poniedziałek, 31 marca 2014

weekend rowerowy i towarzyski

Pękam z dumy. Pękam pękam pękam :-) W niedzielę mój syn nauczył się pedałować :-) Przez dwa sezony jeździł na rowerku biegowym i świetnie sobie radził.W zeszłym roku zastanawialiśmy się czy nie zacząć oswajać go z pedałami, ale tak jakby nie było ku temu sprzyjającego klimatu. Mój mąż późno wracał, często wyjeżdżał, a ja w ciąży kiepsko się czułam i nie byłam w stanie go asekurować. Odpuściliśmy. W tym roku było kilku prób i za każdym razem Piotrek kategorycznie odmawiał pedałowania. Siedział na rowerze i tyle, żądał by go pchać albo schodził z rowerka i go prowadził. Przyznam, że byłam bardzo zdziwiona i zaniepokojona, bo było to zachowanie zupełnie nie w jego stylu. Rowerek biegowy zaakceptował entuzjastycznie i w wieku dwóch lat jeździł jak zawodowiec, podobnie hulajnogi u znajomych i generalnie wszelkie pojazdy. A tu nie i nie. Zaczęłam się obawiać, czy ten drugi sezon na laufradzie nie był błędem, że może przegapiliśmy odpowiedni moment. W niedzielę korzystając z faktu obecności męża w domu w ciągu dnia wyruszyliśmy do parku na spacer sam na sam. Z rowerkiem. I niespodzianka - zanim doszliśmy od samochodu do bramy parku Piotrek już umiał jeździć. Ot tak. Wracał sam, a na drugim spacerze wieczorem potrafił już sam ruszać i radził sobie nawet z jazdą po nierównej nawierzchni. Dumna jestem jak nie wiem. Kolejna umiejętność, którą opanował szybko i z zaskoczenia, jak to on. Szkoda, że tylko w niedziele i to nie wszystkie jest szansa na spacer z dwójką rodziców lub z jednym bez brata, wtedy bym odkręciła boczne kółka, wyjęła kij , poasekurowała go na początku i myślę, że za miesiąc jeździłby sam. Niestety zwykle mam ze sobą wózek i nie jestem w stanie jedną ręka go pchać a drugą asekurować młodego, Tomek zaś włącza syrenę gdy tylko wózek stanie. No trudno. Na razie będą te boczne kółka. Szkoda, że nie można u nas jeździć przed domem....
Oto mój dzielny cyklista. Czas na nowy kask, a kiedy trochę urośnie nowy większy rower (bo to jest taki treningowy używany od znajomej teściowej, mocno porysowany i zardzewiały).
Tak jeździliśmy

W nagrodę za ten wyczyn było ciacho i lody w parku - upał jak nie wiem, a dzieciaki tradycyjnie w zimowych ciuchach ;-)))) Matki patrzyły na nas jak na wariatów, przyzwyczaiłam się.

Sobota zaś upłynęła pod hasłem prac ogrodowych i wizyty przyszłej chrzestnej Tomka. Powolutku obsadzamy naszą skarpę. Trawnik tej wiosny jeszcze nie ruszony, bo rozpoczęły się prace przy kostce brukowej i znaczna jego część jest rozkopana, a po pozostałej robotnicy jeżdżą taczkami. Mam nadzieję, że do miesiąca skończą. Tradycyjnie nic nie może iść jak po maśle. Pozwolenie na wjazd, które miało być bezterminowe niestety wymaga odnowienia, a to trwa, nie wiemy więc na kiedy wnioskować do dróg o pozwolenie na zajęcie pasa drogowego przez koparkę, która ma skopać podjazd pod garaż. W każdym razie na razie sadzimy na skarpie, a raczej sadzi mąż i babcie. Ja nie przepadam za takim grzebaniem się w ziemi, a moja mama bardzo, brakuje jej tego w bloku na szóstym piętrze, więc chętnie wyżywa się u nas. Zresztą przy Tomku jeśli nie śpi w domu niewiele da się zrobić. W stojącym wózku będzie płakał, jeśli uśnie to na chwilę, na kocyku nie siądzie bo nie siedzi jeszcze. Na razie wychodzenie z nim przed dom polega na trzymaniu go na rękach, w nosidle (krótko) lub jeżdżeniu w kółko wózkiem.
Tutaj Tomek z moja kuzynką, a przyszłą chrzestna. Ewa kocha dzieci i ma z nimi świetny kontakt. Myślę, że to dużo lepszy wybór niż chrzestna Piotrka, o której wspominałam TU. Tomiś ciocię już pokochał
A tutaj Tomek wcina kaszę jęczmienna z naszego obiadu. Wspominałam, że Młody nie przepada za kaszką kukurydziana ani Sinlakiem, a ma zalecone spożywanie kaszy ze względu na zbyt wolne przybywanie na wadze. Okazuje się, że jęczmienna i pęczak smakują mu bardzo, niech je. W kolejce jaglana.
Wieczorem Tomek nie chciał zasnąć, więc i "imprezował" z nami
Jeszcze odnośnie chrzestnej Piotrka. Jakiś czas temu ją zaprosiłam. Pytała czy lepszy jest dla nas weekend czy dzień tygodnia. Odpowiedziałam, że weekend. Ona by po pracy mogła przyjechać najwcześniej ok. 17.30, a my ostatnio nawet o 18.30 zaczynamy oblucje, bo Piotrek jest zmęczony po przedszkolu, a Tomek chyba przestawia się na jedną drzemkę dziennie i wcześniejsze kładzenie się spać. W niedzielę rano zadzwoniła czy może przyjechać. Piotruś się ucieszył. Umówiłyśmy się na 15, po spacerze. Piotrek niechętnie zbierał się z parku podekscytowany nową umiejętnością, ale na 15 dojechaliśmy. Po drodze sygnał smsa. W garażu przeczytałam, że jednak nie przyjedzie bo ma niestrawność albo wirusa i ble ble ble. Piotrek strasznie płakał rozczarowany. Ja byłam wściekła, bo mogliśmy spędzić w parku nawet cały dzień zamiast wracać bez sensu w środku dnia. Nie wierzę w tego wirusa. Zbyt nagle i zbyt piękna pogoda była. Założę się, że jej facet pierwotnie miał nie mieć dla niej czasu w tę niedzielę dlatego postanowiła do nas przyjechać, a potem zmieniły im się plany. Przykro mi.

