Marcin podniósł w tańcu partnerkę do góry i złamał biodro. Unieruchomiony został na długie tygodnie w gorsecie akurat na kilka dni przed wymarzoną zaplanowaną kilkumiesięczna wyprawą do Afryki. Okazało się, że już raczej nigdy nie będzie mógł chodzić po górach jak kiedyś i w przyszłości czeka go wstawianie sztucznego biodra. Nie załamał się jednak. Marta była z nim cały czas. Pogodzili się z ograniczeniami w swoim życiu. Marcin miewał doły. Czuł się niepełnowartościowy, martwił się, że będzie dla niej ciężarem, ale Marta za każdym razem stawiała go do pionu. Potrafili cieszyć się tym co najważniejsze i najmniejszymi drobiazgami. Taka para idealna. Wzięli ślub.Jej rodzice w końcu się do niego przekonali. Przez pewien czas wydawało się, że ich życie wyszło na prostą. Mieli duże mieszkanie po rodzicach, dobre prace i wydawało się, że jedynym problemem są częste wyjazdy służbowe Marcina, co utrudniało im założenie rodziny. Jakiś czas później Marta zwierzyła mi się, że po kilku miesiącach prób odbyli konsultacje i choroba Marcina niestety znacznie osłabiła jego płodność. Na dodatek okazała się dziedziczna. Wiem, że rozważali skorzystanie z banku spermy. Potem problemy z sercem. Marcinowi wszczepiono sztuczną zastawkę. Operacja na otwartym sercu. Rekonwalescencja. Wydawało się, że najgorsze za nimi. Niestety na zastawce zrobił się skrzep. Ponowne krojenie. Wtedy właśnie po tym wszystkim mieli wyjechać i odpocząć trochę. Marcin nie przyszedł na kręgle, był jeszcze osłabiony, Marta zmęczona ale szczęśliwa, opowiadała o ostatnich przejściach z ulgą, że już po wszystkim ciesząc się na kilka dni na łonie natury. Nie wiedziałam, że w środę Marcin zaczął źle się czuć i wrócili do Krakowa, że w czwartek przestali słyszeć charakterystyczny stukot zastawki, a on nie miał siły się ubrać i wreszcie, że lekarze zadecydowali o trzecim otwarciu serca, po którym już się nie obudził. Nie wiedziałam, że Marty nie było przy nim w chwili jego śmierci. Wydawało się, że operacja poszła dobrze, była wykończona i lekarze odesłali ją do domu by przespała się chwilę przed wybudzaniem z narkozy. Ostatecznie sprawy potoczyły się tak szybko, że to była dziewczyna Marcina, która odbywała w tym szpitalu staż zadecydowała o wezwaniu do niego księdza i to ona zadzwoniła do Marty by powiedzieć jej, że jej mąż własnie zmarł.
Patrzyłam na tego smsa i nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Przecież dopiero co dawaliśmy im zaproszenie na nasz ślub. Przecież jechali na urlop. To nie mogła być prawda. A jednak była. Nie wiedziałam jak się zachować. Kilka razy wybierałam jej numer na telefonie. Nie wiedziałam jak rozmawiać z człowiekiem, któremu własnie zawalił się świat. Całą paczką potem przy niej dyżurowaliśmy. Bała się być sama. Bardzo chciała po pogrzebie pojechać w góry jak za dawnych czasów zamiast wracać do pustego domu. Chciała mieć jakiś bliski cel po pogrzebie bo do tego czasu działała siłą rozpędu i bała się załamania. Może się to wydawać dziwne, że we wtorek, 3 dni po śmierci męża, 2 dni przed pogrzebem siedziałam u niej w domu i wydzwaniałyśmy do schronisk by zarezerwować miejsca ale taką właśnie miała potrzebę. To był najbardziej emocjonalny wyjazd w moim życiu. 3 dni jak za dawnych czasów, ze spaniem w jednym dużym pokoju, konserwami i kaszkami błyskawicznymi na śniadanie. I w tym wszystkim Marta, która momentami śmiała się jak dawniej, a potem gasła. Serce mi pękało gdy wyobrażałam sobie co ona czuje. Tak jakby.... nagle cofnęła się kilka lat wstecz. Do czasów gdy Marcina nie znała. A przecież on jeszcze kilka dni temu żył. Byli rodziną. Mieli plany. Był najważniejszą osobą w jej życiu. I nagle prysk - nie ma go. Już nigdy nie zjedzą razem jajecznicy na śniadanie, nie kupią bułek, nie pójdą do kina, nie ubiorą choinki.
Nie potrafię do końca wyobrazić sobie takiej rozpaczy....Byli małżeństwem niecałe 2 lata.
Dla mnie to była ważna lekcja pokory, lekcją, z której nie do końca skorzystałam i wstyd mi z tego powodu. Patrzyłam jak Marta przechodzi przez różne fazy żałoby. Nauczyłam się wielu rzeczy.
Ta piosenka już zawsze będzie mi przypominała o nich.


3 komentarze:

  1. przykro mi... to straszne jak mlodzi ludzie umieraja tak nagle. Tez mam kolkoro znajomych juz po tamtej stronie.... jedni umarli bo chorzy byli inny (sporo) odebrali sobie zycie...:((((
    przytulam Ela.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tez kojarzę piosenki z momentami z życia...
    A na smierć nigdy nie ma wytłumaczenia

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślę, że każdy z nas dostał jakieś lekcje pokory wobec życia, a jednak zapominamy o nich na co dzień i to jest chyba normalne... Chociaż, warto czasami się zatrzymać i zastanowić, co tak naprawdę w życiu jest ważne.
    Smutna historia...

    OdpowiedzUsuń