poniedziałek, 31 marca 2014

weekend rowerowy i towarzyski

Pękam z dumy. Pękam pękam pękam :-) W niedzielę mój syn nauczył się pedałować :-) Przez dwa sezony jeździł na rowerku biegowym i świetnie sobie radził.W zeszłym roku zastanawialiśmy się czy nie zacząć oswajać go z pedałami, ale tak jakby nie było ku temu sprzyjającego klimatu. Mój mąż późno wracał, często wyjeżdżał, a ja w ciąży kiepsko się czułam i nie byłam w stanie go asekurować. Odpuściliśmy. W tym roku było kilku prób i za każdym razem Piotrek kategorycznie odmawiał pedałowania. Siedział na rowerze i tyle, żądał by go pchać albo schodził z rowerka i go prowadził. Przyznam, że byłam bardzo zdziwiona i zaniepokojona, bo było to zachowanie zupełnie nie w jego stylu. Rowerek biegowy zaakceptował entuzjastycznie i w wieku dwóch lat jeździł jak zawodowiec, podobnie hulajnogi u znajomych i generalnie wszelkie pojazdy. A tu nie i nie. Zaczęłam się obawiać, czy ten drugi sezon na laufradzie nie był błędem, że może przegapiliśmy odpowiedni moment. W niedzielę korzystając z faktu obecności męża w domu w ciągu dnia wyruszyliśmy do parku na spacer sam na sam. Z rowerkiem. I niespodzianka - zanim doszliśmy od samochodu do bramy parku Piotrek już umiał jeździć. Ot tak. Wracał sam, a na drugim spacerze wieczorem potrafił już sam ruszać i radził sobie nawet z jazdą po nierównej nawierzchni. Dumna jestem jak nie wiem. Kolejna umiejętność, którą opanował szybko i z zaskoczenia, jak to on. Szkoda, że tylko w niedziele i to nie wszystkie jest szansa na spacer z dwójką rodziców lub z jednym bez brata, wtedy bym odkręciła boczne kółka, wyjęła kij , poasekurowała go na początku i myślę, że za miesiąc jeździłby sam. Niestety zwykle mam ze sobą wózek i nie jestem w stanie jedną ręka go pchać a drugą asekurować młodego, Tomek zaś włącza syrenę gdy tylko wózek stanie. No trudno. Na razie będą te boczne kółka. Szkoda, że nie można u nas jeździć przed domem....
Oto mój dzielny cyklista. Czas na nowy kask, a kiedy trochę urośnie nowy większy rower (bo to jest taki treningowy używany od znajomej teściowej, mocno porysowany i zardzewiały).
Tak jeździliśmy

W nagrodę za ten wyczyn było ciacho i lody w parku - upał jak nie wiem, a dzieciaki tradycyjnie w zimowych ciuchach ;-)))) Matki patrzyły na nas jak na wariatów, przyzwyczaiłam się.

Sobota zaś upłynęła pod hasłem prac ogrodowych i wizyty przyszłej chrzestnej Tomka. Powolutku obsadzamy naszą skarpę. Trawnik tej wiosny jeszcze nie ruszony, bo rozpoczęły się prace przy kostce brukowej i znaczna jego część jest rozkopana, a po pozostałej robotnicy jeżdżą taczkami. Mam nadzieję, że do miesiąca skończą. Tradycyjnie nic nie może iść jak po maśle. Pozwolenie na wjazd, które miało być bezterminowe niestety wymaga odnowienia, a to trwa, nie wiemy więc na kiedy wnioskować do dróg o pozwolenie na zajęcie pasa drogowego przez koparkę, która ma skopać podjazd pod garaż. W każdym razie na razie sadzimy na skarpie, a raczej sadzi mąż i babcie. Ja nie przepadam za takim grzebaniem się w ziemi, a moja mama bardzo, brakuje jej tego w bloku na szóstym piętrze, więc chętnie wyżywa się u nas. Zresztą przy Tomku jeśli nie śpi w domu niewiele da się zrobić. W stojącym wózku będzie płakał, jeśli uśnie to na chwilę, na kocyku nie siądzie bo nie siedzi jeszcze. Na razie wychodzenie z nim przed dom polega na trzymaniu go na rękach, w nosidle (krótko) lub jeżdżeniu w kółko wózkiem.
Tutaj Tomek z moja kuzynką, a przyszłą chrzestna. Ewa kocha dzieci i ma z nimi świetny kontakt. Myślę, że to dużo lepszy wybór niż chrzestna Piotrka, o której wspominałam TU. Tomiś ciocię już pokochał
A tutaj Tomek wcina kaszę jęczmienna z naszego obiadu. Wspominałam, że Młody nie przepada za kaszką kukurydziana ani Sinlakiem, a ma zalecone spożywanie kaszy ze względu na zbyt wolne przybywanie na wadze. Okazuje się, że jęczmienna i pęczak smakują mu bardzo, niech je. W kolejce jaglana.
Wieczorem Tomek nie chciał zasnąć, więc i "imprezował" z nami
Jeszcze odnośnie chrzestnej Piotrka. Jakiś czas temu ją zaprosiłam. Pytała czy lepszy jest dla nas weekend czy dzień tygodnia. Odpowiedziałam, że weekend. Ona by po pracy mogła przyjechać najwcześniej ok. 17.30, a my ostatnio nawet o 18.30 zaczynamy oblucje, bo Piotrek jest zmęczony po przedszkolu, a Tomek chyba przestawia się na jedną drzemkę dziennie i wcześniejsze kładzenie się spać. W niedzielę rano zadzwoniła czy może przyjechać. Piotruś się ucieszył. Umówiłyśmy się na 15, po spacerze. Piotrek niechętnie zbierał się z parku podekscytowany nową umiejętnością, ale na 15 dojechaliśmy. Po drodze sygnał smsa. W garażu przeczytałam, że jednak nie przyjedzie bo ma niestrawność albo wirusa i ble ble ble. Piotrek strasznie płakał rozczarowany. Ja byłam wściekła, bo mogliśmy spędzić w parku nawet cały dzień zamiast wracać bez sensu w środku dnia. Nie wierzę w tego wirusa. Zbyt nagle i zbyt piękna pogoda była. Założę się, że jej facet pierwotnie miał nie mieć dla niej czasu w tę niedzielę dlatego postanowiła do nas przyjechać, a potem zmieniły im się plany. Przykro mi.

