poniedziałek, 7 kwietnia 2014

To nie będzie post o tym jak kocham moje dzieci (bo kocham, nad życie i w ogóle). Będzie o tym, że jestem potwornie zmęczona i mam czasem dość moich dzieci i macierzyństwa i w ogóle całej tej sytuacji  i chcę uciec. Będzie o mojej ciemnej stronie. Szczerze. Uprzedzam, że nie przyjmuję kąśliwych uwag typu "sama chciałaś mieć dwójkę dzieci". Chciałam i co z tego? Dopóki człowiek nie ma jednego dziecka nie wie tak naprawdę jak to jest być matką jedynaka nawet jeśli wokoło jest pełno dzieci. Dopóki samemu nie ma się dwójki to człowiek też tego nie jest w stanie sobie tak naprawdę wyobrazić choćby wychował się z rodzeństwem. Ten blog to mój wentyl do upuszczenia emocji - i tych pozytywnych i tych negatywnych. gdyby nie internet i Wy chyba bym oszalała. Dlatego piszę i czytam, często kosztem innych spraw.

Od dłuższego czasu jestem chronicznie zmęczona i znużona. Praktycznie zmuszam się do każdej czynności. Cięgle chce mi się spać, choć dzieci przesypiają noce. Obiektywnie nie ma powodów bym czuła się aż tak źle, dlatego obstawiam tarczycę, którą muszę znów przebadać. Finansowo u nas bardzo bardzo ciężko, nie stać mnie na wizytę u mojego prywatnego endokrynologa, muszę się wybrać do lekarza rodzinnego po skierowanie i czekać nie wiem ile na wizytę na NFZ. Taki lajf. Do lekarza tez nie mam kiedy iść tak naprawdę, w najlepszym razie musiałabym targać ze sobą Tomka, który zrobił się okropnym wyjcem i na samą myśl o czekaniu z nim w poczekalni robi mi się słabo.
Jestem znużona monotonią czynności, które wykonuję. W kółko to samo. Teraz kiedy dzieci są chore mam wrażenie, że nie ma mnie tylko jakiś automat. Wstaję rano i leki dla jednego, leki dla drugiego, inhalacje jednego, inhalacje drugiego , potem jedzenie, potem znowu leki, potem pora na obiad, drzemki i pomiędzy tym wszystkim nie mam czasu ani siły na zabawę.  Czasem w międzyczasie siedzę i gapię się w ścianę, a oni są zostawieni samym sobie. Nie mam siły wstać i się nimi zainteresować. Nie mam siły nawet zrobić sobie herbaty. Nie mam siły na nic. Straszne jest to, że tak czas przecieka mi między palcami a dzieci mają mnie już pewnie dość i są mną rozczarowane ale czasem nie mam po prostu sił. Wiecie, moje dzieci mnie czasem męczą. Nudzi mnie zabawa z nimi. Albo jestem mało kreatywna albo problem jest gdzie indziej. Piotrek w kółko nudzi o zabawę samochodami, a ja mimo wielu prób nie jestem w stanie wykrzesać z siebie entuzjazmu dla tej czynności. Próbuję jeździć z nim tymi resorakami po dywanie ale  nudzi mnie to i męczy. próbuję wymyślać inne zabawy na bazie autek, choćby domino z autkami ale zainteresowanie Piotrka trwa chwilę.Co do Tomka to nadal nie lubi leżeć na brzuchu. Poleży minutę i wpada w histerię. Albo leży na plecach albo kładę go na tym brzuchu wiedząc, że za chwile będzie kwadrans płaczu. Chciałby siedzieć, w pozycji półsiedzącej jest najszczęśliwszy ale mu przecież nie wolno, już nie mówiąc o tym, że wtedy ulewa a ja nie mogę nic zrobić. Nigdy nie ukrywałam, że zabawianie niemowlaka mnie nudzi. Przy Piotrku odetchnęłam gdy skończył rok, gdy zrobił się taki doroślejszy, gdy zaczął chodzić i tak "doroślej" się bawić. Teraz też czekam na ten etap. Chwilowo z poczucia obowiązku (dokładnie tak) bawię się w  "a kuku", śpiewam, macham grzechotkami i ziewam.
Ciągły ryk. Piotrek potrafi odstawiać niezłe histerie, a jego młodszy brat zrobił się wyjcem i wrzaskunem. Tak cieszyłam się na przyjście wiosny, na spacery. Tymczasem spacery nie sprawiają mi przyjemności bo polegają na ciągłym energicznym marszu byle tylko Tomek nie płakał. Nie można z nim wejść do sklepu na dłużej, kiedy w piątek byliśmy w przychodni to w gabinecie odstawili obaj niezłą kakofonię - Piotrek wkurzał się przy badaniu bo źle się czuł, a w tym czasie Tomek wrzeszczał w foteliku. Wspólny spacer polega na tym, że gdy przystaniemy bo Piotrka coś zainteresuje to Tomek się budzi i włącza syrenę. Jestem po nim potwornie zmęczona. Kiepsko znoszę te ciągłe krzyki. Dobrze, że to moje drugie dziecko, bo bym się przejmowała otoczeniem i oszalała. Teraz otocznie olewam, ale nie należy do przyjemności jazda autem z