sobota, 29 marca 2014

wilczy głód

Mam wrażenie, że mój starszy syn od operacji migdałków żyje po to by jeść. Bardzo mnie to cieszy. Przez kilka miesięcy miał bardzo kiepski apetyt i strasznie wychudł. Spodnie regulowane gumkami w pasie zapięte na ostatnie dziurki, a i tak na nim wiszą. Skóra i kości, blady, a do tego cienie pod oczami. Teraz nadrabia - i to jak nadrabia! Z początku nie nadążałam z dostarczaniem głodomorowi pożywienia, ponieważ z przyzwyczajenia przygotowywałam mu niewielkie porcje, takie jakie zjadał przed zabiegiem. A on domagał się drugiej, trzeciej i czwartej repety. Wsuwa jak odkurzacz. W domu je naprawdę ogromne śniadanie, w przedszkolu prosi o dokładki czym wprawia w zachwyt panią Kasię ze stołówki, która bardzo go lubi i martwiła się, że zmizerniał. Parę tygodni temu musiałam zachęcać go do zjedzenia choć odrobiny obiadu. Teraz sam waruje przy kuchence niecierpliwiąc się kiedy będzie gotowy. Nie chciał jeść kolacji - teraz jak najbardziej, bardzo chętnie i to kolację w stylu dużego talerza jajecznicy z pomidorami. Na spacery muszę zabierać cały plecak prowiantu. bo nawet jeśli wyjdziemy tuż po posiłku to mam gwarancję, że po przyjeździe na miejsce Piotrek od razu poprosi o coś do jedzenia. Niedawno na placu zabaw opędzlował całą wielką bagietkę z sałatą, salami i papryką, którą zabrałam z myślą, że zjemy ja na spółkę. Jeszcze niedawno na spacery nie brałam nic, bo o nic nie prosił, ewentualnie jakiegoś obwarzanka. Wieczorem planuje, co zje na śniadanie. Niech je na zdrowie i nabiera sił :-)

wtorek, 25 marca 2014

wypalanie traw

Wczoraj kolejny raz wzywaliśmy straż pożarną z powodu wypalania traw. Taka wiosenna tradycja tam gdzie mieszkamy. Naprzeciwko mamy staw rybny, który zalewany jest dopiero w czerwcu. Naokoło dużo suchych traw, a za stawem las. Co chwilę ktoś coś wypala, a ogień wymyka się spod kontroli. Dosłownie co drugi dzień. Dobrze, że za domem na górce mamy sąsiadów i obok też. Pilnować musimy tylko jednej strony. Po ciemku wygląda to widowiskowo, wręcz bajecznie, ale przyprawia mnie o dreszcz przerażenia. Piotrek zawsze stoi przy drzwiach na taras z nosem przy szybie i podziwia strażaków, którzy czasem parkuję dosłownie naprzeciwko naszego domu. Boimy się też o przepompownię ścieków, która jest po drugiej stronie ulicy. Gdyby ogień ją uszkodził my mielibyśmy problem z nieczystościami. Naprawdę nie wiem co ludzie mają w głowach!

