środa, 23 kwietnia 2014

obowiązki domowe vs dzieciństwo

Do wpisu zainspirowała mnie niedawna dyskusja na FB.
Od kiedy dziecko może/powinno mieć obowiązki w domu? Czy posiadanie ich kłóci się z pojęciem dzieciństwa?

Ja nie miałam domowych obowiązków w dzieciństwie. W sumie to dziwne, śmieszne i straszne, bo odkąd poszłam do liceum praktycznie codziennie udzielałam kilku godzin korepetycji i 90% tego co zarobiłam oddawałam ojcu, ale to inna bajka. Moja mama długo była przekonana, że robię to bo chcę mieć własne pieniądze i ubolewała, że tak się męczę. Do dziś nie wiem, czy naprawdę nie widziała o co chodzi czy nie chciała widzieć ale.... tak czy inaczej nie miałam przydzielonych domowych obowiązków i uważam, że to był błąd. Byłam jedynaczką, miałam się bawić i uczyć. Owszem pomagałam w domu, ale to nie było w żaden sposób usystematyzowane. Myślę, że odbija się to na mnie rykoszetem teraz. W podświadomości mam zakodowane, że najważniejsze by dzieci były czyste, ubrane i najedzone, by w pracy zawodowej nie nawalać, a sprawy domowe są na trzecim miejscu i kojarzą mi się trochę z kieratem. To znaczy jestem mega obowiązkowa i nie potrafię odpuścić, wszystko w domu jest zrobione, ale nie ukrywam, że męczę się przy tym. Jest to dla mnie praca. Myślę, że gdyby mama wdrożyła mnie do gotowania to bym to lubiła, a nie traktowała jak najnudniejsze zajęcie pod słońcem. Może sprzątalabym ot tak mimochodem, a nie myślała o tym jak bardzo mi się nie chce i że wolałabym w tym czasie pouczyć się lub poczytać. Może byłabym choć odrobinę "boginią domowego ogniska" i nie chodzi o jakieś ambicje tylko o to, by bardziej polubić tę domową codzienność. Tymczasem ja marzę o posiadaniu pani do gotowania i sprzątania. Serio :-)
Piotrek za miesiąc kończy 4 lata i obowiązki ma. Szczerze mówiąc długo sądziłam, że za późno zaczęliśmy egzekwować pewne sprawy, ale po wspomnianej dyskusji na FB widzę, że są tacy, ktorzy uważają, że właśnie za wcześnie i w zbyt sformalizoanej formie. Dało mi to do myślenia. Piotruś przez 3 lata obowiązków nie miał. Przełom przyszedł gdy byłam w II trymestrze ciąży. Zaczynałam się kiepsko czuć i zaczęło mnie irytować sprzątanie, zamiatanie i wycieranie podłogi po jego posiłku (je potwornie nieuważnie). Nie miałam siły wiecznie układać samochodzików rozwalonych po całym domu. Mnóstwo tego typu sytuacji. Stwierdziłam, że tak dalej być nie może. Że ja się z tym źle czuję i nie chcę podporządkowywać i poświęcać wszystkiego dziecku. Zaczęliśmy z mężem uczyć syna większej odpowiedzialności, co nie było łatwe, bo Piotrek jest uparty, ma na każdy temat własne zdanie i lubi rządzić. Efekty jednak są. Uważam, że czterolatek spokojnie może i powinien sprzątać po sobie. Piotrek teraz już ma odruch, że jeśli przy jedzeniu coś rozsypie czy rozleje to bierze miotełkę lub ściereczkę i sprząta. Tak samo jak my sprzatamy jeśli nabrudzimy. Oczywiście nie robi tego perfekcyjnie i zazwyczaj po nim później poprawiam lub mu pomagam, ale myślę, że liczy się odruch. W swoim pokoju ma artystyczny bałagan, na który mu pozwalam. Bałagan polega na tym, że wszędzie stoją zaparkowane resoraki, a w szufladach i na stoliku pełno ważnych:"dokumentow" (karteczki z ponaklejanymi kawałkami taśmy klejącej, rysunki, wycinanki). Ustaliłam z nim, że raz w tygodniu odkurzamy i myjemy u niego podłogę i na ten czas autka wędrują do