czwartek, 6 marca 2014

jak nie urok to kostka

Czy ja wspominałam niedawno, że zamierzam na wiosnę chodzić z Tomkiem a długie spacery? No to chwilowo plany mogę odłożyć do lamusa. Oto słit focia mojej lewej stopy. Jestem uziemiona. Mam skręconą kostkę i zerwane więzadło skokowe i jeszcze jakieś inne. Przynajmniej przez kilka dni nie powinnam chodzić poza absolutnym minimum.
Tak naprawdę jednak to najważniejsze, że Tomkowi nic się nie stało. Spadłam ze schodów z nim na rękach. Nie wiem jak, nie pamiętam, zadziałał instynkt i tak jakoś się obracałam, że był cały czas amortyzowany moim ciałem. Nie chcę myśleć co mogło się stać, bo oszaleję. Wyparłam.
To było wczoraj rano gdy M pojechał już do pracy.Z początku nawet nie bolało tak bardzo. Rozmasowałam i kuśtykając ogarnęłam dzieci, zawiozłam Piotrka do przedszkola, ale gdy wchodziłam z garażu pod górę do domu dźwigając fotelik z Tomkiem było już ciężko. Wchodziłam krok po kroku stawiając go na ziemi i podpierając się nim jak laską. W domu stopa zaczęła puchnąć, więc starałam się ją oszczędzać i wmawiałam sobie, że przecież przy naciągniętym ścięgnie zawsze puchnie i boli. Zresztą i tak nie mogłam nic zdziałać. Moja mama i teściowa padły w końcu na rota, szwagier jest z Antosiem w szpitalu, szwagierka chora, a mąż pracuje na okresie próbnym dopiero od 2 tygodni i lepiej by nie zwalniał się teraz z pracy. Stwierdziłam, że dam radę jakoś. Kiedy zbliżała się pora odbioru Piotrka z przedszkola spróbowałam znieść fotelik Tomka do auta na dół by sprawdzić czy ma to sens i żeby nie utknąć w połowie drogi z niemowlakiem na rękach. Nie było szans. Bolało tak, że miałam łzy w oczach. Zadzwoniłam po męża by go odebrał i do dyrektorki by Piotrusia uprzedziła, że tata przyjedzie, ale później. Martwiłam się o niego, bo miał problemy z ponowna adaptacją po blisko 3-tygodniowej przerwie i wróciliśmy do odbierania o 15, jeszcze nie zaczęłam przyzwyczajać go do pobytu do 16.30-17.00 co będzie koniecznością od maja. Dlatego póki co odbierałam go ja. Na szczęście dobrze się bawił.
Stopa puchła coraz bardziej. Po raz kolejny przekonałam się, że mam wokół siebie życzliwych ludzi i mam za co dziękować losowi. Moja przyjaciółka pracuje w business parku niedaleko nas. Przyjechała do nas i została na noc, bo nie wiedzieliśmy ile czasu przyjdzie nam spędzić na SOR-e. Została z Piotrusiem, który ją zna i lubi, ponadto jest samoobsługowy, więc jedynie musiała zrobić mu kolację i poczytać przed snem. K nie ma dzieci ani doświadczenia z niemowlakami, więc Tomka zabraliśmy ze sobą wychodząc z założenia, że o później godzinie będzie spał w wózku i faktycznie tak było. Być może też dlatego tak sprawnie zostałam przyjęta. Mój mąż nie może zawozić Piotrka do przedszkola, bo nawet gdyby zawiózł go na 7.00 gdy je otwierają to nie zdąży do pracy. Poprosiliśmy więc o pomoc sąsiada, który odstawia do przedszkola w pobliżu Wiktora ok. 8 rano, a mąż go odbierze, jutro też. Początkowo wpadłam w panikę jak damy radę, ale jestem już lepszej myśli. Tomek jeszcze nie siedzi, nie lubi być zbytnio noszony na rękach, a pełza na niewielkie odległości.W ciągu dnia z nim daję radę. Znieśliśmy wszystkie potrzebne rzeczy na parter, gdzie mamy pokój gościnny z łóżkiem. Dzięki temu, że dom nie jest w pełni urządzony dysponujemy dużą otwartą przestrzenią, po której poruszam się na obrotowym krześle komputerowym odpychając zdrową noga lub po prostu siedzę na podłodze i suwam się po niej na pupie z Tomkiem na kolanach. Jemu się to podoba, bo mama jest na jego poziomie częściej niż zwykle i nie zajmuje się niczym poza nim bo i tak nie może :-) Wstaję ostrożnie tylko by zrobić mu mleko lub przygrzać zupę. Jakoś dajemy radę. Jestem w stanie wejść po schodach nawet na zasadzie podciągania się na tyłku, a na krótkie dystanse poruszam się skacząc na zdrowej nodze. Sąsiad ma mi przywieść kule, ale z Tomkiem nie jest to opcja. Na barkach męża pozostaje Piotrek, gotowanie, ładowanie zmywarki etc, a ja staram się na zwracać uwagi na to jaka brudna jest podłoga. Być może któraś babcia poczuje się w weekend na tyle dobrze by wziąć Piotrka na kilka godzin, może dziadek zabierze go na wycieczkę. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu ból i opuchlizna ustąpią na tyle, że będę w stanie odrobinę chodzić, przynajmniej na tyle by  Młodego do placówki odstawić. Oby tylko nie chorował! Coś zaczyna pokasływać, ale liczę, że się to nie rozkręci.
A to jeszcze humor z wczorajszego SOR-u. Musiałam uwiecznić ;-)


8 komentarzy:

  1. o matko....dzielna jesteś:) bo musisz...wiem;) tzrymaj się:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nieźle się załatwiłaś! Oby szybko noga doszła do siebie. Zdrówka :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam nadzieje, ze to juz ostatni kataklizm, cos dlugo los cie nie oszczedza.

    OdpowiedzUsuń
  4. O kurde, no to się nazywa pech :( życzę szybkiego powrotu do sprawności!!

    OdpowiedzUsuń
  5. O rany, jesteś bohaterką. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia!

    PS. Fajnie tu u Ciebie, zostaję! :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Odpowiedzi
    1. Stal sobie w poczekalni na SORze ;-)

      Usuń
  7. Cholera, to miałaś "przygodę". No a w takich sytuacjach, fajnie przekonać się, że są jeszcze fajni ludzie wokół nas. Zdrówka!

    OdpowiedzUsuń