7 komentarzy:

  1. Gratulacje- zdolniacha z Niego. No u nas przyznam, że nauka szła jak po grudzie i o zgrozo- prawie 8latka nadal sama nie umie ruszać i hamować... Ale u nas to też brak systematyczności, bo mam ten sam problem co Ty- wózek z drugim dzieckiem. No niestety- nie da się :( A tata, jak to tata- albo Go nie ma, albo zmęczony, albo trzeba coś innego zrobić. Niestety Eliza jest już na tyle duża, że niepowodzenia Ją mocno zniechęcają i widzę, że jest ogólnie na nie do tego roweru... Szkoda, bo u nas jest gdzie jeździć.
    Co do chrzestnej, to temat skomplikowany, też miałam swoje teorie i wyobrażenia na ten temat. Zależało mi głównie na tym, żeby interesowała się dzieckiem, w sensie- żeby dziecko Ją znało, lubiło itd. Tyle, że kiedy sama zostałam chrzestną, odkryłam, że to wszystko czasami nie jest takie proste i oczywiste. Na przykład- ja mogę akurat podjechać, to nie pasuje rodzicom małego. Im pasuje, Eliza na przykład chora... A już teraz jak i Eliza i mój chrześniak chodzą do szkoły to w ogóle kosmos, żeby się umówić.
    A co do Jej sms, to wiesz- takie wirusówki łapią nagle,ale... zazwyczaj przeczucia nas nie mylą- masz prawo mieć żal.

    OdpowiedzUsuń
  2. No to i tu pogratuluje :) Mnie rowery nie jaraja, wiec Cami sama sobie tempo nauki narzucila, jezdzila gdy chciala, przejazdzki to byly glownie 10-minutowe wyprawy do osiedlowego sklepu i z powrotem, ale sie jakos nauczyla ;) Widze, ze chlopiec na lawce, na ktorej siedzi Piotek, tez normalnie ubrany, czyli czasem dzieci nie musza sie pocic :D

    Cati do weekendu miala 3 drzemki dziennie, od niedzieli przestawia sie na dwie i caly grafik dnia na glowie stoi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rower i trekking to jedyne sporty w ktorych jestem dobra:-) po maturze pojechalam rowerem z Krakowa do Suwalk.

      Usuń
    2. I nie wpadlas do mnie na kawe w Olsztynie?! ;)

      Usuń
  3. Dziewczynka za lawka tez rozebrana :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I wierz mi to byly nieliczne wyjatki ;-)))))

      Usuń
  4. U nas temat chrzestnej też na topie. Z rodziną męża jest dokładnie tak jak z chrzestną Piotrka tylko, że oprócz chorób to jeszcze milion nieszczęść ich dopada gdy się do nas wybierają ;-)) Ja mam dwóch braci. Jeden jest chrzestnym Migotki, drugi będzie MB ale nie mamy kogo poprosić na chrzestną.

    OdpowiedzUsuń