pudełka, poza tym może je parkować jak chce. Jeżeli jednak bawi się nimi w pozostałych pomieszczeniach a zwlaszcza salonie to po skończonej zabawie mają powędrowac do pudeł. Jeszcze kilka miesięcy temu nie było to wcale takie oczywiste. Często odpuszczaliśmy na zasadzie, że przecież to nasz dom, żyjmy na luzie, niech sobie stoją ta autka. Zmieniliśmy jednak podejście ze względu na Tomka, ktory przecież niedługo stanie się mobilny i w miarę możliwości musimy pilnować by w jego zasięgu nie było małych, kanciastych przedmiotów - wiele zabawek Piotrka może być niebezpiecznych dla malucha, a nie jest realne w tak dużym domu by starszak bawił się tylko w swoim pokoju. Wiemy, że choćbyśmy na rzęsach stanęli nie jesteśmy w stanie w każdej sekundzie patrzec na małego i chodzić za nim krok w krok. Zreszta zobaczymy jak to będzie wyglądało w praktyce. Jeszcze niedawno Piotr po przyjściu do domu rzucał buty i kurtkę gdzie popadnie. Teraz odkłada je na swoje miejsce. Piotrek ma również w pokoju roślinkę, ktora jest jego i to on o nią dba -  w każdym razie uczę go tego.
Prócz tego Piotruś bardzo chętnie i od dawna pomaga mi w myciu łazienek, w gotowaniu, w wycieraniu kurzu. Traktuje to jak zabawę i robi to w takim zakresie i tak długo jak chce.
To nie jest tak, że w naszym domu panuje pruski dryl i dziecko w kółko sprząta, wyciera i zamiata :-) Piotrek jest żywiołowy i wszędzie go pełno. Nie jest tak, że nie ma wyjatków od zasad. Pomagamy mu sprzątać jeżeli zabawa była tak przednia, że cały salon jest jednym wielkim torem przeszkód i sam składałby go godzinę. Jeżeli wpadnie do domu czymś mega podekscytowany i rzuci ubranie na podłogę to czasem sama je odwieszam. Jeżeli jest zmęczony i bardzo senny to sprzątam jego zabawki gdy zaśnie. Są to jednak wyjątki od reguły. Nie jest tak, że przez kilka miesięcy staliśmy nad nim i truliśmy co ma robić. To przyszło dość naturalnie i Piotrek nie wygląda na steranego obowiązkami domownika. Jest dumny, gdy uda mu się dokładnie zamieść czy pościerać lub szybko poskładać zabawki. Znam go, widzę to w jego oczach.
Wydaje mi się, że to ważne by uczyć malucha, że takie rzeczy są naturalne. Ważne jest by wpajać mu szacunek do pracy. Jeżeli rodzic zamiótł i umył podłogę, przygotował smaczny posiłek to starcie rozlanej zupy jest tak jakby wyrazem szacunku do jego pracy. Na takiej samej zasadzie na jakiej ja doceniam wysiłek, który włożył w namalowanie obrazka dla mnie czy przygotowanie mi kanapki. Na pewno Piotrkowi byłoby przykro gdybym ot tak machnęła na to ręką lub rzuciła jego dzieło w kąt. Szanujmy swoj wysiłek nawzajem. Rodzice to nie są roboty wielofunkcyjne i od momentu gdy dziecko jest w stanie wykonywać takie rzeczy jak odniesienie po sobie kubka do zlewu powinno to robić. Przynajmniej dla mnie to jest ważne. Dla mojej psychiki. Źle się czuję sprowadzona do roli kucharki, sprzątaczki i oogarniacza domowego chaosu i tak jak u męża tak u syna tępie takie zapędy, u każdego w innym zakresie rzecz jasna.
Nie wydaje mi się by to, że czterolatek ma takie właśnie obowiązki w jakikolwiek sposób odbierało mu dzieciństwo, zwłaszcza, że są one niejako naturalnymi konsekwencjami jego działań. Jem - sprzatam. Rozbieram się - odwieszam ubranie na miejsce. Kończę się bawić - ukladam zabawki. Jedynie ta roślinka i jej podlewanie to taki moj mały eksperyment. Z czasem dojdą nowe zadania.