niemowlęciem, które wydziera się w foteliku bo nie chce w nim siedzieć i starszakiem, który marudzi, dlaczego brat krzyczy bo jemu "pękają uszy". Często mam wrażenie, że gdy Tomek jest zły, zmęczony lub coś innego mu doskwiera to nie ma tak naprawdę znaczenia czy będę go przytulała, uspokajała, nosiła, lulała i stawała na rzęsach czy po prostu siądę obok i poczekam. Płacze tak samo i tak samo długo. Przestaje mi się chcieć. Ryczy przy inhalacjach, nie znoszę tego ale trzeba więc przytrzymuje mu jakoś kończyny i go inhaluję. Bardzo wiele czynności wykonuje przy nim jak automat, bez słowa nie zważając na płacz, bo nie mam już siły psychicznie. Jestem nerwusem i źle znoszę takie wrzaski. Musze się wyłączyć psychicznie by uspokoić nerwy, a wtedy działam trochę jak robot.
Ja się kompletnie nie nadaję do siedzenia w domu. Smutno mi, że ten urlop macierzyński tak minął. Odkąd urodził się Tomek to choroby albo zimno. Tak się cieszyłam na nadejście wiosny, nadeszła a my - skręcona kostka, rota, zapalenie płuc i teraz angina. W kółko kisimy się w domu lub obok domu w najlepszym razie. MAM DOŚĆ siedzenia w domu. Mówią, że pieniądze szczęścia nie dają. Może i tak, ale gdybyśmy je mieli to z miejsca zatrudniłabym fajną nianię i nie miałabym żadnych oporów by raz w tygodniu wychodzić po południu i wracać gdy dzieci śpią lub wyjechać z mężem na weekend. To jest dla mnie reset. Wyjść i wiedzieć, że reszta dnia jest tylko dla mnie. Kiedy wracam i od razu wpadam w domowy wir to reset dla mnie żadny. Od porodu wyszłam wieczorem raz. Mam dość wieczorów w domu. Jestem świadoma, że miliony kobiet nie wychodzą wieczorem nawet i 2 lata bo karmią piersią, ale ja ma taką a nie inną konstrukcję psychiczną, potrzebuje jak powietrza własnej przestrzeni i MNIE to męczy.Wiecie co lubię najbardziej? Długie spacery samotne lub z mężem, lubię energiczny marsz wieczorem z muzyką na uszach, lubię jeździć wieczorem rowerem  słuchając muzyki, spotykać się ze znajomymi, siedzieć w letnie wieczory na krakowskim rynku i jeść frytki, już nie wspomnę o chodzeniu po górach. Nie bawi mnie pichcenie, domówki, wieczory przy filmie z piwem. Fajne, ale nie na dłuższą metę. Bardzo mi brakuje tych moich gór. Bardzo bardzo. Na co dzień nie myślę o tym i próbuje wykrzesać z siebie entuzjazm do domowych czynności, ale to nie jestem ja. Wiele razy szukałam w sieci inspiracji licząc, że znajdę sobie jakieś domową pasje i hobby typu decoupage, ale albo jestem za leniwa, albo mam dwie lewe ręce albo... no własnie - to nie jestem ja.
Z jednej strony cieszę się, że za miesiąc wracam do pracy, z drugiej wiem, że wpadnę  w nowy kierat. Wiem też, jaka atmosfera panuje w mojej firmie, jakie panują tam teraz tam układy i jaka sytuacja i wierzcie mi nie jest to miejsce gdzie chciałoby się wracać.Nowa siedziba na poddaszu starej willi z jednym małym okienkiem przy sztucznym świetle  a tu wiosna, lato. Dawniej miałam osobny pokój z koleżanką, teraz od listopada wszyscy siedzą na kupie. Chwilowo nie mam jednak innego wyjścia, a na pewno nie przed listopadem. Wtedy zabiorę się znów za szukanie nowej pracy. Może tym razem będę miała więcej szczęścia. Przed zajściem w drugą ciążę próbowałam i próbowałam, chodziłam na interview i niestety nic z tego nie wyszło, kilkakrotnie odpadłam z powodu braku dyspozycyjności (np. pytanie ile tygodni w miesiącu jesteś w stanie spędzać za granicą - dobre kiedy ma się małe dziecko prawda?).
Generalnie mam wrażenie, że tkwię w jakimś zaklętym kręgu, że opuściła mnie cała energia, że jestem do bani żoną, matką, przyjaciółką, koleżanką i znajomą. Powtarzam sobie, że to chwilowe. W tym roku kończę 35 lat. Na 38 urodziny będę miała dwójkę synów w miarę odchowanych. Wyjdziemy z wózków i pieluch.
Codziennie zaciskam zęby i się uśmiecham. Liczę na to, że ta czarna chmura po prostu odpłynie i znów zacznę cieszyć się życiem, bo zdaję sobie sprawę, że nie powinnam tak narzekać i tak myśleć, bo mam wszystko. Męża i zdrowe dzieci. Grzechem jest tego nie doceniać, grzechem jest nie doceniać każdego dnia razem. Wszystko to wiem, a jednak ta niemoc, która na mnie spadła jest silniejsza i mackami wkrada się wszędzie.

