poniedziałek, 17 lutego 2014

pomigdałkowo, zdrowotnie i jak się z synem wzajemnie wystrychnęliśmy na dudka

Piotr zdrowotnie wychodzi na prostą.Piotrek zareagował dokładnie tak jak w przypadku każdej ze swoich dotychczasowych dolegliwości - ostre i krótkie osłabienie, a potem bardzo szybki powrót do formy.
Pierwsza doba po zabiegu była ciężka. Zabieg był dość rozległy - wycięcie trzeciego migdała, przycięcie bocznych, nacięcie błon bębenkowych oraz podcięcie wędzidełka, które uniemożliwiało Piotrkowi prawidłową pionizację języka mimo ćwiczeń z logopedą i wymawianie "r" oraz "l".
Pierwsze dziecko z naszej sali rodzice natychmiast przenieśli do innego pokoju, bo wystraszyło się płaczu Piotrka. Piotruś miał być pierwszy w kolejności, ale panikował tak bardzo, że podano mu środki uspokajające i głupiego jasia i czekaliśmy drudzy w kolejce. Na sali z nami ostatecznie leżał 6-letni chłopczyk, który miał wycinany tylko trzeci migdałek i on poszedł pod nóż jako pierwszy. Kiedy jego mama poszła po niego na salę pooperacyjną rozpaczliwie płakał i bałam się jak to będzie z Piotrusiem. On tego płaczu nie zarejestrował w ogóle, ponieważ pijany po otumaniaczach bawił się wtedy klockami. Niestety głupi jaś ma to do siebie, że zaczyna szybko działać i równie szybko przestaje. Przestał w momencie gdy wnosiłam go na salę operacyjną, więc niestety wyrywał się podczas zakładania maski, ale kilka wdechów i już spał.
Kiedy go odebrałam od anestezjologa płakał i był kompletnie ogłupiały. Z jednej strony chciał się przytulić, z drugiej odpychał mnie i krzyczał bym go nie dotykała. Dostał nurofen i ze stresu poszedł spać na 2 godziny. Piotruś zawsze gdy się źle czuje albo jest mu źle to śpi .Kiedy się obudził ku mojemu zdziwieniu bez problemu zjadł jogurt i do końca pobytu w szpitalu na zmianę trochę bawił się z tym chłopcem a trochę polegiwał, oglądał bajki i drzemał. Laryngolog uprzedził mnie, że następnego dnia nastąpi pogorszenie, że będzie gorączka. Zapisał nam antybiotyk osłonowo. W nocy Piotrka zaczął męczyć suchy kaszel i katar, miał koszmary, trudno było z nim nawiązać kontakt i podać leki. Do tego doszły problemy z pupa. Od kilku dni coś marudził, że go boli podczas wypróżniania, ale szczerze mówiąc nie zwróciłam na to większej uwagi. Stolce były prawidłowe, zauważyłam niewielkie zaczerwienienie, które potraktowałam Linomagiem i zasypką. W nocy po zabiegu Piotruś przeraźliwie płakał na nocniku i rano pierwszą rzeczą, którą zrobiłam był telefon do przychodni. Powiedziałam co i jak i obiecano przyjąć nas bez kolejki kiedy tylko przyjedziemy. Termin mieliśmy na 15.30 i ten dzień był koszmarny. Wieczorem w dzień zabiegu Piotrek mówił, wprawdzie niewyraźnie ale mówił. W czwartek prawie się nie odzywał, komunikował gestami, chodził z otwartą buzią, z której kapała ślina, płakał podczas wypróżniania i nie chciał przyjąć antybiotyku, który był wstrętny w smaku. Naprawdę wyglądało to źle. Do tego katar i kaszel. Była u nas wtedy moja mama, które przyjechała pomóc. Z każda sprawą szedł do niej, mnie unikał. Płacząc wyszeptał, że musi wracać do szpitala bo go boli pupa. On tak naprawdę sadził, że to z tego powodu tam był. Straszne to było. Jakoś zebraliśmy się do przychodni. Pediatra zmieniła mu antybiotyk na inny o podobnym działaniu ale słodszy, obejrzała tyłek , stwierdziła, że wygląda to na jakąś infekcję, zakażenie i przepisała maści. Po powrocie Piotruś odzyskał wigor i od tamtej pory zachowuje się zupełnie normalnie. Je dużo więcej niż przed zabiegiem, apetyt mu wrócił, nie narzeka na gardło, kaszel i katar ustępują. W sobotę rano mieliśmy wizytę kontrolną w szpitalu. Laryngolog stwierdził, że wszystko goi się prawidłowo, a jak na tak rozległy zabieg Piotrek ekspresowo się zregenerował i jest w świetnej formie.Najbardziej martwiła mnie ta pupa... aż do niedzieli. Uwaga - osoby wrażliwe niech przestaną w tym miejscu czytać.
Czekałam i czekałam na pierwsze wypróżnienie odkąd zaczęliśmy stosować maści. Ze smarowaniem dramat, wyrywał się nie chciał, ale jakoś dawaliśmy radę. W sobotę nie widziałam tam nic niepokojącego.W pewnym momencie siadł na nocnik, coś tam zrobił i zaczął krzyczeć, płakać, biegać po mieszkaniu. Przeraziłam się. Wpadłam w panikę, że nie wiem jak dziecku pomóc, że maści nie działają. Maciek pojechał do kościoła. Ja zaczęłam dzwonić do przychodni dyżurnej by się na szybko umówić oraz do mojej koleżanki, której synek ma problemy gastryczne z prośbą o namiary na dobrych gastrologów. Miałam straszne wizje. W pewnej chwili jednak coś mnie tknęło. Patrzę - on płacze, ale łez nie ma. Raz krzyczy, że chce do lekarza, a za chwilę, że na spacerek. Biega i krzyczy, a po chwili bawi się autkami i kuca, napina tę rzekomo obolałą pupę. Postanowiłam zrobić całkowicie niepedagogiczny eksperyment. Powiedziałam mu, że jeśli zrobi kupkę bez wrzasku i płaczu to kiedy tata wróci pojadą do sklepu po autko. Nie minęło pół godziny, a Piotruś przybiegł do mnie cały w skowronkach z pełnym nocnikiem. Pytam się go czy bolało a on na to "no coś ty mamo, przecież zdrowy jestem".
Z jednej strony mi ulżyło. Z drugiej się wściekłam w duchu, że syn cwaniak. Z trzeciej zmartwiło mnie to bardzo. On dobrze wie, że gdy nie był w formie traktowano go ulgowo. Babcie traktowały go jak maluszka, karmiły łyżeczką, a ja przymykałam na to oko. Chciał może dalej tak być traktowany. A może czuje się do tego stopnia odrzucony z powodu Tomka, że chwyta się wszelkich metod? Martwi mnie to. Dalej stosuje takie chwyty od czasu zabiegu. Kiedy czegoś bardzo chce mówi cichutko omdlewającym głosem z miną spaniela.
Piotruś tęskni za dziećmi, za przedszkolem biega i skacze choć mu nie wolno! W piątek ma bal karnawałowy, jeśli wszystko będzie dobrze to planowałam puścić go na 3-4 h w czwartek oraz na bal w piątek/ Sęk w tym, że auto Maćka ciągle jest rozwalone i na pewno w tym tygodniu nie będziemy go mieć, a on potrzebuje do pracy mojego. Autobusem mogę jakoś go zawieźć i wrócić, ale przeglądałam właśnie rozkłady jazdy i po prostu nie ma takiego połączenia bym mogła odebrać go wcześniej, np. o 13 po obiedzie. W ciągu dnia jest dziura. Nic nie kursuje. Tzn. owszem kursuje prywatny busik, ale ta opcja odpada - zapakowany po brzegi i nie dam rady wejść tam z wózkiem, a nieść fotelika z Tomkiem na przystanek i od przystanku w ręce zwyczajnie nie dam rady. Musiałabym albo odebrać go przed obiadem czyli godzinę po powrocie do domu zbierać się po niego (bez sensu - przyjechać do domu tylko po to by nakarmić Tomka i za chwile z powrotem go ubierać), albo tak jak zwykle czyli ok. 15 po podwieczorku. Zastanawiam się. On ma już dość domu. Dziś 17 dzień.
Ostatnie stresy odbiły się na mnie. Czuję, że coś mnie bierze. Zażywam prochy, nie pogarsza się, ale nie czuję się zbyt dobrze.