poniedziałek, 24 marca 2014

Telefon zawsze dzwoni nie w porę a internet to must have

Od dawna, a zwłaszcza odkąd zostałam podwójną mamą jestem prześladowana przez otoczenie za to, że rzekomo nie odbieram telefonów za to smsuję, googluję, bloguje i facebookuję :-) Jak to może być?
Są to podłe oszczerstwa bo telefonu owszem często nie odbieram, ale zawsze oddzwaniam. Czasem kilka sekund po rozłączeniu się dzwoniącego, czasem kilka minut po, czasem kilkanaście ale oddzwaniam. A nie odbieram z tego prostego powodu, że mój telefon ma jakąś fabryczną wadę, która polega na tym, że w 80% przypadków dzwoni wtedy gdy odebrać go nie mogę! Nie noszę go przypiętego na pasku ze sobą, a dom mam duży trzypoziomowy i noszenie go ze sobą za każdym razem gdy się po nim przemieszczam jest niemożliwe. Dziwnym trafem zwykle gdy słyszę charakterystyczna melodyjkę to:

piątek, 21 marca 2014

wózkowy wyjec

Coraz częściej widzę jak moje dzieci różnią się od siebie. Tomek jest dużo mniej elastyczny od Piotrka. Piotruś spał wszędzie i jadł wszędzie. Wiadomo wkurzał się w wózku, ale z umiarem.W cieplejsze dni można było z nim wyjść na cały dzień i zaplanować posiłki i spanie w plenerze lub w wózku. Być może była to kwestia przyzwyczajenia od małego. Starszak to majowy chłopak, więc od urodzenia kilka godzin dziennie lub nawet cale dnie spędzał na spacerach. Gondola była jego drugim domem. Był przyzwyczajony do posiłków na ławeczce i bodźców innych niż w domu. Tomek zupełnie inaczej. Urodził się w październiku. Trochę pochodziłam z nim na spacery,a potem zapalenie płuc,szpital rekonwalescencja, która zbiegła się w czasie z nadejściem mrozów. Różne nasze zawirowania, operacja Piotrka i w efekcie większość zimy spędził odwożąc lub przywożąc brata z przedszkola i werandując się na tarasie. Jeździł na spacery w wózku, ale dużo mniej niż starszy brat w jego wieku i krócej - wiadomo, mróz, zimno, nie da się zmienić pieluszki na polu itd. Do tego naprawdę na zimnie nie miałam siły dwa razy dziennie jeździć z nim na spacer, wyładowywać wózka z auta, montować gondoli, wyciągać go z fotelika, potem składać wózek, ładować go do fotelika. Wychodziliśmy więc zwykle raz dziennie i między posiłkami. W efekcie nie jest to dla niego czymś oczywistym.
Kiedy tylko Piotrek wrócił do przedszkola po chorobie a kostka przestała mnie bolec zaczęłam uskuteczniać plan, o którym marzyłam całą zimę. Tomiś do wózeczka, mleko, obiadek, deserek do kosza i wio na długi spacer. Tak jak z Piotrusiem. Cieszyłam się jak dziecko a tu zonk. Mój młodszy syn ma charakterek i własne zdanie i albo nie lubi wózka (nosidła zresztą też nie), albo potrzebuje czasu by się przyzwyczaić do nowej rutyny. W domu to anioł. W wózku się hmmmm drze. Płacze bo trudno mu się wyciszyć na drzemkę, a gdy już zaśnie śpi czujnie. Jako maleństwo w gondolce spal twardo, teraz w spacerówce więcej widzi i słyszy i przede wszystkim jest starszy.Obserwuje, analizuje. Kiedy poszłam z chłopcami na plac zabaw to nie bardzo mogłam Piotrkowi towarzyszyć. Tomek rozbudzał się co chwile i marudził, musiałam jeździć naokoło placu mając oko na Piotrka. Wzięcie na ręce nie pomagało bo był senny i tylko go to wkurzało. Ogólnie wózek musi być no stop w ruchu. Zupka -  protest. Butlę wypije, owoce zje, ale wpada w histerię przy każdej próbie podania mu zupki, nawet gdy jest na to pora i dostaje ulubione smaki. Zaciska momentalnie oczy i zaczyna płakać tak, że trudno mi go ukoić. Czasem po prostu wkładam go z powrotem do wózka jeżdzę i czekam aż się wyryczy bo nic nie pomaga ani mleko ani przytulanie ani smok. Nic.
Martwi mnie to. Mam nadzieje, że to przejściowe, a nie taki styl. Mój szwagranek taki był. Grażynka nie mogła ani na chwile przysiąść, często jedną ręką pchała wózek a na drugiej trzymała ryczącego  Antka. Bardzo jej wtedy współczułam i w duchu cieszyłam się, że Piotrek do czasu buntu dwulatka był naprawdę idealny pod tym względem. Bardzo elastyczny. Teraz mam to samo co ona :-/
Wiecie to nawet nie chodzi o mnie. Jestem dorosła i choć marze o długich spacerach to wiem, że dzieci rosną i taki stan nie będzie trwał wiecznie. Rok mogę się dostosować. Chodzi mi przede wszystkim o Piotrka. On uwielbia weekendowe wyprawy na cały dzień. A nawet głupi spacer na rower u nas trwa 4-5 godzin kiedy jest pogoda. Zanim ubierzemy się, zapakujemy do auta, dojedziemy do parku, wypakujemy wózek, rower i dotrzemy na miejsce mija trochę czasu.  Wychodzi na to że po ok.godzinie musielibyśmy zbierać się w drogę powrotną do auta bo Tomek ma zjeść zupę w domu. Kompletnie bez sensu. Nie zrobię tego Piotrusiowi. Za chwilę wracam do pracy.W tygodniu przedszkole i tamtejszy plac zabaw oraz spacery po osiedlu. Należy mu się w weekend coś ciekawszego a nie siedzenie przed domem lub spacer wokół stawu bo tylko to mamy w zasięgu bez auta. On chce do dzieci, nie chce bawić się sam, chce coś ciekawszego niż na codzień!  Mam nadzieję, że Tomek przyzwyczai się do towarzyszenia nam i zacznie jeść obiady w plenerze. Czekam aż zacznie siedzieć. Może posadzony na kocyku będzie bardziej chętny, ale to jeszcze ze 2-3 miesiące jak sadzę.Jeżeli będzie bardzo protestował  to kiszka. Mój mąż większość sobót ma zajętych pracą. W soboty pozostałby nam trawnik przed domem lub króciutki wypad. A w niedzielę jedno z nas musiałoby pewnie zostać z Tomkiem lub iść z nim na krótki spacer by drugie mogło zabrać Piotrka na wycieczkę, bo słuchać cały dzień darcia nikt nie ma ochoty.
Na razie próbuję Tomka przyzwyczajać. Mam miesiąc do powrotu do pracy i liczę, że Piotruś będzie chodził do przedszkola bym miała te kilka godzin dziennie sam na sam z Tomkiem. Na razie trudno. Obiad je rano, przed wyjściem. Z dwojga złego lepiej by zjadł go rano niż późnym popołudniem. Wychodzimy około 10.00, jedziemy w jakieś miejsce spacerowe i wędrujemy do ok. 15, wracając odbieramy Piotrka z przedszkola. Mam nadzieję, że Tomek da się przekonać, iż świat zewnętrzny jest ciekawszy niż dom.