9 komentarzy:

  1. Nessie... jak ten post do mnie pasuje...
    czuję DOKŁADNIE to samo.
    ganię się, że narzekam, że wrzeszczę na drącego się Piotrka, który po raz enty budzi Zosię, a jej drzemki są raptem 15minutowe. Nie mam kiedy usiąść i zjeść w spokoju, zaniedbałam siebie i książki które kocham. wszystko robię jak robot.. do tego w nocy mam ze 4 pobudki na cycka. nie byłam nigdzie sama żeby się zrelaksować, jedynie moje wyjścia bez dzieci to czasem zakupy w biedronce. jestem taka zdołowana i zmęczona wszystkim i nic nie umiem sobie na to poradzić..

    OdpowiedzUsuń
  2. I ja mam takie dni choć mam jedno dziecko które na razie jeszcze odpukać nie chorowało. Nie do końca to sa tylko dzieci winne temu ze tak sie czujemy. To ta izolacja od swiata zewnetrznego tak na nas złe wpływa. Mam tak samo. Do tego brak koleżanek i tej "naj" przyjaciółki... Sa dni se nie mysle i sie rozstrzasam ale sa dni zwyc mi sie chce:(((
    Chylę czoła za odwagę ze to napisalas. Trzymam kcuki za nawa prace:))

    OdpowiedzUsuń
  3. Dokładnie taką mam wizję siebie za kilka miesięcy.. Ja wiem, że to normalne, wiem, że dobre chwile też się zdarzają, ale mam świadomość, że przede wszystkim ciężka praca przede mną i walka z własnymi nerwami :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz dzieci to tylko jeden aspekt. Ja po prostu nie lubie byc kura domowa i potrzebuje odskoczni.

      Usuń
  4. Sluchaj, moze Ty masz depresje? Sporo w Twoim wpisie do niej pasuje...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byc moze ale najpierw musze tarczyce doprowadzic do porzadku bo Hashimoto i niedoczynnosc daja podobne objawy zanim zaczne zazywac ewentualne antydepresanty.

      Usuń
  5. Ja zwaliłam wszystko na przesilenie wiosenne i czekam aż przejdzie. Czekam i czekam...

    OdpowiedzUsuń
  6. Każdy czasem tak ma...ale już niedługo i z wrzeszczących maluchów będa wrzeszczący nastolatkowie - z tymi drugimi idzie dojść do kompromisu :)
    Oby więcej spokojnych dni i dużo cierpliwości i wytchnienia :)
    A jak nie to zapraszam do mnie zamknięmy ich w pokoju dziecięcym, a sami wypijemy tony kawy :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Te trzy lata naprawdę szybko zlecą :) Ok, to był słaby żart. Choć się różnimy, tak wiele zdań, doskonale pasuje do tego, co czuję. Też jestem nerwusem i to mi na pewno nie pomaga. Tam, gdzie przeciętna mama nie ma nawet podniesionego ciśnienia, ja już się cała gotuję. To co mnie wkurza najbardziej, to to- że mimo moich starań, co raz wybucham przy dziewczynach, Potem oczywiście żałuję i tak w kółko.
    Ja z kolei lubię być kurą domową, ale ostatnio czuję, że to już za długo trwa, zwłaszcza, że mąż w domu praktycznie nic nie pomaga. I czasami zwyczajnie mam dość, tego gotowania, zmywania itd.
    A ja tam uważam, że ten tekst, że pieniądze szczęścia nie dają, to już przeżytek. Dają. Oczywiście, że dają. Bo dają inne możliwości, dają spokój, dają poczucie bezpieczeństwa. Ciężko, w dzisiejszych czasach, żyć od pierwszego do pierwszego.

    OdpowiedzUsuń