piątek, 14 lutego 2014

"Sam"

Trafiłam na ten film niedawno przypadkiem. Nie oglądałam od początku, ale siedzi mi w głowie do dziś. Sean Penn w roli upośledzonego umysłowo mężczyzny o umyśle siedmiolatka, który walczy o prawo do opieki nad swoją - nomen omen siedmioletnią - córką (Dakota Fanning), w czym pomaga mu prawniczka Rita (Michelle Pfeiffer).
Film niezwykle wzruszający. W zasadzie jest oczywiste jak się skończy. Nie ulega wątpliwości, że człowiek, który nie ma zdolności do czynności prawnych nie może sprawować prawnej opieki nad dzieckiem. Mała Lucy w końcu zostaje adoptowana przez rodzinę zastępczą, a Sam ma prawo spędzać z nią czas i się tym cieszyć. Oboje bardzo się kochają. Jednocześnie okazuje się, że Rita, która usiłuje pomóc mu w wypracowaniu takiego korzystnego układu, dojrzała i poukładana na pozór kobieta sama jest kompletnie pogubiona, a jej syn tęskni za czuła matką - co w mig widzi Sam. Po prostu intuicyjnie. Choć upośledzony czuje i rozumie na czym tak naprawdę polega bycie rodzicem. Że chodzi o miłość i o to by słuchać.
Na koniec mam jednak smutną refleksję. W filmie ojciec i córka są na mniej więcej podobnym poziomie rozwoju. Jest im ze sobą dobrze. Ona dojrzeje, zamieni się w zbuntowana nastolatkę, potem młodą kobietę, założy może własną rodzinę. A on pozostanie tym dorosłym siedmiolatkiem. Teraz Lucy jest szczęśliwa gdy ojciec gra z nią w piłkę i siedząc na drzewie rzuca w nią papierowymi samolocikami. Za parę lat jej potrzeby się zmienią. Być może zacznie się go wstydzić. On będzie ją kochał cały czas, ale nie dotrzyma jej kroku. Z góry skazany jest na samotność.

2 komentarze:

  1. Również przypadkowo oglądałam ten film w tv. Bardzo mi się podobał. Świetna gra aktorska - jak dla mnie bardzo przekonująca. Temat trudny. Refleksje nieuniknione...

    OdpowiedzUsuń