środa, 19 marca 2014

jak rósł nasz dom (uwaga dużo zdjęć)

Nasz dom. Temat, którym żyliśmy przez kilka lat. Oprócz naszych dzieci dzieło życia mojego męża. Mogę na niego narzekać i psioczyć, ale jedno muszę przyznać. kiedy czegoś bardzo chce oddaje się całym sercem. Tyle ile on się przy tej budowie fizycznie napracował to mu spokojnie wystarczy za kilka lat regularnej siłowni. Mój ogromny mówiąc młodzieżowo szacun. Ja też się do tej budowy trochę przyłożyłam :-) O naszych przejściach wspominałam TU.
Tak działka prezentowała się w czerwcu 2007 roku. Na górze widać mała półkę - pozostałości po próbach przygotowania jej do zabudowy przez poprzedniego właściciela. Cała zarośnięta była trawami, ostami, przeróżnymi krzakami. Mój mąż z teściem centymetr po centymetrze ją po prostu gołymi rękami wykarczowali.

 Nasz przyszły wjazd do garażu
W czerwcu 2007 powstał projekt i złożyliśmy wniosek o pozwolenie na budowę, ponieważ na tym terenie był plan zagospodarowania przestrzennego. Niestety w międzyczasie został on uchylony, a my musieliśmy w związku z tym składać wniosek o WZ czyli cofnęliśmy się o krok w papierologii. W końcu 2 lata później w marcu 2009 roku ruszyła budowa :-)

poniedziałek, 17 marca 2014

weekendowo

Wychodzimy na prostą :-) Piotrek już zdrowy, mnie noga już prawie nie boli tylko pogoda się pochrzaniła.
Relacja z ostatnich dni.
W czwartek Piotrek już był po antybiotyku i w dobrej formie. Skorzystałam z tego, że przyjechała do nas na dwa dni moja mama i kiedy wróciłam z Tomkiem ze szczepienia zabrałam go na obiecaną wymianę opon. Piotr zachwycony, ja mniej bo okazało się, że moje letnie opony miały już 10 lat i musiałam na cito kupić nowe - kilkaset zł w plecy :-/

W piętek pogoda była przepiękna, zatem korzystaliśmy ile się da.
Sobota przywitała nas poziomym deszczem ze śniegiem i gradem walącym w okna. Tata pojechał z dziadkiem do sklepów doradzać mu w temacie kupna ekwipunku na kwietniową wyprawę do Chin a my najpierw urzędowaliśmy w domu
a po południu sąsiedzi zaprosili nas na pyszne zapiekanki. Choć mieszkamy 5 minut drogi od siebie i widzimy nawzajem nasze domu nie spotykaliśmy się od stycznia - najpierw u nich panowała zaraza, a potem u nas czarna seria. Wiktor nie widział Tomka długo i był oczarowany tym, że młody jest już kontaktowy, że reaguje na jego zaczepki i cały wieczór przesiedział przy jego macie kompletnie ignorując Piotrka. Ten jednak nie był tym specjalnie zmartwiony, bo miał do swojej dyspozycji całą kolekcję jego autek i zadowolony bawił się w jego pokoju.
Tomiś z ciocią
Oto dzieło naszego sąsiada. Robi wrażenie prawda?
W niedzielę pogoda niestety również nas nie rozpieszczała. Tomek został w domu z tatą, a ja z Piotrusiem wybraliśmy się do Muzeum Inżynierii Miejskiej "oglądać stare samochody" i nie tylko. Dlaczego bez Tomka? Bo bywamy tam często i wiem, że nie jest to miejsce przyjazne rodzicom z młodszym przychówkiem w wózkach. Mało miejsca, trudno manewrować wózkiem między eksponatami na wystawie o kole i ani kawałka krzesła, na którym można by przysiąść i na przykład nakarmić malucha, o przewijaku w toalecie lub chociażby miejscu gdzie można by wjechać wózkiem i zmienić pieluszkę w wózku z dala od ciekawskich oczu nie wspomnę. Spędziliśmy ze starszym synem trochę czasu sam na sam. Dla zainteresowanych - zamiast wystawy o gazownictwie otworzono ekspozycję o elektryczności i promieniowaniu. Nareszcie coś nowego. Piotrek jeszcze trochę za mały, ale podobały mu się kule z wyładowaniami elektrycznymi, tworzenie piorunów po ich dotknięciu i model żarówki.