39 komentarzy:

  1. Ela, jak czytam o poświęcaniu się w kontekście czteroletniego dziecka to zapala mi się czerwona lampka i mam gęsią skórkę ze strachu. Jak widzę: "nie chcę podporządkowywać i poświęcać wszystkiego dziecku" to zamiast "wszystkiego" widzę "niczego" :( Czasem mnie przerażasz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-) Czytasz to co chcesz i jak chcesz:-) Ja napisalam " wszystkiego", nie "niczego" i dokladnie to mam na mysli. Nie uwazam, by dziecko bylo w domu najwazniejsze ani bysmy my dorosli byli najwazniejsi. Jestesmy tak samo wazni, dziecmi sie opiekujemy i wychowujemy. Owszem czulam sie zle gdy po raz kolejny z brzuchem, ledwo sie ruszajac wycieralam zupe z podlogi i zamiatalam okruchy po tym jak Piotrek radosnie wstal od stolu i pobiegl do zabawy w ogole nie zwracajac uwagi na to jak za przeproszeniem naswinil, albo gdy kolejny raz zbieralam klocki zeby sie na nich nie zabic gdy on zajmowal sie juz czyms innym. A gdy skonczylam i siadlam na chwile on ciagnal mnie do czegos innego albo prosil o cos i ja to rzecz jasna robilam, a potem znow sprzatalam etc. Tak, poczulam sie jak przyniespodajpozamiataj i nie podobalo mi sie to w kontekscie dziecka, ktore akurat te czynnosci jest w stane wykonac bez wiekszego wysilku. Poczulam, ze Piotrek nie szanuje mojego wysilku, ze uwaza ze rzecz oczywista, ze mama wszystko zrobi i uznalismy, ze to wlasciwy czas na kolejny level wtajemniczenia.Uwazam, ze bardzo dobrze zrobilismy.
      Poza tym troche mi przykro czytac to co piszesz bo znasz mnie przeciez i dobrze wiesz jak wazne sa dla mnie moje dzieci, ze to moje najwieksze szczescie i ze praktycznie wszystko co robie robie po to by im bylo dobrze, ze o nich glownie mysle, analizuje kazdy przezyty dzen (co zreszta widac po monotematycznosci tego bloga) i pod ich katem organizujemy nasze zycie wiec.....

      Usuń
    2. A mnie się bardzo podoba to, że uczucie Piotrka takich rzeczy i zupełnie nie widzę w tym nic złego. Tak jak piszesz, nauczy go to z pewnością wrażliwości wobec innych i doceniania ich pracy. Niestety złe nawyki bardzo trudno wytępić i jeżeli chłopiec przyzwyczajany jest od najmłodszego, że się wszystko wokół niego robi to potem on tak samo będzie zachowywał się wobec żony. I trudno się temu dziwić, prawda? A przecież żadna z nas nie lubi usługiwać mężowi. W końcu Piotrkowi nie dzieje się żadna krzywda, a wręcz przeciwnie - uczy się czegoś bardzo ważnego. Sprzątanie po sobie powinno być tak naturalne jak mycie zębów rano i wieczorem. 4 lata to bardzo dobry moment na rozpoczęcie rozwijania takich przyzwyczajeń.

      Usuń
    3. a ja się akurat zgadzam. dziecko i nieuważny dorosły potrafi naprawdę zrobic bałagan. gdy takie coś jest jednorazowe, to spoko, ale sprzątac w takim wypadku można nawet kilka razy dziennie. nie każdy lubi mieszkać w "syfie" ;-) i nie każdy ma ochotę sprzątać cały czas. wczesny wiek, 2, 3 4 lata to doskonały moment, by z takich codziennych czynnosci zrobic dobrą zabawę. i to nie są obowiązki, a poznawanie świata, zwyczajów domowych, pracy. i tak jak i ty uważam, że wtedy dziecko nabiera poczucia, że te czynności są fajne i ciekawe, a nie kojarza ich z przymusem i nudnym obowiązkiem, który przychodzi nagle gdy jest nastolatkiem.

      Usuń
    4. bardzo Ci Kropko współczuję...

      Usuń
    5. Zuza-e.liza, ale czego???