3 komentarze:

  1. Piotrek bardzo szybko doszedl do siebie. Nie chcialam Ci pisac przed zabiegiem, by Cie nie stresowac dodatkowo, ale znajomej syn po wycieciu migdalow nie chcial jesc ani mowic przez ponad dwa tygodnie. Troche nie rozumiem dlaczego Piotrek nie dawal sobie smarowac pupy, wiedzac, ze to lekarstwo na ten bol, ktory mu dokuczal, u nas zawsze takie wyjasnienie, prawdziwe w konu, dzialalo i dziala.
    A jak bys go do przedszkola zawiozla i nie wracala z Tomkiem do domu, tylko gdzies polazila i dopiero po odebraniu Piotrka do domu pojechala, by sie nie miotac w te i we wte?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piotrek od zawsze nie znosi masci. Ma to po tatusiu. Krem na slonce - walka:-)
      Wiesz teraz jest zimno, slonce ale zimno, a na odcinku od przedszkola do petli tramwajowej czyli tam gdzie jezdza te autobusy nieszczesne nie ma zadnych restauracji, toalet publicznych etc. Jak ja Tomka przewine na zimnie czy nakarmie przezkilka godzinna pewno bedzie to konieczne bo unas teraz 4 kupy dziennie. moge pojechac domiasta ale potem ta sama sytuacja - jak wrocic?

      Usuń
    2. Nie, no na dworze to do maja raczej nie przewiniesz... U nas z kupami w druga strone, od dawna byla jedna dziennie, teraz jest co dwa-trzy dni. Nie wiem, czy ta manna jej nie zatyka przypadkiem...

      Usuń