czwartek, 13 marca 2014

5 miesięcy Tomisia



W sobotę minie 5 miesięcy odkąd Tomiś jest z nami.
To był trudny miesiąc- rota, które Tomek na szczęście tak jak brat przeszedł wyjątkowo szybko i łagodnie - szczepienie :-) Uziemienie w domu z powodu mojej skręconej kostki, a potem zapalenia płuc brata, nerwy by Tomek się nie zaraził. W tym miesiącu również zaliczyliśmy kolejne szczepienia oraz echo serca - wszystko w najlepszym porządku.
5-miesięczny Tomek waży niecałe 7kg, ubranka nosi w rozmiarze 68/74, ma długie nogi, ale krótkie rączki. Piotruś ma krótkie i górne i długie kończyny, wolno wyrasta ze spodni, a rękawy koszulek zwykle trzeba podwijać (wolę jak są za pupę). Tomek z kolei szybko wyrasta z dolnych partii garderoby, zaś rękawy podwinięte jak u brata. Poza tym ślini się niemiłosiernie i pakuje całe pięści do paszczy. Jeśli przed spaniem zapomnę podwinąć do łokci rękawów w piżamce to za chwilkę  są całe mokre i trzeba delikwenta przebierać w całości.
Zęby nadal tuż tuż, ale jeszcze się nie przebiły.
Tomek jest absolutnie przekochany i uroczy. Raczej spokojny, opanowany gaduła i śmieszek jeśli tylko nie jest głodny. Głodny włącza syrenę i będzie jadł zupkę ze łzami w oczach porykując co chwilę do momentu, aż zaspokoi pierwszy głód. Wtedy w jednej sekundzie się uspokaja i resztę zjada już z uśmiechem na ustach. Poza tym jest wyjątkowo cierpliwy i samowystarczalny. Rano spokojnie leży w łóżeczku i rozmyśla, co bardzo mi się przydało w czasie choroby Piotrka - chłopcy budzą się o podobnych porach i mogłam rano zapodać starszemu leki, zrobić inhalacje, oklepać i odśluzować zanim zabierałam się za karmienie i przebieranie Tomaszka. Jest coraz bardziej podobny do taty z wyglądu i charakteru, a oczka ma jak dwa niebieskie jeziorka.
W tym miesiącu nauczył się obracać na brzuszek. Jeszcze nie zawsze mu się udaje wyjąć rączkę spod brzuszka, ale cały czas kombinuje. Zaczął pełzać na razie na niewielkie dystanse. Lepiej znosi leżenie na brzuchu, ale nadal nie jest to jego ulubiona pozycja. Podejrzewam, że polubi to gdy nauczy się przewracać  na plecy, a tego jeszcze nie opanował. Ma już swoje ulubione zabawki. Nauczył się tak uderzać rączką w grzechotki wiszące na muzycznym pałąku, że sam uruchamia melodyjki i światełka i bardzo to lubi. Przepada za zabawkami, które szeleszczą, natomiast nie gustuje w grzechotkach. Lusterka też na razie średnio. Najbardziej lubi gdy ktoś z nim rozmawia, łaskocze, dmucha na niego, śpiewa dla niego lub gwiżdże. Lubi badać paluszkami różne faktury. Z wielkim skupieniem bada nasze ubrania, skórę i wszystko co dorwie w łapki. Poza tym cały czas usiłuje prostować nogi do stania oraz dźwigać się do siadu z pozycji półleżącej. Wiem, że nie wolno mu tego jeszcze, więc ukrócam te zapędy i bardzo go to denerwuje.
Trochę lepiej i szybciej zasypia wieczorem i zwykle bez smoka. Z wyciszaniem na drzemkę dzienną nadal są cyrki. Już praktycznie zrezygnował ze smoka i wystarczało mu głaskanie po głowie i szeptanie "ciiii", ale aktualnie bardzo interesuje go wszystko wokoło i rozprasza i smoczek znów się przydaje. Czasem widać, że jest bardzo zmęczony i chciałby zasnąć, ale z drugiej strony intryguje go materiał kołderki czy jakiś szczegół na ścianie nie daje mu spokoju, a nie daj boże bym była ubrana w coś w żywych barwach - nie mogę go wtedy nawet głaskać bo on chwyta mnie za rękę i analizuje rękaw. Jeżeli podczas usypiania na drzemkę jest w domu Piotruś to już w ogóle jest jazda, bo wystarczy, że brat pojawi się w zasięgu wzroku lub choćby Tomek go usłyszy i od razu przestawia się w tryb czuwania. A Piotruś Tomka kocha i przychodzi go głaskać po główce. Z tego powodu wieczorem usypiam go praktycznie po ciemku. Bywa, że wymachuje tak rękami, że wpada w lekką histerię i wówczas jest jeden sposób by go wyciszyć i uśpić. Dość brutalny jak się popatrzy z zewnątrz. Kładę się obok niego i jedną ręką przytrzymuję mu ręce, a drugą smoczka w buzi jednocześnie szepcąc "ciii". Po kilku minutach usypia. Smoczek wiec nie poszedł jeszcze do końca w odstawkę, przydaje się w chwilach dużego zmęczenia i jednocześnie rozkojarzenia. Poza tym Tomek już nie zasypia od razu w samochodzie i powoli zaczynają się protesty.