      Usuń
  2. Tez marze o pani do sprzatania bo nie cierpie tego robic. I nie robie tego regularnie, jesli wole poczytac, to czytam. Uwazam, ze dom nie musi byc sterylnie wysprzatany, ze jak na polkach bedzie troche kurzu, a brudne naczynia poleza pare godzin czekajac na wlozenie do zmywarki, to nic sie nie stanie, zycie jest za krotkie, by wiecznie ze sciera latac. A w szafkach niech sobie bedzie balagan, w koncu sa pozamykane i tego nie widac ;)
    Co do obowiazkow dzieci - Camilla tez od kilku juz lat po sobie sprzata, po posilkach razem ze mna zbiera ze stolu talerze, w swoim pokoju sama utrzymuje porzadek (czasem, gdy mnie poprosi, pomagam jej posprzatac). Ale ja nie postrzegam tego jako obowiazki, tylko jako zwykle czynnosci, ktore kazdy w swoim zyciu niejako z marszu powinien wykonywac i ona miala to stopniowo wpajane, najpierw obserwujac, potem przylaczajac sie, w koncu przyszedl czas na wykonywanie niektorych czynnosci samodzielnie.
    Obowiazkiem Camilli jest wyprowadzanie psa po szkole. I to jest obowiazek. Cala reszta to po prostu zycie. Tak ja to widze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokladnie, moze zle pisze " obowiazki"bo faktycznie chodzi mi o to, ze to jest zycie. Ale dziecko trzeba nauczyc, ze to jest zycie. Jesli Piotr zostawi mi buty na srodku ganku to mu przypominam, ze trzeba je odlozyc na miejsce. Jesli zostawi po sobie balagan to zwracam mu uwage by posprzatal zanim zajmie sie czyms innym bo w domu nie mamy dobrych duszkow, ktore zrobia to za nas. Pisze "obowiazek" bo ja postrzegam to jako rzeczy, ktore trzeba zrobic a nie mozna jesli akurat ma sie ochote i tego Piotrka ucze. Ze to bardzo ladnie zrobic cos za kogos, wyreczyc i wtedy bardzo mu dziekuje ale zalezy mi na tym by rozumial, ze w pierwszej kolejnosci mysli sie by samemu to zrobic, a nie oczekuje wyreczena w tym.
      A co do sterylnosci to wierz mi daleko naszemu domowi do niej :-) Jest kurz i brudne talerze i pranie zalegajace tydzien na suszarce:-) Jedynie mam fiola na punkcie podlog bo nie cierpie brudnych

      Usuń
    2. podpisuję się obiema rękami pod tym wpisem. mało tego, mam zamiar się nim zainspirować :) u nas w domu ostatnio dyskusja czy 5letnia L. powinna mieć obowiązki.

      Usuń
  3. czego Jaś się nie nauczy tego Jan nie będzie umiał:)

    badzo rozległa dyskusja ja od siebie tyle mogę dodać

    maluchy bardzo chętnie angażują isę w czynności domowe naśladują i można ten moment wykorzystać to późniejszej nauki i obowiąśzków.

    już przedszkolaki są uczone w przedszkolu sprząśtać po sobie zabawki, jak sir czymś nie bawią odkładać na swoje miejsce z wiekiem zakres obowiazków zwiększa się.

    nie wyobrażam sobie nie nauczyć nie przyzwyczajać do określonych obowiązków. odrosna potem chłopy ożenią sie i żony bedą mieć z nimi skaranie boskie;))))