Tomek poznał już smak wielu warzy i owoców. Zaprotestował przeciwko brokułowi i kalafiorowi, a ostatnio protestuje przeciwko marchewce. Mój nieodrodny syn! Ja marchewkę toleruję wyłącznie w zupie przesyconą smakiem innych warzyw i przypraw oraz w w formie małych wiórków w surówce. Nie znoszę gotowanej ani soków marchewkowych. Tomek też chętnie zjada te zupki, które w składzie nie mają zbyt wiele tego warzywa. takie jabłko na przykład uwielbia, ale po dodaniu odrobiny marchewki pluje dalej niż widzi. Tym sposobem muszę mu gotować sama lub szukać słoiczków odpowiadających jego gustom. Piotruś przepadał ze Gerberem, a nie tolerował Hippa, Tomek odwrotnie - cóż Gerber jest cały marchewkowy, a Hipp dużo mniej. Smakują mu też propozycje z Babydream.
 Rozpoczęłam ekspozycję na gluten trochę przed ukończeniem 5 miesiąca życia, ponieważ powoli szykowaliśmy się do wprowadzania mięsa, a nie chciałam dwóch rzeczy wprowadzać na raz. Mięso moim zdaniem oraz za radą pani doktor z poradni dla wcześniaków, która odwiedziliśmy dzisiaj jest mu już potrzebne, gdyż sygnalizuje to swoim zachowaniem. Przesypiał całe noce, a ostatnio budzi się znowu dwa razy na mleko - koło północy i 3. Nie lubi zaś kaszki, nawet w formie dodatku do butli wieczornej. Stanowczo odmawia. Jeszcze 2 tygodnie temu zjadał na obiad zupę warzywną i to mu wystarczało. Mleka domagał się dopiero 2h po lub nawet później. W tej chwili pochłania z obłędem w oczach naprawdę dużą porcję i dalej jest głodny. Muszę go zaraz dokarmić mlekiem, wiec ewidentnie te obiady powoli powinny stawać się bardziej treściwe, by nie cofnąć się do etapu gdy warzywa były dodatkiem do mleka.Pediatra mówiła żeby czekać na właśnie taki sygnał od dziecka. Napisałam, że szykowaliśmy się, bo de facto mięso zostało już do menu wprowadzone przez starszego brata, który z dobroci serca pod moją nieuwagę podzielił się z Tomisiem ulubionym gołąbkiem :-) Tak na serio zaczynamy jutro. Od królika.
Co jeszcze? Nadal uwielbia swojego brata. Bardzo lubi kiedy kładę go w łóżku obok Piotrka i słucha z przejęciem jego porannych opowieści. Piotrusiowi to pochlebia. Zaczął bardzo protestować w gondolce, więc przesiadł się na rozłożona na płask spacerówkę.Spacerówka mu odpowiada pod warunkiem, że jedzie. Protestuje gdy zbyt długo musi oglądać ten sam krajobraz. Wizyty u lekarza i czekania w poczekalniach tez powoli stają się trudniejsze. Do niedawna jeśli tylko miałam możliwość zostawić w tym czasie Piotrka z mamą lub był w przedszkolu wyprawy z Tomkiem na szczepienie czy kontrole traktowałam niemalże jak relaks i wyrwanie się z domu. Spokojnie leżał w wózku lub zadowolony obserwował lampy i obrazki na ścianach. Te czasy już minęły. Tomek nie przepada za noszeniem na rękach, woli leżeć na podłodze na macie lub kocyku a w stojącym wózku jak wspomniałam zaczyna buczeć, więc w poczekalniach dwoję się i troję zapewniając odpowiednia porcję rozrywki jeśli czekanie się przedłuża. Niestety miał spora przerwę w spacerach ze względu na moje unieruchomienie no i chorobę brata. Smutno mi, że tak kisi się w domu lub jedynie śpi w wózku przed domem. Kiedy nie mogłam chodzić nie dawałam rady nawet wypchnąć wózka na taras.