    taka ciekawostka. ja byłam jakaś inna. matka nie narzucała mi żadnych oboziazków tylko musiałam się uczyć ja sama nie zachęćana przez nikogo co sobotę sprzątałam swó pokój ścierałam kurze raz na jakiś czas układałam ciuchy w safkach, garnęłam isę do robienia zakupów wynoszenia śmieci brałam udział w gruntownych porzadkach przed świętami i jeszcze..........narzekałam i poprawiałam jak matka robiłą coś niedokłanie;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziewczyny, uprawiacie demagogię. Teksty w stylu "czego Jaś się nie nauczył..." czy " wiesz jak wazne sa dla mnie moje dzieci, ze to moje najwieksze szczescie i ze praktycznie wszystko co robie robie po to by im bylo dobrze" mnie zwyczajnie śmieszą, zwłaszcza w kontekście tego, ze dwa dni temu przekonywałaś Ela inną blogowiczkę, że gestapowcy też kochali swoje rodziny i że to nic nie znaczy :D Latanie z mopem czy szmatą to są tak proste czynności, że można tego nauczyć nawet szympansa w każdym wieku... Tylko że ja nigdzie nie napisałam, że mój syn nic nie będzie umiał i nic nie będzie robił. Wręcz przeciwnie, napisałam, że będzie wszystko potrafił. Tylko różnica, czy sprzątanie jest zabawą czy obowiązkiem, polega dla mnie na tym, w jaki sposób i jak konsekwentnie egzekwujemy dane czynności. Bardzo mnie dziwi, ze żadna z Was nie napisała Eli, ze ważniejszym jest nauczenie czterolatka jak ładnie jeść, niż pozwolenie mu na to, by jadł jak świnia o ile po sobie zamiecie i wytrze... Dla mnei to niewyobrażalne, zeby czterolatek jadł tak, ze trzeba za każdym razem zamiatać pół pokoju i wycierać stół. Kwestia priorytetów chyba.
    Niestety, różnimy się chyba znacząco w kwestii doświadczeń życiowych i tego, jak sobie wyobrażamy życie swoich dzieci. Wy wyobrażacie sobie życie swoich dzieci jako nieustające kolo prania, sprzątania, gotowania i mimo że same tego nie lubicie robić, postawiłyście sobie za cel wpoic dzieciom, że bez tego nie da się żyć. Wy chcecie wychować mężów/żony idealnych, bo same najwidoczniej swoich wychować nie umiałyście ("A przecież żadna z nas nie lubi usługiwać mężowi"). A ja bym chciała, żeby mój syn rozwijał swoje pasje i żył tak, jak chce. Żeby robił to, co lubi i umiał z tego czerpać nie tylko radość, ale i pieniądze. Żeby stać go było na panią do sprzątania i gotowania jeśli te czynności będa go nurzyły, chyba ze znajdzie sobie idiotkę, dla której sensem życia będzie gotowanie mu i pranie jego brudów, to niech mu pierze i gotuje, skoro rodzice jej wpoili, że tak trzeba i że życie to obowiązki. Zaczynamy popadać w skrajności - dziewczynkom odpuszczamy wszystko, bo przeciez "nie będa usługiwały mężom", a od chłopców wymagamy wszystkiego, bo przecież równouprawnienie. Ciągle mi ktoś sugeruje, ze mam takie podejście, bo jestem mamą chłopca, ale gdybym miała dziewczynkę to już w okolicach roku kazałabym jej samej zmieniać sobie pieluchy. Patrzycie przez pryzmat swoich doświadczeń drogie panie :) Mój syn będzie POTRAFIŁ zrobić wszystko: będzie potrafił po SOBIE posprzątać, ugotować SOBIE, uprać SWOJE rzeczy itd. To, czy ktoś to wykorzysta i będzie potrafił tak nim pokierować, żeby to robił nie tylko sobie, to już nie moja broszka. A kwiestia tego, czy nauczę go obsługi pralki w wieku czterech, czy ośmiu lat jest dla mnie o tyle istotna, ze wolałabym wychować zadowolonego z życia nastolatka który "chce", a nie nastolatka sfrustrowanego, który ciągle coś "musi"...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ach i truizmem jest wpajanie dzieciom, że pranie i sprzątanie to "czynności fajne i ciekawe" - ktora tak uważa, ręka do góry... Nie będę przekonywała dziecka, że to super zabawa, skoro tak nie uważam i marzę o pani do sprzątania, bo to zwykle oklamywanie jest...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kropka jak sama zauważyłaś różnica polega na tym KIEDY dziecko tego nauczymy. Ja uważam, ze dobry moment jest teraz, Ty możesz czekać choćby i do liceum. Twój dom, Twoja rodzina, Twoje życie.
      Dlaczego zakładasz, że nie uczę Piotrka jak ładnie jeść? Dlaczego zakładasz, że jestem matką-idiotką, która gdy dziecku coś się nie uda leje po łapach zamiast się zastanowić dlaczego mu się to nie udaje? Ciekawe. Wiesz, pracuję z nim nad motoryką małą i naprawdę nie mam pretensji, że mu się wyleje zupa z łyżki. Potrafię jednak odróżnić gdy nabrudzi przypadkowo i gdy się jedzeniem bawi - tego nie znoszę i to tępię.
      Szczerze mówiąc kompletnie nie rozumiem logiki w tym co piszesz, bo moim zdaniem nie ma żadnej sprzeczności między wpojeniem dziecku szacunku do cudzej pracy, schludności i nawyku utrzymywania wokół siebie porządku a dopingowaniem dziecka do realizacji swoich marzeń i pasji. Gdzie w tym sprzeczność? Chcesz by Radek miał bajkowe dzieciństwo. Wyobraź sobie, ze ja tego samego chcę dla moich synów i robię ile mogę w tym kierunku, nie widzę by to w jakikolwiek sposób kłóciło się z jakimiś podstawowymi życiowymi sprawami i ogólna kindersztubą.
      Wspominanie mi teraz od czapy mojej wypowiedzi odnośnie gestapowców, dokładnie wiesz komu i w jakim kontekście chyba pominę bo wydaje mi się, ze Cie lekko poniosło, bardzo to nie w Twoim stylu Kropko.

      Usuń
    2. Mnie trochę przeraża to co piszesz.... Piszesz, że nauczysz syna by sprzątał czy ugotował SOBIE, a już rolą potencjalnej przyszłej partnerki czy partnera jest pokierowanie nim tak by pomagał mu w tym zakresie. Trochę tego nie łapię. To również nasza rola jako matek nauczyć dzieci tego, a nie wychowywać zaradnych samoobsługowych egoistów skoncentrowanych na swoich pasjach i swoim własnym rozwoju. Tak myślę. Ja bym chciała dzieci wychować tak by były zaradne a jednocześnie miały odruch wzajemności ze tak to nazwę, dlatego tak ważne jest dla mnie by Piotrek a potem Tomek doceniali wysiłek innych. Tak - wysiłek i nie uważam by w ten sposób stworzyli sobie obraz świata jako kołowrotku pracy i nużących obowiązków. Chce by mój syn rozumiał, że jeśli babcia piecze dla niego tort na urodziny to choć lubi to robić to wymagało to od niej czasu i wysiłku i by ją za to szanował, a nie po prostu cieszył się tylko tortem. Bo ludzie, którzy to dostrzegają chętniej zrobią coś dla innych. Tak wiem Radek to wszystko będzie przecież umiał, ale po prostu nie rozumiesz że mi nawet nie chodzi o to by Piotrek to umiał, czy kiedy, czy w jakim zakresie ale by szanował ludzki wysiłek. Takie mam trochę protestanckie podejście do życia.
      Wiesz, mój mąż nie jest idealny. Daleko mu do tego. Ale z tego powodu nie będę działać na zasadzie "no to niech moje synowe też się męczą i mi synów wychowują, a co będą miały za łatwo". Nie. Własnie próbuję wychować ich inaczej niż moja teściowa wychowała swoich synów. Po co? Bo uważam, że tak trzeba.

      Usuń
  6. Kropka, mozna rozwijac swoje pasje i zyc jak sie chce, umiejac przestrzegac zasad wspolzycia spolecznego, a sprzatanie po sobie jest jedna z tych zasad wg mnie. Nawet jesli sie ma pania do sprzatania ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kiiki, ale oczywiście ze tak. Tylko ze to nie jest kwestia umiejętności, a kultury. Można potrafić i nie chcieć, a dziecko bardzo łatwo zniechęcić. Ale nie chce mu wpajac, że obowiązki domowe są fajne i zabawne. To OBOWIAZKI, przynajmniej dla mnie. Muszą być zrobione, czy tego chcemy czy nie. A na obowiązki przyjdzie jeszcze czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I znowu wszystko jest kwestia tego co uwazasz za obowiazki. Odkurzanie, czy mycie podlog co tydzien wg mnie nimi jest, starcie rozlanego mleka- nie, to jest taka sama czynnosc jak schowanie kartonu z mlekiem do lodowki po tym jak sie go wyjelo by tego mleka sobie do kubka nalac

      Usuń
    2. Dokladnie Kiiki, identycznie to widze. Ulozenie butow w szafce czy zaniesienie brudnych ciuchow do pralni to taka sama oczywistosc jak odlozenie mydla na mydelniczke czy szczoteczki do zebow do kubeczka po myciu - pozwalasz Kropko Radkowi rzucac ja gdzie popadnie i odkladasz za niego? Nie sadze.

      Usuń
    3. A Piotrkowi nie wmawiam, ze to jest fajne i zabawne, po prostu pokazuje ze tak sie robi i juz, ze to jest oczywiste.

      Usuń
  8. Kiiki, dokładnie tak. Analogicznie, sprzątanie po sobie po KAŻDYM jedzeniu (nie odniesienie talerza, a zamiatanie i wycieranie stołu), konieczność codziennego sprzątania zabawek to już dla mnie obowiązki. Zwłaszcza jeśli są obwarowane konsekwencjami pt. "nie możesz czegoś zrobić, dopóki nie posprzątasz). Rozmowa nie dotyczyła rozlanego od czasu do czasu mleka, tylko codziennego sprzątania po każdym jedzeniu, odnoszenia ubrań do pralni (sama tego nie robię od razu po rozebraniu, tylko przy okazji pójścia do łazienki) i innych rzeczy, obwarowanych konsekwencjami typu "dopóki tego nie zrobisz, nie możesz się bawić".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie sa czynnosci, ktore zajmuja godzine tylko chwile i dziecka w moim mniemaniu nie unieszczesliwiam przypominajac mu by zebral rzeczy z podlogi czy okruszki ze stolu, bo SAMO SIE TO NIE ZROBI. Po prostu. To jest dla mnie oczywiste, dla Ciebie to jakies zabieranie dziecku dziecinstwa a dla mnie elementarne zasady funkcjonowania w rodzinie i kazdej innej grupie.