poniedziałek, 10 marca 2014

biblioteka

Jedną z rzeczy, za które najbardziej lubię nasze przedszkole jest przedszkolna biblioteka. Nazwa może trochę na wyrost, bo są to po prostu dwa regały z książkami w jadalni, ale podoba mi się jak podchodzi się tam do tego tematu. Każdy nowy przedszkolak na początku roku dostał kartę biblioteczną i lnianą torbę na książki, której jedną stronę ozdobił sam. Raz w tygodniu dzieci idą do biblioteki. Maluszki w poniedziałki, starszaki we wtorki, a średniaki w środy. W tym dniu trzeba przynieść ze sobą swoją torbę z książkami wypożyczonymi w poprzednim tygodniu i po śniadaniu dzieci idą do biblioteki. Zasada jest taka, że jedną książkę dziecko wybiera sobie samo, a drugą podsuwa pani i zwykle robią to bardzo mądrze (gdy byłam w ciąży Piotrek przynosił do domu książki przygotowujące do pojawienia się rodzeństwa na przykład). Piotruś bardzo lubi te cotygodniowe "wyprawy" do biblioteki. Księgozbiór mają całkiem spory, a ja w zasadzie od dłuższego czasu nie kupiłam żadnej nowej pozycji, bo te dwie, które co tydzień do nas trafiają są maglowane akurat do następnej środy. Piotrek poza tym jest zapisany do dwóch innych bibliotek, z których korzystamy, ale widzę, że największa radość sprawiają mu książki, które przynosi właśnie z biblioteki przedszkolnej, nawet jeśli zdarzy się, że wypożyczy pozycję, którą już mamy :-)


czwartek, 6 marca 2014

jak nie urok to kostka

Czy ja wspominałam niedawno, że zamierzam na wiosnę chodzić z Tomkiem a długie spacery? No to chwilowo plany mogę odłożyć do lamusa. Oto słit focia mojej lewej stopy. Jestem uziemiona. Mam skręconą kostkę i zerwane więzadło skokowe i jeszcze jakieś inne. Przynajmniej przez kilka dni nie powinnam chodzić poza absolutnym minimum.
Tak naprawdę jednak to najważniejsze, że Tomkowi nic się nie stało. Spadłam ze schodów z nim na rękach. Nie wiem jak, nie pamiętam, zadziałał instynkt i tak jakoś się obracałam, że był cały czas amortyzowany moim ciałem. Nie chcę myśleć co mogło się stać, bo oszaleję. Wyparłam.
To było wczoraj rano gdy M pojechał już do pracy.Z początku nawet nie bolało tak bardzo. Rozmasowałam i kuśtykając ogarnęłam dzieci, zawiozłam Piotrka do przedszkola, ale gdy wchodziłam z garażu pod górę do domu dźwigając fotelik z Tomkiem było już ciężko. Wchodziłam krok po kroku stawiając go na ziemi i podpierając się nim jak laską. W domu stopa zaczęła puchnąć, więc starałam się ją oszczędzać i wmawiałam sobie, że przecież przy naciągniętym ścięgnie zawsze puchnie i boli. Zresztą i tak nie mogłam nic zdziałać. Moja mama i teściowa padły w końcu na rota, szwagier jest z Antosiem w szpitalu, szwagierka chora, a mąż pracuje na okresie próbnym dopiero od 2 tygodni i lepiej by nie zwalniał się teraz z pracy. Stwierdziłam, że dam radę jakoś. Kiedy zbliżała się pora odbioru Piotrka z przedszkola spróbowałam znieść fotelik Tomka do auta na dół by sprawdzić czy ma to sens i żeby nie utknąć w połowie drogi z niemowlakiem na rękach. Nie było szans. Bolało tak, że miałam łzy w oczach. Zadzwoniłam po męża by go odebrał i do dyrektorki by Piotrusia uprzedziła, że tata przyjedzie, ale później. Martwiłam się o niego, bo miał problemy z ponowna adaptacją po blisko 3-tygodniowej przerwie i wróciliśmy do odbierania o 15, jeszcze nie zaczęłam przyzwyczajać go do pobytu do 16.30-17.00 co będzie koniecznością od maja. Dlatego póki co odbierałam go ja. Na szczęście dobrze się bawił.
Stopa puchła coraz bardziej. Po raz kolejny przekonałam się, że mam wokół siebie życzliwych ludzi i mam za co dziękować losowi. Moja przyjaciółka pracuje w business parku niedaleko nas. Przyjechała do nas i została na noc, bo nie wiedzieliśmy ile czasu przyjdzie nam spędzić na SOR-e. Została z Piotrusiem, który ją zna i lubi, ponadto jest samoobsługowy, więc jedynie musiała zrobić mu kolację i poczytać przed snem. K nie ma dzieci ani doświadczenia z niemowlakami, więc Tomka zabraliśmy ze sobą wychodząc z założenia, że o później godzinie będzie spał w wózku i faktycznie tak było. Być może też dlatego tak sprawnie zostałam przyjęta. Mój mąż nie może zawozić Piotrka do przedszkola, bo nawet gdyby zawiózł go na 7.00 gdy je otwierają to nie zdąży do pracy. Poprosiliśmy więc o pomoc sąsiada, który odstawia do przedszkola w pobliżu Wiktora ok. 8 rano, a mąż go odbierze, jutro też. Początkowo wpadłam w panikę jak damy radę, ale jestem już lepszej myśli. Tomek jeszcze nie siedzi, nie lubi być zbytnio noszony na rękach, a pełza na niewielkie odległości.W ciągu dnia z nim daję radę. Znieśliśmy wszystkie potrzebne rzeczy na parter, gdzie mamy pokój gościnny z łóżkiem. Dzięki temu, że dom nie jest w pełni urządzony dysponujemy dużą otwartą przestrzenią, po której poruszam się na obrotowym krześle komputerowym odpychając zdrową noga lub po prostu siedzę na podłodze i suwam się po niej na pupie z Tomkiem na kolanach. Jemu się to podoba, bo mama jest na jego poziomie częściej niż zwykle i nie zajmuje się niczym poza nim bo i tak nie może :-) Wstaję ostrożnie tylko by zrobić mu mleko lub przygrzać zupę. Jakoś dajemy radę. Jestem w stanie wejść po schodach nawet na zasadzie podciągania się na tyłku, a na krótkie dystanse poruszam się skacząc na zdrowej nodze. Sąsiad ma mi przywieść kule, ale z Tomkiem nie jest to opcja. Na barkach męża pozostaje Piotrek, gotowanie, ładowanie zmywarki etc, a ja staram się na zwracać uwagi na to jaka brudna jest podłoga. Być może któraś babcia poczuje się w weekend na tyle dobrze by wziąć Piotrka na kilka godzin, może dziadek zabierze go na wycieczkę. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu ból i opuchlizna ustąpią na tyle, że będę w stanie odrobinę chodzić, przynajmniej na tyle by  Młodego do placówki odstawić. Oby tylko nie chorował! Coś zaczyna pokasływać, ale liczę, że się to nie rozkręci.
A to jeszcze humor z wczorajszego SOR-u. Musiałam uwiecznić ;-)