      Usuń
  9. Nessiie, ależ oczywiście ze nie pozwalam. Ale jeśli tego nie zrobi, nie robię z tego problemu i nie wyciągam konsekwencji. Na to przyjdzie jeszcze czas. On naprawdę pomaga mi sprzątać, gotować, nawet prac i uczy się tych wszystkich czynności. Ale jeśli tego nie zrobi, nie wyciągam konsekwencji i nie wisze nad nim dopóki tego nie zrobi, bo na razie to ma być nauka przez zabawę, a nie przykry obowiązek kojarzony z nieprzyjemnymi konsekwencjami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem demonizujesz pojecie" konsekwencje" i " robienie problemu". Jezeli powiedzenie "hej kolego nie zapomniales o czyms?", "Piotrus nie sadzisz ze szczoteczka nie powinna lezec w umywalce? Odloz ja do kubeczka" jest wyciaganiem nieprzyjemnych konsekwencji i robieniem problemu to owszem tak czynie. Mowie "Piotrus odloz butki na poleczke bo stoja na srodku ganku i nie da sie przejsc". I to dotyczy takich wlasnie rzeczy. Nie kaze mu bynajmniej sprzatac ze mna domu co tydzien ani nie kaze mu gotowac czy prac. To robi poki co jesli ma ochote i tylko do momentu gdy to go bawi, bo podobne jak Ty uwazam, ze jest jeszcze za maly na to by takie rzeczy wchodzily w zakres jego obowiazkow czy jak to Natalia na FB zgrabnie okreslila "odpowiedzalnosci". Ale odkladanie rzeczy na miejsce i elementarne utrzymywanie wokol siebie czystosci w moim mniemaniu jest oczywista oczywistoscia i uwazam tak jak Kiiki, ze to jest wiek akurat by sobie zakodowal, ze to jest wlasnie normalne.

      Usuń
  10. Teraz odwracasz kota ogonem, bo wcześniej pisałaś nie raz, że wygląda to raczej "Nie pójdziesz się bawić jeśli nie posprzątasz po jedzeniu" czy "Nie obejrzysz bajki dopóki nie odstawisz na miejsce butów/zabawek/nie zrobisz czegoś tam" To są juz konsekwencje.

    OdpowiedzUsuń
  11. Pisałaś tez, że wkurzyłaś się bo czegoś tam nie zrobił i nakrzyczalas na niego, że zrobiłaś aferę o to, że nie jesteś "podaj-przynieś-pozamiataj" itd. Teraz natomiast piszesz, że tylko mu łagodnie przypominasz i nie egzekwujesz w żaden inny sposób. Dla mnie to ogromna różnica.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kropko wypominasz mi jednorazowe sytuacje gdy zdarzyło mi się wybuchnąć. Może Ty jesteś matka ostoją cierpliwości, ja nie zawsze, mam gorsze dni i popełniam błędy. I zawsze Piotrka przepraszam w takich sytuacjach. Nie jestem idealna.
      A odnosząc się do ogólnego tematu to nie jestem typem zerojedynkowym i wbrew wrażeniu, które być może odniosłaś dość elastycznie mimo konsekwencji podchodzimy do tematu. Zazwyczaj wystarczy takie żartobliwe przypomnienie. Jeśli Piotrek jest cały podekscytowany bo np. przyjechał dziadek i czeka by go zabrać na wycieczkę i on już pędzi leci do niego albo jest kolega i świetnie się bawią to odpuszczam i zbieram te zabawki czy robię coś innego. Podobnie gdy jest bardzo zmęczony czy senny. To jest jednak kwestia tego, że znamy go i wiemy w jakich sytuacjach odpuścić, a w jakich nie. Trzeba go po prostu widzieć i obcować z nim na co dzień. Dlatego owszem jeżeli marudzi dla zasady albo po prostu nie chce mu się czegoś zrobić to wtedy mówimy "chcesz obejrzeć bajkę, dobrze, ale najpierw zrób to i to bo samo się nie zrobi, jeśli nie posprzątasz okruszków to za chwile będziemy mieć w kuchni inwazję mrówek czy coś w tym stylu" i jeśli tego nie zrobi to bajki nie ma. Całkiem niedawno rozmawiałam z psycholog w przedszkolu i sama z siebie, nienaprawadzana przeze mnie podzieliła się ze mną refleksją, że Piotrek bardzo potrzebuje takiej konsekwencji bo jest typem rządzącym, a kiedy pociągnęłam dyskusje w tym kierunku okazało się, że do tematu "obowiązków" czy "odpowiedzialności" mamy podobne podejście.

      Usuń
    2. Ilu psychologów tyle zdań :-) Na życie i całokształt obrazu składają się właśnie takie jednorazowe sytuacje: jeden klaps, jeden wybuch, jedna afera, jedno lanie, jedno powiedzenie dziecku, że jest głupie itp. Zwłaszcza u osób, które mówiąc o wychowaniu notorycznie używają słowa "konsekwencją". Człowiek nie rodzi się uparty - upartym się staje. Może dlatego Piotr chce rządzić, bo jesteście mało elastyczni i to jest jego sposób na podkreślenie swojego zdania? Może należy szukać przyczyn uporu, a nie sposobów na jego przełamanie? Z zupełnie innej strony zabieramy się za wychowywanie naszych dzieci :-)

      Usuń
    3. A moze po prostu taki ma charakter i temperament? Upor i tendencje przywodcze to niekoniecznie wada. Osobiscie wole to niz cieple kluchy. Jesli nigdy nie zrobilas w przypadku Radka niczego czego potem nie zalowalas, nic nie powiedzialas to nie pozostaje mi nic innego jak szczerze Ci pogratulowac.

      Usuń
    4. Naukowo udowodniono, że charakter i temperament kształtuje otoczenie :-) Jeśli nawet zdarza mi się zrobić coś, czego nie powinnam, nie przepraszam tylko tłumaczę swoje zachowanie i podkreślam, że nie powinnam była tak powiedzieć/zrobić. Przepraszanie w takiej sytuacji uczy tylko tego, że można robić coś złego i wystarczy przeprosić.

      Usuń
    5. Ja pamietam z zajec z psychologii na studiach, ze charakter i temperament w duzej mierze jest nam dany, a my mozemy w ten czy inny sposob w jego ramach funkcjonowac. Moje przepraszanie z tego co piszesz jest identyczne jak Twoje, to oczywiste ze tlumacze wtedy dlaczego moje zachowanie bylo niewlasciwe i ze nie powinnam byla tego robic. Oczywiscie ze nie ograniczam sie do slowa "przepraszam".

      Usuń
    6. Osobiscie dodanie tego slowa "przepraszam" wydaje mi sie wazne, bo pokazuje, ze czegos zalujemy. Dla mnie to istotne. Moj maz np. jesli uzna swoja wine to bardzo rzadko mowi "przepraszam" i mnie to boli, odbieram to jako racjonalne uznanie, ze popelnil blad ale brak zalu i skruchy, brak wczucia sie w to co czula ta druga osoba. Obiecalam sobie, ze zrobie co moge by moje dzieci tak sie nie zachowywaly bo on i szwagier wyniesli to z domu. Ani tesciowi ani tesciowej to slowo przez gardlo by nie przeszlo choc sa normalnymi ludzmi a nie patologia.

      Usuń
    7. Widzisz, samo słowo nie załatwia jednak sprawy, a Radek zaczyna tak uważać. Bo w przedszkolu jak jedno dziecko uderzy drugie albo zrobi coś złego to musi przeprosić i nie ma sprawy. Za słowem przepraszam rzadko stoi prawdziwa skrucha. Przepraszam jak go uderze w nos podczas zakładania butów czy zadrapne podczas wycierania. W sytuacjach kiedy ktoś robi coś z premedytacją albo bezmyślnie raczej tłumaczę i podkreślam, że tak nie wolno i jak trzeba się w takiej sytuacji zachować. Przepraszanie po tym, jak się komuś zrobiło przykrość celowo lub wiedząc, że się nie powinno jest raczej hipokryzja :(

      Usuń
    8. wiec naucz go odczuwac skruche zamiast dzialac od konca i po prostu nie uzywac tego slowa bo to kompletnie bez sensu

      Usuń
    9. Nigdzie nie napisałam, że nie uczę go używania tego słowa. Uczę go, że jest ważne ale nie wystarcza. Ze nie wystarczy zrobić coś głupiego i przeprosić, trzeba jeszcze naprawić krzywdę. Słowo "przepraszam" to tylko dodatek. Ważny, ale nie załatwia wszystkiego. Właśnie uczę go odczuwania żalu, skruchy i naprawiania krzywdy zamiast przepraszanie bez sensu.

      Usuń
    10. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    12. On doskonale umie używać słowa "przepraszam". Tylko ze wszedł juz na inny level i wrzucal mi kwiatki typu "przecież przeprosiłemprzeprosić em oczekując, że to go zwolni z konsekwencji. Mówię mu wtedy, że to bardzo ładnie ze przeprosił, ale czasu nie da się cofnąć i trzeba ponieść konsekwencje albo naprawić to, co się zrobiło złego.

      Usuń
    13. Robie dokladnie to samo, nigdzie nie napisalam ze przepraszam w naszym domu wystarczy.

      Usuń
  12. Ale tak szczerze to nie przypominam sobie sytuacji, w której musiałabym w ten sposób tłumaczyć siebie. Raczej innych, czyli dlaczego pani krzyczała na synka czy dlaczego ktoś dał dziecku klapsa.

    OdpowiedzUsuń