poniedziałek, 3 marca 2014

Rrrrrrrota

Dopadło nas.
W nocy z czwartku na piątek Piotruś trochę wymiotował. Nie przejęłam się tym zbytnio, gdyż wymiotował frytkami, które jedliśmy wieczorem, poza tym w przedszkolu jedli pączki z okazji Tłustego Czwartku. Rano przez chwile narzekał, że pobolewa go brzuszek, ale humor miał świetny, miał apetyt, zjadł śniadanie i poszedł do przedszkola. Koło południa dostałam telefon od dyrektorki, że jest osowiały, nie chce jeść obiadu. Miałam już po niego jechać, ale za chwilę zadzwoniła, że usnął u niej w gabinecie i że przyśle mi smsa gdy zacznie się budzić. Koniec końców spał prawie 2 godziny. Gdy go odbierałam faktycznie był marudny, ale w domu momentalnie ozdrowiał. Dowiedziałam się, że kilkoro dzieci złapało w przedszkolu rota. Kilka godzin później wiedziałam już, że pięcioro trafiło do szpitala i były to dzieci nieszczepione, a reszta, szczepiona, w tym Piotruś przeszła cholerstwo łagodnie. W sumie gdybym o tym rota nie wiedziała przysięgłabym, że to była drobna niedyspozycja po frytkach i ewentualne niewyspanie po cięższej nocy.
Na sobotę byliśmy umówieni na wspólny spacer ze szwagierką i szwagrankiem, a potem na ich odwiedziny u nas. Uprzedziłam Grażynkę, że Piotrek być może przeszedł własnie rota. Stwierdziła jednak, że pewnie już nie zaraża nawet jeśli. OK, jej dziecko, jej rodzina, jej decyzja.
W niedziele rano padłam ja. Na początku myślałam, że to kac, bo poprzedniego dnia wypiłam pół piwa imbirowego. Niestety nie był to kac. Tak słaba nie czułam się chyba od czasu cesarskiego cięcia. Serio. Wymiotowałam, miałam dreszcze, nie byłam w stanie utrzymać się na nogach. Męża z dziećmi wysłałam do teściowej. Spałam do 17, kiedy się obudziłam byłam już w miarę na chodzie, natomiast dopadło męża. Teściowa odwiozła dzieci i męża do domu, bo nie był w stanie prowadzić i została na noc na wszelki wypadek, bo czułam się lepiej, ale nie wiedziałam czy to na dobre czy chwilowa poprawa.
Dziś rano dostałam smsa od szwagierki, że ona i Antoś zachorowali w nocy. Po południu Tomek zaczął być niewyraźny. Nie wymiotuje, nie ma biegunki, ale coś mu ewidentnie jeździ po brzuszku. Odbija mu się ciągle, kiepsko je, marudzi. Dostał do tej pory jedną dawkę szczepionki, jutro miała być druga, ale oczywiście przełożyłam. Mam nadzieję, że ta jedna dawka mimo wszystko pomoże mu przejść przez to dziadostwo tak łagodnie jak starszemu bratu.